KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WIKTORIA

O szóstej trzydzieści jestem już wykąpana, umalowana i spakowana. Prawie nie spałam w nocy, bo na szpitalnym podjeździe wciąż było słychać karetki na sygnale. Ale się nie daję! Nawet nie ziewam. Salowe kręcą głowami. Pielęgniarki także.

– Pani dzisiaj wychodzi? Ale wypis to pewnie będzie gotowy dopiero w południe.

O której będzie, to będzie. Ja już jestem jedną nogą na zewnątrz. Coś czytam, otwieram laptop, ale nie mogę się skupić. Guido przyjeżdża o ósmej. Zaspany, nieogolony. Opowiada mi o wizycie Patryka.

– Ja go więcej do nas nie wpuszczę! Co to za maniery, żeby wpadać o dwunastej w nocy! O mało zawału nie dostałem, gdy zadzwonił do drzwi! Myślałem, że to coś z tobą, ktoś ze szpitala! – biadoli.

– Następnym razem go nie wpuszczaj! – Wzruszam ramionami.

Wychodzimy na korytarz. Mój mąż wciąż przygląda mi się podejrzliwie.

– Na pewno wszystko jest w porządku? Badania w porządku? Na pewno możesz wracać do domu?

– Jasne! Myślisz, że kłamałabym ci w tak ważnej sprawie?!

– Ty mogłabyś nawet przebrać się ze Spidermana, żeby stąd wyjść. – Wzdycha głęboko.

Dają mi wypis.

– Markery nowotworowe nie są podwyższone. Morfologia w normie. Ma pani wprawdzie lekką anemię, ale preparaty z żelazem powinny wystarczyć. Płuca czyste. Tomografia nic nie wykazała, podobnie jak dwa badania USG. Mammografia w porządku. Czekamy na wynik cytologii, ale robiła pani to badanie pół roku temu, więc powinno być w porządku. Ma pani za niskie ciśnienie, ale faszerowanie się kawą to nie jest dobry pomysł. Prawdopodobnie to niskie ciśnienie było przyczyną chwilowej utraty przytomności.

Kiwam głową. Obiecuję, że się za siebie wezmę. Odpocznę. W samochodzie, gdy Guido uruchamia silnik, natychmiast dochodzi do sprzeczki.

– Jedziemy do domu? – upewnia się mój mąż.

– Absolutnie nie! Muszę zobaczyć, co się dzieje w Karmie!

– Wiktoria! Lekarka mówiła... – Guido zaciska zęby.

– Wpadniemy tam tylko na chwilę. Proszę, no, proszę!

Jedziemy w milczeniu. Warszawa wydaje mi się piękna pomimo listopadowej, barowej pogody. Karma widoczna jest z daleka, i szyld, i pięknie oświetlone wnętrze. Justyna na mój widok prawie upuściła talerz, który wycierała.

– Tak się cieszę! – Obejmuje mnie mocno. – Kamil, patrz, kto przyjechał! Szykuj kawę dla naszej królowej!

– Może tym razem herbatę.

Dostrzegam Natalię podlewającą kwiaty.

– Jak się sprawdza? – pytam szeptem Justynę.

– Re-we-la-cja – odpowiada. – Przychodzi pierwsza, wychodzi ostatnia. Goście ją uwielbiają, bo jest przemiła. Będzie miała tu swój fanklub.

Rozglądam się. Zaczyna burczeć mi w brzuchu.

– Jest dziś szansa na kurdyjską zupę? – dopytuję się. – Zostało coś z wczoraj?

– Żartujesz? – Justyna wybucha śmiechem. – Zniknęła w pół godziny, ale wzięłam przepis od tego egzotycznego pana. Szkoda, że dziś się nie pojawił, ale przecież nie ma żadnego obowiązku nam pomagać. Ola dzwoniła, że przyjedzie po południu, o nim nic nie wspominała.

Guido wpada na zaplecze i robi porządki.

– Tylko nie mów mi, że mam jeszcze cię zawieźć do szkoły tanga! Lekarka mówiła, ze powinnaś zrobić sobie przynajmniej tydzień przerwy!

– Wiem, przesadziłam. – Siadam obok niego na małym taborecie. – Zrobiłam grafik zastępstw na tydzień i mam tylko jedną grupę. Znam dziewczynę, która nową grupę rozkręci. – Mrugam do niego. – No, nie martw się!

Wracając do domu, zahaczamy o mały sklepik spożywczy. Załadowujemy zakupami cały bagażnik: oliwa z oliwek, pomidory, sałata, ryż, makarony, oliwki.

– Ty sobie odpoczniesz, a ja będę gotował! – planuje Guido.

Jasiek otwiera nam drzwi i podskakuje z radości. Obejmuje mnie z całej siły i ma łzy w oczach.

– Mam nadzieję, że byłeś w szkole i że wziąłeś się za matmę. – Klepię go po ramieniu.

– Byłem! Napisałem zajebiście test z biologii! I znalazłem korepetytora z matmy! – chwali się.

Zaglądam do pokoju Oli. Idealny porządek. Pusto.

Dzwonię do niej, ale nie odbiera. Nagrywam się na pocztę głosową. Bardzo jej dziękuję za zakupy i za zrobienie obiadu, także za wysprzątanie mieszkania. Proponuję, żeby wzięła wolne popołudnie i spędziła je ze swoim znajomym. Potem rozpakowuję rzeczy, biorę kąpiel. Kładę się na kanapie z kotem w ramionach i natychmiast zasypiam.

Budzą mnie szepty w przedpokoju. Jest dziesiąta wieczorem.

– Dlaczego mnie nie obudziliście? – mamroczę, ziewając.

Ola podbiega do mnie i przytula mocno.

– Nikt nie chciał cię budzić. Guido nam zabronił. Nawet korepetytor Jaśka cię nie obudził. Strasznie hałaśliwy facet.

– Ale cholernie inteligentny... zajebiście tłumaczy. – Jasiek podsuwa mi szklankę soku pomarańczowego.

– Proszę... – przerywam mu bełkotliwie.

– No? – Mój syn patrzy wyczekująco.

– Ten język, błagam... – mamroczę, ziewając. – Staraj się używać bardziej literackiej polszczyzny. A poza tym powinieneś już iść spać. Jutro masz być wyspany i gotowy na matmę!

Koło północy zaglądam do pokoju Oli.

– Tak się cieszę, że wszystko u ciebie w porządku! Tak się bałam... – Ola pociąga nosem.

Nie wygląda dobrze. Podkrążone i zaczerwienione oczy, zapadnięte policzki.

– A jak twój przyjaciel? Wydał mi się bardzo sympatyczny. – Siadam koło niej na łóżku.

– Pokłóciliśmy się. – Ola odwraca wzrok. – To nie ma sensu. Głupia przygoda i nic więcej. I wiesz co, Wiktoria? Zawsze marzyłam, żeby dla mężczyzny być kimś wyjątkowym, specjalnym. A dla mojego męża jestem zerem, kobietą, której nic w życiu nie wychodzi, która niczego nie osiągnie. A dla kochanka... dla kochanka jestem tylko ciałem. Rozumiesz? – Potrząsa głową. – Fajne cycki, fajny tyłek i tyle! Nie ma mowy o żadnej więzi emocjonalnej. Te wszystkie czaty, maile, komplementy, to jest jego taktyka... Kobieta się wtedy otwiera. Taka gra... opowiem jej, jak bardzo jestem nieszczęśliwy, to mnie pocieszy. Wiesz, ile on ma pocieszycielek?!

– Nie wiem! Ale przewidywałam coś takiego. Facet może nie jest superprzystojny, ale jest bardzo sympatyczny.

– O, jasne! – Ola krzywi się z niesmakiem. – Potrafi być sympatyczny, czuły, zabawny. Ale to jest gra! A ja jestem taka głupia!

– Nie jesteś głupia! – Przytulam ją. – Nie zrobiłaś nic złego... to znaczy masz świadomość tego, co zrobiłaś, a z Patrykiem jesteś przecież w separacji.

– To, że ze sobą nie rozmawiamy, nie oznacza separacji! Nie wiem, co powinnam zrobić! Patryk mnie poniża i kontroluje. I jak mi ostatnio przepowiedział, „zdechnę bez niego”!

– Bzdura! To, co szyjesz, świetnie się sprzedaje! Dziś zrobiłam przelew na twoje konto. W ciągu kilku dni zarobiłaś na tych ubrankach tysiąc pięćset złotych, a to jest dopiero początek.

– Myślisz? – Ola unosi głowę. – Masz rację. Powinnam przestać myśleć, powinnam wyłączyć opcję „myślenie i martwienie się”, ale gdy widzę czasem malutkie dziecko, to czuję fizyczny ból.

– Hej! – Ocieram jej łzy z policzków. – Hej, królewno, masz swój cel – uniezależnić się od męża, i udaje ci się to, i dlatego on tak szaleje. A ten romans to był głupi pomysł. Ale przynajmniej widzisz, jaka jesteś atrakcyjna... seksowna.

Jej telefon wibruje. Wrzuca go do torebki.

– Znowu pisze. Straszny egocentryk, skupiony tylko na sobie!

– Wiesz co... – Opieram plecy o miękkie poduszki. – On naprawdę jest samotny w Europie i tak leczy swoją samotność.

– Ale ja nie chcę być dla kogoś lekiem na samotność. Ja bym chciała być ważna, jedyna, a nie jedna z wielu!

Gadamy jeszcze dwie godziny. Jesteśmy jak siostry. Chciałabym, żeby u nas została. Muszę jeszcze zapytać Guida.

– Wiesz, czego najbardziej się boję? – pyta nagle.

– Nie mam pojęcia.

– Boję się sama mieszkać. Lodowate ściany, puste przestrzenie... tak właśnie było, gdy mieszkałam z Patrykiem.

Zasypiam chyba o trzeciej nad ranem.

– Zgadzam się – mówi Guido, szykując mi jajecznicę o poranku.

– Jesteś pewien? – Nie dowierzam.

– Oczywiście. Nie lubię tylko jej męża, ale on już się chyba tu nie pojawi, co? – Mruga do mnie. – Dawaj talerz, bo jajecznica jest już gotowa!

W naszej szkole tanga zaskakują mnie balony i kwiaty przy wejściu.

– Co się dzieje? – pytam Guida, który otwiera mi drzwi, ale on także robi zdziwioną minę.

I nagle cała nasz recepcja zapełnia się moimi kursantami, biją brawo, całują mnie, a ja ze zdumnienia nie jestem w stanie powiedzieć ani słowa.

– Kochana nasza! – Pani Tatiana, moja kursantka, wręcza mi bukiet róż i czekoladki. – Tak się cieszymy, że te badania wyszły w porządku! Pan Jarek to nawet na mszę dał!

– A co! – Pan Jarek uśmiecha się, nie przejmując się brakiem jedynki z przodu. – Mam znajomego księdza, to nie było problemu! Jak widać, szybko sprawę załatwił u Pana Boga!

Mam łzy w oczach. Nie za bardzo wiem, co powiedzieć.

Są pączki i aromatyczna herbata. Nigdy nie robiłam tajemnicy z choroby, która zaatakowała mnie kilka lat temu. Nie miałam pojęcia, że ludzie, których uczę tańczyć, tak mnie lubią!

JUSTYNA

Jest szósta rano. Senna liże moją twarz, nie zważając na moje protesty. Zawsze o szóstej. Kajtek w tym czasie śpi jak zabity, pomrukując przez sen, ale oczywiście, gdy robię sobie kawę, to także budzi się, ziewa jak smok i kręci obok drzwi wejściowych, dając jasno do zrozumienia, że jego pęcherz już długo nie wytrzyma. Gdy wyjmuję jego smycz, wykonuje taniec radości. Senna patrzy na niego z pogardliwą zadumą. Dogadują się jakoś tylko dzięki mądrości sprytnej suczki. Zorientowała się, że Kajtek to mały, niegroźny krzykacz, a ona w dodatku jest od niego dwa razy większa. O szóstej dwadzieścia wyruszamy na spacer. Idziemy w stronę parko-skweru pomiędzy apartamentowcami. Siąpi deszcz. Potykam się o butelkę piwa zostawioną przy jednej z ławek. Nagle Kajtek szarpie smycz jak szalony i atakuje wystraszonego buldożka francuskiego. Piesek także jest na długiej smyczy. A na jej końcu... facet tak przystojny, że robię się czerwona jak burak.

 

– Przepraszam – rzucam, odciągając Kajtka. Żałuję, że wyglądam, mówiąc brzydko, jak kupa. Wełniana czapka, zero makijażu, rękawiczki bez palców. Elegancja tego faceta mnie poraża. Świetnie skrojony płaszcz, wypastowane, bardzo drogie buty, parasol...

– Proszę nie przepraszać. Oki jest bardzo nietowarzyski, więc niech sobie daje radę, a pani pies nie wygląda groźnie.

– Oki? Oryginalne imię. Mój to po prostu Kajtek.

– To po japońsku. – Facet posyła mi uśmiech, a biel jego zębów mnie oślepia. – Ten drugi pies to też pani? Szukam kogoś, kto wyprowadzałby Okiego w ciągu dnia. Ja mogę z nim wychodzić rano i wieczorem, ale w korpo... pani domyśla się pewnie, jak jest w korpo.

– Nie domyślam się – odpowiadam kpiąco, bo już wiem, co to za typ.

Zapewne opowie mi teraz o swojej niezwykle ważnej pracy, pozycji, awansie, bla, bla... Miałam okazję już spotkać takie dziwadła na swojej drodze.

– Pani nie pracuje w korpo? – pyta naiwnie, biorąc swojego buldożka na ręce, bo mija nas jakaś kobieta z owczarkiem niemieckim na smyczy. – Myślałem, że wszyscy, którzy mieszkają na tym osiedlu, pracują w korpo. Poznałem kilkanaście osób na zebraniu wspólnoty i na forum dla lokatorów i wszyscy...

– Super! – Naciągam czapkę głęboko na czoło. – Ale ja tu tylko wynajmuję mieszkanie. Więc raczej nie wgłębiam się, czy ktoś pracuje w korpo, czy nie.

– A pani gdzie pracuje? Nie przedstawiłem się. Rafał Rolski. – Podaje mi rękę.

Rozglądam się nerwowo. Senna gdzieś zniknęła. Nie mam ochoty opowiadać facetowi całego swojego życiorysu. Zaczyna działać mi na nerwy. Szarpię smycz Kajtka i odwracam się tyłem.

– Muszę już wracać.

– A gdybyś znała kogoś, kto odpłatnie wyprowadza psy... kogoś zaufanego, to bardzo proszę mu dać moją wizytówkę. – Wyjmuje kartonik.

– Dobrze – mamroczę.

Spóźniona dojeżdżam do schroniska po dwóch godzinach i pierwsze słowa, które słyszę od Eryka, są bardzo smutne.

– Wiktor zdechł dziś w nocy...

Pali papierosa na zapleczu naszego biura. Wiem, że niedawno próbował rzucić. Wyjmuję mu go z rąk i gaszę.

– O nie, doktorku, obiecałeś mi. – Kręcę głową. – Żadnych fajek! Aha, wysłałam kilka dni temu maila w imieniu naszego schroniska do lokalnej gazety w sprawie zabijanych... katowanych tutaj psów. I cisza.

– Nie odpowiedzieli? – Eryk unosi głowę. – Tak myślałem.

– Mam znajomego, prowadzi program w radiu, i można też rozkręcić akcję w mediach społecznościowych.

– Jaką akcję?

Widzę, że ma dziś kiepski humor.

– Ratujmy psy! Po prostu! Mam znajomego grafika komputerowego. Pomoże nam zrobić plakaty i moglibyśmy zrobić pogadankę dla dzieciaków w miejscowej szkole.

– Wiem, o co ci chodzi. – Eryk bawi się plastikowym długopisem. – Wierzysz w to, co powiedział ten bezdomny, tak? Opowiada jakieś brednie na temat dyrektora szkoły, bo go z tej szkoły zwolnili.

– Ale zwolnili wiele lat temu. Możemy przecież to sprawdzić... – upieram się.

– Możemy, ale jak? Myślisz, że ten facet się przyzna? Tak od razu w swoim dyrektorskim gabinecie powie: „Tak, proszę państwa, w wolnych chwilach lubię wyłapywać bezdomne psy i patrzeć, jak cierpią”?!

– Co cię ugryzło? – Szarpię go za rękaw.

– Aśka złożyła pozew – mówi cicho.

– Przecież od ponad roku nie mieszkacie razem.

– Myślałem, że może jednak... Ale ona jest w ciąży z tym nowym facetem.

Teraz naprawdę mu współczuję. Wracamy do gabinetu. Wiem, że kochał swoją żonę i pewnie jeszcze ją kocha.

– No, co tak patrzysz? – Unosi wzrok.

– Nie, nic.

– Żyję, jakoś żyję... wypełnię te dokumenty i możemy jechać, jeżeli mój samochód odpali...

– Podjedziemy także do redakcji „Wiadomości Lokalnych”. Przy Rynku się chyba mieści... Zapytamy, co jest grane, czy przeczytali twojego maila. Jeżeli tak, to czemu milczą? – dodaję.

Ruszamy w południe. Deszcz przestał padać. W milczeniu słuchamy radia. Miejscowa podstawówka to raczej ponury budynek, chociaż na szybach widać przylepione od wewnątrz postaci z bajek. Słychać, jak ktoś gra na pianinie.

– My do pana dyrektora. – Uśmiecham się do grubawej, zaaferowanej sekretarki, której prawie nie widać zza stosu segregatorów.

– Teraz? No nie wiem, pan dyrektor bardzo zajęty.

Wtem dyrektor Żabiński otwiera szeroko drzwi do gabinetu.

– Chodźcie, chodźcie. Dawno cię nie widziałem, Eryk.

Nie miałam pojęcia, że są w takiej zażyłości. Ale uświadamiam sobie, że mój przyjaciel pracuje w tej miejscowości ponad osiem lat. A tu wszyscy się znają.

– Chcecie jakąś prelekcję zorganizować czy zbiórkę? – Żabiński wskazuje nam krzesła. – Zimno się robi, więc tradycyjnie zbiórka koców i karmy. Takie świąteczne dobre serduszko dla piesków, co? Do świąt już niecały miesiąc.

– Myśleliśmy także o kampanii związanej z traktowaniem czworonogów w ogóle – zaczynam.

– Było tu kilka smutnych przypadków zakatowania psów... Bardzo nas to martwi – dodaje Eryk.

– Mnie także bardzo to martwi, ale to sprawka jakichś żuli, meneli. – Żabiński macha ręką.

– Ktoś torturuje psy z wyjątkowym okrucieństwem. I ta osoba ma wiedzę, jak zadać ogromnie bolesne cierpienie, gdy psy się szarpią, drut wbija im się w szyję.

– Co pani mówi... – Żabiński zamyśla się na chwilę. – No, to jest sprawa dla policji, tak... Pani już była na policji.

– A skąd pan to wie?! – przerywam mu, a Eryk kopie mnie pod stołem.

– Oj, proszę pani, tu wszyscy o wszystkich wszystko, nie? – Dyrektor nie przestaje słodzić sobie kawy. – My tu mamy gorsze problemy, proszę pani. Boisko nam znowu zalało na przykład. Deszcze, ulewy, błoto i boisko robione latem teraz wygląda jak...

– No to bardzo współczuję – mówię kwaśno. – Zapewne będzie mógł się pan na ten temat wypowiedzieć w mediach, może znajdzie się sponsor.

– W jakich mediach? – Żabiński zdejmuje okulary i patrzy na mnie zdumiony.

– Chcemy nagłośnić tę sprawę w mediach.

– A co ja mam z tym wspólnego? – syczy dyrektor, a Eryk nerwowo kręci się na krześle.

– Chyba pan nie chce, żeby pana uczniowie, wracając ze szkoły, znajdowali na drodze zamordowane, zakrwawione psy. Czy pan sobie wyobraża, jaka będzie afera, gdy jakieś dziecko zobaczy... Jaka to trauma. A to się może zdarzyć – stwierdzam stanowczo. – I wtedy będzie za późno!

– A co ja niby mogę zrobić, co?! Czy ja odpowiadam za to, co pijaki wyprawiają w tym mieście?! Mogę przemyśleć sprawę tej kampanii, to znaczy jakiś apel i pogadanka... bardzo delikatna, bez epatowania szczegółami...

Brzęczy telefon Eryka. Mój przyjaciel spogląda na wyświetlacz i poważnieje.

– Znaleźli kolejnego psa! Wezwano straż miejską i strażaków! Ktoś go przywiązał drutem nad jeziorem... ciężko się tam dostać.

Biegniemy do samochodu. Zapamiętuję tylko gest Żabińskiego, który spokojnie sięga po swoją filiżankę z kawą, odginając komicznie mały palec.

OLA

Hussain po wczorajszej kłótni jest zupełnie innym człowiekiem. Nie mam pojęcia, gdzie podziało się jego poczucie humoru i chłopięcy wdzięk. Nie odzywa się do mnie prawie wcale. Można nawet powiedzieć, że mnie ignoruje. Przyjechałam do hotelu się pożegnać. Poszliśmy na kawę. Gdzie podziały się nasze pożądanie i nasza przyjaźń?

– Mam nadzieję, że kawa ci smakuje – odzywam się cicho.

– Może być – mamrocze.

– Tak jak mówiłam wcześniej, ja oczekuję czegoś innego w związku i ty chyba oczekujesz czegoś innego – zaczynam znowu.

– Nie jestem według ciebie dość sexy, tak? – warczy, a mi się chce po prostu śmiać.

– Ile ty masz lat, co? Chyba więcej niż czternaście! – Próbuję powstrzymać nerwowy śmiech. – Tu nie chodzi o seks czy bycie sexy! Tu chodzi o emocje!

– Seks to emocje. – Wierci się na krześle i unika patrzenia mi w oczy. – Dla mnie seks jest ważny, bo jestem mężczyzną i mam temperament!

– Lubię twój temperament, ale seks to nie wszystko. Ja nie potrafię w ten sposób, ja się przywiązuję i potem rozstania bardzo bolą.

– Czyli to znaczy, że bardzo mnie lubisz! – wykrzykuje i chwyta mnie za rękę. – Zakochałaś się we mnie! Wiedziałem!

I tak wygląda nasza rozmowa. Wszystko interpretuje na swoją korzyść i ma mentalność czternastolatka. To znaczy w sprawach damsko-męskich. Gdy opowiada o mostach, które projektuje, to słyszę wywody faceta, który ma profesjonalną wiedzę. Ale w sprawach damsko-męskich to gnojek. Nie chcę już, żeby mnie obejmował, głaskał moje ręce i patrzył głęboko w oczy. Chciałam, żeby widział we mnie i kobietę, i człowieka, ale widzi tylko ciało. Jeżeli jest miły, to oczekuje nagrody. Jeżeli mi pomaga, to oczekuje nagrody. Dlatego tak pokłóciliśmy się wczoraj i dlatego mam poważne wątpliwości, czy możemy się choćby „przyjaźnić”. Czy dla niego kontakty z kobietami to rodzaj transakcji? Nie rozumiem go. Nie podoba mi się to. Moja euforia gdzieś zniknęła i wiem, że wymyśliłam sobie fajnego, wrażliwego, mądrego przyjaciela, który nigdy nie istniał. To bardzo gorzka lekcja.

Jedziemy taksówką na lotnisko. Hussain wciąż coś sprawdza w telefonie. Podejrzewam, że przesyła słodkie emotikony swoim internetowym znajomym. Jego wirtualne życie jest bardzo bogate, a życie w realu chyba trochę puste. Jego rodzina podobno się martwi, że do tej pory nie znalazł żony. Przyglądam mu się dyskretnie i zastanawiam się, co mi się w nim podobało?! Czemu wydawał mi się taki nadzwyczajny?! Czemu, gdy pisał do mnie, to serce biło mi jak szalone? Gdy mnie komplementował, robiło mi się gorąco, a przecież jest w sumie taki zwyczajny!

Dzwoni telefon. Patryk. Nie odbieram. Oddzwaniam, gdy samolot z moim kochankiem na pokładzie wzbija się do lotu.

– Musimy poważnie porozmawiać – oświadczam.

– Kurwa! Świetnie! Od kilku dni próbuję się z tobą skontaktować! – wrzeszczy mój mąż.

– Musimy omówić warunki rozwodu – dodaję spokojnie.

– Czyli kompletnie ci odbiło!

– Jeżeli będziesz mnie obrażał, to będziemy rozmawiać tylko za pośrednictwem adwokata – odpowiadam.

Nie wiem, skąd wziął się we mnie ten spokój. Może wypłakałam już wszystkie łzy? Może zamiast serca mam kamień? Już nikt nie może mnie zranić.

Jadę autobusem do naszej kawiarenki. Jest piękny dzień, chociaż bardzo chłodny. Natalia wita mnie w progu. Wygląda ślicznie w różowej sukience i żółtym fartuszku. Nie dziwię się, że zagląda do nas coraz więcej studentów.

– Justyny jeszcze nie ma. Napisała, że w schronisku mają coś pilnego i będzie za dwie godziny. Ale za to zostanie aż do zamknięcia, więc będę mogła wyjść wcześniej – informuje.

Mamy spory ruch. Wiele osób pyta, co dziś na lunch, więc wypisuję kredą na tablicy informacje o naszym menu. Jakaś starsza pani zagląda mi przez ramię.

– Kurdyjskiej zupy już nie będzie? – pyta rozczarowana.

– Na razie nie mamy jej w planach – ucinam.

A potem myślę sobie: „Czemu nie?”. Może za jakiś czas ją przygotuję, gdy wspomnienia nie będą tak bolesne.

Staram się być pogodna, miła. Moja przyszłość jest wielką niewiadomą. Nie mam już rodziców, żadnych szans na dzieci. Mam za to męża, z którym nie potrafię rozmawiać. Może to kara za coś w przeszłym życiu? Może to karma... Ale dość rozczulania się nad sobą! Jeżeli nie znajdę w sobie siły, żeby to wytrzymać, to nikt i nic mi nie pomoże.

– Czy to flanela? – słyszę za plecami pytanie.

– Nie. To nie flanela – wyjaśniam.

Bardzo elegancka starsza pani bierze do rąk jedną z uszytych przeze mnie koszulek.

– Coś pięknego – cmoka z zachwytem. – I dobrze, że nie flanela. Gdzie państwo to zamawiacie?

– Nigdzie nie zamawiamy. Sama to szyję. Mamy w ofercie piżamki, płaszczyki, sukienki...

– Słodkie... i pięknie wykończone. – Kobieta ogląda pasiasty kubraczek z kapturkiem. – Mam trzy psy. Może uszyłaby pani coś specjalnego dla nich? Planujemy przyjęcie sylwestrowe z mężem, no i chcielibyśmy także, aby psy były elegancko ubrane.

 

– Na przyjęcie sylwestrowe? – Staram się nie pokazywać po sobie, jak bardzo chce mi się śmiać.

– Wie pani, to będzie w stylu lat dwudziestych ubiegłego wieku. To znaczy stroje gości. Wydrukowaliśmy już zaproszenia, mąż zna ważnych ludzi, wie pani, jak to jest. Trzeba ich zaskakiwać, tak żeby mówili o tym przyjęciu miesiącami.

– Rozumiem. – Kiwam głową. – Czyli stroje wieczorowe dla psów w stylu szalonych lat dwudziestych?

– Dokładnie tak!

– Może coś w stylu black and white... błyszczące materiały, muchy, cylindry, jak w filmach z Ritą Hayworth? – Zamyślam się.

– Pani mnie świetnie rozumie! – Kobieta jest pełna entuzjazmu.

Siadamy przy jednym ze stolików i obserwuję ją, jak szuka notesu w swojej drogiej torbie. Ma na sobie piękny płaszcz z wielbłądziej wełny, a czerwone rękawiczki marki Hermes rzuca niedbale na jedno z krzeseł. Naciągnięta skóra na policzkach, bardzo wydęte usta. Staram się nie przyglądać jej zbyt natarczywie.

– Mamy niewiele czasu i to jest zamówienie specjalne. To są dwa pieski, tak? A jakiej rasy?

– Pieski? – Moja klientka unosi wysoko jedną brew. – Trzy psy, mówiąc konkretniej. Chart afgański, dog arlekin i york. Latoya, Barnaba i Ricco.

– Chce pani ubrać w coś charta afgańskiego? Przecież on ma piękną, długą sierść!

– No to może kapelusz? – Kobieta krzywi się lekko. – Latoya to rzeczywiście długowłosa i długonoga piękność. Albo korona?

– Ale przyjęcie jest w stylu lat dwudziestych? – upewniam się.

Czuję, że będzie ciężko. Przez następną godzinę rozmawiamy o jej pupilach. Pani Stawska pokazuje mi zdjęcia. Jej synowie mieszkają w Anglii, więc psy traktuje trochę jak dzieci.

– Właściwie tylko Ricco nosi jakieś ciuszki na co dzień, ale w sumie sylwester jest raz w roku, więc czemu cała trójeczka nie mogłaby wystąpić w strojach wieczorowych? Wiem... Latoya to tylko kapelusz, ale może fantazyjny, z szerokim rondem?

Ustalamy, że zrobię pierwsze szkice na jutro. Trzeba będzie wybrać materiały, fason.

– Cena nie gra roli. – Moja klientka maluje sobie usta krwistoczerwoną szminką Diora.

Czuję, jak poprawia mi się humor. Może moje marzenia o niezależności wreszcie się spełnią. Gdybym tylko miała więcej takich klientek!

– Wpadnę tu jutro na kawę, bo lubię to miejsce. Powiedzmy o piątej... Da pani radę zrobić szkice do tego czasu?

– Oczywiście – potakuję z zapałem.

– Doskonale. – Starsza pani wyjmuje z portfela sto złotych. – To jest zaliczka. Chciałabym zobaczyć około dziesięciu rysunków, z których coś wybierzemy. A potem zaproszę panią do siebie, weźmie pani miarę i rozpocznie się praca. Proponuję za każdą kreację tysiąc złotych. Nieważne, czy to kapelusz, czy frak. No oczywiście muszki czy krawaty trochę taniej... może trzysta za sztukę?

– Jasne. – Kiwam głową radośnie.

– Nie targuje się pani? – Stawska podnosi wzrok.

– Ja dopiero zaczynam jako projektantka.

– Ale ma pani niewątpliwy talent! – Kobieta bierze do rąk jedno z ubranek z wystawy. – Czegoś tak uroczego i pomysłowego dawno nie widziałam, a widziałam już wiele!

Godzinę później wpada Wiktoria, spóźniona, roześmiana i z bukietem róż. Opowiadam o nowej znajomej i o zleceniu.

– Oczywiście podzielimy się tym, co zarobię i...

– O czym ty mówisz? To jest twoje prywatne zlecenie, ale jeżeli ona odrzuci jakieś projekty, to ja je już zamawiam do naszego sklepu, a sklep, jak wiesz, bierze prowizję.

– Dziękuję.

– Za co ty mi dziękujesz, piękna ty moja? – Wiktoria wybucha śmiechem. – Nie masz pojęcia, jakich ja dostałam skrzydeł po tych badaniach! Ale obiecałam sobie, że będę spać o godzinę dłużej! No i mniej kawy! A mój syn dostał tróję plus z matmy, czyli jest postęp! Czyli szaleję ze szczęścia, jak widzisz! – Rozgląda się. – A gdzie Natalia? – pyta po chwili.

– Ma pół godziny przerwy. To superpracowita dziewczyna.

– Widziałam, jak wchodziła do toalety.

– Zobaczę, co się dzieje. – Podnoszę się z krzesła.

Zaglądam na zaplecze. Jest ciasno i ciemnawo. Cisza. Idę przez wąski korytarzyk w stronę toalety. Słyszę dziwne odgłosy i spuszczanie wody.

– Natalia? – pytam niepewnie i pukam do drzwi. – Wszystko w porządku?

Cisza. Znowu odgłos, jakby ktoś tłumił wymioty.

– Natalia?! – wykrzykuję głośniej. – Dobrze się czujesz?!

Cisza. Znowu pukam.

– Tylko mi odpowiedz, czy wszystko jest okej? Zatrułaś się czymś?

Cisza. Po chwili otwierają się drzwi. Dziewczyna Jaśka nie wygląda dobrze. Rozczochrane włosy, sine usta.

– Natalia?! Co ci jest?! Co się dzieje?!

– Jestem w ciąży.... – odpowiada bardzo cicho.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?