Dziewczyna z kabaretuTekst

Z serii: Irenka Górecka #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z kabaretu
Dziewczyna z kabaretu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Dziewczyna z kabaretu
Dziewczyna z kabaretu
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

15 września 1939

Polen. W drodze do Krakau

Franz Adolf Eichhorn był profesjonalistą. Nie lubił polityki. Polityka była dobra dla głupców, którzy inaczej nie umieli zarobić. On umiał.

Zawsze nienagannie ubrany, pachnący eau de cologne i dobrym cygarem, był przyjmowany w najlepszych berlińskich domach, a od awansów znudzonych dam nie mógł się opędzić. Nie potrzebował mieszać się do polityki, by zapewnić sobie dobrą pozycję socjalną czy finansową. Miał ją i nie chciał stracić ani jej, ani też tym bardziej życia.

A marki i tak zawsze potrafił zarobić.

Ta głupia wojna niczego nie wnosiła do sprawy i nie mogła mu nic dobrego przynieść; antyki na pewno stanieją i zepsuje się rynek!

No cóż, był zabezpieczony; lokaty, wcale nie małe, we frankach szwajcarskich i, oczywiście, w bankach szwajcarskich, na pewno pozwolą mu przeżyć najbliższe lata w dostatku. W końcu ile ta wojna może potrwać: dwa, trzy lata? No, może cztery – tak jak pierwsza, ale aż takim pesymistą nie był. Bywał tu i ówdzie, słyszał to i owo i wiedział, jaką potęgą militarną dysponuje ten malarz z Monachium. Tak. Aż tyle ta wojna nie potrwa. Na razie będzie tylko kupował. Przeczeka. Nic innego nie pozostaje mu do roboty. Ale przecież może być ciekawie. Okazje, różne okazje. Lubił okazje.

Tak, może nie będzie tak źle.

Od wcielenia do wojska uratowało go poważne schorzenie serca, szczęśliwie w samą porę, tuż przed mobilizacją, wykryte – no cóż, może nie całkiem przypadkowo przez profesora Becka z Monachium – i miał niepłonną nadzieję, że uda mu się wykręcić od brania udziału w tym całym zamieszaniu zwanym wojną.

Niestety.

Renoma, swoista sława, którą się cieszył w niektórych kręgach berlińskiego towarzystwa, spowodowała, że znalazł się, jak ogłaszała duża tablica, którą przed chwilą minęli, w Krakau. Całkiem niespodziewanie, właściwie z dnia na dzień.

Pod wieczór wpadło do niego, nieomal wyważając drzwi, dwóch jakichś zupełnie bezbarwnych i anonimowych cywilów i ni mniej, ni więcej zażądało dość obcesowo, by udał się z nimi. Oczywiście zaoponował, ale ci brutale, niewiele się nim przejmując, podali mu kapelusz, pomachali przed nosem rewolwerem i wypchnęli z mieszkania wprost do małego i niepozornego opla, który wraz z kierowcą czekał pod domem.

– Przejedziemy się – powiedział jeden z nich, ten większy, w czarnym kapeluszu z jakimś idiotycznym piórkiem i z twarzą jak kiełkujący kartofel, ziemistą i pełną brodawek.

Coś okropnego taka gęba.

Franz oczywiście mógł od razu dać jednemu w nos, drugiemu w – powiedzmy – nabiał, ale się powstrzymał. Wieloletnie doświadczenie nauczyło go, by nie bić od razu, tylko potem. Gdy już się wie, o co chodzi. Spokojnie więc wsiadł do auta i bez robienia scen dał się tym dwóm smutnym jegomościom wieźć tam, gdzie mieli przykazane go zawieźć.

Nec Hercules contra plures.

Nie spodziewał się jednak, że będzie to tak długa podróż. Z Berlina do Krakau jednym ciągiem, przez kraj, który potęga Rzeszy właśnie wdusiła w ziemię. Kraj, który się jeszcze bronił, ale jak się zdawało, sprawa była już przesądzona. Z okien samochodu widział spalone budynki, zabawne widoczki – kobietę gotującą coś na piecu, który jako jedyny ocalał z całego domu. Coś tam pichciła, a z komina leciał dym. Wyglądała, jakby była na scenie. Zajęta, nie zwracała uwagi na przechodzące, ba, przewalające się tuż za jej plecami tłumy. Co gotowała i komu? Wydawała się przeraźliwie samotna i taka jakaś nieprzystająca do otoczenia, wyizolowana, gdy tak metodycznie mieszała w garnku widoczna jak na dłoni. Wbiła mu się w pamięć i zaprzątnęła myśli.

To ciekawe, jaką ludzie mają w sobie siłę, pomyślał Franz. Dom jej zburzono zaledwie przed chwilą, a ta już obiad gotuje, wraca do życia.

Albo ci nędzarze! W papciach czy wręcz w gazetach obwiązanych wokół stóp wszyscy gdzieś dążyli, przemieszczali się, uciekali w panice, chyba bez sensu – wszystko bowiem wskazywało na to, że Polska została rozbita w puch.

Kompletny chaos i zniszczenie. Trzeba przyznać, że ten mały Adolfek nieźle się sprawił. W dziesięć dni rozwalił w drobiazgi podskakujących polskich oficerków. Bardzo ładnie.

Dobrze było to wszystko zobaczyć, więc właściwie nie złościł się na tych dwóch frajerów, którzy go, można powiedzieć, uprowadzili. Małe kreatury do brudnych poleceń.

Droga była zapchana, ale oni w małym oplu przemieszczali się jak na ten bałagan bardzo sprawnie. Kartofel pokazywał jakieś papiery i przepuszczano ich w pierwszej kolejności. Ciekawe, na czyje zlecenie.

Musiał to być ktoś zaiste potężny, jeśli niepozorny samochód osobowy miał pierwszeństwo przed pojazdami wojskowymi. Prawdopodobnie za tym wszystkim stała nie lada figura. Franz nie denerwował się wcale, czuł, że czeka go przygoda, wyzwanie, a to lubił najbardziej.

4

16 września 1939

Na drodze, nad ranem

Irenka mknęła jak szalona, trąbiąc przeraźliwie klaksonem. Te boczne drogi były po prostu straszliwe. Samochód podskakiwał tak, że bezustannie waliła głową w sufit. Nic prawie nie widziała. Zamalowane – zgodnie z rozporządzeniami władz – na czarno reflektory nie dawały nieomal światła, ale dociskała gaz do dechy, pomna, że noc niedługo się skończy i znów trzeba będzie stawać, przepychać się w tłumie innych pojazdów i chować przed samolotami.

Nie była senna. To chyba podniecenie powodowało, że skoncentrowana do granic możliwości gapiła się na drogę i gnała na łeb na szyję. Bała się tylko, że kogoś niewidocznego, a idącego poboczem drogi może niechcący potrącić, ale ryzykowała. Obok niej siedział Bolek i też wpatrywał się w ciemność.

Pędziła, korzystając z tego, że – nie wiadomo jakim cudem – ten właśnie odcinek drogi był pusty. Czas upływał nieubłaganie i wiedziała, że wszystko ma swój kres, a szczególnie benzyna w baku.

Niedługo pewnie staną.

Że też ten Kiersnowski nie postarał się o więcej paliwa, przecież to podstawa. Ciągle nie bardzo się orientowała, gdzie jest, ale kierunek był chyba prawidłowy. Podróż fatalnie przedłużały blokujące drogę gromadki i gromady ludzi – idących noga za nogą i wiozących niewielki dobytek na dziecinnych wózkach, taczkach i rowerach – zmęczonych, prawie nieprzytomnych i stąd też nieuważnych.

Na poboczach leżały torby, walizki i różnego rodzaju toboły, porzucone przez śmiertelnie zmordowanych uciekinierów. Fruwały papiery jak białe obłoki mgły, która też co i raz pojawiała się i znikała.

Trzeba było wymijać kufry czy pudła leżące niekiedy na środku drogi i trąbić z daleka, gdy tylko zamajaczył jakiś kształt na horyzoncie. Najgorzej, jeśli trafiało się na kolumnę wojska. Wtedy postój potrafił trwać nawet godzinę, dwie czy trzy. Przechodzący ludzie stukali w okna samochodu, błagając o wzięcie, o podwiezienie. Wszystkich odganiał Henio. Wielki jak dąb, ze złamanym nosem, nie musiał nawet specjalnie podnosić głosu. Gdy zakrzyknął gromko:

– A żeby ty spuch! Ni ma miesta, choćby płacz! Rupuże4! – i pokazywał swoją niezbyt przyjazną facjatę, ludzie znikali w ciemności jak błądzące po piekle zagubione dusze.

Miałam szczęście, że na nich trafiłam, myślała Irenka, słuchając głośnego chrapania Henia i Jurka. Tylko Gedalia posapywał cichutko i coś mruczał przez sen, śpiąc z głową opartą na nodze Jurka. Miałam szczęście! Daleko sama bym nie zaszła ani nawet nie dojechała.

*

Gdy wynurzyła się z lasu, była zupełnie zdezorientowana. Nie miała bladego pojęcia, gdzie jest, i co gorsza, gdzie powinien być samochód z rzeczami.

Szukała wzrokiem, a to jabłonki, a to samochodu, i nic nie widziała, tylko zbity tłum ludzi, furmanek, wszelkiego rodzaju pojazdów, monotonnie i miarowo przemieszczający się do przodu.

Stanęła u progu ściany lasu, ściskając rękę Gedalii, zapatrzyła się na słońce już zbliżające się do horyzontu, czerwieniejące tą wieczorną intensywną czerwienią, która zapowiada zimną noc, i uprzytomniła sobie, gdzie była, kiedy nadleciały samoloty. Powinna się cofnąć.

Wyszła z lasu w miejscu, jak jej się wydawało, znacznie oddalonym od tego, w którym do lasu weszła.

Dotarła do drogi z kurczowo trzymającym się jej ręki malcem i od razu porwała ją fala uciekinierów, niby wir w rzece. Szła pod prąd. Raz po raz kogoś potrącała lub ktoś ją potrącał. Nikt jednak nie miał siły odpowiedzieć na jej rzucane w przelocie: „przepraszam, przepraszam”. Ta grzeczność, jakoś nieprzystająca do zaistniałej sytuacji, wyrywała na moment ludzi z letargu. Podnosili wbite w drogę oczy i patrzyli na nią przez chwilę, a ich wzrok zdawał się całkiem martwy, nic nierejestrujący. Nie zadawali sobie nawet trudu, by coś powiedzieć lub chociażby zareagować jakąś miną. Mieli martwe spojrzenia. Niewidzące oczy. Czasem jakieś dziecko płakało, ktoś jęczał, ktoś inny coś wykrzykiwał, ale to się zdarzało sporadycznie – panowała przygnębiająca wprost cisza.

Cała ta wielka zbita masa parła do przodu jak toczący się walec i Irka chwilami bała się, że jeśli wybuchnie panika, zostaną w mgnieniu oka zadeptani.

Po kilkuset metrach zrezygnowała z marszu pod prąd i zeszła z drogi na pole. Był to i tak postęp, jako że dopiero co miała ambitny zamiar przemykania się lasami albo rowami polnymi. Chyba stchórzyła, a nigdy się o to nawet nie podejrzewała. Bała się, zwyczajnie się bała.

Szła więc po tych polach jak duch jakiś. Pod prąd maszerującego tłumu uciekinierów.

Tu też było ciasno, ale jakby trochę luźniej.

Polami przedzierali się ci młodsi, sprawniejsi, którzy szybciej się poruszając, usiłowali wyminąć tarasujące drogę tabuny maruderów.

Zapadając się po kostki w piachu, w tych swoich pięknych białych francuskich boksowych bucikach, miała Irenka nielekkie zadanie. Pod pachą trzymała Rembrandta, za rękę Gedalię, który ledwo już szedł i w zasadzie wlokła go za sobą jak worek kartofli, co i raz walcząc z myślą, by puścić małą łapkę i zniknąć w tłumie.

 

Wystarczyłoby pięć minut. By zniknąć. Na pewno znalazłby się jakiś dobry człek, co by się dzieciakiem zajął. Jakiś Polak, Polka, Żyd albo Żydówka.

Czy to musi być ona? Niby dlaczego ona? Jednak jakoś nie puszczała tej rączki spoconej i lepkiej, tylko maszerowała do przodu, klnąc w duchu wojnę, buty, Rembrandta i to obce zasmarkane dziecko, które spadło jej na kark w jakże niefortunnym momencie.

Nagle Gedalia, ciągnięty z całej siły, przyhamował z impetem, zawisł na jej ręce i zaczął ryczeć wniebogłosy:

– Nie mogie! Nie mogie! Nie mogie! Nogi mnie bolom! Nie mogie! Nie pójde! Pani! Ja nie pójde! Nie mooogie!

Miała ochotę walnąć go porządnie w tyłek, ale prawdę mówiąc, na to też nie miała siły. Nawet by się z nim szarpać.

Wyczerpana – może nie tyle marszem w niewygodnych pantoflach, ile całą tą sytuacją, w której się znalazła – usiadła w najbliższym rowie, tuż obok eleganckiej dystyngowanej pani przyglądającej się im ze znużeniem i bez większego zainteresowania. Gedalia pacnął koło niej i natychmiast zaczął jęczeć:

– Pani, pani, jestem głodny, pani, pani!

– Cicho bądź! – ofuknęła go wściekła. – Ja też jestem głodna! Nic nie mam, daj mi spokój, dzieciuchu!

Tubę położyła sobie koło nóg. Była w tym jakaś groteska, że jedyną rzeczą, którą miała, był ten obraz, pewnie bezcenny.

No ale co z tego? Nie zje go.

– Pani, nogi mnie bolom! Pani! – dokuczliwie i monotonnie narzekał Gedalia.

Boże! Co za bachor!

– Mnie też bolą. Cicho bądź! – powiedziała już spokojnie, ale kategorycznie.

Starsza pani siedząca w rowie popatrzyła na nich ze smutkiem:

– Nic nie macie?

– Nie. Nic. Tylko to. – Irenka pokazała tubę. – A to teraz jest nic niewarte. Nie mam nawet torebki. Wszystko straciłam. A mały zgubił matkę!

Gedalia, gdy usłyszał, że o nim mowa, natychmiast zaczął znów pociągać nosem i popłakiwać.

– Paniii… jestem głooodny…

Do kobiety podeszła dziewczynka, miała może ze dwanaście lat. Wyszła z tego samego lasu, w którym i oni byli – Irenka i Gedalia. W rączce miała garstkę poziomek.

Ślicznych, czerwonych, skrzących się w słońcu poziomek!

– Patrz, babciu, co znalazłam!

Starsza pani uśmiechnęła się i wzięła jedną poziomkę z podsuniętej jej dłoni. Dziewczynka spojrzała na Gedalię i Irkę. A potem na babcię. Ta wzrokiem odpowiedziała na pytanie malujące się w oczach małej, która po chwili wysunęła rączkę do siedzących obok, mówiąc:

– Proszę! Poczęstujcie się…

Malec chwycił poziomkę i szybko wsadził ją do ust, podobnie zrobiła Irenka. Boże, jakie to było dobre! Najsłodsza poziomka, jaką w życiu jadła. Dziewczynka znowu poczęstowała babcię, Gedalię i Irenkę.

– Dziękuję! Pyszne! – powiedziała Irenka. Spojrzała na Gedalię, a ten ściągnął z głowy myckę i też powiedział grzecznie:

– Dzienkuje!

No dobrze! Biedny smarkacz, ledwie żyje. Jestem potworem. Nieczułym, skonstatowała skruszona Irenka i pogłaskała malca po włosach. Były mokre od potu. Nie powinnam tak gnać. Nie znam się na dzieciach, niestety...

– My też nie mamy jedzenia, by się podzielić. Skończyły nam się zapasy, ale może coś jeszcze uda się nam kupić. Skąd pani idzie?

– Z Warszawy. Pani zapewne też?

– Tak.

– A dokąd? Jeśli to nie tajemnica czy wścibstwo...

– Jaka tajemnica! Doprawdy! Nawet tego same do końca nie wiemy. Byle dalej. Mamy pod Pińskiem na Polesiu znajomych. Może uda się nam tam dotrzeć. A pani?

– Myślałam, by przekroczyć granicę rumuńską. Ale teraz już nie wiem sama. Chyba nie dam rady. Najchętniej bym wróciła do Warszawy.

– Tam są już Niemcy. Spotkałam na tej drodze znajomego kapitana. Podobno zajęli przedpola Warszawy. Miasto pewnie jest otoczone i zamknięte. Nie ma powrotu. My też zamyślałyśmy, by jednak zawrócić, ale to już niemożliwe.

– Ja muszę zawrócić. Tam, gdzieś w tyle, została mama Gedalii, nie wiem nawet, czy żywa... Znalazłam go tu, w lesie, samego i tam, daleko za nami, został też samochód, którym jechałam. Może odnajdę jedno albo drugie. Nie widziała pani buicka leżącego na poboczu drogi?

– Ja widziałam!! – wtrąciła dziewuszka. – Leży tam, zaraz za zakrętem. Taki sam jak wujka Lolka! Mijałyśmy go dopiero co...

Irenka poderwała się na równe nogi.

– Dziękuję! Biegniemy! Chodź, Gedalia, chodź!!

Starsza pani popatrzyła na nich z niepokojem.

– Ten kapitan, z którym rozmawiałam, Warpęchowski, mówił, że Niemcy zabijają Żydów ot tak, stawiają pod mur i… – Tu dama w rowie nader naturalistycznie pstryknęła palcami, a Irenkę ziąb obleciał.

Słuchała przerażona.

– Tam gdzie już są, na zachodzie czy południu kraju, strzelają ponoć do ludzi jak do kaczek. Zresztą cóż tam, pani widzi, co oni już nawet na tej drodze wyczyniają, toż to jakieś barbarzyństwo okropne! Strzelać do ludzi z samolotów! Co im ci ludzie zrobili? Przecież widzą, że to są cywile. Starozakonnych im najłatwiej rozpoznać. Ten mały... Jego może co złego spotkać i panią przy nim, skoro nie ma pani papierów. Zresztą oni nawet o papiery nie pytają.

Irenka się zafrasowała. Rok temu z okładem była w Berlinie, występowała w największym w Europie music-hallu, w Scali, przez kilka ładnych miesięcy i to, co słyszała i widziała, zupełnie jej się nie podobało. Niemcy zostali rażeni jakąś paranoją, której kompletnie nie rozumiała. Obłąkany antysemityzm, zakłamany socjalizm i nacjonalizm na pograniczu patologii. Wszystko to stanęło jej przed oczami.

Spojrzała na malca, a on na nią. W jego oczach malowało się… Co? – nie wiedziała. Były ciemne i smutne jak górskie jeziora. Już nie płakał. Tylko patrzył. Ile zrozumiał? Coś na pewno. Pogłaskała go po łebku.

– No i co ja mam z tobą zrobić? Chodź, poszukamy mamy...

– Ale jeśli pani jej nie znajdzie – odezwała się starsza kobieta z powagą – radzę wyrzucić jarmułkę i ściąć mu jak najszybciej pejsy. Tak będzie lepiej dla was obojga.

– Tak, tak. No, ale ja nie mam zamiaru ciągnąć go ze sobą. Znajdziemy mamę i ona się nim zajmie! – powiedziała lekko Irka. Nie była tego pewna. Ba! Była przekonana, że nie znajdą – jak tu kogo znaleźć w tym zamęcie? A jeśli ta mama zginęła, to...

No nic, wyrzuciła złą myśl z głowy. Znajdą, muszą znaleźć.

– A jeśli nie znajdziecie?

– No... to w najbliższym miasteczku pójdę do gminy żydowskiej czy rabina, czy coś, i niech oni się nim dalej opiekują.

– No tak. Ale póki co, ci Niemcy mogą się tu w każdej chwili pojawić. Niech pani mu zabierze kipę i te pejsy ciachnie, ja dobrze pani radzę. A i to... wdzianko, które ma na sobie, należałoby zmienić.

– Dziękuję. Tak zrobię, ma pani absolutną rację.

Irenka ukłoniła się kobiecie, pomachała do dziewczynki, wzięła za rękę Gedalię i ruszyła znów do przodu, czy raczej do tyłu, bo musiała się przepychać w tłumie ludzi idących w odwrotnym kierunku. Chłopczyk dreptał za nią, ledwie nadążając. Miał pochyloną główkę, widziała czarny krążek jarmułki i stopy obute w brązowe trzewiki. Jedna pończocha zwisała mu zrolowana przy kostce, druga, poprzekręcana, też wyglądała okropnie. Mały sprawiał wrażenie bezbronnego i kompletnie załamanego. Powłóczył nogami jak jakiś staruszek. Zatrzymała się. Przyklęknęła i poprawiła mu pończochę. W tej zrolowanej nie było guzika. Poszukała wzrokiem jakiegoś patyczka. Złamała go i wsadziła pod bawełnę. Zapięła gumkę. Gedalia patrzył na nią tymi swoimi jeziorkowatymi oczami, a Irenka monologowała sama do siebie czy do niego:

– No, strasznie mi się przyplątałeś. Ale zaraz znajdziemy twoją mamę. Pewnie tam za tobą płacze.

– No! – powiedział Gedalia. – Mame jest szmutne. Zarasz jom znajdziemy?

– Tak myślę, jeśli... jeśli… nie spotkało jej coś złego, sam rozumiesz. No, poszukamy.

– Cienszko pani z tom tubom. Pani da, to poniese. – Mały popatrzył na nią z błyskiem w oku.

– Miły jesteś, chłopczyku. Ale... ledwo idziesz sam, a co dopiero z tubą...

– Ja pani poniese tube, a pani mnie!

Irka parsknęła śmiechem. Malec spojrzał z lekką pretensją:

– Mame mnie niesła...

Ale Irenka nie zwróciła już na to uwagi, tylko wykrzyknęła:

– O! Widzę samochód!

Puściła się biegiem, potrącając ludzi.

Buick leżał na boku, a wokół niego kręciło się trzech facetów, brudnych, obdartych i z daleka niewyglądających zbyt przyjaźnie.

Gedalia truchtał za nią, głośno sapiąc i pokrzykując jak to on:

– Pani, uś nie mogie, uś nie mogie… Uś!

Irenka, nie zwracając „uś” na niego żadnej uwagi, kłusowała do przodu. Wyminęła furmankę, potem rowerzystę z gigantycznym tobołem przytroczonym do bagażnika, aż wreszcie wyhamowała przy samochodzie. Jeden z mężczyzn właśnie napierał na dach auta, usiłując, jak się wydawało, postawić je na kołach. Drugi ciągnął za zamknięte drzwi z przeciwnej strony.

– Hola, panowie! Co wy tu? – zaprotestowała może niezbyt mądrze Irenka, jako że przemknęło jej przez głowę, że dobrze byłoby ten samochód postawić.

– A co paniusi do tego, co my tu? Stawiamy automobila!

– To mój samochód! – powiedziała twardo Irenka, patrząc w oczy temu największemu.

– Paniusin?

– Tak. Mój.

Mierzyli się wzrokiem.

– Znaczy sja, to i co paniusia zamiarujo z nim zrobić?

– No, postawić i jechać dalej.

– Sama? Postawić? – zachichotał mniejszy facet.

Irenka intensywnie myślała. Drab z bliska nie był taki groźny. Duży, bo duży, nos miał złamany i jakieś dzioby na twarzy, ale z oczu mu dobrze patrzyło. Irenka uważała się za wybitną fizjonomistkę i zawsze najpierw ludziom w oczy zaglądała. A te oczy siwe były i miłe. Nie było tak źle, nie musiała się go bać. Tak osądziła po krótkiej obserwacji.

Drugi mężczyzna też nie wyglądał niebezpiecznie – ot, inteligent, zmęczony i znużony, w wymiętym sweterku i pumpach. A trzeci – nieomal dziecko, może miał z osiemnaście lat, puch pod nosem i, niestety, niewielką, ale rysującą się już łysinkę.

Nie są groźni, oceniła.

– Jak panowie mi pomogą, to chętnie panów zabiorę i podwiozę – zadeklarowała.

– No to robiam spółdzielnia: my stawiama automobila, a panijenka nas wiezi – zaproponował drab.

– Dobrze... róbmy!

Drab i jego kompanioni wrócili do podnoszenia auta, a Irenka zaczęła się zastanawiać, jak też pojedzie tym samochodem, skoro nie ma kluczyków. O prawie jazdy nie wspominając – też nie miała, ale jeździć umiała i nieraz już prowadziła samochód Tonia. No, może nie w takich warunkach. Drogi na Wołyniu, gdzie leżał majątek Antoniego, jej ulubionego kochanka, były zupełnie puste, z rzadka się tam tylko jakiś automobil przemykał; częściej można było spotkać chłopską furmankę czy linijkę należącą do miejscowego dziedzica. Nawet urzędnicy z pobliskiego Równego poruszali się na ogół bryczkami. Motor czy limuzyna Tonia budziły sensację i na ryneczku zawsze otaczał je tłumek zasmarkanych dzieciaków i miejscowych sztubaków zainteresowanych motoryzacją.

Ach! Jak tam było miło i prowincjonalnie! Mogła się rozpędzać, ile tylko chciała. Nawet na motorze! Szusować po leśnych drogach i wertepach i budzić grozę w miasteczku, przez które przejeżdżała w zawrotnym pędzie, płosząc miejscowe kury i świniaki biegające luzem, a jakże, po ryneczku.

Popatrzyła na drogę. Istne panoptikum, czyli ruch jak na jarmarku w Kołomyi. Ale nic to. Da radę. Jak zwykle. Wierzyła w siebie. Tylko te kluczyki. Rozejrzała się wokoło, czy aby gdzie nie leżą rzucone przez Zbysia. W stacyjce ich nie było. Natomiast wewnątrz auta wciąż leżała jej walizeczka. Uff! Dobrze! Cud prawie. Gedalia podszedł i wziął ją za rękę. Lekko nią potrząsnął.

– A mame? A mame?

– Poczekaj chwilkę, zaraz jej poszukamy. Tylko ten samochód podniesiemy.

Trzej mężczyźni w tym czasie zabrali się do dźwigania buicka. Nie było to dla nich problemem: ustawili się ze wszystkich stron. Irenka też dołączyła do ekipy.

Drągal zakomenderował:

– Raz! Dwa! Trzy!! Ciongni! Ciongni! Tylnia koła podeprzej!

Wszyscy się zaparli, naparli i autko stanęło.

– Taż nam sja udała! – zakrzyknął największy, zaciągający z wileńska. Ten o wyglądzie inteligenta zaczął obchodzić je dokoła. Kopnął w blachę i zawyrokował:

– Błotnik przygięty, reflektor poszedł w drobny mak, ale ogólnie wygląda na to, że się nadaje do dalszej jazdy.

 

– No ta sjup! Przyjdzi sja ruszatć, zanim nas ta Niemce tu złapia! Jak pragna zakwitnąć! Pojechawszy! – zakrzyknął wielki i spojrzał wyczekująco na Irenkę.

– No, nie tak zaraz. To nie takie proste. Po pierwsze: gdzieś podziałam kluczyki…

Wszyscy trzej popatrzyli na nią ze zgrozą.

– A po drugie, musimy się rozejrzeć za matką małego. Tu ją zgubił. W tej okolicy.

– O rany! To panijenka ni ma kluczów?

– Noo, nie mam.

– To po cóśma sja menczyli? Bez kluczów nie pojechawszy, jak pragna zakwitnąć.

– A jak panowie chcieli nim sami pojechać? Może je znajdziemy... – powiedziała ostrożnie Irenka i z drżeniem w sercu pomyślała o panu Zbysiu leżącym gdzieś tam.

Podniosła wzrok i rozejrzała się. Jabłonka była widoczna jak na dłoni. Pan Zbyś pewnie nadal pod nią… Z kluczykami być może...

– Panowie – zaczęła – panowie mi pomogą i może jakoś razem. Chodźmy – zakomenderowała, już więcej nic nie tłumacząc, a mężczyźni poszli za nią, ociągając się z lekka i spoglądając jeden na drugiego. – Bo widzicie, panowie… Jak pan ma na imię, bo co my tu tak będziemy sobie panować? – Spojrzała na inteligenta.

– Bolek. Bolesław Niewidowski. Pani pozwoli...

– Irena Górecka.

– Ja Hjenia, a ten ta to Jjurka – powiedział największy, wskazując na młodego.

– Niewczas. Jerzy Niewczas.

– Hjeniek Porcyanko.

– No, to już się znamy – ze sztuczną wesołością zagadała Irenka, ciągle prąc w kierunku jabłonki.

Gedalia leciał za nią, potykając się co i rusz o bruzdy na polu. Przyhamowała i wzięła go za rączkę.

– Widzicie, panowie, tam, pod tym drzewem, leży kierowca. – Wskazała ręką pechowe drzewo.

– Kierowca?! Leży?

– Tak. Tego buicka. Myślę, że kluczyki są w jego kieszeni. On...

– Nie żyje?

– Właśnie. Ja nie... no... – zająknęła się – trzeba ich pochować, bo tam i drugi mój znajomy leży. Przy okazji, jak te kluczyki będziemy brali.

Heniek popatrzył na nią spode łba i kiwnął głową:

– Jasne! Zrobi sja! – i przyspieszył kroku.

*

Leżeli tam obaj. Nic się nie zmieniło. Na plecach, z otwartymi oczami wpatrzonymi w niebo. Tak jak ich zostawiła.

Irenka stanęła tuż obok i wciągnęła powietrze w płuca.

– Gedalia! – powiedziała. – To jest Gedalia – zwróciła się do nowych kolegów wyjaśniająco. – Gedalku! Usiądź sobie tam, pod tym krzaczkiem, i odpocznij chwilkę…

– Jestem głodny, psze pani, bardzo głodny, ja... – z niezmierzonym optymizmem malec wrócił do ulubionego tematu.

– Tak, wiem. Ja też. Jestem głodna, i to bardzo. Zaraz coś wymyślimy. Ale musisz poczekać. To wojna i wszystko jest już inaczej. Musisz wytrzymać. Tak jak twój tatuś, być dzielnym małym żołnierzykiem!

No, bredzę jak w malignie, pomyślała. Ale mały jakby znów się uspokoił, więc bredzenie miało przyszłość. Westchnęła ciężko, a tymczasem Henio sięgnął do gałęzi i wyłuskał spośród liści jabłko. Nie było zbyt piękne, ale zawsze jakieś. Podał Gedalii.

– Masz, mały, wcinaj.

Gedalia jak głodny wilczek wbił w nie ząbki i cały się rozpromienił. Niewiele potrzebował do szczęścia. Irenka pokazała mu nieduże wzniesienie z tyłu drzewa.

– Tam sobie usiądź, odpocznij i jedz spokojnie. A my tu zrobimy, co mamy do zrobienia. Idź, mały...

Chłopaczek, gryząc jabłko, wdrapał się na górkę, ale cały czas nie spuszczał z nich wzroku.

Chyba się bał, że mu uciekną.

Irenka zaś odwróciła się do swoich nowych znajomków:

– Może który z panów – ugryzła się w język i poprawiła – z was... Może któryś z was zajrzy panu Zbysiowi, o, temu – wskazała palcem – do kieszeni...

Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na dużego Henia, a ten, nie wahając się ani chwili, przyklęknął i sprawnie przeszukał kieszenie nieboszczyka.

Irenka zaś nachyliła się i zamknęła powieki Kiersnowskiemu. A potem panu Zbyszkowi. Czuła, że tak właśnie powinna postąpić. Zamknąć im oczy. Tyle mogła zrobić. Ot, zwykły gest. Nie było to nawet przerażające. Zrobiła to, co się robi w takich wypadkach. Wytarła rękę w sukienkę i znów poczuła się gorzej. To chyba histeria, słabo mi. Boże! To nic. To histeria. Lebioda się ze mnie zrobiła na okoliczność tej wojny. Oddychać. Trzeba głęboko oddychać. Patrzyła na Henia, który wyciągnął z kieszeni pana Zbynia brudną chusteczkę, jakiś papier, portfel, klucze od domu i... kluczyki do auta.

Wszyscy czworo, nachyleni nad zwłokami, odetchnęli jak na komendę.

– Dobrze jest! – wysapał Bolek.

– A taż co? Jedziawszy? – spytał Henio, podając jej znalezione przedmioty. – A ci to pani jakasi rodzina czy co?

– Nie, ale trzeba ich pochować. To znajomi. Jechałam z nimi.

– Jak ich pochować, jak nic nie mamy? Żadnej łopaty ani nic. Rękami będzie ciężko – zafrasował się Jurek.

– W samochodzie jest saperka – powiedziała Irenka. – Zaraz ją weźmiemy.

– Taż ja jeszcze przeszukawszy kijeszeni tego drugiego. Pani potem da jego rzeczy rodzinie – zaoferował się niezmordowany drągal.

– Tak, tak, niech pan przeszuka – zrezygnowanym tonem przyzwoliła.

Miała już dość wszystkiego. Wojny miała dość! Trzeba było oddać ten Gdańsk czy co tam chcieli, przemknęło jej przez myśl. Tak. Tylu miłych ludzi żeby zginęło z powodu jakiegoś miasta czy korytarza. Toż to straszna głupota!

Spojrzała na Henia, jak mu tam: Porcjanka, Porcyanko, który bez żadnych oporów wsadził łapę do wewnętrznej kieszeni Kiersnowskiego i wyciągnął opasły portfel z wysuwającymi się z niego banknotami. Wręczył go Irence.

Potem zdjął zegarek z ręki nieboszczyka i też jej oddał. Szybko się przyzwyczaił do śmierci, pomyślała. Ja jakoś nie mogę.

Skuliła się. Było jej zimno.

Zapadał wieczór, słońce znikało za horyzontem. Wrony przeraźliwie krakały i latały nisko nad polem, niewystraszone cichnącymi dalekimi wystrzałami. Popatrzyła na drogę, którą cały czas przetaczał się zwarty tłum ludzi. Szli jak wypuszczeni z jakiejś fabryki, jedni za drugimi, i znikali za zakrętem, jakby schodzili ze sceny.

Irenka trzymała bezradnie rzeczy wydobyte z kieszeni Zbysia i Kiersnowskiego.

– Gedalia! Gedalia! – zawołała, a mały ruszył za nią skwapliwie. Nie miała wolnej ręki, więc chłopczyk szedł tylko koło niej i tak milcząc, doszli do automobilu. Irenka wrzuciła portfel i klucze na tylne siedzenie. Pacnęły z lekkim chrzęstem tuż obok tuby z Rembrandtem.

Podeszła do bagażnika i go otworzyła. Saperka leżała na wierzchu. Pan Zbyś jej używał, gdy samochód zakopał się pod Łukowem, gdzie wpadli na niezbyt fortunny pomysł objechania polnymi drogami zablokowanej przez konwój wojska szosy.

Henio bez słowa wziął łopatkę i ruszył pod jabłoń, Jurek i Bolek w milczeniu poszli razem z nim.

– Wejdź do samochodu, Gedalia – zarządziła Irenka.

Mały posłusznie wszedł i usiadł na tylnym siedzeniu, tuż koło Rembrandta. Wyglądał na bardzo znużonego, oparł się wygodnie i przyglądał wnętrzu samochodu z ciekawością, ale bez zwykłego ożywienia.

Jego matka… Jak ją mam znaleźć? Nie wiem, pomyś­lała. Korzystając z chwili spokoju, zajrzała do bagażnika. Schowała rzeczy Kiersnowskiego i Zbysia do swojej walizeczki. Popatrzyła na dwie wielkie wypchane walizy Kiersnowskiego i niewielki koszyczek. Wszystko zamknięte. Koszyk. Najpierw zajrzała do niego. Jedzenie! I to jakie! Cud!

Chwilę się zastanawiała, czy tego nie schować. Nie dać nikomu. Noo, poza Gedalią…

Ale tamci…

Nie. Nie będzie świnią. Nigdy nie była. Wojna to wojna. Trzeba się dzielić. Prosię z niej. Że jej to w ogóle przemknęło przez ten głupi łeb.

Kiersnowski miał butelkę znakomitego burgunda, aż oczy Irce zabłysły, gdy ją wyciągnęła; chlebek niezbyt już świeży, ale co tam; trzy puszki sardynek, skumbrie, a jakże, w tomacie; kiełbaska smakowicie woniejąca; kurczak pieczony; słoik, jak się na oko wydaje, z minogami. Pomidory! No, szaleństwo. Starczy dla wszystkich, chociaż ten duży Hjenio to może być niezły żarłok.

– Pani! Ja chcem japko! – Mały małpiszon znów przypomniał jej o swojej obecności.

– Masz, smarkaczu! – powiedziała Irenka z triumfem w głosie i wręczyła mu urwany szybko solidny kawał pachnącej majerankiem kiełbasy.