KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A co to jest? – pyta zdziwiony po angielsku.

– Dostałeś napiwek. – Głaszczę go po czarnych, kręconych włosach. – Dzielnie się spisałeś. A teraz wezwę taksówkę i odpoczniesz w hotelu. Boże, co za zwariowany dzień!

– Nie zwariowany, tylko piękny. – Całuje wnętrze mojej dłoni i uśmiecha się zawadiacko.

WIKTORIA

Ten szalony dzień mnie wykończył, a jeszcze na kolację ma przyjść Natalia. Dziewczyna, w której mój syn się zakochał. Pierwszy raz w życiu.

Mój mąż jak zawsze nie widzi problemu.

– Najwyższa pora! Ja zakochałem się po raz pierwszy, gdy miałem jedenaście lat! Dzielna dziewczyna i pewnie ładna, więc to normalne, że się zakochał!

– A czy ja nie powinnam... – Przełykam ślinę, bo w naszej kuchni zaczyna cudownie pachnieć. – Czy nie powinnam, no wiesz, pogadać z nim, jak się zabezpieczać i takie tam...

– A on nie wie? – Guido przewraca oczami.

– Oczywiście, że wie, to znaczy... – zaczynam się jąkać. – Ale może mu przypomnieć, no, rozumiesz...

– O czym? – Mój mąż jest bardziej skoncentrowany na sosie do spaghetti niż na moich dylematach.

– O gumie! O prezerwatywie!

– I może mu jeszcze kupić?! – Zaczyna ze mnie kpić, a ja nawet tego nie dostrzegam. Robisz się jak mamma! Nadopiekuńcza mamma! Poradzi sobie! – tłumaczy mi. – Zaufaj mu po prostu!

„Zaufaj mu...” Powtarzam to sobie jak mantrę przy kolacji, gdy obserwuję, jak Jasiek patrzy na Natalię. Jest naprawdę ładna. Zero makijażu, koszula w kratę, dżinsy. Bardzo długie włosy. Lekka wada zgryzu. Sympatyczna. Guido rzuca mi spojrzenie, które mówi „nie gap się tak”. Więc udaję, że się nie gapię. Natalia najpierw je niewiele, ale potem, zachęcona przez Guida, nakłada sobie coraz większe porcje. Widzę, jak pod stołem Jasiek co jakiś czas dotyka jej kolana. Chrząkam nerwowo. Ogarnia mnie koszmarne zmęczenie, oczy mi się zamykają.

– Bardzo dziękuję za tę pracę... jutro rano przyjadę. Szybko się uczę. – Natalia patrzy na mnie bladoniebieskimi oczami.

– Będzie dobrze. Nie mamy na razie tłumów. Dziś był wyjątek. Małe przyjęcie i padam z nóg. Potrzebujemy kogoś do przyjmowania zamówień, sprzedawania w naszym sklepiku i do drobnych prac porządkowych, jak umycie podłogi i blatów.

– Mamo, twierdziłaś, że szukacie kelnerki, a nie sprzątaczki! – Jasiek przerywa mi gwałtownie.

– W porządku. – Natalia kiwa głową. – Ja mogę robić wszystko.

– Czemu byłaś dla niej taka... lodowata?! – atakuje mnie Jasiek w przedpokoju, gdy wychodzę z łazienki z ręcznikiem na mokrej głowie.

– Starałam się być miła. Wytłumaczyłam jej, na czym będzie polegać jej praca – mówię cicho. Mam wrażenie, że trochę kręci mi się w głowie. Opieram się o ścianę i oddycham głęboko.

– I będziesz jej płacić tylko dwanaście złotych za godzinę? – Jasiek nie daje za wygraną. – To jest strasznie mało! – Mój syn jest czerwony ze złości.

– Jasiek, pogadamy jutro. – Próbuję go wyminąć.

– Gdy twoi znajomi chcą gadać z tobą w nocy, to nie ma żadnego problemu! A jak ja chcę teraz pogadać, to udajesz zmęczoną! – Jasiek zaczyna wrzeszczeć, ale końcówki tej awantury już nie słyszę. Nagle tracę przytomność.

Potem niewiele pamiętam. Jakieś obce głosy i obce twarze. W karetce próbuję coś powiedzieć, unoszę się na łokciu, ale coś, albo ktoś, mnie trzyma. Przez moment miga mi twarz mojego męża, który nagle postarzał się o co najmniej dziesięć lat. Potem słyszę głos Jaśka, który tłumaczy Guidowi, co mówi pielęgniarka. Jezu Chryste, jakie lodowate dłonie ma ta kobieta! Pobiera mi krew, a ja zaczynam się trząść jak epileptyk.

I w końcu poranek. Listopadowy, deszczowy. Widzę, jak strugi deszczu spływają po szybie, bo moje szpitalne łóżko stoi tuż przy oknie. Drugie jest puste. Na trzecim ktoś śpi. A na krześle koło mnie w nienaturalnej pozie siedzi Guido. Przysypia. Nieogolony. Rozczochrany.

– Co się stało? – Chwytam go za rękaw.

Mój mąż podskakuje. Mruga.

– Robią ci badania. Kazałem im zbadać wszystko. – Dotyka mojego czoła. – Nie wolno tak robić! Nie wolno tak mdleć i straszyć ludzi!

– Przepraszam. Mnie już nic nie jest, to może powiedz im, żeby mnie od tego odłączyli i pojedziemy do domu. – Zaczynam kręcić się na łóżku.

– To jest kroplówka – informuje mnie Guido z poważną miną.

– Przecież widzę, że nie odkurzacz. Zawołaj tu pielęgniarkę i zaraz im podpiszę wszystko, co chcą, i niech mnie wypuszczą! – Niezdarnie próbuję usiąść na łóżku. – Dzwoniłeś do dziewczyn? Dadzą sobie radę w sklepie?

– Po pierwsze, nigdzie nie pójdziesz! – Guido rozgląda się nerwowo. – Po drugie, dzwoniłem w nocy do Justyny, bo Ola nie odbierała. Ogarnie sklep i kawiarnię. Kamil jej pomoże.

– Natalia ma tam przyjść o ósmej! A gdzie Jasiek? – Wiercę się, szukając nerwowo torebki.

– Justyna wie o Natalii. Nauczy ją wszystkiego. Jasiek siedział tu trzy godziny, ale wezwałem taksówkę i kazałem mu jechać do domu. Bo rano do szkoły.

– Bardzo dobrze! – Kiwam głową. – Gdzie moja torebka i w ogóle która jest godzina?!

– Po co ci torebka? – Guido wznosi oczy do nieba. – A jeżeli chodzi o godzinę, to jest szósta. Za siedem.

– Szósta rano? – upewniam się.

Nie odpowiada. Przybyło mu zmarszczek przez tę noc i mam okropne wyrzuty sumienia. Wiercę się dalej na łóżku i sięgam po metalową tabliczkę wiszącą na jego krawędzi. Coś nabazgrolone... wiek, imię, nazwisko, temperatura i ciśnienie.

– Patrz. Ciśnienie w normie. A krew mi zbadali?

– Morfologia wyszła dobrze, a na resztę trzeba czekać – mówi cicho. – Jasiek im wszystko wytłumaczył, na co chorowałaś i tak dalej.

– Gdzie jest lekarz? – Zaczynam się denerwować. – Ja tu nie będę siedzieć bez sensu. Na wyniki mogę poczekać sobie w domu!

– Wiktoria... – Mój mąż blednie. – Proszę cię, ty się nie wygłupiaj!

Wie, że jak się uprę, to nie ma zmiłuj.

Dyżurna lekarka jest miła. Zaspana, chuda, bez makijażu, w okularach. Osłuchuje mnie jeszcze raz. Bada ciśnienie.

– Zemdlałam, bo ostatnio miałam dużo pracy i stresu. Dziś po południu prowadzę kurs tanga, więc bardzo proszę o szybki wypis i...

– Pani żartuje, prawda? – Lekarka zsuwa okulary na koniec nosa i patrzy na mnie osłupiała. – Dziś będzie pani miała tomografię, USG i rentgen. Leczyła się pani na nowotwór, musimy sprawdzić... Ta nagła utrata przytomności. Nie sądzę, żeby było to związane z nieprawidłową pracą serca czy zbyt wysokim ciśnieniem, ale to także sprawdzimy. Czy miała pani ostatnio problemy z pamięcią, ze snem, bóle głowy?

– Czy pani doktor sugeruje – zaciskam zęby, żeby nie płakać – że to coś w mózgu?

– Ja nic nie sugeruję. Musimy to sprawdzić.

– Miałam badania pół roku temu, były w porządku.

– Nie powinna pani wracać teraz do domu. Te badania są bardzo ważne.

Coś mi jeszcze tłumaczy. Nie słucham. Wychodzę z gabinetu na nogach jak z waty. Na szpitalnym korytarzu zaczyna się ruch. Guido obejmuje mnie i prowadzi do sali. Nie chcę się przy nim rozklejać. Robię listę rzeczy, które ma kupić, i spraw do załatwienia. Co przełożyć i co komu powiedzieć. Dzwonię do Jaśka, który właśnie szykuje się do szkoły.

– Podejrzewają, że coś jest nie tak? – pyta szeptem.

– Nie podejrzewają, tylko sprawdzają. Normalna procedura.

– Ciocia Ola tu jest. Przyjechała rano i zaraz chciała jechać do ciebie, ale powiedziałem jej, że chyba jej o piątej rano nie wpuszczą.

– Daj mi ją na sekundę – proszę.

Ola jest potwornie zdenerwowana.

– Zaraz do ciebie przyjadę! Zrobiłam Jaśkowi śniadanie i kanapki do szkoły.

– Lepiej jedź do naszej kawiarni. Będzie dziewczyna Jaśka. Trzeba jej pokazać, co i jak – przerywam jej.

– To wszystko moja wina! – Zaczyna szlochać. – Nie pomagałam ci! Zajmowałam się głupotami!

– Ola, ogarnij się! – podnoszę głos. – Przyślę ci SMS-a, co masz dziś zrobić, co komu powiedzieć i co załatwić. I nie zapomnij, że masz gościa. Głowa mu się zagoiła?

– On się cały czas czuje fantastycznie – oznajmia z pewnym przekąsem.

Kończymy rozmowę. Jestem zmęczona. Głodna, a nie mogę jeść. Koło ósmej rano zaczyna się ruch, przygotowania do obchodu lekarskiego. Nienawidzę tych rytuałów. Za dobrze je znam. Zapewne koło dziesiątej wpadnie do sali ordynator z grupą studentów. Król ze świtą. Tylko on zadaje pytania i łaskawie poświęca minutę każdej chorej.

I rzeczywiście tak jest, chociaż nie do końca. Ordynator to siwy, starszy facet. Nerwowo mruga.

– I co my tu mamy? – Unosi głowę i przygląda mi się przez chwilę.

– Nic mi nie jest – oświadczam stanowczo.

Zdezorientowany ordynator kartkuje jakieś dokumenty.

– Leczyła się pani nowotworowo. Wczoraj straciła pani przytomność – mamrocze.

– Leczyłam się. I się wyleczyłam. Straciłam przytomność pewnie z przepracowania.

– A co pani, przepraszam, robi? – dopytuje.

– Prowadzę szkołę tanga, oprócz tego otworzyłam ostatnio kawiarnię, no i trochę nie dosypiałam, trochę się stresowałam i właśnie dlatego.

– Zobaczymy. – Ordynator kręci głową. – Proszę nic nie jeść. Za godzinę ma pani badanie. Nie radzę wypisywać się na własne żądanie. Chyba zdrowie jest ważniejsze niż pani liczne biznesy?

Gdy wychodzi, zaczynam odpisywać na SMS-y od znajomych, od księgowej, od kursantów. Wysyłam wiadomość Jaśkowi. Niech się skupi na matematyce. Guido pojechał na chwilę do naszej kawiarni przyjąć dostawę, podpisać dokumenty. Resztą zajmie się Kamil. Przez chwilę wsłuchuję się w moje ciało. Jestem śpiąca, ale nic mnie nie boli. Nie kręci mi się w głowie. Mam ochotę na wielką kawę z mlekiem i gorącą kanapkę. Dzwoni Justynka. Przerażona.

 

– To wszystko z przepracowania – wyjaśniam jej.

– No właśnie! To jest nasza wina! Za dużo bierzesz na siebie. To się zmieni! Ja ci obiecuję! Rozmawiałam z Olą. Zrobiłyśmy nowy grafik.

– A to ja poproszę o ten grafik na maila. Ola jest z tobą?

– Oczywiście! I ten jej znajomy też przyjechał. Nauczył mnie robić kawę po turecku. I pokazuje Kamilowi, jak przygotować bliskowschodnie naleśniki. I zupę kurdyjską. Pachnie ładnie.

– Czy on gotuje w naszej kuchni? – Podskakuję na łóżku.

– No gotuje... sam zaproponował. A nie może? – Justyna jest zdziwiona.

– Jak wpadnie kontrola z sanepidu, to jesteśmy ugotowane.

– Jak wpadnie kontrola z sanepidu, to go gdzieś schowamy. – Justyna zaczyna się śmiać. – Nie martw się, Wiktoria. Wszystko jest w porządku. Natalia przyszła przed czasem. Pomaga teraz Oli w sklepie. Fajna dziewczyna. To laska twojego syna?

Nie mogę się przyzwyczaić, że Jasiek już nie jest malutkim chłopczykiem. Zawsze dawałam mu dużo wolności i mam nadzieję, że będę mogła dalej mu ufać. I jednocześnie wzruszył mnie, że tak przejął się losem tej dziewczyny.

Każą mi dużo pić. Potem tomografia komputerowa. Staram się zachować spokój. Nie zgadzam się, żeby zawieziono mnie wózkiem na badanie. W windzie robi mi się lekko mdło, ale udaję, że wszystko jest w porządku. Uśmiecham się do męża, który nie spuszcza ze mnie wzroku. Odwołał wszystkie swoje zajęcia w szkole językowej. Wiem, że okropnie się przejmuje. Liczę do dwudziestu i wyobrażam sobie, że jestem na plaży. Na włoskiej plaży. Wyobrażam sobie to, gdy wjeżdżam do okropnej maszyny. Tomograf wydaje dziwne dźwięki. Powtarzam sobie jak mantrę „Jest dobrze i będzie dobrze. Nic mi nie jest”.

Wstrzymuję oddech.

JUSTYNA

Gapią się na mnie jak na wariatkę. Właśnie zrobiłam dziką awanturę dwójce policjantów po czwartym przypadku skatowania psa w tej okolicy. I teraz patrzą na mnie z lekkim politowaniem.

– Trzeba tę sprawę nagłośnić w mediach! Ja mam znajomego dziennikarza!

– Ale po co od razu media? – Policjantka najeża się. – Chce pani, żeby nam tu kontrola z Warszawy przyjechała? My dajemy sobie radę!

– No właśnie widzę! – wybucham znowu.

Kolejna bezsensowna rozmowa. Jestem u nich coraz częstszym gościem. Eryk czeka na mnie przed komisariatem.

– Co ci powiedzieli? – pyta, próbując uruchomić samochód.

– To, co zawsze! Robią, co mogą! Czyli nie robią nic, tylko wypisują setki dokumentów, protokołów! Facet o mało nie połknął swojego długopisu, gdy mu powiedziałam, że media dowiedzą się, co się u nich wyrabia! Spokojna podwarszawska miejscowość i ktoś okrutnie katuje psy! Mają tu mordercę i nie robią nic!

Eryk w końcu uruchamia swojego „trupa”. Jedziemy uliczką wzdłuż pustego o tej porze Rynku. Ktoś na nas znienacka trąbi. Kilku wstawionych młodzieńców odprowadza nasz samochód ponurym wzrokiem.

– Nie lubię tego miejsca. – Eryk kręci głową. – Mieszkańcy nienawidzą naszego schroniska. Ciągle piszą donosy do urzędu gminy, że hałas, że śmierdzi, że niedługo pewnie epidemia.

– Myślisz, że to jedna osoba... te przypadki katowania psów? – pytam cicho.

– Chyba tak. – Eryk kiwa głową. – Psy mają podobne rany w podobnych miejscach, schemat jest zawsze ten sam. Powinniśmy ostrzec mieszkańców. Wprawdzie te psy nie miały chyba właścicieli, ale ten psychopata może jeszcze...

– Ten, co go znaleźliśmy wczoraj, miał. To znaczy jeden pies miał właściciela. Facet szukał, rozwieszał ogłoszenia... Mam tu jego nazwisko. – Wyjmuję zmiętą kartkę. – Najpierw nie chcieli mi go dać, ale potem machnęli ręką, bo to żadna ważna persona. Jakiś pijaczek. Mam go szukać w ośrodku opieki społecznej chyba.

Jedziemy tam. Zaniedbany budynek. Zaglądam do środka. Tłoczno. Mija mnie korpulentna pani w zielonej garsonce.

– Szukam pana Wojtka Pasztuły – zagaduję ją.

– Narozrabiał coś znowu?

– Nie, nie. My jesteśmy ze schroniska. Słyszałam, że stracił niedawno psa, a u nas właśnie się suczka oszczeniła. Może by chciał.

– On?! – Pani w garsonce prycha ironicznie. – On się nie nadaje, żeby opiekować się małym psem! Znowu przyszedł napity!

Podchodzę do pana Wojtka, który drzemie na plastikowym krześle. Pozostałe krzesełka wokół niego puste. No cóż, trudno się dziwić. Kąpał się może latem. Na pewno dawno.

– Pan Pasztuła? – Uśmiecham się czarująco, starając się nie oddychać.

– No? To ja. – Pan Wojtek ziewa potężnie. – Co ja zrobiłem? Nic nie pamiętam, a te dwie puszki piwa ze sklepu u Wandy to nie ja wziąłem. Zresztą sami powiedzieliście, że to niska szkodliwość czynu, tak?

– Nie jesteśmy z policji – wyjaśnia Eryk. – Jesteśmy ze schroniska dla psów. Chcieliśmy zapytać o pana psa.

– Ja mu nic nie zrobiłem! Czego wy ode mnie chcecie?! Wszyscy wiedzą, że Puszek był dla mnie...

– Dobrze wiemy i nikt o nic pana nie oskarża – przerywam mu szybko. – Chodzi o to, że pana Puszek był pierwszy, potem skatowano jeszcze trzy psy w ten sam sposób. Te same rany, drut na karku, który zaciskał się, gdy pies się szarpał.

– Nie... – Pan Wojtek ma łzy w swoich przekrwionych oczach.

– Niestety. Ostatniego psa znaleziono dwa dni temu. Próbujemy go uratować w naszej klinice, ale szanse są bardzo małe. Okazuje się, że tylko pana pies miał właściciela, pozostałe pewnie były bezdomne. Ale może ma pan jakieś podejrzenia, kto nienawidzi psów, kto jest tak okrutny.

– Ja wam coś powiem, ale nie tutaj. – Pan Wojtek zaczyna szeptać. – Gapią się na nas. Słuchają... Niech się pani nie odwraca teraz!

Patrzę na niego jak na wariata, ale nie odwracam się. Nie za bardzo wiem, co robić.

– Niech się pani dalej uśmiecha. – Pasztuła spuszcza głowę i zaczyna mamrotać pod nosem. – Niech mi pani powie, że powinienem mieć drugiego psa czy coś w tym stylu.

Wygłaszam więc z czarującym uśmiechem głośny monolog o cudownych szczeniakach, które czekają na adopcję w schronisku, i zapraszam do ich obejrzenia.

Pan Wojtek natychmiast zrywa się z krzesła. Wymieniamy z Erykiem spojrzenia.

W samochodzie smród jest nie do wytrzymania. Otwieram szeroko okno pomimo listopadowego chłodu.

Jedziemy ponad kwadrans w całkowitej ciszy.

– Kogo pan się boi, panie Wojtku? – pytam w końcu.

– Psa mi zabili, więc mam prawo się bać, nie? – słyszymy po chwili.

– Czyli pan wie, kto? – Eryk hamuje gwałtownie przed przejazdem kolejowym.

– No wiem. Kurna. Wiem. To mi wszystko pasuje!

– Powinien pan to zeznać na policji – przerywam mu, ale natychmiast orientuję się, że jestem kiepską dyplomatką.

– Kurna, pani nie wie, co pani mówi. – Pan Wojtek zaczyna wyraźnie tracić cierpliwość. – Mają mnie za śmiecia, chociaż kiedyś w szkole uczyłem... nawet tego, co na komisariacie w sekretariacie siedzi. Pamiętam go, a on udaje, że mnie nie zna.

– Panie Pastuła... – zaczynam znowu.

– Pasztuła.

– Przepraszam. Panie Pasztuła, czego pan się bał tam, no, jak rozmawialiśmy?

– Pani nie jest stąd – odpowiada po chwili. – Tu się różne rzeczy dzieją. Ot, tak. Nigdzie się nie dzieją, ale tu się dzieją.

Samochód zatrzymuje się pod bramą schroniska.

– Wejdzie pan do środka? – pyta uprzejmie Eryk.

– A po co niby? – słyszymy odpowiedź. – Ja już se psa nie wezmę. Pozamiatane.

– To powie nam pan, kogo pan podejrzewa? Czasu szkoda. My naprawdę mamy dużo roboty.

– Ludzie nie lubią tego miejsca. – Pan Wojtek nasłuchuje przez chwilę. – Psy szczekają.

– Bo to jest schronisko dla psów – rzuca Eryk.

– Niesie się. Chociaż to daleko, ale niesie się... Ludzie was nie lubią!

– Owszem, były skargi do urzędu gminy. Anonimowe. – Eryk opiera dłonie o kierownicę.

– No właśnie. Anonimowe. Tu się ludzie boją. – Pasztuła rozgląda się nerwowo. – Gdybym mógł, to, kurna, do Warszawy bym się... po tym, jak mi Puszka zakatowali, to...

– Czy Puszek komuś podpadł? Słyszał pan pogróżki?

– Ja codziennie słyszę pogróżki. – Wzrusza ramionami.

Eryk dyskretnie, ale wymownie pokazuje mi swój zegarek.

– No więc, kogo pan podejrzewa? W tak małym miasteczku wszyscy wiedzą o sobie wszystko – zaczynam. – Nam chodzi tylko o to, żeby to się więcej nie powtórzyło i żeby sprawcy zostali ukarani.

– Jest jeden sprawca. – Pan Wojtek dopala papierosa. – Dyrektor szkoły. Podstawówka. Tu, za lasem.

– Pan żartuje, tak? – Eryk śmieje się głośno. – Znam tego faceta. Czasem dzieciaki z jego szkoły organizują zbiórki karmy i koców dla schroniska. Taki drobny, łysy.

– Żabiński. Kojarzę go. Zanim został dyrektorem, uczył chyba przyrody. I on skatował pana psa? – Kręcę głową. – Panie Wojtku, proszę nam nie opowiadać takich bzdur!

Mężczyzna patrzy na mnie spode łba.

– Ja wiem swoje. Wasz problem, że nie wierzycie. Jak go nie powstrzymacie, to nic go nie zatrzyma.

– O czym pan mówi?! – wybucham.

Pan Wojtek, lekko powłócząc nogą, kuśtyka w stronę asfaltowej drogi.

– Może pana gdzieś podwieźć?! – woła za nim Eryk.

– Nie trzeba. Mi się nigdzie nie spieszy. – Przystaje na chwilę. Nasłuchuje. – Grzmi, ale burza bokiem przejdzie. A Żabiński... nikt się nie domyśla. Zapytajcie go, czy lubi psy? Tak po prostu, normalnie... Znaki wszędzie są, tylko czytać trzeba umieć.

Patrzymy, jak Pasztuła znika na końcu drogi.

– Nic nie rozumiem – wdycham.

– To wariat. – Eryk wzrusza ramionami.

OLA

Spałam dwie godziny. Kręci mi się w głowie, gdy kroję pomidory na sałatkę. Jak na złość mamy dziś wielu gości. Jeden stolik okupują żwawe emerytki i zamawiają słodkości, kawy, herbaty, soki. Przy drugim kilka krótko obciętych dziewczyn z mopsami na kolanach dyskutuje o problemach zdrowotnych tych sapiących kulek.

Martwię się o Wiktorię. Za godzinę mam jechać do niej do szpitala. Martwię się o Hussaina, który z plastrem na czole pichci coś w wielkim garnku i podśpiewuje w nieznanym mi języku. Czy tak wyobrażał sobie pobyt w Warszawie? Gotowanie w knajpie i sprzątanie za free? Nie mam czasu pokazywać mu zabytków. Może wieczorem? Jeżeli dobry nastrój mi wróci. Martwię się o Patryka, który nie odpowiada na moje SMS-y. Lubię Hussaina, ale wiem, że taki związek nie ma przyszłości. Cieszymy się chwilą. Lecz odkąd dowiedziałam się, że Wiktoria jest w szpitalu, radości i entuzjazmu jakby mniej. Mam poczucie totalnego bezsensu. On wyjedzie i będę tęsknić.

– Potrzebujemy odrobinę szalotki.

– Słucham? – Unoszę głowę. Oszołomiona, skołowana.

– Potrzebujemy odrobinę szalotki. Cebuli. – Natalia, dziewczyna Jaśka, patrzy na mnie pytająco.

Ta dziewczyna naprawdę się tu sprawdza. Czaruje emerytki uroczym uśmiechem. Sprząta, zmywa z dziką energią. Cały czas w świetnym nastroju. Znam jej historię od Wiktorii i naprawdę ją podziwiam. I zazdroszczę radości życia.

– Ty smutna? – Hussain głaszcze moje ramię. – Czemu smutna?

– Przecież wiesz. Moja przyjaciółka jest w szpitalu. Zaraz do niej jadę. Wezwę taksówkę i wrócisz do hotelu.

– Ale moja zupa... – Przewraca oczami. – Spróbuj, a potem pojadę z tobą.

– Ty ze mną? – Otwieram szeroko oczy. – Twój pobyt tutaj powinien wyglądać inaczej! Nie sprzątanie i nie gotowanie w knajpie, nie wizyty w szpitalu, nie rozcięte czoło...

– Wszystko jest w porządku. – Mój egzotyczny kochanek mruga do mnie z zawadiackim uśmiechem. – Zupa jest gotowa. Kurdyjska zupa. Spróbuj!

Kiwam głową, bo uświadamiam sobie, że oprócz rogalika do kawy w hotelu nie jadłam dziś nic.

– Zupa gotowa! Zapraszam wszystkich... – odzywa się do gości Hussain. Po angielsku.

Na chwilę milkną rozmowy. Kilka osób przygląda mu się z zaciekawieniem.

– To ja poproszę jedną porcję – mówi jedna z mocno umięśnionych dziewczyn. Ma na sobie dres i dwa mopsy na kolanach. – Ile kosztuje porcja? – dopytuje się po angielsku.

– Co łaska... – odpowiada Hussain, pokazując pusty, duży słoik. – Tu wrzucamy pieniążki.

– To mi się podoba. – Dziewczyna wrzuca do słoika dwie pięciozłotówki. – Duży talerz poproszę. Po siłowni chce się jeść. A z czego ta zupa?

– Pomidory, cebulka, przecier, fasola... – wymienia z dumą Hussain.

Nalewa mi także. Podaje kromkę chleba. Kamil także zajada swoją porcję ze smakiem. Natalia przycupnęła z talerzem na parapecie. Zapach kurdyjskiej zupy roznosi się po całej knajpce. Przy stoliku emerytek głośne rozmowy. W końcu cztery panie ustawiają się w kolejce po magiczną zupę.

 

Kamil podkręca muzykę. Robi się tak jakoś ciepło i przyjemnie.

– Jesteś czarodziejem – zwracam się do Hussaina. – Gdzie nauczyłeś się tak pysznie gotować?

– Musiałem. W domu zawsze mama gotowała. Jak studiowałem w Europie, to te stołówki w akademikach to był koszmar. Więc krok po kroku...

– Pan tu powinien codziennie gotować – odzywa się do niego jedna z emerytek. – Takiej zupy w życiu nie jadłam! Pan tu na próbę jest, tak? To ja im powiem, żeby pana zatrudnili!

Tłumaczę mu na angielski słowa właścicielki jamnika. Wybucha śmiechem.

Jedziemy do szpitala. W plastikowym pojemniczku mam zupę dla Wiktorii. Mam nadzieję, że może jeść. Nienawidzę szpitali, białych ścian i przygnębienia na prawie każdej mijanej twarzy.

Ale Wiktoria się nie poddaje. Siedzi po turecku na łóżku w stroju wyglądającym raczej jak ciuchy do jogi. Laptop na kocu, kolorowe magazyny i dwie książki.

– Cudownie, że wpadliście! – Macha do nas.

Hussain ciągle się potyka w szpitalnych ochraniaczach na buty. Siada nieśmiało na taborecie.

– Jak głowa? – pyta go po angielsku.

To właśnie w niej uwielbiam. Przechodzi poważne badania, a martwi się o drobne skaleczenie na jego czole.

– Powiedz lepiej, jak badania.

– No więc... – Wiktoria sięga po plik wydruków leżących na szafce. – Markery nowotworowe w normie. W głowie nic nie znaleźli! – Wybucha śmiechem. – Boże! Jestem teraz w takiej euforii, jakbym dostała skrzydeł! Kazałam Guidowi przywieźć mi laptop, gazety, książki, płyty, słuchawki! Nie wiem w sumie po co, bo jutro rano mnie wypisują!

Śmieję się razem z nią. Obejmuję ją mocno.

– Ta utrata przytomności to ze zmęczenia i prawdopodobnie przez stres. Muszę dbać o siebie, spać więcej, więcej odpoczywać.

Opowiadam jej, jak sobie świetnie radzimy.

– I spróbuj kurdyjskiej zupy – dodaję. – Dziś to był przebój. Panie emerytki oszalały na jej punkcie. Chyba jest jeszcze ciepła.

Gadamy jeszcze pół godziny. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. W taksówce prawie zasypiam.

– Bądź ze mną jeszcze... – Hussain całuje mnie w szyję.

– Powinnam wrócić do mieszkania Wiktorii, posprzątać, przespać się.

– Ale ja tu będę jeszcze tylko dwa dni. Tylko dwa... – Obejmuje mnie ramieniem. – Następnym razem ty przyjedziesz do mnie, prawda?

Kiwam głową zatopiona w myślach. Przyszłość tak mnie przeraża, że w ogóle o niej nie myślę. Na pewno czeka mnie rozwód. Nie mam siły wracać do mieszkania, które kiedyś było moim domem. Za niczym nie tęsknię. Może tylko za spokojem.

Tym razem nie uprawiamy seksu. Leżymy na hotelowym łóżku i rozmawiamy. To znaczy Hussain gada, a ja z głową opartą na jego ramieniu słucham. Opowiada mi o dziesięciu latach spędzonych w Europie. O stypendium naukowym, dzięki któremu udało mu się studiować w Anglii. Zawsze w którymś momencie pojawiały się pytania o jego religię i dziwne uwagi. Oczywiście próbował tłumaczyć i udowadniać, że nie ma nic wspólnego z terrorystami odpowiedzialnymi za zamachy w Europie. Ale to było jak piętno. Wyróżniała go zawsze śniada karnacja i absolutnie nieeuropejskie imię i nazwisko.

– Zrobiłem się nadwrażliwy, wszędzie widziałem przejawy rasizmu... Kiedyś jakaś znajoma ze studiów w trakcie dyskusji powiedziała „przecież tu jest Europa” i chodziło o niewielkie odległości, jak szybko można dostać się z kraju do kraju w porównaniu na przykład z odległościami w Australii czy w Stanach. A ja myślałem, że ona wywyższa się, ma na myśli lepszą cywilizację czy coś w tym stylu! I się wściekłem. Przeprosiłem ją potem, że zrobiłem jej awanturę kompletnie bez sensu. Ale to jest jak piętno. Na przykład na lotnisku. Nikogo tak nie sprawdzają jak mnie! Ja tu pracuję! Płacę podatki! Mam doktorat! Mam ochotę na nich wrzeszczeć, ale zaciskam zęby.

Nagle zaczyna płakać. Zaczynam głaskać go po policzkach i mam na palcach jego łzy.

– Nie myśl o tym. Możesz być z siebie dumny. Tylko dzięki sobie i swojemu talentowi osiągnąłeś aż tyle i robisz karierę. Projektujesz mosty...

– Bo mi jest dzisiaj smutno... – Hussain zaczyna całować moje nagie piersi i nie mogę się już skupić.

Jest łapczywy, głodny, nienasycony i dziki. Jego oczy zmieniają barwę. Po półgodzinie leżymy wykończeni, wtuleni w siebie. On znowu płacze.

– Moja jedna siostra ma troje dzieci, a druga dwoje. Brat żeni się w przyszłym roku, a ja zawsze sam jak palec. Ale oni nie mieszkają w Europie.

Po chwili odkleja plaster z czoła, co wprawia mnie w przerażenie.

– Nie zdejmuj plastra! Miałeś głęboką ranę! – krzyczę.

– Eee tam... – Krzywi się. – Swędzi, czyli się goi, a ja muszę wziąć prysznic.

Dzwoni mój telefon. To Patryk. Zamykam się z telefonem w łazience.

– Wracaj, kurwa, do domu! Jest dwunasta w nocy! Dość już nocowania u koleżanek!

Słucham jego wrzasków przez chwilę. Tak to właśnie wygląda. Albo chłód i obojętność, albo wulgarne wrzaski. Jego słowa są coraz bardziej okrutne. Rozłączam się. Opieram dłonie o umywalkę i liczę do dziesięciu. Nie chcę teraz płakać. Ale ból jest jak uderzenia nożem w serce. Słyszę pukanie do drzwi. Hussain, przepasany ręcznikiem, zagląda nieśmiało.

– Nie przeszkadzam ci? Zamówiłem do pokoju butelkę szampana. Może poprawi nam nastrój, co?

Obejmuje mnie w pasie. Gładzi po brzuchu. Dostaję dreszczy.

W nocy budzę się zlana potem. Rozglądam się niepewna, gdzie jestem. Deszcz dzwoni o szyby. Ogarnia mnie strach. Boję się, że Patryk zrobi coś strasznego, gdy się dowie. Zniszczy mnie. Sam prawdopodobnie mnie zdradza. Ale co się stanie z jego ego, gdy się dowie?! Już teraz, gdy traci kontrolę nade mną, dostaje szału. Wcześniej był w stanie przewidzieć każdy mój krok. A odkąd rzuciłam pracę...

Nagle telefon Hussaina wibruje jak szalony na szafce przy łóżku. Spoglądam na niego, ale śpi kamiennym snem. Więc czytam wiadomości w jego telefonie. Te po angielsku. Wiem, że nie powinnam. I widzę zdjęcie dziewczyny, która coś słodko do niego pisze. Potem widzę więcej zdjęć i więcej SMS-ów, wiadomości i czatów. W telefonie ma wszystkie możliwe aplikacje: Skype, Facebook, WhatsApp, Viber, Instagram. Koresponduje z tyloma kobietami, że chce mi się śmiać. Także z siebie. Odkładam jego telefon na miejsce. Śpi dalej. Pochrapuje. Ubieram się szybko i z zarzuconym na ramiona płaszczem cicho zamykam drzwi. Pod hotelem jest postój taksówek. Jadę do mieszkania Wiktorii. Na szczęście, gdy się wprowadziłam, dała mi jedną parę kluczy. Zaspany Guido w pasiastej piżamie uchyla drzwi sypialni.

– A, to ty... – Ziewa szeroko.

– Przepraszam – szepczę. – Jak Wiktoria? Lepiej?

– Lepiej. Jutro na sto procent ją wypiszą – odpowiada.

– Bogu dzięki. Idź spać. Przepraszam, że cię obudziłam.

– Twój mąż dzwonił i nawet tu był. – Guido ma trochę przytomniejsze spojrzenie. – Wpadł grubo po północy. Nie wierzył, że tu mieszkasz, więc pokazałem mu twoje rzeczy i maszynę do szycia. Powiedziałem, że chyba umówiłaś się ze znajomymi.

Dziękuję mu, a łomotanie serca rozsadza mi prawie klatkę piersiową.

Guido wraca do sypialni. W łazience przemywam twarz lodowatą wodą. Nie mogę wciąż mieszkać u Wiktorii. Ona ma swoje problemy, a moje sprawy komplikują jej życie. Muszę coś postanowić! Nie mogę żyć z dnia na dzień! Nie mogę tak żyć!