KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WIKTORIA

Tulę się w środku nocy do Guida. Chrapie okropnie. Przytula mnie przez sen. Kradnę mu większą część kołdry. Przegadałyśmy z dziewczynami chyba cztery godziny. Mam nadzieję, że Ola nie zrobi nic głupiego. Bardzo jej współczuję. Nie ma nic gorszego niż samotność w związku. Przeżyłam to. Mój drugi mąż kompletnie nie wierzył we mnie i okazywał to na każdym kroku. Złośliwe komentarze. Szyderstwa. Pamiętam pewną noc kilka miesięcy przed moją decyzją o rozwodzie.

– Wyjeżdżasz? – wrzeszczał. – Znowu? Do Argentyny? Odbiło ci!

– Płacę za wyjazd z własnych pieniędzy. To warsztaty tanga z jednym z najlepszych...

Nie dał mi dokończyć. Rzucił szklankę z whiskey. Rozbiła się na podłodze.

– Rozbij wszystko, ale i tak wyjadę. – Ochłonęłam po chwili. – To tylko dwa tygodnie. Nie koniec świata. Jasiek zamieszka u swojego ojca. Nie będziesz musiał zajmować się moim synem.

– I dzięki Bogu! – wysyczał.

Nie mieli dobrego kontaktu. Jasiek wyczuł go od razu. Ale ja byłam ślepa. W czasie rozwodu zachorowałam. Mój były uważał, że to bzdury. Na szczęście dwuletni związek szybko zakończyła sensowna pani sędzia.

Guido znowu chrapie. Nakrywam go kołdrą. Wiem, że jutro musi wstać o szóstej, bo od rana ma zajęcia w szkole językowej. Jeździ po całej Warszawie. Uczy włoskiego, ma warsztaty z kuchni włoskiej. Wieczny optymista.

– Bo czemu mamy się martwić, jak mamy siebie? – pyta i całuje mnie namiętnie. W takich chwilach Jasiek przewraca oczami i demonstracyjnie zostawia nas samych, ale wiem, że się lubią. Jasiek nie mówi dużo, ale jak już, to uderza w samo sedno. Kiedyś, na lotnisku, gdy wracaliśmy z Włoch i Guido zniknął na chwilę w sklepie wolnocłowym, Jasiek mrugnął do mnie.

– On jest zajebisty, matka. Fajny facet i zwariował na twoim punkcie. To widać od razu.

Rano nie mamy czasu nawet napić się kawy. Mój mąż znika pierwszy, posyłając mi w przedpokoju całusa. Potem Jasiek, po pochłonięciu góry kanapek przygotowanych przeze mnie, jak zwykle roztargniony, z nosem wbitym w swoją komórkę. Zostaję sama. Sprzątam kuchnię. Robię sobie maleńkie espresso i dzwonię do księgowej. Mam plan. To znaczy, dziewczyny go mają i myślę, że jest on całkiem niezły! Justyna rozpisała wszystko i obliczyła. Szaleńczy plan i nowoczesny. Jeszcze raz przeglądam dokumenty. Salon urody dla psów. Profesjonalne usługi. Kosmetyki. Ubranka. Zabawki. Usługi takie jak fryzjer czy profesjonalny wyprowadzacz na spacery. Mała kawiarnia dla właścicieli psiaków. Eventy w plenerze. Wiem, że Justyna zna się na tym doskonale. Kocha zwierzęta. Wie o nich bardzo dużo.

A Ola? Zaoferowała się, że zrobi stronę w Internecie. Ma duże zdolności plastyczne, szyje, ma sporo czasu, bo pracuje w szkole na pół etatu i ma niewielką kwotę oszczędności, które chce zainwestować. Mogę je wesprzeć. Damy radę. Boję się tylko trochę o Olę, żeby się nie rozsypała. Jest bardzo krucha psychicznie.

Dzwoni telefon. Stacjonarny. Wiem, że to moja mama, bo tylko ona dzwoni na stacjonarny. Co trzy dni. Węszy. To znaczy sprawdza, czy wszystko okej, bo jej zdaniem całe moje życie powinno się rozsypać. Bo mąż cudzoziemiec, bo kredyty, bo własna działalność. Bo miałam raka. Bo nie dbam o siebie. Bo prowadzę szkołę tanga, a powinnam być na rencie.

– Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku – zaczyna słodko.

– Tak, mamo. – Poleruję wazon ściereczką. Ledwo udaje mi się utrzymać słuchawkę.

– Myślałaś o rencie? – zaczyna znowu.

– Nie, mamo. – Staram się zachować spokój.

– Dlaczego nie?! Należy ci się! Byłaś bardzo chora, kochanie...

– Byłam. – Przecieram blat w kuchni. Zabieram się za podlewanie kwiatów.

– No więc? W czym problem?

– Byłam – powtarzam spokojnie. – Cztery lata temu. Wyzdrowiałam. Pracuję. Tańczę.

– Ale się nie denerwuj! Rozważam tylko, co jest dla ciebie dobre.

– Przypominanie o chorobie nie jest dla mnie dobre. – Siadam w fotelu. Ogarnia mnie zmęczenie. – Pracuję. Zarabiam na siebie.

– No dobrze już, dobrze – słyszę jej zrezygnowany głos w słuchawce. – Kiedy wpadniecie?

Jej monolog trwa ponad godzinę. Piję kawę, sprawdzam maile. Zawsze tak było. Gdy byłam nastolatką, wciąż się buntowałam. Przeciwko niedzielnym obiadom z rosołem i schabowym, przeciwko rodzinnym wczasom w Juracie, przeciwko czytaniu moich pamiętników, przeciwko dobieraniu mi znajomych. Kontrola. Nie chcę być taką matką! Jasiek ma dużo swobody.

W południe zaglądam do mojej szkoły tanga. Recepcja czynna jest od piętnastej, więc na razie pusto. Dach się trzyma. Przecieram parapety. Wybieram muzykę. Dzwoni Ola. Smutny głos.

– Zerwałam z nim! – oświadcza z dumą.

– Z kim? Z Patrykiem?!

– Nie! – Pierwszy raz od bardzo dawna śmieje się głośno. – Mówię o tej znajomości internetowej. Przestałam odpisywać. Nie wchodzę już na swój profil.

– Wykasuj ten profil!

– Przecież już nie wchodzę! Biorę się w garść. Zrobiłam kilkanaście projektów, pracowałam nad tym dwie noce...

– O czym ty mówisz?!

– O naszej firmie. Salon dla psów. Także ubranka. Dla yorków.

– No tak... – kiwam głową. – A myślałam, że zamówimy w hurtowni.

– Nie ma mowy! – przerywa mi. – Muszą być oryginalne! Zrobię zdjęcia i ci wyślę. Sama ocenisz!

Po chwili dostaję zdjęcia: różowy płaszczyk w cętki z kapturkiem, futrzany kołnierzyk, kolorowe guziki, granatowa czapka ze srebrnym pomponem, kurteczka w szkocką kratę z koronkowym śliniaczkiem. Dostaję ataku śmiechu.

– To są ubranka dla psów? – upewniam się.

– A dla kogo?! – Ola zaczyna się denerwować. – Nie podobają ci się?

– Bardzo! Są urocze! Ale kto to kupi?!

– Takie ciuszki świetnie się sprzedają! Zrobiłam mały research w Internecie.

Słucham jej i dochodzę do wniosku, że zmieniła się. Zmądrzała. Tryska energią. I naprawdę ma talent. Myślę, że nam się uda. Ta depresja była chwilowa. Mam nadzieję, że rzuci pracę w szkole i będzie szyła nam takie cudeńka. Będzie dobrze!

OLA

Wiktoria w ogóle się nie zorientowała. Przed rozmową z nią wypiłam prawie całą butelkę czerwonego wina. Spędziłam cały dzień w domu. Nakłamałam w pracy, że jestem chora. Puste mieszkanie działa na mnie przygnębiająco. Patryk nie lubi zagraconych wnętrz, więc po naszym mieszkaniu można by jeździć na rowerze. Dwa razy w tygodniu przychodzi pani do sprzątania. Patryk ją opłaca. Koledzy polecili mu doskonałą agencję. Tylko że przed przyjściem tej pani ja sprzątam jak szalona i ona niewiele ma do roboty. Wstydzę się brudnej wanny, brudnych skarpetek, więc wszystko lśni. Tylko w mojej sypialni jest dziś bałagan. Wyciągnęłam maszynę do szycia. Nalewam sobie wina. Spoglądam na telefon. Jasne, że on pisze. Od rana. Pisze fajnie, dowcipnie, inteligentnie. Cieszę się, że mój angielski na coś się przydaje. Komplementuje mnie w uroczy sposób. Rozmawialiśmy kilka razy na Skypie. Hussain wciąż nie wie, że mam męża. Nie jest jednak wścibski. Nie pyta. Delikatnie zahaczam o islam. Zapala się. Peroruje ponad godzinę. O tym, jak bardzo błędnie postrzegana jest ta religia w Europie. Tłumaczy mi, że to religia jednego Boga, opowiada, jak bardzo uczy miłości bliźniego, wspomagania biednych. Oczywiście, że nie neguje Jezusa jako proroka. Słucham. Trochę boję się, że zacznie mnie namawiać, nawracać, ale nie. Odpowiada na moje pytania. Po prostu. Tak. Przestrzega ramadanu. To bardzo ważne, aby pościć od świtu do zmierzchu. Nie wolno pić nawet wody.

Czuję, że stajemy się przyjaciółmi. Przesyła mi linki do arabskich piosenek. Niektóre naprawdę piękne. Słucham ich całymi dniami. Gdy się budzę, od razu sprawdzam telefon. Jest. Zawsze. Krótka wiadomość od niego. I zawsze komplement. Podobały mu się moje ostatnie zdjęcia. Zachwyca się figurą. Długimi nogami. Wiem, że jestem teraz szczupła.

Biorę dłuższe zwolnienie. Kłamię zaprzyjaźnionej lekarce, że mamy zrobić z mężem mnóstwo badań przed przystąpieniem do procedury in vitro. Prawie nie rozmawiam z Patrykiem. Nie piszemy do siebie SMS-ów w ciągu dnia. W soboty też pracuje. Nie mam nic przeciwko temu.

Mój mąż jest coraz chudszy, pije ogromne ilości jakichś napojów energetycznych. Chyba nie wrócił do palenia, bo jego koszule nie śmierdzą fajkami. Widujemy się w przelocie. On ciągle przy telefonie. Wciąż zajęty sprawami kancelarii.

– Powinniście pójść na terapię – zaproponowała kiedyś Wiktoria.

– Powinniśmy pójść na terapię – rzucam do Patryka, gdy wieczorem nalewa sobie whiskey.

– My? – Przeszywa mnie wzrokiem. – Ty powinnaś pójść na terapię! Popatrz na siebie! Ja ciężko pracuję! Zarabiam pieniądze! Spłacam kredyt! Płacę nawet kobiecie od sprzątania, bo nie chce ci się sprzątać! Zarabiasz marne grosze! I codziennie pijesz wino!

– A co masz w tej szklance? Wodę?!

– Nie piję codziennie. – Uspokaja się trochę. – Ale ty! Znam lekarza... zapłacę za terapię.

– Specjalista od czego?

– Od uzależnień – oświadcza spokojnie.

Wychodzę z kuchni. Zamykam się w swojej sypialni. Ryczę. Odpalam komputer. Cleo jest online. Widzę zieloną kulkę przy jego nicku. Zastanawiam się, czy jest tym, za kogo się podaje. Wyjechał z Iranu, gdy miał niecałe dwadzieścia lat. Stypendia. Studia. Doktorat. „Znasz go dobrze? – w głowie huczą mi wątpliwości Justyny. – Może to oszust. Będzie chciał pieniędzy albo...”

Ale Cleo chce tylko mojej uwagi, chce pogadać, mieć słuchacza, a właściwie słuchaczkę. Jakaś kobieta złamała mu serce. Próbuje się pozbierać.

– Wszystko w porządku? – Patryk znienacka otwiera drzwi. – Co robisz?

– Nic! – Zamykam komputer. – Czytam o in vitro.

 

Rzuca mi elegancką wizytówkę.

– Zadzwoń do tego faceta. Zapłacę za wszystkie wizyty. Jest drogi, ale jeden z najlepszych w Warszawie.

Rozgląda się po sypialni. Wiem, że zastanawia się, gdzie trzymam butelki. Nie dostrzega chianti na podłodze, za firanką.

– Idę spać. Jutro o czwartej pobudka. – Wychodzi z pokoju. Cieszę się, że wyjeżdża na kilka dni. Słyszę, jak w przedpokoju wyjmuje walizkę. Nie wyprasuję mu koszul, nie pomogę się spakować. To mój cichy bunt. Piszę do Cleo i przepraszam za ciszę. Jest lekko obrażony. Wciąż pyta, kiedy się spotkamy. Zaprasza mnie do Szwecji. Wpadam w lekką panikę. To dzieje się za szybko. Zaczynam go bardzo lubić.

Dzwoni Justyna. Opowiada, że odkryła fantastyczny lokal do wynajęcia.

– Słuchaj dalej! Byłam w urzędzie skarbowym, w ZUS-ie. Startujemy więc od grudnia, tak?

– Jasne! – Staram się, aby mój głos tryskał entuzjazmem. Wciąż spoglądam w stronę laptopa. Widzę, że Cleo zalogował się na stronie randkowej. Na tej, na której się poznaliśmy, a więc pisze do mnie, a jednocześnie wyrywa dalej.

– Powiedziałaś już Patrykowi? – pyta nagle Justyna.

– O czym?

– O naszym biznesie! O naszej spółce! – denerwuje się.

– Nie – odpowiadam trochę chrapliwie.

– Czemu masz taki dziwny głos? – Justyna nie daje za wygraną.

– Boli mnie gardło. Jakiś wirus – tłumaczę nieporadnie.

– Z tym internetowym randkowaniem skończyłaś, mam nadzieję? – upewnia się.

– Oczywiście – kłamię szybko. – To idiotyczna znajomość. Bez przyszłości.

– Bardzo dobra decyzja! – Justyna opowiada mi jeszcze o formalnościach, o których musimy pamiętać, zakładając firmę. Staram się słuchać. Robię notatki w kalendarzu. Zaznaczam dni. Przedłużę sobie zwolnienie lekarskie. I tak chcę zwolnić się z tej pracy. Jeżeli mnie wcześniej nie zwolnią. Cleo pisze do mnie. Nie odpowiadam. Po skończeniu rozmowy z Justyną robię research w necie. Mam pomysły na kolejne ubranka dla yorków.

„Czemu mi nie odpowiadasz? Zrobiłem coś nie tak?” – Cleo bombarduje mnie na czacie.

„Jestem zajęta”.

„O pierwszej w nocy?”

„Muszę ci coś powiedzieć”.

Nalewam sobie piąty kieliszek wina.

„Co się stało?” – pisze. Kilka wykrzykników. Emotikony.

„MAM MĘŻA”.

Cisza. Po chwili zielona kulka przy jego nicku znika. Jest offline.

JUSTYNA

Florek jest tłuściutki, ze złamanym ogonkiem i siwym pyszczkiem. Brzydactwo. Jeden z najbrzydszych psów, jakie widziałam w życiu. Gdy mnie widzi, popiskuje i posikuje z radości. Ktoś go znalazł przywiązanego do drzewa. Niedaleko autostrady. Jest w naszym schronisku od czterech miesięcy. Ma już swoje lata, pewnie dlatego nikt go na razie nie chce. Ale nie poddaję się. Robię mu mnóstwo zdjęć. Wrzucam na stronę naszego schroniska. Na pewno będzie odzew. Florek kocha wszystkich. Dzieci. Psy. Koty. Je coraz mniej. Tęskni. Co drugi dzień jestem w schronisku i zabieram go na długi spacer. Kocha spacery, chociaż kompletnie nie potrafi iść przy nodze. Prawdopodobnie wychowywał się na podwórku, pewnie w budzie. Mój Kajtek to zazdrośnik, więc nie za bardzo mogę przygarnąć Florka, chociaż coraz częściej o tym myślę. Poza tym wynajmuję kawalerkę i właściciel z trudem zgodził się na jednego psa. I tak toleruje moje czasem kilkudniowe opóźnienia w opłatach, więc wolę nie przeciągać struny. Chociaż teraz, gdy Kamil ze mną mieszka, jest odrobinę lepiej. Sypia w kuchni na składanym łóżku, które w ciągu dnia wpychamy do szafy. Wychodzi z Kajtkiem na spacery. Sprząta, gotuje. Lubimy się. Traktuję go jak brata. Zatrudnił się jako kelner w knajpce na rogu, ale właściciel zalega mu z pensją. Wymyślił sobie naleśnikarnię, ale okazuje się, że to raczej kiepski pomysł na biznes. Opowiedziałam mu o naszym. Jest gotów przyłączyć się w każdej chwili. Nie ma kasy, ale może robić wszystko i właściwie od zaraz.

Siedzimy w mojej kuchni. Obserwuję, jak Kamil szykuje jajecznicę.

– Pieczywo mamy, sól morską mamy... – Kamil przeszukuje szafki. – Złożyłem wymówienie. Popracuję jeszcze tydzień i adieu – dodaje.

– No to fantastycznie się składa! – Podskakuję na krześle. – Nasza knajpka rusza za miesiąc! Trzeba odświeżyć trochę lokal, pomalować ściany, a nie stać nas, niestety, na ekipę remontową.

– W malowaniu ścian jestem dobry. – Kamil się rozpromienia. – Wasz pomysł naprawdę ma potencjał! Takie fajne miejsce dla właścicieli psów, gdzie znajdą i weterynarza, i fryzjera, i kupią zabawki, leki...

– Kosmetyki, ubranka! I można usiąść ze swoim pupilem, pogadać i napić się kawy – wyliczam. – Ludzie się integrują, zaprzyjaźniają. Będziesz naszym baristą, Kamil!

– Będę, czym tylko chcesz! – Kiwa głową, rozkładając serwetki na stole.

– Na początku nie możemy ci dużo zapłacić, ale płacimy w terminie i jesteśmy wypłacalne!

– Wiem, Justynka! – Kiwa głową. – Bardzo chętnie w to wejdę. Nie mam kasy, ale jestem dyspozycyjny.

– I przystojny! Będziesz namawiał właścicielki yorków na nowe kubraczki, pelerynki.

Kamil nakłada mi kopiastą porcję jajecznicy.

– Dzięki za komplement. Dla osoby ze złamanym sercem każdy liczy się podwójnie. – Poważnieje na chwilę. – Ale już mi powoli przechodzi. Dobrze mi robi mieszkanie z wami. – Rzuca Kajtkowi plasterek szynki. – Szkoda tylko, że tak mało dorzucam ci się do rachunków. Jesteś moją przyjaciółką, Justyna... prawdziwą przyjaciółką.

– Przyjacielu – odzywam się z pełnymi ustami – fantastycznie gotujesz i rewelacyjnie sprzątasz. I dlatego, cóż, zgodziłam się użyczyć ci tych parę metrów w mojej kuchni.

– Rozumiem. Interesowna z ciebie babka. No cóż, lubię sprzątać, a ty... jak by to ująć delikatnie... Kochasz artystyczny nieład. W szafce kuchennej znalazłem twoje stringi!

Wygłupiamy się przez cały wieczór. Kamil zmywa talerze, czyści patelnię. Wychodzi z Kajtkiem na długi spacer. Po prostu ideał. Ale gej. Szkoda.

Dzwoni Wiktoria.

– Moja księgowa zerknęła na nasz biznesplan, a do naszego lokalu mamy już cztery pary kluczy! Mój znajomy ma trochę mebli do oddania, krzesła, stoliki. Tylko odrobinę używane.

Mówi ponad godzinę. Marzę, żeby być taka jak ona. Silna. Zarażająca energią. I seksowna jak diabli. Jej figura jest boska, przypomina krągłości Jennifer Lopez. I czarne, kręcone włosy, śniada karnacja. Ale była też kiedyś blondynką i była ruda. I ten styl boho, kolorowe sukienki nawet zimą, oryginalna biżuteria.

– Słuchasz mnie? – dopytuje się nagle. – Musimy zająć się Olą, pomóc jej, a nie tylko krytykować, że flirtuje z jakimś facetem w Internecie. Wpadnij jutro do mojej szkoły tańca przed południem. Będziemy same. Pogadamy. Dasz radę?

– Dam. – Nawet nie muszę sprawdzać w kalendarzu. Mam coraz mniej zleceń. Słaby miesiąc.

– Zrobię pyszną kawę – obiecuje Wiktoria.

– A dach dalej przecieka? – pytam współczująco.

– Dalej. Jutro będą go naprawiać. Modlę się, żeby dali radę.

Wpadam do Wiktorii z sernikiem kupionym w cukierni na rogu. Znajduję ją w jednej z sal, pełnej luster. Tańczy. Muzyka niezbyt głośna. Tango Piazzoli. Ma przymknięte oczy, czarna sukienka zmysłowo opina jej ciało. Patrzę na jej stopy. Specjalne buty do tanga. Nie widzi mnie, skupiona tylko na muzyce. Czarodziejka.

Opowiada mi trochę o tym, co się dzieje w szkole, o panu Januszu złotej rączce, i równocześnie maluje sobie usta krwistoczerwoną szminką.

Usta ma naprawdę piękne. Nienapompowane. Duże, pełne wargi.

– No, co mi się tak przyglądasz, ruda? – Wiktoria rzuca mi spojrzenie znad małego lusterka. – Dobra szminka i dobre perfumy to podstawa. Czemu ty się nie malujesz, co?

– Bo mi się zaraz wszystko rozmazuje. Błyskawicznie.

Rozmawiamy jeszcze o Oli. Bardzo się martwimy. Rzadko się do nas odzywa. Rzadko dzwoni. Owszem, uszyła sporo ubranek dla yorków, mamy już całą kolekcję. Kubraczki, pelerynki, kombinezony, sukienki. Na pewno sprzedadzą się błyskawicznie. Są urocze.

– Nigdy w życiu nie miałam yorka. – Wiktoria ogląda w telefonie zdjęcia, które przysłała nam Ola. – Jak można ubrać psa w coś takiego! Normalny pies nie zniesie ani kokardy na głowie, ani kapelusza!

– Są psy i psy – wyjaśniam. – Te ze schroniska to raczej nie kanapowce. To najczęściej znerwicowane, zwariowane znajdki. Ale są pewne rasy, dla których ubranka, czapeczki nie są problemem. W Holandii widziałam specjalne wózki dla psów... bo po co mają sobie męczyć nóżki.

– No nie wiem. – Wiktoria z trudem zachowuje powagę. – Na razie sprowadziłam witaminy. Szampony. Mam kontakt ze świetną hurtownią. To za dwa tygodnie otwieramy?

– Otwieramy! – potwierdzam z zapałem.

WIKTORIA

Na razie nasz lokal nie wygląda imponująco. Wszędzie wiadra z farbami, drabiny, szmaty. Guido jest przerażony naszym pomysłem.

– Perché?! Mamma mia! Teraz chcesz sklep dla psów? Mamy szkołę tańca! Tango mamy! Po co psy? Na co? – biadoli.

Kilka razy dziennie przekonuję go, że to świetny pomysł. Nasza szkoła tańca bardzo powoli zaczęła zarabiać. Warto zainwestować te pieniądze w nowy biznes.

– Zabawki dla psów? Sukienki, szampony? – nie dowierza. – Jaki pies nosi sukienkę?!

Jest przerażony, ale dzielnie nam pomaga. Nie stać nas na profesjonalną ekipę remontową, więc i Guido, i kolega Justyny, Kamil, malują ściany. Zaprzyjaźniają się. Podczas pracy puszczają sobie rockowe piosenki. Guido krytykuje oczywiście farby, które wybrałam.

– Różowe ściany? – Macha mi pędzlem przed nosem. – A co to jest? Przedszkole? Perché un colore rosa? Perché różowy?!

W największym pomieszczeniu urządzimy małą kawiarenkę. To tu właściciele psów będą mogli przyjść ze swoimi pupilami i napić się kawy.

– A jak się pogryzą? A jak nasikają?! – Guido kompletnie nie rozumie całej idei.

– Ty jednak jesteś strasznym pesymistą. – Wzruszam ramionami.

– Si! Pessimista! – mruczy. – Jestem głodny, a jak jestem głodny, to jestem pessimista! Tu nawet nie ma mikrofali, żeby coś odgrzać!

– Jutro będzie – zapewniam go i wyjmuję z torby kanapki.

Kamil też zgłodniał. Widzę, jak bardzo się stara. Będzie u nas pracował jako barista. Zapisałyśmy go na dwudniowy kurs parzenia kawy.

– Kawa! Si! To ja rozumiem! – Guido mówi z pełnymi ustami. – Ale psy? Sukienki? Perché? Po co?!

– I obroże przeciwpchelne – dodaję, krztusząc się ze śmiechu.

– Obrożie... – Jego polszczyzna jest przezabawna. – Co ty wymyśliłaś! Kawa! Psy! Szampony! Sukienki dla psów! Pies to pies! Perché sukienka!

– Dziś przysłali czterdzieści kapeluszy słomkowych. – Kamil wskazuje pudło pod ścianą. – Chyba zrobimy przecenę, bo przecież mamy listopad...

– Kapelusze dla psów! Mamma mia! Zabijasz mnie!

Wracamy do domu późnym wieczorem. Jestem potwornie zmęczona, ale prowadzę samochód, podśpiewując. Nie ma wielkich korków. Warszawa lśni światłem odbitym od kałuż i zamglonych sklepowych wystaw.

– Naprawdę myślisz, że to ma sens? – biadoli Guido. – I zwolnij, za szybko, za szybko...

– Co „czy ma sens”? Mój nowy biznes? – upewniam się.

– Masz zajęcia w szkole tańca. Codziennie prawie. I teraz ta sklepo-kawiarnia czy kawiarnio-sklep. Tyle roboty!

– Zapomniałeś, że jesteśmy we trzy! I jest Kamil, który ogarnie nasz barek. I eventy! Dwa razy w tygodniu będzie dyżurował weterynarz. I trzy razy w tygodniu fryzjerka.

– Fryzjerka?! – Guido macha nerwowo rękami. – A perché fryzjerka?!

– Dla psów. – Staram się zachować powagę. – Niektóre rasy wymagają strzyżenia.

– To co to będzie w końcu? – Pociąga nosem. – Lekarz, fryzjer i kawa! Aż tyle?!

– Kompleksowe usługi dla psów każdej rasy.

– Ja się zabiję! – kręci głową. – Albo ty zabijesz nas! Psy się pogryzą i wszystko zniszczą! Obsikają!

– Czemu ty nie lubisz zwierząt? – Klepię go po ramieniu, gdy stoimy na światłach.

– Ja wszystko lubię! – Guido mruga nerwowo. – I miałem kiedyś psa, który wszystko niszczył. Gitarę mi pogryzł! Struny zjadł!

– I przeżył? – upewniam się.

– Przeżył! Żył potem jeszcze trzynaście lat!

– Cudownie! Ty kochasz psy, prawda?

– Kocham! – potwierdza. – Tylko fryzjer i te sukienki. No co ja powiem rodzinie... że jaki my biznes otwieramy, co?! Psie czapki i szaliczki!

– Salon otwieramy, Guido! Kompleksowy salon!

– Si! Si! Certo! Salon dla psów!

 

Podczas kolacji oczy mi się zamykają. Guido dolewa mi chianti, podsuwa zrobione własnoręcznie tiramisu.

– Będę gruba! – narzekam.

– Nessun problema! Jesteś piękna! – Całuje mnie.

Jest cudowny. Wiem, że się martwi. Pilnuje moich badań. Ogarnia domowe sprawy. Pamięta o praniu, odkurzaniu i zakupach. I gotuje jak mistrz!

– W kółko myślę o Oli – mówię, gdy zasypiamy, przykryci grubą, puchową kołdrą.

– Ola? Ta, co szyje, ta nauczycielka... ta chuda.

– Tak, ma kłopoty w małżeństwie. Jej mąż robi karierę, a ona chce mieć dziecko, ale... Myślę, że jest na granicy depresji. Nie wiem, jak jej pomóc. Przecież nie pogadam z jej mężem?

– Si. – Guido ziewa. – Zapraszaj ją do nas często, to przynajmniej nie będzie taka chuda.

– Ola ma rzucić pracę w szkole i pracować u nas na pełny etat. Nie wiem, czy jest do tego zdolna, to znaczy, nawet nic mu nie powiedziała.

– Komu? – Guido znowu ziewa potężnie.

– Patrykowi. Mężowi. Twierdzi, że ją wyśmieje.

– A co to za idiota jest? – Zaczyna się denerwować. – A co to za mąż jest, co?!

– No właśnie! – Kiwam głową. – Czemu jej nie wspiera? Ona w szkole zarabia strasznie mało, ale fantastycznie szyje, maluje! Mogłaby z tego żyć... gdyby się odważyła. Guido, jej brakuje energii, siły, entuzjazmu. Boi się.

– No to daj jej trochę swojego entuzjazmu! Ty masz dużo wszystkiego... – Całuje mnie w szyję i zapominam, co chciałam powiedzieć.

Rano dzwonię do Oli i wyciągam ją na kawę. Bardzo wcześnie, bo parę minut po ósmej, ale blisko jej domu. Ma dziwny głos. Mówi, że ciągle jest na zwolnieniu.

– Ale dobrze się czujesz? – upewniam się.

– Taaak. – Słyszę ją tak, jakby była za szybą.

Monologuję więc, jak bardzo ważne jest nasze spotkanie i że to nie jest na telefon.

Ola, blada, smutna, nieuczesana, czeka na mnie w najciemniejszym kącie osiedlowej kawiarenki. Całuję jej zimne policzki. Nie zdjęła nawet płaszcza. Wciąż spogląda nerwowo na telefon.

– No, co jest? – Siadam obok niej. – Spieszysz się gdzieś?

– Nie – odpowiada cicho. – Przedłużyłam zwolnienie. Wywalą mnie na bank, ale i tak przecież sama mam się zwolnić. Uszyłam nową partię ubranek. Fajne. Zimowe. Z kapturkami. Moja sąsiadka ma yorka. Brałam z niego miarę. I dałam jej jeden w szkocką kratę. Była zachwycona.

– Czym? – Obserwuję, jak ściska w dłoniach telefon, jak próbuje skupić się na swojej opowieści.

– Jak to czym? – nie rozumie. – Kurteczką dla yorka. Wysłałam wam przecież zdjęcia.

– Oczywiście! Są śliczne! Jestem pewna, że wykupią je błyskawicznie! – potakuję i zamawiam kawę z mlekiem sojowym.

Kawiarnia jest prawie pusta. Leje. Za szybą skuleni pod parasolami ludzie.

– Mówiłaś Patrykowi o naszej firmie? O naszym pomyśle? – pytam cicho.

– Nie... wyjechał na dwa dni do Londynu. Może potem powiem, kiedyś na pewno... Ale Hussain twierdzi, że to dobry pomysł.

– Kto?! – Zachłystuję się kawą. – Nie skończyłaś tej znajomości? Olka!

Patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem.

– Nie robię nic złego. Powiedziałam mu, że mam męża, ale on czuje, że jestem nieszczęśliwa. I ma nadzieję, że będę szczęśliwa z nim.

– Co cię opętało? – Staram się nie podnosić głosu. – Ola, ty go nie znasz! Nie masz pojęcia, kto to jest!

Łzy płyną po jej bladych policzkach.

– On jest codziennie ze mną... Czuję, że bardzo mu zależy, pisze bardzo dużo...

– On jest przy tobie codziennie, tak? – Zabieram jej telefon i wrzucam do swojej torebki. – Gdzie on jest codziennie? W telefonie, tak?! W telefonie siedzi i jest codziennie?! – zaczynam prawie krzyczeć. – Co to za problem dla niego wysłać ci codziennie jakieś emotikony?! Jakieś wierszyki! Pewnie wysyła miliony takich! Też mi wysiłek!

– O czym ty mówisz? – szepcze Ola. – Oddaj mi telefon!

– Nie ma mowy! – Obejmuję ją. – Oleńka, zabieram cię do siebie. Na kilka dni. Patryk wyjechał, potrzebujesz towarzystwa, nie możesz siedzieć całymi godzinami sama z laptopem i z telefonem. A ten facet szuka przygód i dlatego nie daje ci spokoju!

– To mój przyjaciel – odpowiada szybko.

– Przyjaciel, bo wysyła ci codziennie serduszka? Olka! Ile ty masz lat?!

– Rozmawiamy o wszystkim, o życiu, o...

– Ze mną też możesz rozmawiać o wszystkim, a Guido zrobi coś pysznego. To zgadzasz się?

– Na co?

– Trzy dni u mnie. Mamy pokój gościnny. Wielkie łoże. I telewizor jest.

– Nie oglądam telewizji. – Patrzy na mnie ze smutkiem w oczach. – Ale dobrze.

– Zgadzasz się? – upewniam się.

– Tak.

Przytulam ją mocno. Jak siostrę, której nigdy nie miałam.