Wenecja. Miasto, któremu sie powodzi

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wenecja, republika sztuki i miłości – wilgotne arcydzieło.


.

Przewodnik po najpiękniejszym mieście –

mojemu mężowi, przewodnikowi

po najpiękniejszym życiu.

Panorama Wenecji z placem Świetego Marka.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I.

SERENISSIMA REPUBBLICA DI VENEZIA

.

Canal Grande od strony Dorsoduro.

Najjaśniejsza Republika Wenecka

czyli w opiece Najjaśniejszej Pani na lagunie

Szukasz przewodnika? Zajrzyj do internetu, tam znajdziesz praktyczne porady i ceny. Ja jestem przewodniczką po mieście bezcennym, już nieistniejącym. Poznasz moją wersję Wenecji – muszli zostawionej na lagunie przez ludzkie potwory, święte i utalentowane dziwki, szubrawców i geniuszy, zamieszkujących to miejsce przez ponad tysiąc lat. Oglądana – to turystyczny kicz. Przyłożona do ucha – zamiast szumieć morzem, wytwarza informacyjny szum: tonie, zachwyca. Idealna na podróż poślubną albo śmierć w Wenecji.

Lądując tu przejazdem, możesz mieć Wenecję chwilówkę, pożyczkę widoków. Byłem, pstryknąłem, odlałem się na wieczność w świetle Serenissimy. Tak robi większość z dwudziestu paru milionów turystów rocznie nawiedzających to miasto wybudowane dla ponad 150 tysięcy mieszkańców. A zamieszkałe już tylko przez ubywające 50 tysięcy.

Dłuższy pobyt turystyczny trwa tu statystycznie nie dłużej od chorobowej trzydniówki. Trzy dni, dwie noce. Najliczniej przyjeżdżają Włosi, Amerykanie, Francuzi.

Przejście z dworca kolejowego na plac Świętego Marka zabiera pół godziny. Problem, że trudno po prostu iść, nie przystając w tłoku turystów i piękna. Miasto ze swoimi 148 kościołami, 450 pałacami tworzy strefę największego zagęszczenia zabytków na świecie. Dzień wśród tej nadprodukcji arcydzieł to jak sprint przez Luwr. Biegniesz, zaliczając kątem oka tony dzieł sztuki.

Zdziwiliby się ci, którzy pół tysiąca lat temu stwierdzili: „O Wenecji nie można nic więcej napisać, tyle o niej powiedziano”. Od tamtego czasu wydano tysiące książek o weneckich strojach, srebrach, porcelanie, pogodzie, a nawet szczegółowych opracowań o zmieniającym się na przestrzeni wieków kształcie dziurek w zamkach drzwi. Dlaczego dokładam się właśnie do tego stosu opowieści?

Prokuracje, Campanila i Bazylika Świetego Marka (oraz chmury).

Pierwszy raz

Może moje uwiedzenie Wenecją ma coś wspólnego z odczuciami Wenetów – jej pierwszych mieszkańców. Tak jak oni odkryłam to miejsce, uciekając przed barbarzyńcami.

Ile razy oglądam w weneckiej Akademii (Gallerie dell’Accademia) słynny obraz Boscha, ten z tunelem przyciągającym zmarłych światłością wiekuistą, myślę, że nie znalazł się tutaj przypadkowo. Pierwszy raz, w 1988 roku, dotarłam do Wenecji pociągiem, tunelem pod Alpami. Ale nie dlatego Boschowska wizja Doświadczenia śmierci wydaje się mi własnym doświadczeniem.

Był koniec lat 80. ubiegłego wieku. Przyjechałam z ponurego, szarego świata komuny do miasta światła, wolnego świata. Wenetowie, plemię zamieszkujące od stuleci północ Włoch, uciekli na lagunę, chroniąc się przed barbarzyńcami tratującymi Imperium Rzymskie. Starożytna cywilizacja pogrążyła się w mroku. Ja uciekłam przed nowoczesnym barbarzyństwem totalitarnego systemu. Jego gnijącymi resztkami gdzieś na granicach prowincji Imperium Zła, jak nazywano Związek Radziecki. Dostałam azyl polityczny, Wenetowie – azyl życiowy.

Przedrzeć się przez strach, ciemność do odrodzenia. Każda emigracja jest rodzajem śmierci i zmartwychwstania.

Łatwo sobie wyobrazić, co wtedy czułam – dwudziestoparoletnia absolwentka filozofii, znająca Zachód tylko z biblioteki, a włoską sztukę z szarych reprodukcji. Wysiadłam na weneckim dworcu Santa Lucia prosto w hologram objawienia: estetyki, przepychu historii. Byłam jedną z boschowskich dusz, uwolnionych od szarej beznadziei, podążających ku zbawiennej wolności.

Uciekinierzy zacierają ślady, wtapiają się w otoczenie. Bardzo, bardzo starałam się razem z moim ówczesnym mężem nie wyglądać na uchodźców z brzydoty i biedy. Łatwo nie było – zabraliśmy tylko jeden plecak. Przecież wyjeżdżaliśmy „wycieczkowo”, z nowiutkim paszportem. Długo nam go odmawiano, tak jak i większości zdesperowanych, marzących o ucieczce. Ale tych, którzy pragnęli zostać w Polsce, kuszono i namawiano do wyjazdu. Tak działają systemy totalitarne, podszyte diabłem. Zdefiniowanym przez Goethego jako podwójne przeczenie. Przekręcającym na przekór prawdę, sens i ludzkie życie.

Uciekliśmy smutnemu diabłu. Nie ma nic smutniejszego od reżimowej, niemal militarnej szarości. Z ponurej Warszawy wyjechaliśmy jesienią. W migoczącej luksusem Wenecji było jeszcze lato. Opatuleni siedzieliśmy przy moście Rialto, chłonąc słońce, wolność, zapach Zachodu. Moja szeroka suknia skrywała warstwy ubrań „na wszelki wypadek”. Mąż w prochowcu i wojskowych butach, kupionych jak za okupacji na kartki. Wydawało się nam, że reprezentujemy europejski, młodzieżowy styl new romantic podpatrzony z zagranicznych teledysków. Włoscy młodzieńcy, uprawiający przy nabrzeżu dolce far niente, otaksowali nas od podbitych zelówkami butów (żeby się nie zdarły na tułaczce) po blond głowy i strzyknęli w naszą stronę z pogardą: Faszyści.

Przypominaliśmy im okutanych szmatami niedobitków cofających się spod Stalingradu.

Co za różnica: komunizm czy faszyzm, ciągnął się za nami totalitarny zapaszek.

Nigdy nie myślałam, że będę po latach w Wenecji turystką, nie wieczną uciekinierką, i zbuduję swoje życie od nowa.

Według Fryderyka Nietzschego muzyka jest Wenecją.

Początek

Wenetowie w V wieku, uciekający przed Hunami i Attylą o biczowatej ksywce „Bicz Boży”, też nie przypuszczali, że szuwary, gdzie znaleźli schronienie, staną się ich miastem. A niezamieszkałe wyspy, wysepki (razem 118) – salonem Europy i stolicą światowej potęgi handlowej.

Wracam tutaj od końca lat 80. jak do siebie. Siebie samej budującej własną potęgę wieku dojrzałego i kilka upadków. Jednego roku zachwycam się dziką przyrodą laguny, innego lata wolę wymuskane plaże Lido. Przyznaję, miałam też odjazd imprezowo-karnawałowy, tandeta zdarza się chyba każdemu.

Kiedyś będę z zamierającą Wenecją rozpływać się we mgle skojarzeń, później niepamięci. Jest moim miastem bez murowanych fundamentów, pachnącym zgnilizną i morską bryzą na przemian. Moim alter ego wyobraźni. Miastem nonszalancko wyrafinowanym, ale po kupiecku wykalkulowanym. Odnajduję w nim siebie, różne etapy własnego życia. Jedyne miasto, oprócz rodzinnej Łodzi, gdzie nie błądzę. Oba łączy woda: łódka, gondola, wzlot i upadek. Pałace i squaty.

Wenecja nie wyprowadzi na przedmieścia, donikąd. Jest bezpiecznym placem zabaw, ogrodzonym wodą. Nigdy nie miała murów obronnych. Chroniła ją natura i ludzki spryt. Była wzniosła i sprośna.

W moim owładnięciu tym miastem nie doszukuję się wątków genetycznych. Chociaż część Wenetów w IX wieku p.n.e. powędrowała nad nasz Bałtyk i Mazury. Ciągnęło ich do wysp. Germanie Wenetami nazywali Słowian. Rzymianie uznali ten wojowniczy lud mieszkający w okolicach dzisiejszej Padwy za wyznawców bogini przypominającej Wenus. Stąd podobno ich nazwa – Wenetowie i Wenecja. Serenissima – Najjaśniejsza (tak tytułowano Republikę Wenecką) – była przydomkiem tej bogini. Nie boga, co ważne w późniejszej historii Wenecji – stolicy kobiecej wolności. Zromanizowani Wenetowie, mówiący już po łacinie, pozbyli się swego barbarzyństwa. Uciekli przed nową falą barbarzyńców na wyspę Torcello.

Zwiedzanie należałoby zacząć od niej. Zamknąć oczy i przepłynąć na Torcello taksówką wodną prosto z lotniska. Tak wyglądałaby podróż idealna. Jeden z wariantów poznawania Wenecji. Jest ich wiele, dlatego będą mogły się wydawać powtórzeniami, nawrotami akcji, zdarzeń i postaci. Inaczej nie da się oglądać weneckiego labiryntu ułożonego z mozaiki skojarzeń.

Miasto zabawy dla każdego.

Już na lotnisku Marco Polo piękno ściele się do stóp.

Dojazd, dopływ, dolot i nielot

Najpierw trzeba tu dotrzeć. Samochód zostawić na parkingu Tronchetto, w sezonie lepiej rezerwować miejsce. Przylatując, warto zatroszczyć się o miejsce po prawej, widokowej stronie samolotu. Wenecja i Księżyc pokazują się z jednej strony, obojętnie, czy przylatujemy, czy odlatujemy.

 

Poza pielgrzymką pieszą mamy jeszcze inny, równie wyrafinowany i niedzisiejszy sposób podróży. Dla tych, którzy mogą sobie pozwolić, żeby Wenecja zaczęła się w Londynie albo Paryżu. Jest przecież dziełem sztuki jedynym na świecie, a droga do niej – preludium w rytm jazdy Orient Expressu.

Rano z drugiego peronu londyńskiej Victoria Station wsiada się przez szafę Narnii do stuletnich wagonów w stylu powieści Agathy Christie. Odnowionych, wypucowanych na glanc pięciogwiazdkowego hotelu. Nie popełni się zbrodni w Venice Simplon-Orient-Expressie, używając elektronicznego sprzętu, ale pasażerowie patrzą krzywo na wulgarnie nowoczesne tablety i smartfony. Zapłacili kilka tysięcy euro za podróż tą kapsułą czasu. Nie ma dress code’u, do jedzenia restauracyjnego homara podanego na porcelanie wypada jednak założyć coś oldskulowego.

Wielka Brytania żegna orkiestrą dixielandową. Po drugiej stronie kanału La Manche nie widać emigrantów próbujących się przedrzeć tam, skąd przyjechałeś. A może ich jeszcze nie ma. W końcu Simplon-Orient-Express pędzi pod prąd czasu, czasem też przyzwoitości: trufle, kawior, serwetki zagłówków dziergane w Burano. Na stolikach lampeczki z abażurem, zapach róż. Widoki oprawione w wiktoriańskie ramy okien. Konduktorzy białymi rękawiczkami odprawiają pociąg. Dyskretna obsługa w strojach z filmu Grand Hotel o minionej Europie. Przed snem kolacja, szampan, fortepian w barze i trzy wagony restauracyjne. Przy pościelonym łóżku czekają pantofle, szlafrok. Łazienka skromna, ale własna. Za dopłatą tysiąca euro masz nie przedział, a pół wagonu przerobionego na salon.

Nocą szwajcarskie Alpy i przystanek w Innsbrucku. Śniadanie do przedziału, Werona za oknem, obiad, szampan i wenecki dworzec Santa Lucia. Zamiast: Benvenuto! – w weneckim dialekcie: Buondi!

Wenecję odwiedzili już wszyscy. Tony Halik, sąsiedzi, Goethe, George Byron i George Clooney. Nieliczni przyjechali Orient Expressem. Na szczęście nikt rewolucyjnym parowozem dziejów. Lenin nie odwiedził laguny. Został w Moskwie, zabalsamowany na Kremlu. Za to natarty świętymi olejami przybył do Wenecji jej patriarcha, późniejszy papież Pius X, święty. Przed konklawe obiecał, że wróci tu martwy lub żywy. Wrócił w 1914, obwożony sarkofagiem gondoli, z twarzą wystawioną do słońca Serenissimy i pośmiertnie ostrzykaną konserwującym balsamem.

Wenecjanie znani są z powiedzenia: „Wierzymy w Świętego Marka, trochę w Boga i wcale w papieża”. Nie wierząc, przynajmniej go zobaczyli niemal żywego.

Sorrentino, spadkobierca najwybitniejszych – Felliniego, Viscontiego – wybrał Wenecję na tło serialu Młody... i Nowy papież. Gdzie indziej dałoby się głosić, jak Chrystus, papieskie kazania na wodzie w dostojnej dekoracji surrealnego piękna? Wenecja od zawsze konkurowała z Rzymem, oszczędzając swoim poddanym stosów rzymskiej inkwizycji. Nadmiar wody, będący w naturze tego miasta, gasi płomienie fanatyzmu. Dlatego obrazoburczego Młodego papieża filmowano nad laguną. W ostatnim odcinku serii grający go Jude Law wpada nad kanałem w śpiączkę. Zadziałał chyba duch miejsca. Republika Wenecka przez tysiąc lat swego istnienia życzyła papiestwu snu wiecznego. Jej mieszkańcy od zawsze mówią o sobie, lekko sepleniącym dialektem, ale za to dobitnie: „Prima Veneziani, poi Cristiani” (Najpierw Wenecjanie, potem chrześcijanie).

Współczesna Wenecja jest dekadencka w swoim pięknie. Perwersyjny John Malkovich grający Nowego papieża, obwożony kanałami łodzią klasy rolls-royce’a, świetnie się z nią komponuje.

Znakiem firmowym wyobraźni genialnego Sorrentina są malownicze zwierzęta wędrujące przez ekran. Nadają scenom mistyczno-absurdalnego znaczenia. Może wziął ten pomysł, tak jak Fellini w A statek płynie, z weneckiej historii. Nosorożec, samica Clara, odbywając swoje tournée po Europie (była również w Warszawie), uświetniła wenecki karnawał 1715 roku. Specjaliści sprzeczają się, z którego wieku – XIII, XVIII? – jest podłogowa mozaika przedstawiająca nosorożca w Bazylice Świętego Marka, skoro zwierzę miało swoją europejską premierę dopiero w wieku XVI. Piękną, bo namalował je Dürer, i tragiczną, bo utonęło podczas sztormu koło Marsylii.

W 1819 roku przez weneckie ulice jak przez sawannę uciekał afrykański słoń. Wyrwał się z klatki przy nabrzeżu i ukrył w kościele Sant’Antonio. Ostatnio ogólnowłoską sensację wzbudziła para strusi. Widząc je przypadkiem w weneckim zaułku, pomyślałam, że właściciele wyprowadzają te biedne nieloty na spacer. Skądś się w końcu biorą strusie pióra do zdobienia masek karnawałowych. Ale policjanci, śmiech gapiów i włoska telewizja były dowodem, że nie jest to codzienny widok. Strusiami opiekowali się dwaj pracownicy słoweńskiego cyrku kwaterującego na lądzie. Chroniąc ptaki przed chłodną nocą, zabrali je ze sobą do weneckiego pensjonatu. Tramwajem wodnym albo gondolą.

Strusi i zabalsamowanego papieża płynącego uroczyście kanałem nie powstydziłby się Sorrentino.

Żywi pływający tradycyjnie czarnymi gondolami też przypominają zmarłych holowanych na lawetach w zaświaty. Żaden wenecjanin nie wsiądzie do gondoli. Chyba żeby dostać się okazją na drugi brzeg kanału. Takie atrakcje są dla turystów wyrzucających pieniądze do wody. 200 euro nocą za godzinę bujania. Zdarza się, że i 400. Chociaż miasto ustaliło taryfę 80 euro za 40 minut. Kto by tego przestrzegał. Kto by w mieście miłości brał paragony albo kwity. Według burmistrza gondolierzy wykonują zanikający zawód, więc pozwala, by płacone przez nich podatki też były nikłe. Gdy gondole służyły mieszkańcom, było ich 10 tysięcy. Teraz pływa ponad czterystu zawodowych gondolierów.

Nie jestem wielbicielką statków, nie odróżniam żaglówki od jachtu. W gondolach najbardziej podoba mi się ich przeznaczenie. Po 20 latach te zrobione z kilkuset części, z kilku rodzajów drewna weneckie cuda są oddawane do pieców Murano. Czarne gondole podsycają czerwony ogień podgrzewający płynne szkło. I tym sposobem niesione żywiołem wody łodzie dają ciepły oddech weneckim żyrandolom i światłu odbitemu od szkła z Murano.

W tym kupieckim mieście, gdzie rozrzutne było tylko piękno, nic nigdy się nie marnowało.

Z lotniska Marco Polo do Wenecji można dotrzeć dwoma sposobami. Autobusem na mało fotogeniczny Piazza Roma, skąd rozchodzą się miejskie szlaki i kilka linii wodnych tramwajów (vaporetto). Albo spod lotniska, od razu łodzią linii Alilaguna.

Na przystań idzie się pięć minut dobrze oznakowaną trasą. Atmosfera przypomina filmy z Jamesem Bondem – gdyby agent stał w kolejkach po bilet – prosto z samolotu skaczesz do łodzi motorowej. Zamiast jechać szarym asfaltem, płyniesz laguną, sycąc się solą morską i widokami Canal Grande. Stacja końcowa w samym centrum weneckiej pocztówki.

Jest jeszcze trzecia możliwość – wodna taksówka. Romantycznie droga.

Tego spaceru ze strusiem Sorrentino by nie wymyślił.

Taksówki z taryfą na widoki.

Krakowiacy, górale i wenecjanie

Krakowianie wiedzą – Rynek jest jeden. Obok Mały Rynek. Wenecjanie mają Piazzę (plac) i obok, od strony Pałacu Dożów (Palazzo Ducale) do wybrzeża, Piazzettę (placyk), nie trzeba dodawać, że jedno i drugie pod opieką Świętego Marka.

Według mnie Piazza jest skomponowana na zasadzie kontrastów. Jej najwyższa w mieście dzwonnica Campanila (Campanile di San Marco) kontra poziom morza przyległej Piazzetty. Pękata, barwna Bazylika Świętego Marka kontra prostokątny dziedziniec, otoczony podcieniami koloru betonu. Fantazji w nich tyle, co w paragrafach, więc nie dziwi nazwa: Prokuracje. W XVI–XVII wieku rzeczywiście mieściły rozrośniętą prokuraturę. Ich krótsza ściana, ta, gdzie jest teraz muzeum Correr, nie istniała do czasów napoleońskiego najazdu. Przyszedł w 1797 roku przyszły cysorz i wyrównał: zburzył stojący tam (mu na przeszkodzie) kościół. Połączył dwa skrzydła Prokuracji trzecim, w którym wybudował strategicznie, pośrodku miasta, pałac dla swojej rodziny. Nazwał tę geometryczną monotonię, przypominającą musztrę szarości, najpiękniejszym salonem Europy.

Karmiąc zasiedlające plac gołębie, dokarmia się pamiątkę. Ptaki przyleciały tu za szukającymi schronienia Wenetami. Chociaż atakujący karmę gołąb może być potomkiem innej legendarnej linii: tych wypuszczanych przez dożę po wieści z pola bitwy.

Basilica San Marco, a przed nią czerwone maszty, dawniej trzy szubienice.

Wenecjanie nazywają Campanilę il padrone – szefem, gospodarzem Piazzy i Wenecji. Ze szczytu – wjazd windą – panorama miasta, laguna, wyspy. Taras widokowy jest tak wysoko, że widać kulący się horyzont. Nie z powodu kulistości Ziemi, ale strachu przed nieskończonością kosmosu (moja teoria kwantowo-egzystencjalna).

Do absolutnego piękna Wenecji dochodzi jeszcze jeden, niespodziewany widok z Campanili: śnieżne szczyty. Zimny okład chłodzący umysły dotknięte weneckim syndromem – przesytem doskonałością. Alpy na horyzoncie wydają się optycznym trikiem. Czy może być jeszcze ładniej w skali kiczu? A tu od północnej strony białe tło dla czerwonych dachów, poszarpane łańcuchy górskie powtarzają w lodowej wersji weneckie pałace.

Alpy też pojawiają się niby koronkowe wykończenie horyzontu na przystani Fondamente Nove. Bliskość lodowców zaskakuje do tego stopnia, że podróżujący stamtąd Francuzi, a nawet Włosi, pytają: „Co to za góry?”.

Nudny plac Świętego Marka.

Męka na Piazzetcie

Przy nabrzeżu Piazzetty – dwie kolumny morskiej bramy. Jedna ze skrzydlatym lwem, symbolem Świętego Marka, druga ze Świętym Teodorem dźgającym kijem krokodyla. Razem tworzą idealny kadr pamiątkowego zdjęcia: „Jestem turystą w Wenecji”. Ale nikt tutejszy nie zapozuje. Samo przejście między kolumnami Piazzetty przynosi pecha. Torturowano w tym miejscu skazańców, zanim obcięto im głowy. Masakrowano i dla dobrego przykładu ludzkie szczątki rozwlekano po mieście.

W XVI wieku poćwiartowano pierwszy, jedyny raz kobietę. Najpierw obcięto jej dłonie i zawieszono na szyi. Za to, że siekierą zabiła męża. Nieszczęsna musiała działać gwałtownie w samoobronie: on albo ja. Nie wykorzystała dyskretniejszego, popularnego sposobu na pozbycie się dręczyciela – trucizna, środki nasenne albo zepchnięcie w kanał. Trupy wyławiano tak często, że należały do klasyki „odpadków” miasta.

Piazzetta jest placem, skąd widać historię. Nie ma tu żadnego budynku, ozdób niezwiązanych z przeszłością Serenissimy. Trzy maszty dla dekoracji? Powiewają na nich flagi Wenecji, Włoch i Unii Europejskiej. Wcześniej dyndali wisielcy. Masztami „zakryto” szubienice. Wśród białych kolumn Pałacu Dożów – dwie różowe? Stojąc między nimi, doża ogłaszał egzekucje. Wenecja była miastem zabawy i karnawału, nie horrorów, ćwiartowań, wieszania. Ich nagromadzenie na Piazzetcie bierze się z wagi miejsca, wagi sprawiedliwości. Tutaj było centrum weneckiej władzy i religii.

Piazzetta przy basenie Świętego Marka.

Dożywocie doży

WX wieku plac Świętego Marka przecinała rzeka Brenta, rozdzielając go na dwie wyspy. Zasypano ją i zaczęto budować średniowieczne miasto. Zamiast murów obronnych miało trudną do przebycia lagunę. Fosą było morze. Średniowieczne grody rozrastały się wokół zamku i kościoła. Wenecjanie zbudowali kościół – późniejszą Bazylikę Świętego Marka – ale nigdy nie wznieśli zamku dla króla ani księcia. Pałac należał do Republiki.

Jak mocne musiało być wśród nich poczucie wspólnoty, ile bezczelnej odwagi, żeby wbrew boskiemu prawu i ludzkim zwyczajom nie poddać się woli jednego władcy. Nie ustawić feudalnej drabiny społecznej sięgającej Nieba: Bóg ojciec, papież, biskupi na podobieństwo króla (niebios) i jego wasali. Ten system Republiki przetrwał tysiąc lat, do 1797 roku. Był wynalazkiem, jednym z wielu błysków geniuszu Wenecji i jej powodzenia. Podobnie jak wynalezienie luster, witryn sklepowych, mody, konsumenta, latarni miejskich, kapitalizmu, opery, tiramisu etc.

 

Mówi się, że zarys Wenecji przypomina rybę. Dla mnie to ławica ryb albo statków: każda wysepka miała kościół, niby żagiel z krzyżem. Dlatego jest kilkadziesiąt weneckich parafii. Kanały – około 180 – są pozostałością niezasypanych między nimi granic.

Laguna Wenecka z Alpami w tle.

Wenecję tworzyli uciekinierzy. Na wysepkach laguny nie da się wiele uprawiać. Trzeba handlować, skoro wokół wodne szlaki. Kto będzie rozkazywał kapitanowi statku na morzu? Tej swobody Wenecjanie nie dali sobie odebrać także na lądzie wyszarpanym lagunie. Ich pałace błyszczały złotem rybek spełniających marzenia o luksusie i potędze.

Kupiecki spryt podyktował Wenecjanom zasady wyboru doży. Jego urząd był dożywotni, lepiej więc, żeby nie żył za długo. Nie na tyle długo, by umocnił swoje wpływy w jednowładztwo. Doża musiał mieć powyżej siedemdziesiątki i jako szef korporacji o nazwie Republika Wenecji nie podejmował decyzji sam. Współpracował z radą nadzorczą Senatu, Radą Dziesięciu.

Zdradę republikańskiej Wenecji karano śmiercią. Współczesne korporacje mogą o tym tylko pomarzyć, wydając ograniczony czasowo zakaz współpracy z konkurencją.

Kradzież świętego

Łatwiej handlować niż tworzyć arcydzieła. Wenecja na początku miała rzemieślników i pieniądze. Dzieła sztuki, świętych – importowała. Umacniało to jej niezależność oraz pokrywało patyną godności.

Wenecka laguna leżała mniej więcej w połowie drogi między Wschodem a Zachodem. Sprawującym nad nią nadzór Konstantynopolem a Rzymem. Celem Wenecji była samodzielność. Dawał ją mocny patron. Dotychczasowy, Święty Teodor, zużył się i osłabł razem ze słabnącym Bizancjum, skąd pochodził. Święty Piotr, apostolski capo di tutti capi, był nie do ruszenia w Rzymie. Ale miał niepokornego, wiele razy karconego pomocnika – Świętego Marka, też apostoła.

Nie wypada kraść świętych. Za to można im pomóc, tak jak oni pomagają pobożnym wyznawcom. W roku 828 dwóch kupców weneckich w drodze przez Aleksandrię dowiedziało się o planach muzułmanów. Niewierni zamierzali sprofanować cudownie zakonserwowane ciało Świętego Marka złożone w jednym z aleksandryjskich kościołów. Kupcy wykradli je i owinęli w antyislamski straszak – słoninę. Tak patron przypłynął kupieckim statkiem do swojego miasta. Swojego, bo był już za życia na lagunie. Usłyszał wtedy od anioła: „Pax tibi, Marce evangelista meus...” – „Pokój tobie, Marku, ewangelisto mój, tu spocznie twoje ciało”.

Sprowadzenie Świętego Marka można by porównać do sprowadzenia na stałe gwiazdora (żywego) albo zakupu galaktycznego zawodnika. Klub ma kasę, aspiracje, ale brakuje mu jeszcze tego czegoś, by zakasować konkurencję. Na kilkaset lat w przypadku zwycięskiej Serenissimy.

Poranek nad wyspą San Michele.

Wodny kot, pustynny lew

Lew był symbolem Marka Ewangelisty. Merkury, patron kupców i złodziei, miał skrzydełka. Z tego miksu powstał skrzydlaty lew, symbol Wenecji i opiekującego się nią świętego patrona. Oprócz lotności skrzydeł dodano lwu księgę. Chyba rachunkową, skoro to republika kupiecka.

Lew Świętego Marka na niektórych płaskorzeźbach wygląda jak kot, który zjadł gołębia. Wenecjanie bardzo dbają o koty, zorganizowali dla nich międzynarodową adopcję.

Wodne miasto odbijające swój wizerunek w kanałach, lustrach z Murano ma również odbicie jak miraż, na pustyni. Kanały, prawdziwy most Rialto i identyczną, stumetrową Campanilę z placu Świętego Marka zbudowano w Las Vegas. Są nawet gondolierzy. Prawdziwa Wenecja na wodzie, jej podróbka – na pustyni, gdzie mógłby się wylegiwać lew Świętego Marka.

Między obydwiema Wenecjami, wodną i pustynną, istnieje więź. Gdyby nie prawdziwa Wenecja z pierwszym na świecie kasynem, nie zbudowano by Vegas. Siostrzane miasta wzniesione w ekstremalnych warunkach. Istnieją wbrew rozsądkowi. Jedno i drugie sprzedaje siebie. Nie są prawdziwymi miastami, ich mieszkańcy zarabiają na obsłudze turystów. Las Vegas jest amerykańską praprawnuczką Wenecji. Praprawnuczka Las Vegas pewnie wyleci w kosmos. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, będzie zmysł zabawy i hazardu. Na wodzie, pustyni czy Marsie.

Palazzo Ducale, czyli Pałac Dożów.

Wieża zegarowa z włoskimi godzinami.

Kopnąć w kalendarz albo w zegar

Ciało Świętego Marka było pretekstem do stworzenia własnej ligi, odseparowania się od Rzymu i Bizancjum. Zaginęło w pomroce dziejów pod posadzką wybudowanej nad nim w 832 roku Bazyliki. Ważne, że tam jest, a jego duch unosi się nad wodami laguny. Jak Duch Święty przed stworzeniem świata unosił się nad biblijnymi wodami, zanim powstał z nich ląd, a pewnie najpierw laguna.

Zostając przy Piazzy i wodach stworzenia: symbolem ich mrocznego chaosu są na wieży zegarowej dwaj Maurowie oznaczający „pierwotną ciemność”. Co godzinę biją młotami w dzwon – logos, który wydając dźwięk, porządkuje świat. Rozum, godzinowa miara czasu, praca – to wszystko jest zaklęte w wieży zegarowej.

Należy ona do słownika Wenecjan. „Zobaczyć swoją godzinę” oznacza polskie „kopnąć w kalendarz”. Skazańcy między kolumnami Piazzetty patrzyli na niebieską tarczę wieży zegarowej. To ostatnie, co widzieli – swoją śmiertelną dawkę czasu.

Lew bez Świętego Marka, krokodyl z właścicielem.

Pierwsze kolumny hazardu

Uczynienie symbolem miasta na wodzie dużego kota to dość przewrotne. Przynajmniej nie ucieknie z laguny. Obdarzony dekoracyjnymi skrzydłami nie odleci, ale i nie utonie. Wdrapał się na wysoki słup, jak zwykły kot, i patronuje Piazzetcie. Na drugim słupie – kolumnie – stoi Święty Teodor, treser krokodyla. Tak wygląda z dołu. Ma kij do obrony przed krwiożerczym gadem. Chociaż jatki odbywały się u stóp kolumn, nie na ich szczycie.

Kolumny Piazzetty, powielane na widoczkach Wenecji, przywieziono z jakichś rzymskich ruin, ku chwale i ozdobie Republiki. Do zwożenia dzieł sztuki zachęcali dożowie. Wenecja była kulturalną pustynią na wodzie. Żadnej rzymskiej drogi, amfiteatru, cegieł ani kapiteli.

Trzy kolumny przetransportowane statkiem, nie wiadomo skąd, pasowały tu idealnie. Niestety, jedna kolumna zatonęła. Nie wiem, czy naprawdę, czy ktoś w tej legendzie przemycił historię tablic Mojżeszowych. Były trzy, na nich piętnaście przykazań, ale w drodze z Synaju jedna, według apokryfów, Mojżeszowi się „wymskła”.

Wenecka legenda o trzeciej kolumnie ma cień prawdopodobieństwa, pod kolumnami niezbyt obszerny. Pozostałych dwóch kolumn długo nie zdołano ustawić do pionu. Leżały latami na placu budowy XII-wiecznej Wenecji. Ciężki dowód sprawności kupieckich wypraw i nieudolności rodzimych rzemieślników. Aż Nicolò Barattieri, ten sam, który zbudował pierwszy drewniany most Rialto, wymyślił, czym podnieść kolosy. Oplatające je liny przywiązane do pala na przemian polewał i suszył. Kurcząc się o parę centymetrów, zadziałały jak dźwignie. Powoli, w kilka tygodni, zdołały unieść ciężar marmurowych kolumn.

Inżyniera w nagrodę za spryt godny Ulissesa obdarowano „po kosztach” miejscem między kolumnami. Czas to pieniądz, przestrzeń to powierzchnia biznesowa. Pomysłowy inżynier postawił pierwszy w Wenecji stolik do gry. Hazard szedł tak dobrze, że go wkrótce zabroniono. Miejsce grzesznej rozrywki zajęła sprawiedliwość wymierzana przez kata. Wkrótce i hazardziści też byli karani śmiercią albo obcięciem nosa.

A zaczęło się tak przyjemnie, od gier na świeżym powietrzu w powiewie morskiej bryzy.

Tarcza czasu.

Włoskie godzinki

Jeszcze jedno spojrzenie (wbrew weneckiemu powiedzeniu nie ostatnie) spod kolumn Piazzetty – na wieżę zegarową. Jest bramą, również czasu. Wieńczący ją Maurowie, kowale losu, wykuwają młotami przyszłość. Niebieska tarcza zmienia się wraz z porami dnia, od błękitu, szafiru po granat błyszczący złotem godzin. Złoty wiek, gdy Wenecja była największą na świecie giełdą złota. I to bogactwo było widać. Fasada słynnego Ca’ d’Oro – pałacu nad Canal Grande – błyszczała dwudziestoma tysiącami złotych płatków.

Godziny wieży zegarowej pokazują czas odwrócony – na szczycie tarczy zamiast dwunastej jest osiemnasta. Tak liczono godziny włoskie. Dzień, zgodnie z Biblią, zaczynał się wieczorem, o szóstej. Wtedy spożywano colazione – po włosku śniadanie, czyli naszą kolację. Najwidoczniej zapożyczyliśmy to słowo, gdy Staropolszczyzna balowała do rana, jadła śniadanio-kolację i szła spać.

Napoleon poprzekręcał zegary, wprowadzając własne miary i początek doby o północy. Zepsuł włoskie godzinki, zdeprawował dawne czasy, a nam się wydaje, że zrobił to tylko z Marią Walewską.

Wszystko ma swoją cenę. Cena to po włosku kolacja. Nie należy jej szukać w pobliżu Piazzetty czy wokół Piazzy. Miejscowi nazywają te okolice zoną. Zdewastowaną kulinarnie przez napływ turystów. Jest jednak w pobliżu restauracja La Caravella, gdzie za pieniądze niewiele większe niż w knajpach z wielojęzycznym menu zje się dobrze, w dobrym towarzystwie. Chyba że cierpi się egzystencjalnie...

Bunkier bezguścia

Idąc podcieniami Prokuracji na lewo, przy kawiarni Florian, miniemy uliczki zapełnione markowymi sklepami. Dalej kościół San Moisè z uliczką prowadzącą do mostu Mojżesza. Raz warto tamtędy przejść, nie więcej. Z powodu hotelu Bauer. Od strony Canal Grande zostawiono mu formę pałacu. W XIX wieku austriaccy właściciele przerobili go na hotel. Zamknięty w latach 40. i otworzony w 1949 roku ma w sobie piętno wojny. Jego nowe skrzydło od strony Campo San Moisè jest betonowym klocem z oknami szkoły „tysiąclatki”. Pięć hotelowych gwiazdek przeorało fasadę jak wojenne kule. Bauer miał być nowoczesnym dodatkiem, stał się bunkrem bezguścia. Bauhaus w koronkach Wenecji. Do tego koszmaru przykleił się zabytkowy budyneczek księgarni z aniołem bezradnie rozkładającym ręce: „Zobaczcie, co nam zrobili”.