Trudno z miłości się podnieśćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Manuela Gretkowska, Patrycja Pustkowiak, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Filip Ćwik/Napo Images/FORUM

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Zdjęcia na wkładce

Archiwum Manueli Gretkowskiej; Anna Włoch;

Jacek Poremba/FOTONOVA; A.Fredro-Boniecki;

Adam Pluciński/MOVE

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-670-8

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I.

KRYSZTAŁOWE DZIECIŃSTWO

Skąd się wzięłaś – oprócz tego, że z kosmosu?

Z embrionu. Trudno mi odpowiadać na pytania o dzieciństwo, bo mogą się na to nakładać Freud, reinkarnacja, mnóstwo innych rzeczy. Przeszłość jest tak nieistniejąca, że łatwiej by mi było ją wymyślić.

Musisz mieć jakieś wspomnienia. Kiedy wracasz pamięcią do odległej przeszłości, co widzisz?

Jadę wózkiem, w pozycji horyzontalnej. Widzę drewniane domy na Spornej w Łodzi, czuję cudny zapach rynsztoków, wystawiam ręce, choć proszono mnie, żebym tego nie robiła. Mogłam mieć wtedy ze dwa lata. I następne wspomnienie pełne kryształowego kurzu: siedzę na kredensie, takim na wysoki połysk à la Biedermeier, i rzucam kryształami. Zachwycony tatuś podaje mi następne, bo dziecko ma świetną zabawę. Dziecko to znaczy ja, nie tata, którego moja mama zbeształa po powrocie do domu. Być może taka kryształowa rozwałka była marzeniem jego dzieciństwa. A może nie umiał mi odmawiać. Nigdy, niczego… Rzucanie tymi wazonami o ziemię sprawiało mi dziką przyjemność, a on się cieszył, że jestem zajęta. Pomysłowość mojego ojca nie znała granic. Pewnego dnia dał nam wiatrówkę naładowaną śrutem. Nie wiem, jakim cudem się nie pozabijałyśmy.

My, czyli kto?

Ja i moja siostra, Danusia. Jest osiem lat starsza. Miała gorzej, bo od starszych więcej się wymaga. Kiedy ojciec dał jej tę strzelbę, chciał, żeby zabijała duże zwierzęta.

I zabiła jakieś?

Niestety, wiewiórkę. Niechcący.

Ty nie?

Nic się nie napatoczyło. Za to po domu biegały zające. Tata łapał je żywcem na polu i przynosił, żeby mama oprawiła czy coś tam, a ona je wypuszczała. Prosto na ulicę. Mieszkaliśmy blisko działek, ale mogły też pobiec na Piotrkowską. Tata znał zwyczaje zwierząt i łapał je, biegał jak sarna. Raz złapał jelonka, ale maleństwo zaczęło płakać i je wypuścił. Serio, to brzmi jak bajka, ale tak było. Tata był nie tylko myśliwym „ręcznym”, ale – wychowany na wsi – uwielbiał pracę na działce. Znał przedwojenne uprawy, na przykład zimowych malin. Jedyni w Łodzi mieliśmy na Gwiazdkę świeże maliny, spod śniegu. W domu stały na szafie balony, w których dojrzewało wino z działkowych owoców. Piwo też sam robił, niestety, do czasu, gdy butelka eksplodowała, zalewając świeżo pomalowane ściany. Właściwie powinnam zostać alkoholiczką. Tata częstował mnie pianą z piwa, gdy miałam kilka lat, i razem smakowaliśmy miód pitny, bo miał też ul. Ale zostałam prawie abstynentką. Co się daje dzieciom do picia… Włoska koleżanka patrzyła ze zgrozą na moją kilkuletnią Polcię pijącą herbatę. Ona swojemu dziecku dawała tylko kawę. Ale miałam mówić o dzieciństwie na Bałutach, pół wieku temu.

Słyszałam, że hodowaliście kury.

My nie, ludzie wkoło – trzymali je na podwórku, na sznurkach, bo to Łódź. W piątki tata przynosił żywą kurę z Rynku Bałuckiego. W sobotę rano, przed egzekucją, nakładał pilotkę, żeby nie zachlapać krwią włosów. Rozbierał się do kąpielówek i w tym stroju lotnika szykującego się do wodowania szedł zabić szablą drób. Potem udawał się do miejskiej łaźni, wracał na rosół. Nie byliśmy więc hodowcami kur, tylko ich oprawcami!

I ty to wszystko oglądałaś?

No tak. Typowe dziecko ze starych Bałut.

Coraz mniej się dziwię, że później nazwano twoją wyobraźnię „chorą”.

Chorą? Kury zawsze zabijało się w domach, a dzieci nie odganiano, dopiero mieszkania w blokach i supermarkety zmieniły te zwyczaje. Kurze egzekucje mocno wryły mi się w pamięć! Rozbudziły zainteresowanie mózgiem. Myślałam o tym, co się dzieje w czaszce gdaczącego pośmiertnie ptaka. Czy śmierć jest w głowie, a ciało żyje nadal i może biegać po podwórku? Bo i takie obrazki widziałam. To zainteresowanie przeszło płynnie w zainteresowanie czaszką, którego ukoronowaniem były studia antropologiczne.

Jak twoja rodzina trafiła do Łodzi, w której spędziłaś dzieciństwo?

Przez skrobankę.

To ciekawe.

Mama jest z Łodzi; to piąte czy szóste pokolenie wchłonięte z pobliskich wiosek przez ziemię obiecaną. Jadąc do Łodzi od Rawy Mazowieckiej, a nie autostradą, mija się wioski, które opisał Reymont w Chłopach. Stamtąd pochodzi rodzina mojej mamy, pra-, pradziadkowie. Ich dom był ze dwadzieścia kilometrów od Rogowa, gdzie mieszkał Reymont. Był dróżnikiem, żył w strasznych warunkach u chłopów, właściwie w norze. Na terenie tego gospodarstwa jest teraz muzeum. Jadąc tamtędy do Łodzi, nadal się widzi, zwłaszcza w niedzielę, „stonkę”, jak mówi Piotr o kobietach w tamtejszych żółto-czarnych strojach regionalnych. Żadne tam krakowskie rewie mody, z koralami czy piórami. One tak po prostu chodzą – w ludowych pasiakach. Reymont jest moim pisarzem pierwszego kontaktu, z rodzinną tradycją. Chłopi, Ziemia obiecana… Ekranizację Wajdy widziałam ze dwadzieścia razy. Myślałam, że ten zachwyt to mój patriotyzm lokalny, ale została uznana za polski film XX wieku. Jest genialna. I książka również.

Nie mamy rodzinnych kamienic ani sklepów. Mamy za to szubienicę. Brata mojego dziadka powiesili przy Narutowicza podczas rewolucji w 1905 roku. Kiedy już wisiał, pół godziny później przyszło uniewinnienie od cara. Mam zbiorowe zdjęcie szubieniczników. Taki był zwyczaj, że skazańcy, na pamiątkę dla rodzin, byli fotografowani chwilę przed egzekucją, z katem. Wygląda to jak scena z filmu, ale niestety, to prawda, przerażająca, te ich spokojne, bezdennie smutne spojrzenia… Niedawno na Dołach, łódzkim cmentarzu, postawiono pomnik tym rewolucjonistom 1905. Jest też jego nazwisko: Topolski. Babcia i dziadek od strony mamy byli łódzkimi robotnikami. Babcia chodziła dziesięć kilometrów pieszo do fabryki.

Rodzice mojego taty byli z północnej Polski, zamożna rodzina i piękny dom pod Toruniem, po ogrodzie chodziły pawie. Ciekawa historia wiąże się z tym, jak tam trafili. Owdowiała babcia nie chciała być dłużej w Białymstoku, gdzie przypadkiem, przy obiedzie, zastrzelił się jej pierwszy mąż, czyszcząc naładowaną broń. Znalazła więc majątek do sprzedania nad Wisłą, w Rzęczkowie. Zachwycił ją sielski widok: na tarasie domu gramofon, przy nim w białych sukienkach młode Niemki. Myślała, że będzie tak żyła, w różach i muzyce. Właściciel, Herr Pupke, sprzedał jej posiad­łość od ręki. To była chyba najlepsza decyzja w jego życiu. Dwadzieścia pięć lat później był koniec 1945 roku i ten majątek, na szczęście nie życie, babcia straciła. A dziadka zamknęli w „okrąglaku”, czyli słynnym toruńskim więzieniu, za bycie kułakiem. Ale wróćmy na chwilę do zakupu tego domu. Babcia mieszkała w nim sama z dwójką dzieci urodzonych w Ameryce. Była ryzykantką, bo stwierdziła: kto mi się pierwszy oświadczy, za tego wyjdę. Zima była sroga. Wisła zamarzła i przeszedł po niej, na drugą stronę, do babci, młody Gretkowski, jeszcze w niemieckim mundurze po zakończeniu pierwszej wojny światowej.

No ale co z tą skrobanką?

Łódzka rodzina żyła w nędzy. Mama i jej siostra miały jedną parę butów. Po wojnie, w nowym ustroju i w nowym stroju, obie poszły do szkoły pielęgniarskiej i pracowały w zawodzie. Myślę, że wojna miała na nie straszny wpływ. Dziadek był na pracach przymusowych, one, kilkulatki – same od świtu do nocy, bo babcia pracowała w fabryce wiele kilometrów od domu, chodziła tam, jak mówiłam, pieszo. Raz o mało nie zabrano jej córek do obozu dla dzieci na Przemysłowej, prosto z ulicy, gdzie robiły głupie, dziecięce żarty Niemcom. Ciocia była bardziej szalona od mamy. Mama normalnością broniła się przed traumą. Ciocia poszła raczej w alternatywne tango. Robiła też na lewo skrobanki. No i wpadła. W latach 50. były nakazy pracy, wysyłano ludzi tam, gdzie władza uznała za stosowne, dlatego dla przykrycia afery ciocię wysłano do Szczecina, do pracy w tamtejszym psychiatryku, a mama musiała zająć jej miejsce w Łodzi, chociaż wolała piękny Szczecin. Od dziecka wiedziałam, że coś jest nie tak z moją rodziną. Jakaś zamiana miejsc :)

Trudno zaprzeczyć. Do tego sama nasiąkałaś tą specyficzną atmosferą. Jako dziecko często odwiedzałaś mamę w pracy, na oddziale psychiatrycznym.

Właściwie tam się urodziłam. Pewnego dnia jedna z pacjentek zrobiła na ciężarną mamę zasadzkę. Postawiła na drzwiach wiadro z zimną wodą. Zemsta za bolesny zastrzyk. Wiadro spadło, mama doznała szoku i zaczęła rodzić w siódmym miesiącu. Byłam wcześniakiem. W szpitalu psychiatrycznym spędzałam całe godziny, zabierana tam, gdy zamykano przedszkole z powodu dziecięcej zarazy. Deliryczne doświadczenie. Psychiatryczne korytarze były straszne, zarówno w ciszy, jak i w krzykach. Współczułam chorym, chyba bardziej tego, że mówiono o nich bezosobowo, jak na przykład: „To jest była lekarka, ma zanik mózgu”. A to przecież byli ludzie. W dzieciństwie najbardziej było mi żal kotków znajdowanych po piwnicach i pacjentów chorych psychicznie.

 

Mama miała na ciebie duży wpływ? Sądząc po tym, co napisałaś w Kosmitce, jest silną osobowością.

Do tego zawodu trzeba żelaznego charakteru. I taki ma. Zawsze była silna i zaradna. Rozwinęła w sobie wybitną inteligencję, żeby przeżyć. Wtedy i później. Wyobraź sobie chudziutką kobietę, metr pięćdziesiąt wzrostu, pracującą na wieloosobowym oddziale psychiatrycznym, gdzie chore są od ciebie dużo silniejsze i w psychozie nie życzą ci dobrze. Kilka razy ryzykowała życie. Numer z wiadrem nie był najgorszy w porównaniu z duszeniem, rzucaniem o ścianę, zanim przybiegła pomoc. Niewiele wtedy rozumiałam, oprócz tego, że mamie może coś się stać. Nie ciągle, ale miała takie przypadki. Opowiadała o nich w domu ze szczegółami: „Ona mówi, że mnie wypatroszy, i rozwala krzesłem łazienkę, nie wiedząc, że stoję obok, schowana za murkiem”. Myślę, że podobnie mają dzieci policjantów czy wojskowych – z tyłu głowy fabuła strachu. Mama w pęku kluczy nosiła jeden specjalny, przypominający egipski klucz do wieczności; otwierała nim szpitalne drzwi bez klamek. Teraz na pewno są nowoczesne zabezpieczenia, lepsze warunki i leki. Elektrowstrząsy robi się w znieczuleniu, dawniej na żywca.

W latach 70. moja mama usłyszała: „Pani Teresko, proszę wstąpić do partii”. Oddziałowa mogła być tylko partyjna albo z maturą. Ona miała małą maturę, niepełne średnie. Partyjniakom powiedziała: „Wała!”. Codziennie budziła się o piątej, szła do pracy, a po niej, co drugi dzień, jeździła do szkoły wieczorowej; w domu była przed północą. Miała dwoje dzieci. Nie było ciepłej wody, kibel tylko na korytarzu. I jako jedyna z całej klasy dostała tę maturę, chociaż gdyby wstąpiła do partii, mielibyśmy mieszkanie w bloku i tym podobne radości, jak chociażby zaopatrzenie z partyjnego sklepu, a nie szpitalne obiady cuchnące lizolem.

Czemu nie chciała tego zrobić?

Żeby nie mieć z partią nic wspólnego. Powiedziała mi: „Nie chciałam chodzić do kościoła po kryjomu, wierzę w Boga. Z partii można było się śmiać, a nie do niej zapisywać”.

Może to po niej jesteś taką rebeliantką?

To nie rebelia, tylko wierność sobie, swoim wartościom. I cholerna pracowitość. To rzeczywiście mam po niej. Systematyczności nauczyłam się, pieląc grządki – wpuszczano mnie na działkę, ledwo umiałam chodzić, ale rwałam jak robot, wszystko jak leci, cenne kwiaty też. Ale tata nie chciał mnie zniechęcać.

No właśnie, tata. Jaki był?

Kiedy wybuchła wojna, miał pięć lat. Okupację przeżył, rwąc chwasty u rodziny Bismarcka. Pod koniec awansował – dorósł do czyszczenia kanałów melioracyjnych. Przeżył traumę wojenną, ale nie odgrywał się na rodzinie, jak często robią skrzywdzeni faceci. Kochał życie, kobiety, był trochę bon vivantem, ale wcześnie urodziło mu się dziecko – moja starsza siostra, więc szybko się ustatkował. I chyba przez wojenny głód – wiem, że jedli wróble – kochał jedzenie, do tego stopnia, że z pasji został inspektorem sanepidu, żeby zawodowo chodzić po restauracjach.

Jak trafił do powojennej Łodzi?

Dostał skierowanie do pracy w szczecińskim szpitalu i tam poznał mamę. W Łodzi, jako inspektor, codziennie kontrolował knajpy. Jeść, jak mówiłam, uwielbiał, ale alkoholu nie lubił, a wszędzie częstowano go „koniaczkiem na dobry humorek”, żeby mandatu nie wlepił.

Twoje dziwne imię to był pomysł mamy czy taty?

Imię rzeczywiście fajansiarskie jak na Bałuty. Dlatego zanim się przeprowadziliśmy, chyba do dziesiątego roku mojego życia, występowałam pod pseudonimem „Beata” – to moje drugie imię. Tak mówiły do mnie mama i siostra. Kiedy po przeprowadzce, w drugiej szkole, byłam już Manuelą, zdarzało się, że ktoś po mnie przychodził i pytał: „Jest Manuela?”. Na co mama odpowiadała: „Beaty nie ma”. Tylko tata mówił do mnie Manuela, bo to on wymyślił to imię.

Skąd mu to przyszło do głowy?

Przed wojną miał ukochaną kozę. Nazwał ją Manuelą, na pamiątkę jakiejś książkowej heroiny z czasów napoleońskich, coś o Somosierze. Podczas wojny zjedli mu tę kozę. Dostałam imię po niej, ale trochę nietrafione: byłam niebieskookim blondasem. No nic, najważniejsze, że tatuś był szczęśliwy. I tak się cieszę, że ta koza nie miała na imię Brunhilda albo Dolores.

Twoi rodzice byli z innych światów. To wywoływało konflikty?

Oczywiście. Szczególnie kiedy mieszkała z nami babcia – mama ojca. Uwielbiała go. Przyjechała do nas z Torunia pomóc wychowywać dzieci pracującej synowej. Nosiła kapelusze, długie suknie… À propos tych ostatnich, coś mi się przypomniało: jeszcze w latach 70. widziałam moje ciotki z Pomorza w długich czarnych sukniach zapiętych pod szyję. Wydaje mi się, że nie zmieniały mody od XIX wieku. Na ścianach wisiały stare obrazy – wujkowie mieli wąsy, one wyglądały jak wyjęte z filmu, tak godnie i tradycyjnie. Coś z nimi było nie tak, zupełnie jak z holenderskimi przodkami Gretkowskich. Należeli do protestanckiej sekty menonitów, czyli takich holenderskich amiszów. W XVII wieku emigrowali do Polski, na Żuławy, które osuszali. Kilkaset lat mówili po staroholendersku, chodząc w tych samych starodawnych ciuchach. Aż przyszła władza komunistyczna i jako Niemców wysiudała ich na płaskowyże Ameryki Południowej, gdzie żyją do dzisiaj.

Wracając do Łodzi lat 60.: dziewczyny biegały wtedy w chustkach, bo to robotnicza tradycja, i panowała moda z włoskich filmów. No więc po jednej stronie była toruńska babcia w kapeluszu, po drugiej mama w chustce. Jedna wstydziła się drugiej, kapeluszowa – chustkowej. Były i inne przyczyny konfliktów. Babcia chciała nauczyć moją mamę pruskiej tradycji przynoszenia mężowi laczków.

Laczków?

Czyli pantofli. „Podaj mężowi laczki”, rozkazywała synowej, dodając, żeby uklękła i nałożyła mojemu ojcu kapcie, „bo zmęczony jest”. Chciała jej uświadomić, gdzie jest miejsce kobiety – na kolanach, u stóp męża. Nie przewidziała tylko, że pruskie zasady w Kongresówce nie przejdą. Mama odpowiadała hardo, że ona też jest zmęczona po całym dniu pracy. I rzucała tymi laczkami o drzwi.

Dobrze. Szkoła emancypacji.

Byłam zachwycona. Babcia mniej – uważała, że obraża ją dziewczyna z ludu, z chustką na głowie. Żeby się uspokoić, wyciągała książeczkę do nabożeństwa i odmawiała wieczorny pacierz albo szła do kina. Obstawiała dwa rodzaje iluzji: metafizyczną i hollywoodzką. Szybko wróciła do Torunia.

Nie masz więcej związanych z nią wspomnień?

Wspierała jakiś kościół misjonarski. Wysyłała koce, ubrania do Afryki. Martwiła się, że nocą jest tam, na pustyni, bardzo zimno. Obie się tą Afryką martwiłyśmy w Polsce lat 60., kiedy inni martwili się nami w kraju za żelazną kurtyną. Babcia mieszkała z pierwszym mężem w Bostonie i opowiadała mi dużo o Ameryce z przełomu wieków, sądząc, że z komuny nigdy nie wyjadę. Mówiła też sporo o Bogu, przewidując, że przez komunistyczną edukację do raju nie pójdę. W USA byłam, może jednak i wieczność spędzę w Niebie, z babcią?

Podobno to z ojcem byłaś bliżej. Córeczka tatusia?

Niby tak, chociaż z mamą też byłam blisko, ona po prostu była bardziej zajęta. Tata był we mnie rozkochany i chciał spełnić każdą moją zachciankę. Kiedy zażyczyłam sobie żywego misia, wziął mnie do zoo i załatwił rozmowę z dyrektorem w tej sprawie. Dyrektor nie widział przeszkód – miś mógł być nasz, tylko martwił się o to, że kiedy będę dojrzewać, niedźwiedź wyczuje krew miesięczną i może mnie zjeść. Nie wiem, czy traktował mojego ojca jak stukniętego, czy miał więcej takich klientów i opracował strategię. Ale w ten sposób, jako sześciolatka, dowiedziałam się, co to jest miesiączka.

Jakieś jeszcze pomysły miał tata?

Mnóstwo. Był prawdziwym fantastą. Wiele razy odbyłam z nim wyimaginowane wycieczki do Afryki i nie tylko. Opowiadał mi o podróżach, których nigdy nie odbył. Miał też dobry kontakt ze zmarłymi, we śnie i na jawie. Któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy, oglądając telewizję, z trzaskiem pękła szklanka, jakby ktoś ją nożem równiutko przeciął. My w krzyk, a tata spokojnie mówi: „To mama przyszła mnie ostrzec”. Babcia już wtedy nie żyła. I rzeczywiście, następnego dnia dostał zawału, lekkiego.

Nie wiem, czy fantazjował, opowiadając, że tam, gdzie mieszkał jako dziecko, w sąsiednim majątku, jeszcze w kilka tygodni po śmierci obcinano leżącemu w grobowcu nieboszczykowi paznokcie, bo ciągle rosły. Trudno powiedzieć, czy to prawda. Musiałabym zapytać rodzeństwo taty, ale oni – jego bracia i siostry – uwielbiali stroić żarty, największe głupoty opowiadali z kamienną twarzą.

Do pruskich pomysłów mojego ojca należało obcinanie włosów, żeby je wzmocnić. Mojej siostrze ich nie obcięli, a ja, kiedy miałam dwa–trzy lata, zostałam wywieziona do Torunia i tam poszliśmy do fryzjera. Ogolili mnie, za moją zgodą, na zero! Gdy wróciliśmy do domu, mama się rozpłakała. Rodzice kupili mi więc perukę, taką dla lalek, z dwoma warkoczami. Zakładałam ją przed przyjściem gości. Kiedyś siedziałam nieruchomo przez godzinę, przyglądając się, jak rodzice z nowymi gośćmi grają w karty. Wreszcie się poruszyłam, przestraszeni zaczęli krzyczeć – myśleli, że to lalka. No, a zimą zawsze był kulig.

Sielskie dzieciństwo.

Tak, nawet chusteczki były prasowane. Pola sądziła, że prasowało się jednorazowe, papierowe chusteczki z biedy, bo był komunizm. A to były inne czasy. Chusteczki były nie unisex, tylko męskie w kratę, kobiece z koronką, dla dzieci mniejsze. Byliśmy raczej biedni, ale wszyscy w sąsiedztwie też, więc można było tego nie dostrzec. Poza tym wolność, przyroda, całe dnie spędzałam poza domem z dzieciakami, wisząc na trzepaku. Biegaliśmy do kościoła obejrzeć śluby. Fajne, plemienne życie, którego już nie ma.

Jakim byłaś dzieckiem?

Delikatnym, ale nie nieśmiałym, bo od urodzenia otaczano mnie zachwytem. Córeczka tatusia, zdolna siostra, ukochana wnuczka babci. Ukochana, dlatego że chodziłam z nią do kościoła i godzinami grzecznie tam klęczałam ku zachwytowi jej koleżanek. Niewiele z tego pamiętam, może łacinę, bo włoski nie wydaje mi się językiem obcym, ale naturalnym. A zdolności do obcych słów i gramatyki nie mam.

Byłaś związana z siostrą?

Bardzo. Tłukłyśmy się całe dzieciństwo, ale też kochałyśmy i trzymałyśmy sztamę przeciw rodzicom. Danusia nauczyła mnie czytać, pisać. Teraz pracuje na uniwersytecie w Łodzi. Zajmuje się obcokrajowcami studiującymi medycynę. Dużo dobrego wyniosłyśmy z domu rodzinnego, bo rodzice kochali i siebie, i nas.

Jak ten dom wyglądał?

Mieszkaliśmy w poniemieckim budynku, przez który przechodziła granica między dzielnicami: w kuchni było śródmieście, a w pokoju obok już Bałuty, co powodowało problem ze szkolną rejonizacją. Ulicę dalej były działki, niedaleko park Helenów. Często wyłączano światło i w użyciu były świeczki, więc panowały nastroje trochę XIX-wieczne, zwłaszcza zimą, gdy huczało w piecu, pod fajerkami. Zapach pasty do podłogi. Woda gotowana na piecu ma inny smak. Tak jak herbata z samowara smakuje zupełnie inaczej.

Moja siostra uczyła się z podręcznika do polskiego romantyzmu i przy tej świeczce czytałyśmy sobie na głos: „Pani zabiła pana”. A ilustracje do Dziadów przypominały nasz cmentarz graniczący z prawosławnym, gdzie stała pękata cerkiew. Bawiłyśmy się archaicznymi dzisiaj, albo jak ktoś by powiedział: stylowymi, zabawkami metalowymi i drewnianymi. Na baterie był tylko pingwin z ZSRR. Ale chyba kiepski, bo po przejściu paru kroków zdychał. Mieliśmy też projektor, kręciło się korbką, przesuwając kliszę. Obraz puszczało się na prześcieradle albo na białych drzwiach, to była magia. Najstarsze dziecko sylabizowało podpisy. Pamiętam pierwszą w życiu plastikową rurkę, która się topiła na piecu.

No to już wiemy, kto za młodu produkował smog.

Wtedy nie było świadomości nawet co do tego, jaką nazwę posiada ta dziwna rzecz – plastik czy plastyk. Takie topiące się w żarze kolorowe rurki, wyginane przez ciepłą wodę, wydawały mi się objawieniem nowoczesności. Zazwyczaj w piecu paliliśmy jednak węglem. Nie mieliśmy kanalizacji, wody, centralnego ogrzewania… Potem, kiedy podróżowałam, choćby do Nepalu, i widziałam dzieci przy rynsztoku, to nie była dla mnie egzotyka ani beznadziejna bieda, bo sama tak żyłam. Do dziś pamiętam zapach mydlin wylewanych na ulicę i to, jak raz wpadłam do wychodka. Moje cioteczne babcie były analfabetkami, pracowały w fabryce, podpisywały się krzyżykami. Nie wierzyły, że człowiek wylądował na Księżycu. Za to święcie wierzyły w Apokalipsę i przepowiednie Sybilli. „Będzie papież Murzyn, a po nim koniec świata”. Inaczej być nie może!

Rzeczywiście, gdzieś przeczytałam, że te ciotki były fantastycznymi bajarkami.

Tak! Nieznajomość literatury pisanej nadrabiały znajomością tej mówionej. Ich opowieści były ciekawsze od książek.

 

Nie można więc powiedzieć, że byłaś wysoko urodzona. Później, kiedy ruszyłaś w świat, nie miałaś kompleksów?

Świat też nie jest wysoko urodzony, tylko taki, jaki jest. Dawniej dla przyjemności podróżowała arystokracja. Dzisiaj – kto może. Dlaczego więc miałabym mieć kompleksy? Pamiętam, jak kiedyś na podwórku ktoś mi powiedział, że jestem z rodziny gołodupców. Pomyślałam: Czemu, przecież niczego nam nie brakuje? Drugi raz poczułam się dziwnie, kiedy ktoś napisał o mnie artykuł w „Polityce” przy okazji Partii Kobiet, twierdząc, że pochodzę z niższej klasy. Prawdopodobnie autorem był człowiek z Warszawki, uważający się za postępowego. Pielęgniarka i inspektor higieny to doły społeczne? Część ludzi z mojej podstawówki została menelami, a część inżynierami, nauczycielami… jak wszędzie.

Twoje dzieciństwo naprawdę nie miało żadnych ciemnych stron?

Bałam się wojny. Jestem rocznik ’64 i choć rodzice o tym nie mówili, wisiała nad nami i groźba nowej wojny atomowej, i wspomnienia starej. Do tego dochodziła propaganda „obrońców socjalistycznego pokoju”. Słysząc buczenie samolotów, bałam się, że wojna znów wybuchnie. W korytarzu, między piętrami, mieliśmy zawieszoną na łańcuchu metalową sztabę. Służyła do ostrzenia noży. Dzieci tego nie wiedziały, myślały, że gdy się w nią uderzy, będzie koniec świata. Magia wyobraźni. Mieliśmy dziecięce, absolutne poczucie sprawczości, jak i niepewność, odziedziczoną po rodzicach, którzy przeżyli wojnę.

I uderzyliście w tę deskę?

No nie, bo byłby koniec świata. I dziś byśmy już przecież nie rozmawiały.

A jak wspominasz sąsiadów?

Były trzy mieszkania na piętrze, cztery w suterenie, zawsze działo się coś ciekawego. Porody, wesela. Niestety, też rzeczy straszne. Uroczy i delikatny dwudziestoparoletni chłopak, sąsiad przez ścianę, popełnił samobójstwo, bo był gejem. Samobójstwa zresztą zdarzały się częściej. Okiennych samobójców z Bałut przykrywano gazetą, spod której ciekła krew. Sąsiedzi zbierali wybite zęby, donosili je zmarłemu, chowając pod gazetową płachtę. Tramwajarce z mojego domu odcięto głowę i porzucono gdzieś na wysypisku. Kiedyś jakiś zbok stał pod naszym oknem i patrzył. Na milicję nikt nie liczył, wypłoszyliśmy go siłą wzroku. Stanęliśmy w oknie i gapiliśmy się na niego. Takie było życie. W katolickim obrządku podczas komunizmu.

O powojennych Bałutach piszesz w Kosmitce: „Rynsztoki, ciemne ludzie wierzące w karciane gusła”. Ciekawe jak na amatorkę tarota.

Cytowałam mojego tatę, tak widział Łódź, pewnie trochę tak było. Gusła jak z Mickiewicza. Lubię gusła, nawet zaczęłam pisać z nich doktorat o tarocie, żeby dostać stypendium, gdy byłam w Paryżu.

To jaka była Łódź twojego dzieciństwa?

Dosyć magiczna. Pamiętam żółte światło rozmazane na szybach drewnianych chałup, rynsztoki i kocie łby. Zresztą te kocie łby mnie prześladowały. Dziecko bierze wszystko dosłownie – byłam przekonana, że te kamienie to naprawdę czaszki kotów, i tak chodziłam, żeby je jak najmniej deptać. To nie kompulsja, mówiłam ci, że współczułam kotom i wariatom. Fascynowały mnie drewniane komórki w podwórzach. Prawdziwe labirynty pachnące starą marchwią, ziemniakami i węglowym miałem. Pamiętam też żałobne marsze z lat 60., kiedy miastem sunęły szklane karawany na wielkich kołach, cmentarna orkiestra, czarne konie z pióropuszami. Powoził nimi karawaniarz w cylindrze. W pierwszym rzędzie konduktu – kobiety zasłonięte woalkami.

A kiedy zdjąć filtr dzieciństwa i zobaczyć ją bardziej realnie?

Z jednej strony ulica Piotrkowska jak mieszczańska kanapa porzucona na polu wśród wiejskich chat, melin. Z drugiej – fabryki, pałace i drewniane domy z carskimi napisami cyrylicą. Centrum otoczone wioską. Łódź to secesyjny salon na wsi. Skansen. Wenecja nad rynsztokami.

Znów te rynsztoki. W Transie pada sformułowanie, że Łódź to „miasto rynsztoków i roboli”. Ale kiedy Bogusław Linda nazwał je miastem meneli, rzuciłaś się w obronie Łodzi.

Zawsze ich bronię, bo wiem, skąd moje miasto przyszło.

Skąd?

Znikąd. Zostało zbudowane dla kasy, nie dla ludzi. I dlatego czasem dalej zmierza donikąd w pijackim widzie. Rynsztok to miejsce, nie ludzie. Moje miasto jest wyjątkowe.

Czemu?

Zbudowane na podmokłych terenach, na bagnie, może dlatego jedni przeskakują z kępy na kępę, a inni toną w podejrzanych interesach, wódzie, nędzy? Łódź się miewa dobrze, kiedy handel idzie dobrze. Kiedy ten pada, wyłazi liszaj degrengolady. Ale powoli to się zmienia, dzięki przestawieniu na technologie. Linda mówił tak o Łodzi, mając na myśli ulicę Wschodnią, gdzie powstawały zdjęcia do Powidoków Wajdy. No a Wschodnia, tak jak Włókiennicza, nie jest ambasadą Łodzi, tylko muzeum pijaków, pasażem melin.

Nie dziwisz się, że Davida Lyncha tak zafascynowało to miasto?

Wcale. Mieszkańcy Łodzi to idealni statyści jego filmów. Łowcy skór, dzieci w beczkach – chyba sam Lynch by tego nie wymyślił.

Trzeba się urodzić w Łodzi, żeby ją zrozumieć?

Żeby naprawdę ją poczuć. A zrozumieć? Chyba się nie da.