Dziewczyna z kabaretuTekst

Z serii: Irenka Górecka #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z kabaretu
Dziewczyna z kabaretu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Dziewczyna z kabaretu
Dziewczyna z kabaretu
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gedalia chwycił kiełbasę i wgryzł się w nią z uśmiechem tak błogim, jakby mu kto gwiazdkę z nieba ofiarował.

Mało to koszerne, pomyślała. Czy oni mają tę, jak jej tam, dyspensę czy coś takiego z powodu wojny? Ech! co mi tam. Głodny jest, to niech je, co mu dają.

Zaczęła się rozglądać za jakimś nożem, aby ukroić kawałek chleba. W koszyku nie było. Kiersnowski czy Zbyś powinni tu mieć jakiś nóż, pomyślała. Wyglądał na starego harcerza ten Kiersnowski. Gdzie on mógł wsadzić nóż? – oto jest pytanie. Podeszła do przodu samochodu i otworzyła schowek przy siedzeniu kierowcy. Był. Był nóż. I pistolet. Czarny, nieduży, oksydowany. Irenka sięgnęła po niego. Lekki i zgrabny. Widać mały kaliber. Taka zabaweczka. Co by z nim… Moja torebka! Zanurkowała na tylne siedzenie pod nogi Gedalii, który już uporał się z kiełbasą, nie zastanawiając się nad tym, co je, i znów chciał:

– Pani, poprosze jeszcze...

– Zaraz, Gedalia, zaraz! Czekaj chwilkę…

Wrzuciła pistolet do torebki, trzasnęła zamkiem i wsunęła torebkę pod siedzenie kierowcy. Teraz to będzie jej miejsce.

Ukroiła solidny kawał chleba i dała malcowi wraz z kurzym udkiem.

Kurczak chyba bardziej koszerny niż ta kiełbasa, pomyślała, ale nie protestował przy kiełbasie, więc dobrze, pewno się nie zna, bo za mały! Mamy większe problemy!

Odkroiła sobie wcale przyjemny kawałek piersi i zaczęła kombinować, jak by tu wino otworzyć. Napiłaby się. Strasznie jej się chciało pić.

Usiadła na siedzeniu kierowcy i wyciągnęła wszystko ze skrytki. Otwieracz do wina, duży i elegancki, leżał pod parą giemzowych rękawiczek. Innego dyrektor Kiersnowski nie miał prawa mieć.

Koneser, pomyślała, i tak źle skończył!

Już miała zamiar wkręcić otwieracz w korek, gdy usłyszała zbliżających się chłopaków. Wyciągnęła więc do nich butelkę zapraszającym gestem:

– Panowie. Bankiecik na pobojowisku?

Bolek się zaśmiał i sprawnie wyciągnął korek, a Irenka wysunęła łapkę z piękną kryształową szklanką, którą też znalazła w koszyku.

Naprawdę, trzeba przyznać, że z Kiersnowskiego był esteta. Miło.

Upiła porządny łyk, podała szklankę następnemu z panów i wskazała szerokim gestem na dobra znajdujące się w koszyku:

– Częstujcie się, chłopaki!

Nie kryjąc zadowolenia, rzucili się bez chwili wahania na jedzonko.

– Tylko nie wszystko! Błagam! Coś zachowajmy na jutro.

Bolek, który robił za inteligenta w tej grupce, podzielił kurczaka na mniej więcej równe części i dał każdemu po kawałku. Irenka i Gedalia też dostali swój przydział, mimo że już jedli wcześniej.

– To najszybciej się psuje. Kurczak. Może po pomidorku?

– Okej, dawaj Bolek.

Uczta na wulkanie, zaiste, pomyślała Irka, wgryzając się w dorodnego pomidora i popijając łykiem wina. Niemcy pewnie są już za najbliższym zakrętem.

– To może jeszcze po kawałku kijełbasy, bo co to tam taki kurczak? Nic! – rzucił Henio.

Propozycja spotkała się z powszechnym aplauzem i kiełbasa została błyskawicznie podzielona i jeszcze szybciej zjedzona, ale Henio miał ochotę na jeszcze więcej – zaczął przymierzać się mianowicie do słoika z minogami. Tu już Irenka zaprotestowała:

– Zostawmy coś na jutro, Heniu. Mamy dziecko, nie wiadomo, czy się uda coś kupić.

– Mamy?! My?! – zdziwił się Henio i puścił do niej oko. – Chiba to jakaś złudzenia... apteczna...

Irka zaśmiała się gardłowo. Zabawny koleżka z tego Henryczka.

Gedalia połknął ostatni kęs kiełbasy i donośnie zażądał:

– Pić! Poprosze pić!

Chwilę się zawahała, ale dała mu resztkę wina ze swojej szklanki.

Tak będzie lepiej.

Pośpi może spokojniej. Bolek i jego koledzy znów poszli pod jabłoń, musieli dokończyć to, co tam zaczęli.

A Irenka wzięła tubę z Rembrandtem i wydeklamowawszy: „Precz z moich oczu!”, schowała do bagażnika. Może i głupio, bo gdyby co, to trudno by ją było wyjąć, ale prawdę mówiąc, już patrzeć na nią nie mogła.

Musi od niej trochę odetchnąć.

– Pani, ja polece po japka!

– Dobrze, leć...

Mały wyprysnął biegiem.

Szybko się zregenerował! – pomyślała Irka. Co z tym kramem zrobić? Z rzeczami Kiersnowskiego i z niewielką walizeczką z tektury, która pewnie należała do Zbysia? Wyrzucić? Obciążały niewątpliwie samochód. No nic. Chociaż papiery wywalę. No ale szkoda. Może przydadzą się na rozpałkę. Jakieś ognisko w lesie, w nocy. Szumią knieje, jak w tej piosence. Ach, zachciewa mi się... Teraz jest wojna, panienko z variétés! No nic. Zresztą ciemno się robi, a tak wywalać, nie patrząc, to może lekkomyślne. Już prawie nic nie widać, co jest co. Jutro, pomyślę o tym jutro!

Spojrzała w stronę jabłonki: trzy pochylone sylwetki rysowały się w mroku. Zatrzasnęła bagażnik i założyła na sukienkę, białą kiedyś, a teraz brudną i wymiętą, śliczny granatowy dżemperek, wydziergany pracowicie w zimowe wieczory przez Antosię i szczęśliwie zapakowany do walizki, z którą zamierzała spędzić spokojny, można rzec, dzionek w schronie.

Ach! Te złudzenia! Zaiste, apteczne. Leczyć się z nich powinna.

Obciągnęła sweterek, poprawiła frywolny czerwony paseczek z wpiętym skórzanym kwiatkiem, wygładziła fałdy sukienki i poszła w kierunku kopiących mogiły chłopców. Trafiła akurat na moment, gdy Bolek i Henio formowali ziemię w kopczyk na grobie Kiersnowskiego.

Jurek zaś podsadził Gedalię wysoko na drzewo i mały zrywał zdziczałe jabłuszka, zrzucał je do swetra Jurka, ale częściej – nie da się ukryć – padały z głośnym plaskiem na ziemię.

– Gotowe – stwierdziła Irka, stając tuż obok tej biednej mogiłki. – Bardzo wam dziękuję. Może jakieś... – I przeżegnała się.

Bolek pochylił głowę. A Jurek zaczął:

– „Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie…”.

Wszyscy mu zawtórowali zacinającymi się głosami. Irenka powtarzała słowa modlitwy zupełnie bezmyślnie. Myślała o Gedalii, co z nim.

Ta jego mama...

Gdy Jurek skończył, szybko się przeżegnała i wzięła małego za rączkę:

– Chodź no tutaj.

Przyklękła i przysunęła go do siebie.

Chłopczyk niepewnie przylgnął i oparł się o nią. Popatrzyli sobie w oczy. Widziała w jego ślepkach jakiś dystans, niedowierzanie, pytanie czy wahanie. Dotykał ją, ale tak jakby bokiem, nie do końca pewny czy śmiały.

– Co? Co chce? – zapytał przestraszony.

– Powiedz mi, gdzie tę swoją mamę zgubiłeś? Coś pamiętasz? Gdzie ona leżała?

– Ona leżyła zara przy drodze. Dalij. Tam. – Wskazał rączką kierunek na Warszawę.

– Jesteś pewien?

– Taa. Tam był taki sup złamany. O! Ten tam! Ten sup!

Ożywiona, popatrzyła na złamany słup. Nie był daleko – paręset metrów zaledwie.

– Panowie! Muszę jeszcze iść z Gedalią. Tam widział ostatni raz matkę. Pójdźcie z nami, proszę... – Popatrzyła błagalnie na trzech zmęczonych mężczyzn.

Myślała o tym, że matka się nie ruszała. Nie miała wielkich nadziei, ale należało sprawdzić, czy dalej tam jest.

Wzięła chłopca za rękę i nie oglądając się nawet na swoich towarzyszy, poszła w kierunku złamanego słupa.

4 Rupuże – przekleństwo litewskie.

5

Droga

Świtało. Gdzieś w oddali widać było przedzierające się przez chmury słońce. Jakiś niewyraźny poblask zaczynał się rozlewać po polach, rozjaśniały się wierzchołki drzew. Światło budzącego się dnia było zimne i nieprzyjemne. To już nie był miły letni poranek, zaczynał się niezbyt słoneczny, zwykły, jesienny dzień. Kolejny ciężki dzień na drodze, w ucieczce, w otumanieniu i braku pewności, czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę.

Czy ucieczka była najlepszym wyborem? Irenka nie była tego pewna.

W samochodzie panował upiorny zaduch. Niemyte ciała kilku stłoczonych w małej przestrzeni mężczyzn wydzielały przeraźliwy odór.

Irka też czuła się brudna. Prawdę mówiąc, cuchnęła jak skunks. Głowa ją bolała, czy raczej ćmiła, bezustannie. Podświadomie chciała, by się benzyna wreszcie skończyła, żeby mogli się zatrzymać i by wreszcie, choć przez chwilę, odpoczęli.

Miała dość. Każdy by miał. Bolek opowiadał coś o wycieczce kajakowej po Ikwie. Nie słuchała. Wiedziała, że gada po to, by nie zasnęła. Sam też pewnie nie wiedział, co plecie. Gadał, aby gadać.

Miała w nosie wycieczki kajakowe, interesowały ją wycieczki na Riwierę, ale jak podejrzewała, przez dłuższy czas nie będzie mogła na nie liczyć. Nic jej teraz nie obchodziło, poza prostymi czynnościami fizjologicznymi – chciało jej się pić, jeść i spać.

No i, trywialnie, siusiać – proste sprawy. Miała dość.

Zahamowała gwałtownie. Znienacka, aż wszyscy polecieli do przodu.

– Co ji?! – zachrypiał Henio, który całym swym potężnym cielskiem walnął o przednie siedzenie.

– Co ji?

– Nic nie ji – odparła wrogo Irenka. – Jestem skonana, ot co.

Otworzyła drzwi i wyszła na świeże powietrze. O! Jak cudownie! Było boosko!

Tlen! Ozon! Czy co tam! Bosko!

Rozprostowała ramiona i spojrzała na czerwieniejący horyzont. Nowy dzień, wstaje nowy dzień, do jasnej anielki!

Całą noc prowadziła.

– Starczy! – krzyknęła nie wiadomo do kogo, a potem pokłusowała w stronę zagajnika.

Ani się obejrzała na gramolących się z auta pozostałych pasażerów. Chciała siusiu i chciała choć przez chwilę być sama i w ciszy. Poobserwować mrówy. Tak, polubiła mrówy i chciała je znów zobaczyć.

Miłe, milczące owady. Tego jej było potrzeba. Mrów, zieleni, powietrza. Choć przez chwilę.

Bolek z Jurkiem popatrzyli na siebie, potem na znikającą w krzakach Irkę i wzruszyli ramionami. O czym tu gadać. Oni też mieli dość tego wszystkiego, ale co było robić. Trzeba dalej pchać się do przodu.

 

– Ty myśla, że mamy daleka do ta granica?

– Nie. Myślę, że już musimy być całkiem blisko. Trzeba wejść do jakiejś chałupy i zapytać, gdzie jesteśmy i co i jak. Może mają jakieś radio albo coś od ludzi słyszeli. Nie byłoby źle też się umyć i, powiedzmy, jakiegoś mleka się napić czy herbaty nawet...

– Ta. Tylko żeby sja ta benzyna nie skończyła – westchnął głęboko Heniu. – No mogłaby nam znów sja jaka rozbita ciężarówka trafijć, jak pragna zakwitnuć.

– Marzyciel! Cud zdarza się tylko raz...

Kilka godzin wcześniej Irenka zauważyła na poboczu przewróconą wielką ciężarówkę i chodzącego koło niej niczym błędna owca szofera.

Zahamowała i zainteresowała się, tknięta nagłą myślą, że takie duże auto to się ciężej podnosi niż ich buicka i że ta ciężarówka już wypadła z gry.

Zagadnęła szofera o benzynę. Okazało się, że auto miało prawie w połowie pełny bak, a skoro nie było szans na podniesienie kolosa, kierowca chętnie udostępnił paliwo w zamian za zwitek banknotów z portfela świętej i błogosławionej pamięci Witolda Kiersnowskiego.

Dzięki tej właśnie benzynie jechali bez większych przeszkód przez całą noc, kierując się do Zaleszczyk, gdzie, zgodnie z instynktem stadnym, zamierzali wkrótce przekroczyć granicę.

No, ale i ta zdobycz pewnie się wkrótce skończy. Mieli co prawda jeszcze pełny maleńki baniaczek w bagażniku, ale obawa, że staną, towarzyszyła im bezustannie. Sami już nie wiedzieli, czemu tak ich gnało. Może ten ruch do przodu zwalniał po prostu od myślenia o tym, co wokół, co za nimi i przed nimi?

Bolek tak właśnie sądził.

Jechał, bo jechał, ale czy to było mądre? Ględząc o spływie po Ikwie, miał coraz więcej wątpliwości co do podjętej decyzji, by się za przykładem różnych grubych ryb ewakuować aż do Rumunii. Zostawił w domu matkę i siostrę. Jak one sobie dadzą radę? Może z zagranicy będzie im mógł pomagać? Ale co, jeśli nie? Same sobie nie poradzą, to pewne. Hania ma zaledwie piętnaście lat, a mama zawsze była niezaradna. Ojciec diabli wiedzą gdzie. Wyszedł z domu w mundurze kapitana trzydziestego sierpnia. Nie wiadomo, co z nim.

A on, Bolek, jak jakiś tchórz ucieka. Może tam, w tej Rumunii, powstanie Wojsko Polskie, może się znów zorganizują. Nawet na pewno. Ale tu wojna będzie się toczyła jeszcze długo i nie ma sensu tak zaraz uciekać.

Bił się z myślami. Warszawa się przecież broni, więc nie wszystko stracone. Sam nie wiedział, co powinien zrobić.

Nie wiedział!

To wszystko działo się zbyt szybko. Nie miał czasu pomyśleć, dopiero w tym samochodzie…

No bo jeśli zostanie, to mogą go zamknąć w jakimś obozie jenieckim albo co. Po rozbiciu ich oddziału powinien szukać jakiegoś innego, a nie zmykać gdzie pieprz rośnie. Tak naprawdę to była dezercja. Tak czuł. Cóż z tego, że inni też uciekali. Co z tego, że był rozkaz, żeby się przebrać w cywilne łachy, by się do niewoli nie dostać.

On, Bolek Niewidowski, nie powinien, nie powinien...

Nie myślał, a właśnie czuł, czuł, że coś nie gra, że coś jest nie tak. Uwierało go to po prostu.

Może pogadać z Heniem? Ta dziewczyna, Irka, chciała uciekać w stronę granicy, ale oni powinni znaleźć jakiś oddział. Tak. Może na Kresach Wschodnich, może we Lwowie będą jakieś jeszcze nierozbite oddziały, takie, co chcą walczyć.

Musi pogadać o tym z Heniem.

*

Z lasu wyszła, wyrzucając ramiona, Irenka.

– Mała gimnastyka poranna? – zagaił Bolek.

– Całkiem zdrętwiałam. Napiłabym się czegoś, ale nic nie mamy. Musimy znaleźć jakąś studnię, chatę czy dom.

– Tak! – Henio i Bolek ochoczo pokiwali głowami.

– Musimy też się zatrzymać w najbliższym miasteczku, coś zjeść i oddać wreszcie Gedalię – kontynuowała Irenka, która zawsze w życiu była wybitną planistką i jakoś to jej się do tej pory sprawdzało.

Raz ruszyła bez planu i proszę, do czego ją to doprowadziło!

Spojrzała na tylne siedzenie.

Gedalia spał. Tak był zmęczony, że chyba nawet wybuch bomby by go nie obudził. Spał na kolanach Jurka, też, jak się zdaje, bardzo znużonego, skoro nie obudziło go ani hamowanie, ani postój.

– Nie możemy dzieciaka wywieźć za granicę, jak gdyby nigdy nic... Ta jego matka może go szuka – potwierdził z przekonaniem Bolek, przyglądając się upaćkanemu, zaczerwienionemu od snu chłopcu, posapującemu miarowo, zresztą na przemian z Jurkiem, który głośno pochrapywał i niekiedy wzdychał głęboko i jakby ze smutkiem, co rozśmieszało i rozpraszało Irenkę.

– Jeśli nie pomylił słupa...

– Mógł pomylić. Mało to złamanych słupów żeśmy widzieli.

– Tak. Mógł pomylić.

*

Pod słupem, który Gedalia wskazał, było pusto. Nie było też śladu, by ktoś na przykład tu kopał. Irence zaraz przyszło do głowy, że może jacyś dobrzy ludzie matkę małego pochowali, i bacznie się rozejrzała wokół. Ale nie, nic nie wskazywało na to, by ziemię ktoś poruszył.

Co się stało z matką Gedalii, pozostało nadal nierozwiązaną zagadką. W każdym razie istniała szansa, może niewielka, że przeżyła.

– To co, ruszamy, panowie? – zagaiła Irka i postąpiła w stronę auta.

– Poczekaj chwilę! – zatrzymał ją Bolek. – My też skoczymy na sekundkę w krzaki, by oddać dań naturze!

– Ali poet z tego Bolka! – zachichotał Heniek.

– Gdy widzę damę, to się wyrażam dwornie!

– Daj spokój! Leć się... lećcie się odpryskać i wracajcie mi tu migiem! – powiedziała Irka. No cóż, nie była damą. Chociaż bywała. Ale w ogóle bycie damą nużyło ją. Szczególnie teraz.

Bolek, zamiast się odpryskiwać, prychnął śmiechem, a Heniek mu zawtórował i rechocząc, pobiegli w las.

Gdy jej kompani wrócili, wszyscy szybko i sprawnie wpakowali się do autka i ruszyli dalej.

Irenka grzała siedemdziesiątką, mijając coraz liczniejsze grupy wędrowców. Jechała do chwili, gdy zauważyła majaczące przy drodze zabudowania gospodarskie i na dodatek siwawą nitkę dymu unoszącego się z komina i wskazującego, że ktoś tam już nie śpi i być może nawet gotuje jakąś strawę. Wówczas ostro przyhamowała i z wizgiem skręciła w boczną drogę prowadzącą prosto do obejścia. Przejechała jeszcze kilkaset metrów i zatrzymała się z fasonem tuż przed drewnianą wiejską bramą.

– Koniec jazdy, panowie! Przerwa! Mam nadzieję, że śniadaniowa! Wysiadka! – zakrzyknęła i wyskoczyła z samochodu.

Włożyła na nogi swoje śliczne białe buciki, bo ostatnie kilometry jechała bez nich, i pomaszerowała w kierunku chałupy, której drzwi szczęśliwym trafem były uchylone…

6

16 września 1939

Kraków

Z czego są te majteczki? – zapytał Leon, podnosząc do góry i oglądając uważnie niebieskie jak niezapominajki majtki hrabiny Łęskiej. I nie były to jakieś małe majteczki, ale całkiem duże i miały frymuśne nogawki.

Jednym słowem – ostatni krzyk mody!

– Z milanezu, podobają ci się? – odparła hrabina, która dla Leona nie była hrabiną, ale Marysią. Przynajmniej tu, w jej krakowskim pałacyku, w jej sypialni, w jej łóżku.

– Tak bardzo, że chciałbym, byś mi je ofiarowała.

– Jesteś fetyszystą?! Leonku! Nie wiedziałam...

– Będę. Od dziś. Mają śliczny kolor i przypominają mi ciebie.

– Wariat! Po co ci one?

Hrabina przytuliła się do mężczyzny i pocałowała go w przedramię. Miał pomysły ten jej Leonek. Za to właśnie go kochała. Zero nudy.

A Leon zmarszczył czoło, podrzucił majteczki w powietrze, złapał i powiedział:

– Naszła mnie właśnie myśl przednia, że jeśli z nich uszyję opaskę z gwiazdą Dawida, będzie mi łatwiej ją nosić.

– No, jesteś kompletny wariat! Nie będziesz nosił żadnej gwiazdy Dawida. Mowy nie ma.

– Są rzeczy, moja rozpuszczona Marysiu, na które nawet i ty nie poradzisz.

– Leonku! Ja poradzę na wszystko! – zakrzyknęła buńczucznie hrabina, ale jej dalsze deklaracje mocy przerwało stukanie do drzwi.

– Jaśnie pani! Jaśnie pani!

– Boże! Ten Teodor już kompletnie zramolał. Siódma rano! A on mi się do sypialni dobija. O co chodzi, Teodorze?!

– Niemcy! Jaśnie pani! Niemcy czekają w hallu!

– Zaraz zejdę. Każ im poczekać jeszcze chwilkę...

Hrabina Łęska wyskoczyła z łóżka jak z procy i zaczęła się miotać po sypialni, wciągając przez głowę haleczkę i równocześnie szukając a to pończoszek, a to podwiązek, a to bucików. Leon zaś leżał spokojnie w łóżku, bawił się niebieskimi majteczkami i obserwował cały ten taniec.

– Czegóż oni mogą ode mnie chcieć o takiej przeraźliwej godzinie? O świtaniu prawie! Leonku! Oddaj majtki!

– Mowy nie ma, są moje i już.

– Jak sobie chcesz, bierz je. Przyjmę tych szkopów bez majtek. Albo nie! Honor domu Łęskich! Jakby mnie tak zaaresztowali, byłoby zabawnie, powiadam ci, zabawnie!

*

Josef Globocnik stał wraz sierżantem Stracherem w ciemnym salonie hrabiny Łęskiej i ze znawstwem taksował wiszące na ścianach obrazy i dywany. Było to niezłe wnętrze, ciepłe i przytulne. Bardzo kobiece. Podszedł do niewielkiej serwantki i zaczął się przyglądać figurkom pasterzy i pasterek, mandarynów i baletnic. Na chwilę przykuła jego uwagę niewielka kolekcyjka porcelanowych figurek w polskich strojach.

To chyba Miśnia, pomyślał, tego nie mamy na liście. Towarzyszący mu dla lepszego efektu, ale też dla bezpieczeństwa sierżant Stracher przestępował z nogi na nogę, zniecierpliwiony przedłużającą się nieobecnością tej polskiej paniusi.

Uważał, że czekanie jest poniżej jego godności.

Miał już dość tych bab, polskich dam – śmieszne, no śmieszne po prostu było nazywanie ich damami – wyprawiających dzikie brewerie, gdy zabierali im rzeczy, które przecież były oczywistym łupem wojennym.

W gruncie rzeczy prosty był z niego chłopak.

Uważał, że stary Globo za bardzo się ceregieli z tymi babsztylami; z facetami postępował bardziej zdecydowanie, ale też nie dość twardo. On, Stracher, na pewno by to sprawniej załatwił.

Tymczasem Globocnik podszedł do rysunków wiszących w równych rzędach w narożniku pokoju i obejrzał ich sygnatury. Tak jak myślał: Chodowiecki5!

Potem dalej, powoli i metodycznie, oglądał wszystkie przedmioty nagromadzone w salonie.

On także troszkę był zły na to czekanie.

Coś się kobitka wolno wygrzebuje z łóżka albo nas tu specjalnie przetrzymuje, by pokazać, kto tu rządzi. No cóż. Zaraz się przekona kto. To na pewno jakiś kolejny okropny babsztyl w pretensjach, jak one wszystkie...

W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju weszła hrabina. Nienagannie ubrana i sztywna, jakby kij połknęła.

Ale bardzo piękna.

Urodą nordycką, skandynawską: czystą i zimną.

Greta Garbo mogłaby u niej sprzątać, pomyślał Globocnik i wciągnął odruchowo brzuch. Ze słabym zresztą rezultatem.

Tymczasem hrabina Łęska podeszła bliżej, stanęła na wprost niego i spokojnym aksamitnym głosem, przeciągając z lekka sylaby, powiedziała:

– Witam! Słucham panów?

I popatrzyła wielkimi błękitnymi oczami uważnie na Josefa, który poczuł się tym spojrzeniem zmieszany i lekko zaniepokojony. Na moment spuścił wzrok, by nie odczytała, co mu przez myśl przemknęło i jakie wywarła na nim wrażenie.

Opanował się i miał nadzieję, że chwila wahania umknęła przenikliwemu oku pani hrabiny.

Gdy wchodziła, oglądał właśnie paradną karabelę wiszącą nad kominkiem. Energicznie się od niej odwrócił, przekręcił cały tułów jednym szybkim ruchem znamionującym starego żołnierza i zbliżył się do damy stojącej sztywno i nieruchomo na środku pokoju i mierzącej go zimnym wzrokiem. Zatrzymał się w odległości dwóch kroków. Wiedział z doświadczenia wyniesionego z pracy w berlińskiej policji, że tak bliska odległość powoduje niepokój. A ta pani wyglądała na zbyt pewną siebie. Łatwiej będzie z nią rozmawiać, gdy się ją trochę z tropu zbije. Stanął więc tuż przed nią, a za nim skwapliwie ulokował się niezawodny Stracher, znający numery szefa na pamięć.

Globocnik trzasnął obcasami i powoli, specjalnie bardzo powoli, wyrecytował przygotowaną formułkę:

– Witam. Przybywam tu z upoważnienia rządu niemieckiego, by zabezpieczyć poprzez rekwizycję zabytki kultury będące w pani posiadaniu. – Wyciągnął z teczki szamańskim gestem kartkę białego papieru z wypisaną formułą rekwizycji i wręczył hrabinie.

Hrabina ani drgnęła.

Otworzyła tylko szerzej oczy przypominające Globocnikowi lód o lekko błękitnym zabarwieniu, który zdarzało mu się widywać w drinkach pitych przez znajome damulki, spokojnie wyciągnęła prawą rękę i wzięła w dwa palce dokument. Rzuciła nań okiem. Przez moment.

 

Być może spojrzała tylko na pieczęcie, którymi był obficie przyozdobiony.

– No cóż – wycedziła. – Chyba nic na to nie można poradzić... Proszę brać, co pan ma brać.

Odwróciła się do lokaja, który stał przy drzwiach z twarzą jak kamień – ponurą, a nic niewyrażającą:

– Teodorze, pomóż panu... panu?... – Zrobiła bezradny gest w stronę Globocnika.

Jej ruch ręki przy tym był mistrzostwem świata. Miała te rzeczy opanowane do perfekcji. I stosowała je, gdy było trzeba. Z lubością.

Ożeż, jęknął w duchu Globo. Ożeż! Ale lala! Wyprostował się, trzasnął obcasami i dziarsko się przedstawił:

– Przepraszam, Josef Globocnik.

– Tak. Pomóż panu Globocnikowi. – Mówiąc to, leniwym ruchem odgarnęła z czoła niesforny lok. – Niech weźmie, co ma wziąć. Tylko proszę, by mi pan tu zostawił stosowny papier potwierdzający rekwizycję. Bym miała z czym to odbierać!

Twarda baba, pomyślał Stracher. Inni się drą, wpadają w furię, płaczą, a ta nic…

– Oczywiście, pani hrabino. Zostawimy pokwitowanie, jak najbardziej – zadeklarował grzecznie Globocnik.

– Dobrze! Teodor panom pomoże. Teodorze! Pokwitowania niech sprawdzi później pan Andrusiewicz! – Spojrzała na Globocnika i dodała wyjaśniająco: – Mój plenipotent. Zaprowadzisz panów do niego – znów zwróciła się do Teodora, lokaja czy kamerdynera, z bokobrodami przypominającymi Josefowi świętej pamięci Franciszka Józefa i o twarzy tego aktora amerykańskiego. No… jak mu było? O! Buster Keaton. Martwa gęba. Zero mimiki.

Prawdziwe wykopalisko ten Teodor, pomyślał Globocnik, gdzie ona znalazła taki okaz? No ale pasuje do tej szopki, którą nas tu częstuje szanowna pani hrabina.

A pani hrabina skłoniła lekko głowę, powiedziała krótko:

– Żegnam – i odeszła spokojnie i harmonijnie, pozostawiając za sobą smugę jakichś zadziwiających i egzotycznych perfum.

Globocnik, który przez chwilę wdychał ten zapach, nieomal zamknął oczy.

Jak mu się zdawało, Stracher zareagował podobnie. Odpłynęła dostojnie jak fregata w pełnym ożaglowaniu.

I ten zapach! – pomyślał Globo, ale kobita! Urodzona artystka opery i baletu, a szczególnie operetki; znam się na tym co nieco i niech mnie kule biją, jeśli się mylę! Kawałek kabaretu nam zaserwowała i znikła w obłoku jakiegoś diora czy inszego gerlena! Czysta przyjemność, ale wolałbym z nią już nie mieć przyjemności albo nie – przyjemność tak, jak najbardziej, ale nieprzyjemność nie. Taka baba to same kłopoty! Wykonawszy ten proces myślowy, Globo wytarł swój potężny nochal w chusteczkę nie pierwszej świeżości, wydając przy tym dźwięki, które mogłyby obudzić bez problemów mieszkańców Jerycha, a potem wepchnął rzeczoną chustkę do kieszeni marynarki i odwrócił się do Strachera, który zdążył już wyjąć z aktówki, co ją miał pod pachą, arkusz papieru i pióro i, zasiadłszy przy okrągłym stole w salonie, patrzył pytająco na Globocnika, który natychmiast zaczął dyktować:

– Miśnieńskich figurek w strojach polskich sztuk…

*

Dzień rozpoczął się niezbyt miło i hrabina Łęska miała nieodparte, ale i też niczym niepoparte przeświadczenie, że dalej też już nie będzie dobrze.

Globocnik zabrał jej z domu mnóstwo wartościowych rzeczy, między innymi szkice Dürera, kilka jego miedziorytów, dwa obrazy Mehoffera, sceny kozackie Brandta i całą masę innych nie mniej cennych obrazów i przedmiotów.

– Całe szczęście, że wyekspediowałam Rembrandta. Resztki rozsądku!

Gdy się okazało, że nie ma Rembrandta, przybiegł po nią do gabinetu (bała się iść do sypialni, by Niemcy tam za nią nie powędrowali i nie nadziali się na Leona) zaaferowany i wystraszony plenipotent rodziny Łęskich, pan Andruszkiewicz. Wezwana na pomoc przez spanikowanego pełnomocnika, musiała się długo tłumaczyć przed tym grubym indywiduum, gdzie jest obraz.

Powiedziała prawie prawdę, miała nadzieję, że prawdę:

– Rembrandt jest za granicą. Tuż przed wybuchem wojny wysłałam go do bratanka zmarłego męża jako przynależny mu dział spadku.

Globocnik się wściekł i zaczął jej grozić aresztowaniem. No, byłoby to niefortunne akurat w momencie, gdy robiła wszystko, by wyciągnąć Jasia Grolla z łap gestapo.

Dzięki Bogu, nie aresztował jej. Natomiast zarządził rewizję. Niedobrze się jej po prostu robiło, gdy widziała te kreatury grzebiące we wszystkich jej rzeczach i wywalające co się dało z szaf na podłogę. Ledwo to zniosła, miała ochotę zrobić jakąś efektowną scenę, ale powstrzymywała ją myśl o Leonie, którego zostawiła na górze w sypialni, w bardzo zresztą figlarnym nastroju.

Z trudem ukryła uśmiech, gdy sobie o tym pomyślała, ale tak naprawdę nie było to zabawne. Mogą się do Leona przyczepić, a tego w żadnym razie nie chciała.

Kiedy panowie naturalną koleją rzeczy w końcu dotarli do sypialni, od razu zauważyła brak siedemnastowiecznej Madonny w ogrodzie różanym nad łóżkiem, no i Leona...

Jedno i drugie było dla niej cenne, ale Leon jednak cenniejszy.

Niebieskich majtek też nigdzie nie było.

Sierżant szybko i sprawnie wywalał wszystko z komody. Ot tak, przez złośliwość chyba, bo co miały jej jedwabne halki do Rembrandta?

A potem, depcząc po wyrzuconych fatałaszkach, przeszedł do sekretery i ją też wypatroszył bez pardonu.

Gdzie też ten Leon się schował? Maria nie mogła dociec. Przechodziła z Niemcami z pokoju do pokoju, niepewna, czy gdzieś go nie zobaczy. W szafie, łóżku, a nawet i pod łóżkiem. No, farsa.

Nigdzie jednak Leona nie było.

Gdy rewizja została wreszcie ukończona, a Herr Globocnik z sierżantem Stracherem opuścili jej dom, unosząc ze sobą krwawicę rodu Łęskich, dorobek kilku pokoleń koneserów i estetów, w których rodzina obfitowała i którymi się szczyciła, hrabina natychmiast przywołała Teodora i zapytała o Leona. Niestety, Teodor, jak to on, uniósł brwi i pokręcił przecząco głową. Nie wypuszczał ani nie wpuszczał pana profesora Rosenblatta. Pan profesor znikł jak sen jaki złoty.

Maria, troszkę zmartwiona, wróciła do sypialni, gdzie usiadła na pufie przed toaletką i przez chwilę się odprężyła. Zniknęła z jej twarzy przybrana maska spokoju, plecy się przygarbiły, a czoło zmarszczyło. Popatrzyła bezradnie na swoje śliczne koronkowe dessous zalegające podłogę, zdeptane, zbrukane, zniszczone.

– Hołota, wstrętna hołota – wycedziła przez ściśnięte usta, westchnęła bardzo głęboko i sięgnęła po dzwonek, by wezwać pokojówkę.

W tym momencie drzwi balkonu uchyliły się i zobaczyła długi nos Leona i jego samego szepczącego scenicznym szeptem:

– Poszli?

– Jesteś! – zaśmiała się z ulgą. – Poszli. Nie zmarzłeś? Podbiegła do niego żywo i chwyciła za rękę zimną jak lód.

Potarła ją mocno swoją.

– Zdążyłem naciągnąć gatki! A resztę włożyłem już na balkonie.

– Zimna ta łapa!! Ale chyba cię było widać z... – zaniepokoiła się Maria.

– Nie! Przezornie rzuciłem na poręcz i podłogę balkonu huculski liżnyk, ten, który przywiozłaś z Czerniowiec. Zasłona była z niego jak się patrzy, a i mogłem na nim usiąść, by mnie widać nie było z ulicy. Co ci ukradli?

– Prawie wszystko, co było najwartościowsze. Mieli listę, ciekawam skąd. No i ten szkop przeklęty Globocnik, zdaje się, zna się na antykach.

– Coś mi się po głowie kręci... Czy twój świętej pamięci mąż nie podejmował tu czasem profesora Dedericha z Kunstmuseum w Bonn?

– Dobrze pamiętasz. Podejmował. Dwa lata temu, gdy był już tak chory, że prawie nie wstawał, Dederich przysłał list z prośbą o pokazanie zbioru numizmatów i sztychów, a przy okazji chciał zobaczyć Rembrandta. Powoływał się, jak pamiętam, na przyjaźń Jerzego z generałem von Schultingiem. Myślisz, że to on? To był taki uroczy człowiek...

– Obecnie, w mundurze wermachtu, jest specjalnym pełnomocnikiem do spraw zabezpieczania dóbr kulturalnych w Krakowie. Tak nazywa się jego funkcja. Zna teren. Chyba zresztą nie przypadkiem. Takich wizyt jak u was złożył, słyszałem, tuż przed wojną wiele i spenetrował metodycznie najcenniejsze kolekcje krakowskie. Teraz tylko, przy pomocy tych dwóch typów, którzy cię dziś odwiedzili, kradnie najwartościowsze przedmioty. Jak jajka z kurnika.

– Co to się porobiło! Leonku!

– Ano. Jedziesz na Oleandry do gestapo? Czy masz na dziś dosyć Niemców?