KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OLA

Wiktoria pomaga mi się spakować. Usta jej się nie zamykają. Zagląda do mojej szafy i wybiera swetry. Pyta, czy mam ulubiony kubek albo poduszkę. Jakby miała to być co najmniej wyprawa na dwa tygodnie. Milknie dopiero, gdy jej wzrok zatrzymuje się na dwóch pustych butelkach po winie na blacie w kuchni.

– Miałaś gości? – pyta po chwili.

– Sąsiadka wpadła. – Wrzucam szybko butelki do kosza.

Nie wiem, czy mi wierzy. Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby u niej zamieszkać. Nawet na trzy dni. Z drugiej strony cisza w mieszkaniu trochę mnie męczy. I dlatego wtedy częściej piszę do Cleo. Gdy jest cicho i wszyscy śpią. I gdy samotność tak okropnie męczy. – Spakowałaś wszystko? – upewnia się Wiktoria.

Kiwam głową. Zawsze przecież można wpaść, gdy się czegoś zapomniało.

– Wielkie to wasze mieszkanie. – Moja przyjaciółka bawi się żaluzjami.

– Uważaj – mówię.

– Na co? – Nie rozumie.

– Na żaluzje. Kiedyś zerwałam jedną i Patryk...

– Rozumiem. – Odsuwa się od okna.

– To nie tak, że on ma hopla na punkcie mieszkania. Po prostu wybierał wszystko i płacił.

– Czy myśleliście o terapii? – Wiktoria obejmuje mnie nagle i czuję zapach jej orientalnych perfum.

– On uważa... – Staram się nie płakać. – Chce załatwić terapeutę tylko dla mnie, bo uważa, że on jest w porządku... – No i teraz lecą łzy i nie mam nad nimi kontroli. – Że jestem leniwa i słaba, powiedział ostatnio „zdechniesz beze mnie, zdechniesz w nędzy”. Tak powiedział.

– O... – Wiktoria zaciska usta. – Milutki nasz pan mecenas. Oleńka, nie płacz! Będzie dobrze! Zabieram cię, odpoczniesz i przestaniesz myśleć.

– Tak. – Kiwam szybko głową. – Bo boję się, że zrobię coś głupiego.

– Nie zrobisz nic głupiego! – Śmieje się. – Mamy wspólny biznes i wspólne plany! A plan na wieczór jest taki: Guido robi pyszną kolację, telefon wrzucasz głęboko do torebki, a torebka u mnie w szafie. No, może jeden SMS do męża, że nocujesz u mnie.

– Nie napiszę do niego. Wróci dopiero za kilka dni.

– Zrobisz, jak zechcesz. – Wiktoria podaje mi płaszcz. – U mnie możesz spokojnie pracować. Nie zapomnij zabrać maszyny do szycia. Twoje projekty są cudne, Oleńka!

– Ubranka dla psów. Nic wielkiego. Już widzę minę Patryka. – Wycieram ukradkiem łzy.

– Doskonały biznes! A polskie zimy są ciężkie, więc te twoje kurteczki, płaszczyki sprzedadzą się błyskawicznie! Mamy już stronę internetową! Będzie dobrze!

I jest dobrze dwie godziny później, gdy zwijam się w kłębek na ogromnym łożu w pokoju gościnnym w mieszkaniu Wiktorii. Nakarmiona, objedzona, chciałam pomóc w zmywaniu, ale wygonili mnie z kuchni. Wiktoria wie, że prawie nie spałam w nocy, więc mam teraz odpoczywać, a potem tworzyć. Zasuwam zasłony. Wyłączyłam telefon. Telefon i wino. Dwa uzależnienia. Powtarzam w myślach, że jestem silna! Jestem silna, chociaż nie mam nikogo. O nie, poprawiam się, mam mnóstwo serdecznych ludzi dookoła. Mam jakiś talent. Mam plany. Ogarnę się. Będę silna. Obiecałam Wiktorii, że to ja jutro zrobię obiad dla jej całej rodziny. Zasypiam.

Po dwóch godzinach otwieram oczy. Patrzy na mnie kot. Szary i gruby. Nie spuszcza ze mnie wzroku.

Rano robię sobie aromatyczną kąpiel. Wiktoria ma cały arsenał płynów i soli do kąpieli, peelingi, fikuśne mydełka. Zostawiła mi kartkę, że będzie po południu. Wieczorem nie prowadzi kursu. Kilka osób ma grypę, więc przełożyła zajęcia. Kot wślizguje się do łazienki, gdy wycieram się ogromnym, białym ręcznikiem. Próbuję dać mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł, ale zostaje. I obserwuje. Chyba się krzywi. Nie dziwię mu się. Widzę w lustrze chudą czterdziestolatkę z małym biustem i odrostami na pół głowy. Jutro pójdę do fryzjera. Do solarium. Ogarnę się. Zakładam stary sweter i obcisłe dżinsy. Zaglądam do kuchni. Kot idzie za mną i kontroluje sytuację. Dzwoni Wiktoria.

– Już się obudziłaś? Super! Lodówka jest pełna, gdybyś była głodna! Ekspres na razie działa, więc możesz zrobić sobie kawę. W salonie jest pełno babskich gazet, gdybyś miała ochotę coś poczytać. Pamiętaj, że masz detoks od telefonu! To znaczy wiesz, od czego.

– Pamiętam! Ten kot...

– Ooo. – Śmieje się. – Polubił cię?

– Nie sądzę. Chodzi za mną wszędzie i się gapi!

– Kontroluje sytuację. Jak zawsze. Muszę kończyć. Mam coś do załatwienia w urzędzie skarbowym. Niedługo będę.

Zaglądam do salonu z filiżanką kawy w ręce. Włączam telewizor, ale telewizja mnie męczy. Myślę o Patryku. Gdzie jest i z kim? Czemu tak się zmienił? Gdy go poznałam, był inny, dowcipny, gaduła i bardzo we mnie zakochany... Pamiętam jego spojrzenia, kwiaty, perfumy. Przeglądałam się w jego oczach i czułam się dużo lepiej. Seksowna, kochana. Poprzednie lata spędziłam, liżąc rany po nieudanym związku. Zaręczyłam się jeszcze na studiach. Leon był starszym bratem mojej koleżanki. Źle ubrany, z nadwagą, miły, ale nieporadny. Gdy zamieszkaliśmy razem w wynajętej kawalerce, zaczęły się kłopoty. Pisał doktorat i miał niewielkie stypendium doktoranckie. I bardzo małe potrzeby. W szafie jego ciuchy zajmowały tylko jedną półkę. Gdy szedł po zakupy, przynosił do domu parówki i zupy w proszku. I może nawet jego nieporadność mogłabym znieść, gdyby nie brak ambicji. Nie chciał zrobić prawa jazdy. Nie chciał poszukać lepszej pracy. Nie chciał, żebyśmy gdziekolwiek pojechali na wakacje. Był zazdrosny nawet o moje koleżanki. Kiedyś wyrzucił moje drogie kosmetyki do zsypu na śmieci, bo uważał, że za bardzo się maluję. Byliśmy za granicą raz. Tydzień, na Krecie. Zapłaciłam za siebie i za niego. Pomyślałam, że w końcu, po czterech latach związku, powinniśmy gdzieś pojechać, nie tylko jak co miesiąc na weekend do jego rodziców do Częstochowy. Potworny upał go irytował. Leon pocił się i narzekał. Nie umiał pływać, więc nie wchodził do morza. I wtedy się oświadczył, gdy byłam lekko załamana, po trzech dniach wysłuchiwania komentarzy, że mój kostium odsłania zbyt wiele, że klima w pokoju nie działa. Ucieszyłam się. Ale w końcu przejrzałam na oczy. Do ślubu nie doszło.

Straciłam przy nim sześć lat, prawie siedem. W końcu za namową koleżanek odeszłam. I wtedy po kilku miesiącach pojawił się Patryk. Przeciwieństwo Leona. Szczupły, energiczny, gadatliwy i przebojowy.

Zakopana w koc na kanapie w salonie Wiktorii, obserwuję kota. Robię szkice. Ubranka dla yorków, dla mopsików. Słyszę zgrzyt klucza w zamku. Jasiek, syn Wiktorii, zagląda do pokoju.

– Cześć, ciotka! Mama wspominała, że u nas pomieszkasz kilka dni. – Macha w moją stronę.

– Cześć. Mówiłam tyle razy, żebyś nie nazywał mnie „ciotką”. Możemy być na ty.

– E tam. – Wzrusza ramionami. – No, nie wiem. Chyba nie możemy.

– Głodny jesteś? – Podnoszę się z kanapy.

– Skąd! Byliśmy na pizzy! – Rozsiada się obok mnie na fotelu i sięga po moje rysunki. – Co to jest?!

– Ubranka dla psów. Wiesz przecież, że razem z twoją mamą otwieramy... to znaczy, zakładamy biznes i ja będę właśnie...

– Ale zajebiste! – Jasiek podskakuje w fotelu, a kot w popłochu ucieka do przedpokoju. – Wiem, że otwieracie sklep dla takich, co mają hopla na punkcie psów. Najważniejsze to mieć pomysł i znaleźć niszę. A moja matka się zna!

– Akurat to nie był pomysł twojej mamy.

– Nie? Ona jest taka szalona, że pasowało mi, że ona na to wpadła.

– Zrobię herbatę.

– Ja wolę colę! – woła za mną Jasiek i wciąż wpatruje się w moje rysunki.

Może ma rację? Może nie widzę i nie doceniam swojego talentu? Rysowanie, malowanie, rzeźbienie, szycie. Ale moje akwarele zalegają w piwnicy. Patryk stwierdził, że nie pasują do nowoczesnego wystroju mieszkania. Nie mam pojęcia, kiedy powoli, krok po kroku, zaczął decydować o wszystkim. O całym moim życiu.

JUSTYNA

Goliat miał załzawione oczka w, których gromadziła się ropa. Gojącą się ranę na lewej łapie. I imię, do którego dopiero się przyzwyczajał. Owczarek podhalański. Co robił owczarek podhalański w schronisku pod Warszawą? Prosta odpowiedź. Po prostu cierpiał. Początkowo nie chciał wpuścić mnie do boksu. Warczał ostrzegawczo. Ale moja cierpliwość się opłaciła. Przekupywałam go kawałkami szynki. Chwytał jedzenie łapczywie. Potem zaczęliśmy chodzić na spacery. Nie umiał chodzić przy nodze. Kiedyś tak szarpnął smycz, że o mało mnie nie przewrócił. Ból w ramieniu był koszmarny. Byliśmy na polnej drodze. Usiadłam pod drzewem i rozpłakałam się. Spojrzał na mnie wystraszony. Lizał mi dłonie. Ułożył się obok i oparł pysk na moim kolanie. Po chwili podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Tak jakby pytał: „Jeszcze płaczesz? Nie płacz”. Gdy wyzdrowiał, zaczęliśmy szukać mu domu. W końcu przygarnęło go jakieś małżeństwo. Dzieci mieli już dorosłe. Dom pod miastem. Ta kobieta... wydawało mi się, że polubiła Goliata i on ją. Mąż był sceptyczny. Ale go przekonała. Gdy odjeżdżali, Goliat wyglądał na zdezorientowanego. Nie miałam dobrych przeczuć. I nie myliłam się! Uciekł. Wrócił do schroniska. Znalazł to miejsce, chociaż dom jego właścicieli oddalony był o czterdzieści kilometrów. Wrócił i kręcił się przy bramie. Wychudzony i brudny. Wolał być w schronisku niż z tamtymi ludźmi. Spędził z nimi tylko dwa dni. Gdy zadzwoniłam z wiadomością, że się znalazł, głos jego byłej właścicielki był dziwny.

– Ale my go już nie chcemy! – przerwała mi. – Zniszczył nam cały ogródek. Wył w nocy i szczekał w dzień.

Na szczęście po miesiącu znalazła się nowa rodzina. Goliat polubił to małżeństwo. Przeczytali jego historię na stronie internetowej. Wzruszyli się. Dwa lata wcześniej adoptowali schorowanego owczarka niemieckiego. Bałam się trochę, czy te dwa psiaki po przejściach się polubią. Czy pierwszy nie będzie wściekły, że musi dzielić ogród i dom z nowym? Ale stał się cud! Polubiły się.

 

Kocham psy. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ktoś chce ubrać psa w płaszczyk z futrzanym kołnierzem za sześćset złotych. Prawdę mówiąc, płaszczyk, który mam teraz na sobie, jest o połowę tańszy.

– Ten za sześćset?! – Ola nie dowierza.

Jesteśmy w naszym firmowym lokalu. Ściany już pomalowane. Przybyło trochę mebli. Wpadła Ola z torbą ubranek. Prześliczne. Wiktoria robi im zdjęcia i ustala ceny.

– Oczywiście, że sześćset! – upiera się i rozgląda nerwowo. – Zaraz wpadnie tu pani Milewicz!

– Kto to jest pani Milewicz? – dopytuję się.

– Nie za bardzo wiem, szczerze mówiąc. Przyszła na nasze zajęcia tanga, niedawno się zapisała. Wspomniała, że ma yorka, dziewczynkę. I ta dziewczynka zapozuje nam dziś w ubrankach Oli. Potrzebujemy dużo zdjęć do katalogu i na stronę internetową.

Pani Milewicz się spóźnia, a gdy się w końcu zjawia, częstujemy ją kawą. Jest ciepły, jesienny dzień, ale ma na sobie brązowe futro i maleńkiego yorka w ramionach.

– To Jenny – przedstawia nas sobie. – Małej możecie dać ciasteczko, jeżeli macie, biszkopcik na przykład.

– Słodycze psu? – Kręcę głową.

– Musi rozluźnić się przed sesją.

Mała Jenny zostaje naszą pierwszą modelką. Jest cierpliwa i bardzo ciekawska.

Biorę ją na ręce, a ona liże moje ucho.

– Mąż mnie zostawił, dzieci dorosłe, wyjechały za granicę. Tylko Jenny mi została. – Pani Milewicz ociera łzy. – I praca. Sklep z używaną odzieżą, ale prawie jak nową i firmową. Gdybyście panie coś chciały... Najlepszej jakości towar na wagę.

Daje nam wizytówki. Mała Jenny siusia na podłogę, brudząc przy okazji płaszczyk, w który jest ubrana.

– Bardzo panie przepraszam! – Pani Milewicz próbuje ratować sytuację. – Odkupię ten płaszczyk. Upiorę i będzie dla małej! Ile on kosztuje?

– Pani nam bardzo pomogła przy tej sesji, więc... – Wiktoria uśmiecha się.

– Proszę go traktować jak prezent! – dodaje szybko Ola.

Pani Milewicz jest wniebowzięta.

– Te ubranka to cudeńka! Sprzedadzą się błyskawicznie!

Patrzymy na siebie zmęczone, ale zadowolone.

Wieczorem ślęczymy jeszcze nad dokumentami.

– Złożę wypowiedzenie w szkole! – deklaruje nagle Ola. – Będą wściekli, ale nic mnie to nie obchodzi. Za kilka tygodni do was tu dołączę. To znaczy cały czas będę szyć w domu i mogę tu pracować kilka razy w tygodniu, a potem częściej. Właściwie codziennie.

Wiktoria ją obejmuje.

– W tej durnej szkole cię nie doceniali!

Ola milczy przez chwilę.

– Nikt mnie nie doceniał ani w pracy, ani w domu. – Oczy jej błyszczą. – Ale to się zmieni! I nie pytajcie mnie, czy Patryk już wie! Nie pytajcie!

– Nie pytamy! – przerywam jej.

Wiktoria wstaje z kolan.

– Możemy wypić maleńki toast, dziewczyny. Mam szampana na zapleczu. Ale maleńki, bo jestem samochodem!

Zapada zmrok. Ulica błyszczy od świateł. Podchodzimy do okna.

– Jutro zawiśnie tu szyld. Nasz szyld! – Wiktoria unosi kieliszek. – Za marzenia, dziewczyny! I za marzycieli!

Senna ma oczy jak wystraszona sarenka i stąd jej imię, które nadałam jej, gdy dzieciaki mieszkające niedaleko schroniska przyniosły ją w brudnym kocu. Gdy rano przyjeżdżam do schroniska, wydaje z siebie przejmujący skowyt i wita się tak czule, jakbyśmy nie widziały się latami. Kuleje trochę, bo prawdopodobnie potrącił ją samochód. Na prześwietleniu wyszło stare złamanie i Eryk, nasz schroniskowy weterynarz, wygłosił długą przemowę, jak należy dbać o nogę Sennej. Ale ona nic sobie nie robi z tych ograniczeń. Gdy teraz siedzę u Eryka w gabinecie i popijam okropnie słodką kawę, Senna siedzi pod moim krzesłem i kładzie pyszczek na moim bucie.

– Zabrałabym ją do siebie. Ale mam już Kajtka i wynajmuję kawalerkę, więc właściciel chybaby mnie zabił.

Suczka unosi głowę i liże czubek mojego adidasa.

– Ona cię uwielbia. – Eryk próbuje odkręcić kran nad zardzewiałym zlewem. – Żesz! Znowu nie ma wody!

– Poczekaj! Coś tam w rurach im siadło!

– Nie tylko w rurach... – Eryk potrząsa głową. – W przelewach także. Czekam już drugi tydzień na pensję.

Bardzo lubię Eryka. Pracuje na cały etat w schronisku. Mieszka niedaleko. Dojeżdża rowerem. Czasem dokuczam mu z powodu jego tuszy, ale to takie niegroźne dogryzanie. Znamy się długo. Pocieszałam go, gdy zostawiła go żona.

– A zastanowiłeś się nad naszą propozycją? Szukamy weterynarza na kilka godzin w tygodniu do naszego salonu. No mówiłam ci...

– Mówiłaś. – Erykowi udaje się wreszcie umyć ręce. Woda z kranu skapuje wąską strużką. – Może rzeczywiście pora, żeby zmienić trochę klimat. A co ja tam miałbym robić? Ustawiać diety dla przekarmionych mopsów?

– Dobre rady dla znudzonych właścicielek yorków. Poznasz moje przyjaciółki. I męża jednej z nich, który fantastycznie gotuje i jest Włochem!

– Tylko nie fantastycznie gotujący Włoch! – Eryk robi komiczną minę. – W zeszłym miesiącu udało mi się zrzucić trzy kilo!

– Nie widać! – dogryzam mu. Eryk udaje, że się obraża.

– Jutro mamy zebranie naszego teamu tuż przed oficjalnym otwarciem salonu, to znaczy nieoficjalne spotkanie przed oficjalnym otwarciem. Dam ci adres! Musisz wpaść! Będzie cały zespół! I fryzjerka Ania!

– Fryzjerka? – Eryk wybałusza oczy.

– Fryzjerka dla psów! Superzdolna dziewczyna! Będzie miała dyżur u nas trzy razy w tygodniu. Dzieliłbyś z nią gabinet.

– Z fryzjerką?

– A co, pan doktor nie może dzielić gabinetu z fryzjerką? – Wybucham śmiechem.

– A ładna chociaż?

– Przyjdź jutro, to zobaczysz!

Eryk się śmieje. Wiem, że przyjdzie.

WIKTORIA

Gdy wychodzą moi kursanci, przeglądam się w lustrze. Zawsze miałam kobiece kształty. Z wyjątkiem oczywiście czasu choroby. Kwiecista sukienka boho opina ciało dość mocno, nie widzę żadnych oznak chudnięcia. Na szczęście przy szerokich biodrach mam bardzo duże wcięcie w talii. Lubię je podkreślać. Czuję się fantastycznie, chociaż mało śpię i każdy dzień mam wypełniony w stu procentach. Ale ja to lubię. Po prostu lubię. I teraz ten nasz salon dla psów z minikawiarenką! Za dwa dni otwarcie. Śpiewam na cały głos w samochodzie. Mam wokół siebie cudownych ludzi, więc jestem pewna, że ten nasz „psi” biznes wypali. Oczywiście teraz jest ciężko, mnóstwo papierologii, dokumentów, sanepid, urząd skarbowy, ale głęboko wierzę, że ten pomysł ma sens. I nie chodzi tu tylko o zarabianie pieniędzy. Mam w głowie mnóstwo pomysłów na warsztaty, wykłady, akcje! Przecież tylu ludzi kocha zwierzęta, więc na pewno chętnie posłuchają, przy dobrej kawie, herbacie czy winie, jak psiaki pielęgnować, co dawać im do jedzenia, jak je wychowywać. Sama wprawdzie mam kota, nie psa, ale...

– Guido. Powinniśmy mieć psa! – oświadczam, gdy wita mnie czule w przedpokoju.

– Psa? Perché?! Mamy il gatto! Wystarczy!

Zaglądam do kuchni, gdzie Ola szykuje sałatkę. A zapachy są tak oszałamiające, że zaczyna kręcić mi się w głowie.

– Boże, jaka jestem głodna... – wzdycham.

Zaglądam do pokoju Jaśka, z którego dochodzi potworny łomot. Mam wrażenie, że muzyka rozsadza ściany.

– Jasiek, błagam! – wrzeszczę, nadeptując na przerażonego kota.

– Jeszcze tylko jeden kawałek, matka! Please! – odkrzykuje, potrząsając głową w rytm muzyki. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tańczył tylko „głową”.

Nie lubię, jak mówi do mnie „matka”, ale przynajmniej mamy dobry kontakt. Moje znajome, które mają synów nastolatków, skarżą się, że młodzieńcy odzywają się do nich raz na dwa tygodnie i wyłącznie wtedy, gdy potrzebują kasy.

Gdy siadamy razem do kolacji, jest głośno, wesoło, i nawet Ola wydaje się w lepszym nastroju. Mam nadzieję, że na chwilę zapomniała o swoich problemach. Guido ciągle nakłada jej jedzenie na talerz mimo jej słabych protestów. Jasiek opowiada z dumą o rodzajach farb, którymi malował pomieszczenia w naszym salonie dla psów. Widzę, że po kilku dniach stał się ekspertem i czuje się jak prawdziwy mężczyzna. Guido otwiera chianti.

– Kupiłem jeszcze kilka butelek na nasze party... na otwarcie. – chwali się. – To ważna chwila! Taki salon! Wszystko dla psów! Będzie zawsze kolejka psów!

– Kolejka psów! – Jasiek pokpiwa sobie.

– Okropnie to spłycacie! – prycham. – Będą wykłady, warsztaty, szkolenia, kiermasze!

– Dla psów! – Jasiek krztusi się i nie może jeść.

– Proszę cię, idź do łazienki i się uspokój. Błagam! – Udaję, że się obrażam.

Dzwonek do drzwi. Podrywam się zaskoczona. Jest późno. Prawie dziesiąta. Przez wizjer widzę Patryka. Męża Oli. Elegancki płaszcz. Bardzo drogi szalik. Wściekła mina.

Otwieram drzwi.

– Cześć. Ona tu jest? – mówi szybko, a właściwie syczy.

– Cześć, Patryk. Tak, twoja żona tu jest. Zaprosiłam ją na kilka dni.

– Niby dlaczego? – wchodzi mi w słowo.

– Dlaczego? – powtarzam zaskoczona. – Jesteśmy przyjaciółkami. Ty wyjechałeś służbowo. Ona nie czuła się dobrze sama. Może wejdziesz do środka?

Patryk rzuca spojrzenie na moją sąsiadkę, która właśnie wyprowadza swojego jamnika na spacer i wyraźnie przysłuchuje się naszej rozmowie.

– Może wejdę. To znaczy na chwilę – odpowiada mąż Oli.

Wchodzi do środka i rozgląda się niepewnie. Słychać gwar rozmów, śmiechy, muzykę.

– Może zjesz z nami kolację? – pytam uprzejmie.

– Nie jestem głodny. Gdzie ona jest? – warczy.

Mam ochotę na niego wrzasnąć, ale robię uprzejmą minę.

– Zapraszam do salonu.

Nie zdejmuje nawet płaszcza. Na jego widok rozmowa zamiera, a uśmiech Oli gaśnie. Robi się szara.

– Dobry wieczór. Przyjechałem po żonę.

– Dobre wieczór – odpowiada Guido łamaną polszczyzną. – Może...

– Nie wracam do domu. – Ola odsuwa swoje krzesło i zaciska szczęki. Widzę przed nią pusty kieliszek.

Patryk ma lodowate spojrzenie. Patrzy na mnie z pogardą.

– Daliście jej wina? Przecież to alkoholiczka! – syczy do mnie i błyskawicznie jest przy Oli. – Ubieraj się!

– Miałeś wrócić za trzy dni... – Moja przyjaciółka traci pewność siebie, widzę, że walczy ze łzami.

– Może coś zjecie, porozmawiacie? – Guido nic nie rozumie z tej sceny, ale widzi, że nie jest dobrze.

– Nic nie zjemy! Olka, gdzie twoje rzeczy? – Patryk wrzeszczy i bardzo mi się to nie podoba. – Wróciłem wcześniej i co zastałem?! Burdel w domu! Jakaś kobieta dzwoniła z twojej pracy, że kolejny raz przedłużasz zwolnienie! Nawet nie wiedziałem, że jesteś na zwolnieniu! Ubieraj się!

– Nie! – Ola ma dziwny wyraz twarzy. – Jestem u przyjaciół. Zanocuję tu.

– Masz, kurwa, dom! – Patryk zaczyna szarpać ją za ramię. – Tam jest, kurwa, twoje miejsce!

Nie mogę na to patrzeć. Trzęsę się z wściekłości. Biorę karafkę wody z lodem ze stołu i chlustam Patrykowi w twarz. Natychmiast puszcza Olę. Maca swój przekrzywiony krawat.

– Policję wezwę! – warczy.

– Wezwij! – Odstawiam karafkę na stół. – Przypominam, że wtargnąłeś do mojego domu i zacząłeś wyzywać i szarpać moją przyjaciółkę. Mam świadków. – Patrzę na czerwonego ze złości Jaśka i na Guida, który tuli wystraszonego kota. – Wyobrażam sobie te nagłówki gazet. „Znany adwokat...”

Siada zrezygnowany na krześle.

– Daj mi jakiś ręcznik. – Zdejmuje okulary i wyciera je serwetką. Przynoszę mu ręcznik. Guido podsuwa mu talerz z pięknie pachnącym kawałkiem ryby. Mrugam na Jaśka, który niechętnie przysuwa Patrykowi szklankę soku.

Ola płacze prawie bezgłośnie.

– Poczęstuj się – zachęcam Patryka lodowato. – Jeżeli Ola będzie chciała, to wróci z tobą do domu. Jeżeli nie, to przenocuje u mnie. I to będzie jej decyzja. Tylko jej. Nie moja i nie twoja.

– Ja tu zostanę... – odzywa się Ola cicho. – To znaczy, na parę dni.

– Co się z tobą, kurwa, dzieje?! – Patryk podskakuje na krześle, ale kładę mu rękę na ramieniu.

– Żadnych przekleństw! W moim domu są takie zasady – pouczam go lodowato. – Ryba ci wystygnie. Mamy pyszną sałatkę.

Spogląda na mnie niewidzącym spojrzeniem. Przełyka ślinę.

– No w sumie... nic nie jadłem cały dzień. Prosto z lotniska... Ja się po prostu zdenerwowałem... – mówi z pełnymi ustami. – I ten telefon ze szkoły. Nie wiedziałem, że tak długo jesteś na zwolnieniu. – Patrzy na Olę, która kuli się w sobie. – Wywalą cię! Jestem pewien.

 

– Mam nową pracę. – Ola patrzy na niego z niemą pogardą.

– Niby jaką? – Patryk zabiera się za sałatkę. Obserwujemy każdy jego ruch.

– Mam firmę.

– Niby ty?! – Śmieje się szyderczo.

– Mamy wspólną firmę. Jutro otwarcie. – Robię czarującą minę i kładę Patrykowi wizytówkę obok talerza.

– Co to jest? – Kręci głową.

– Jutro otwarcie. Jak chcesz, to wpadnij. Myślę, że Ola spędzi u nas kilka dni, żeby się emocjonalnie uspokoić. Jesteś niezrównoważony, Patryk, właśnie mieliśmy pokaz twojego zachowania.

– To przemęczenie, stres, mieliśmy szkolenie i... – Pokasłuje nerwowo.

– Jest już późno. – Zabieram mu talerz. – Wracaj do domu. Ola jest w dobrych rękach.

Gdy znika, atmosfera się rozluźnia.

– Był zmęczony i wściekły. Przepraszam was za to wszystko. – Ola uśmiecha się blado.

– A czemu on nic nie wiedział, że nasz salon, firma, że ty... – Guido spycha naszego kota z kolan i podaje Oli talerzyk z tiramisu.

– Bo my... prawie ze sobą nie rozmawiamy. – Moja przyjaciółka mówi prawie szeptem.