KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OLA

Powroty do domu są trudne, bo nikt na mnie nie czeka. Marzę, żeby mieć psa, ale Patryk pewnego wieczoru przeprowadził dogłębną analizę. On znika codziennie z domu na jakieś dziesięć godzin, mnie nie ma sześć, siedem. Pies by zwariował. „Na spacery możesz chodzić sama, jeśli tak kochasz spacery. Albo z tymi twoimi przyjaciółkami”.

Wcześniej były rozmowy o dziecku. Pomyśli, że chcę dziecko zastąpić psem. Skrytykuje mnie jak zawsze.

Nie wiem, dlaczego wyszłam za mąż za Patryka. Nie jest specjalnie przystojny. Młodszy o kilka lat. Bardzo leniwy i mało pomysłowy jako kochanek. Pracoholik. Poczucie humoru zerowe. Kiedyś chyba go lubiłam, lubiłam, jak z poważną miną tłumaczył mi zawiłe podatkowe i prawne sprawy, gdy podpisywaliśmy rozdzielność majątkową. Gdy dyskutował godzinami z babką z banku, która udzielała nam kredytu na mieszkanie. Wydawał mi się taki błyskotliwy, mądry, inteligentny. Fakt, że nie czytał w ogóle beletrystyki, tylko książki o prawie gospodarczym. Z drugiej strony stwierdził kiedyś, że wszystkie najważniejsze książki przeczytał, jak miał szesnaście lat, i nie widzi powodu, żeby wracać do Dostojewskiego, Prousta, Kafki. A współczesna literatura jest głupia, a on nie ma czasu na takie idiotyzmy. Ponieważ nie miał czasu, nie wyjechaliśmy w ogóle w podróż poślubną. Nie miał czasu pomagać mi w domu ani przytulić mnie przed snem. Śniadania rano nie jadł wcale. Kawę z braku czasu pił na stojąco. Poznałam jego rodziców miesiąc przed ślubem. Nie byli zachwyceni mną i ogólnie całą sytuacją. Siwy jak gołąbek tata, były prokurator. I gadatliwa, obwieszona złotem mama. Imponująca trwała, powiększająca jej głowę o dwa rozmiary. Emerytowana lekarz pediatra. Rodzina z tradycjami z Gdańska. Starsza siostra Patryka w ciągu czterech lat urodziła troje dzieci. Rodzinny rekord. Te pytania w oczach: „A wy kiedy?”. Mam wtedy ochotę krzyczeć: „A my nigdy!”.

Właściwie to nie mam rodziny. Tylko siostrę mojej mamy, która jest chora na alzheimera i przebywa w bardzo dobrym domu opieki opłacanym przez jej syna, który mieszka od lat w Berlinie. Rozmawiam z nim kilka razy w roku na Skypie. Dużo starszy ode mnie. Zapracowany właściciel firmy transportowej.

Moja mama zmarła, gdy miałam piętnaście lat. Choroba szybko ją zabrała. Trzy miesiące, rak płuc. Bardzo dużo paliła. Dlatego nie cierpię papierosów. Kiedyś zrobiłam Patrykowi awanturę, gdy zapalił przy mnie. A ojciec zmarł z przepracowania. Na serce.

– Co ty robisz w tej łazience? – Patryk puka kolejny raz i słyszę, jak kręci się w przedpokoju.

Łazienka to mój azyl, chociaż zaprojektowana i urządzona przez mojego męża. Czyli biało-czarna szachownica na ścianie. Kabina prysznicowa zamiast wanny. Gdy urządzaliśmy mieszkanie, Patryk był bardzo stanowczy: „Żadnych babskich firanek! Żadnych bibelotów!”. Tylko do sypialni przemyciłam figurki porcelanowe. Kolekcja moich rodziców. Kochali prawdziwą, rzadką porcelanę. Gdy pokazałam Patrykowi sygnatury na porcelanie i gdy sprawdził w Internecie, co oznaczają, przestał się czepiać. Chwalił się przed kolegami naszą kolekcją.

– Ja się muszę ogolić! Przez ciebie się spóźnię! – Patryk wali jak szalony w drzwi łazienki.

Otwieram drzwi i mijam go, nie patrząc mu w oczy.

Zamykam się w sypialni. Odpalam laptop. Nie otwieram już stron dla par starających się o dziecko. Po co? Każde słowo, które tam czytam, boli. Czytam plotki o naszych celebrytach. Ścianki, spuchnięte usta, napęczniałe biusty, parada głupoty. Słyszę, jak Patryk bierze prysznic. Goli się. Wychodzi wieczorem. Nawet nie raczył powiedzieć, dokąd. Przecież wszystkie jego spotkania, nawet te wieczorne, to biznes. Czysty biznes. Nawet gdy pije whiskey z jakimś idiotą w hotelowej restauracji do drugiej w nocy. Zawsze, gdy kogoś poznaje, węszy... Tak, to dobre określenie, mój mąż węszy, wypytuje, sprawdza, czy potencjalny znajomy do czegoś się przyda. Potrafi być czarujący, przemiły.

Nie wspomina, o której wróci. Zamyka drzwi. Spoglądam na zegar. Dziewiąta. I znowu samotny wieczór. Idę do przedpokoju. Zamykam drzwi na zasuwę. Czuję teraz zapach jego wody toaletowej. Wyperfumował się. Może ma kogoś? Może jestem ślepa?

Ukrywam przed Patrykiem, że siwieję. Co miesiąc farbuję włosy na ciemny blond. Teraz w oszklonych drzwiach szafy widzę swoje odbicie. Tragedia. Grube uda. Odrosty. W komputerze szukam zdjęć z wakacji. Przecież pół roku temu nie było jeszcze tak źle. W żółtym bikini, w kolorowym pareo.

Przeglądam strony randkowe. Międzynarodowe. Zakładam profil. Odmładzam się o cztery lata. Wrzucam tylko jedno zdjęcie. Zamazane. Z wakacji. Ciemne okulary. Opalone ramiona. Rozczochrane włosy.

Potem wypijam kieliszek wina. Czekam, czy Patryk zadzwoni. Nie dzwoni. Zasypiam.

JUSTYNA

Po spotkaniu z Wiktorią jestem pełna nadziei. Dostaję skrzydeł. Nie wyśmiała nas! Powiedziała, że to świetny pomysł i że chętnie się przyłączy. Będziemy mieć wspólniczkę! I to taką mądrą! Tak przebojową! Mamy bardzo szczegółowy biznesplan. Nie rozumiem tylko, czemu Ola nie ma takiego entuzjazmu jak ja? Może boi się powiedzieć o wszystkim mężowi? Skoro ten idiota tak wyśmiewał jej pracę w szkole, to powinien jej pomóc założyć własny biznes, tak? Ale gdy Ola o nim mówi, to się spina. Uśmiech jej gaśnie. Pewnie się rozwiodą. Patryk w ogóle do niej nie pasuje. Ona nawet nie może zakładać wysokich obcasów, gdy z nim wychodzi, bo wtedy on jest niższy. Ostatnio chyba schudła, przestała dbać o siebie. Gdy rozmawiałyśmy z Wiktorią, patrzyłam na paznokcie Oli. Obgryzione do krwi. Może więc ten nasz pomysł, ten nasz zwariowany biznes trochę ją oderwie od smutnej rzeczywistości? Przecież ona ma wszystko! Tak oczywiście powiedziałby ktoś z zewnątrz. Piękne, dwupoziomowe mieszkanie w najdroższej dzielnicy w Warszawie. Mało mebli. Białe ściany. W kuchni stal jak w prosektorium.

– A to jest pokój dla dziecka. – Niedawno pokazała mi najmniejszy pokój. Całkiem pusty. Głos jej się załamał, ale dała radę.

Pamiętam, jaka była pomocna, gdy Adam mnie zostawił. Dwa lata temu. Byliśmy zaręczeni, a on był najprzystojniejszym weterynarzem, jakiego w życiu poznałam. A poznałam ich wielu, bo ciągle ratuję jakieś zbłąkane, potrącone przez samochód maleństwa. Była niedziela. W dodatku wielkanocna. Jechałam na rowerze. Owinięta szalikami. Słuchawki na uszach. I Mozart. Zobaczyłam w rowie potrąconego kundla. Popiskiwał. Tylna łapka zgięta pod nienaturalnym kątem. Krwawiące ucho. Wyszukałam w telefonie adres najbliższej całodobowej kliniki weterynaryjnej. Zadzwoniłam. Odebrał lekarz. To był Adam. Za parę minut zjawił na miejscu. Fajny facet, na oko trzydzieści parę lat. Zabraliśmy to biedne maleństwo do kliniki. Patrzyłam, jak się nim zajmuje. Wzięłam Kajtka do siebie. Tak dałam mu na imię. Adam przyjeżdżał sprawdzić, jak się czuje. Zmieniał mu opatrunki. Gadaliśmy w mojej kawalerce do późna. Gdy chciał pocałować mnie po raz pierwszy, Kajtek zawarczał ostrzegawczo. Potem się przyzwyczaił. Pierwszy raz się tak zakochałam. Oszalałam po prostu. Adam był ideałem. Spokojny. Wrażliwy. Kochał kino, teatr, książki. Niewiele mówił. A jeśli już, to o mnie. Że jestem wyjątkowa. I piękna z tymi rudymi, długimi włosami. Po dwóch miesiącach powiedział mi, że ma żonę. Ale są w separacji. Ona jest za granicą. Ale on już jej nie kocha. Początkowo przeżyłam szok, bo chyba powiedział mi to za późno! Byłam wściekła, więc mnie przepraszał. Twierdził, że to bolesna przeszłość. Żona. Prawie była żona w Londynie. Zajęta karierą.

– Czyli nasz ideał ma jedną drobną skazę. – Pamiętam błysk w oczach Wiktorii. – Daj spokój, maleńka – dodała po wypiciu kolejnego kieliszka wina. – On chce się zabawić. Żona daleko... To niestety tak wygląda.

– Gówno prawda! – Wściekłam się wtedy. – Nic nie wiecie! On chce się dla mnie rozwieść!

– Świetnie. Porozmawiamy za pół roku. – Ola poklepała mnie po dłoni. – Jeżeli za pół roku nic się nie zmieni, to będzie znak, Justynka, że pora dać sobie spokój...

To była świetna rada, ale za późno. Po pół roku byłam na takim etapie szaleńczej miłości, że chciałam być z nim na każdych warunkach. Widywaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu, bo Adam pracował w trzech prywatnych klinikach weterynaryjnych. Miał jakieś kredyty, spadek po byłej albo prawie byłej żonie. Czasem był tak zmęczony, że gdy wpadał do mnie na romantyczną kolację, po wypiciu kieliszka wina zasypiał w fotelu. Miał dwa psy i w mieszkaniu zawsze bałagan. Książki, gazety, opakowania po pizzy i niestety ślady po eks nie eksżonie. Odłożone na półkę zdjęcie ślubne, jakieś garsonki w szafie, stare balsamy do ciała na półce w łazience. Wciąż oglądałam jej zdjęcia, nawet jej profil na Fejsie. Zaczęłam mieć obsesję na jej punkcie. Czemu nie chce rozwodu, skoro sama znalazła sobie kogoś w Londynie? Czemu nie zabierała stąd swoich rzeczy? Gdy z Krakowa przyjechali rodzice Adama, musiałam zniknąć. Przepraszał mnie, ale bał się im powiedzieć, że się z kimś spotyka, skoro według prawa jest jeszcze żonaty, a jego ojciec ma chore serce, a matka biega codziennie do kościoła i tak bardzo lubią Karinę.

W końcu Karina śniła mi się prawie co noc. Śmiejąca się, jak na zdjęciach na Fejsie. Prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego nie usunęła jednego zdjęcia z Adamem, tego przy ognisku. Tacy zakochani na nim, przytuleni. Pytałam go, ale stwierdził tylko, że jestem dziecinna. Karina nie ma czasu, żeby sprawdzać swojego Facebooka, a to, co jest w sieci, rzadko odpowiada rzeczywistości. Ale jednak Karina była aktywna w sieci, wrzucała nowe zdjęcia z przyjaciółkami w angielskich pubach. Ani śladu nowego faceta. Tylko selfie z dziewczynami i to jedno zdjęcie z Adamem. Szukałam jej gdzie indziej, na innych stronach. Chciałam potwierdzenia, że rzeczywiście układa sobie życie za granicą.

 

– Odbiło ci, wiesz? – Ola nie przebierała w słowach, gdy jej wszystko opowiedziałam.

– Nie odbiło mi. Zakochałam się – wydusiłam z siebie.

Przytuliła mnie.

– Justynka, to źle wygląda. Ten facet nie robi nic, żeby się rozwieść, czyli taki układ mu pasuje...

Miały rację. Pamiętam każde słowo podczas tej nocy zwierzeń i wszystko się sprawdziło. Adam w końcu miał dość moich pytań, humorów, złośliwych uwag. Rozstał się ze mną szybko i bez sentymentów. Spakował w ciągu kilku minut parę drobiazgów, które trzymał w mojej kawalerce.

– To chyba wszystko... Justynka, ja wiem, że ty oczekujesz czegoś innego. – Usiadł obok mnie i próbował mnie przytulić, ale się wyrwałam. – Co ja ci mogę dać? Prawie nic. To nie ma sensu. Nie powinienem być w żadnym związku. Powinienem być sam. Jesteś ze mną nieszczęśliwa. Sama to wiesz, prawda?

Mam dwadzieścia osiem lat. I od dwóch lat jestem sama. Radzę sobie. Najgorsze są święta i walentynki. Od tamtego zerwania nie obcięłam włosów. Sięgają mi do pasa. I został mi Kajtek, którego uratowaliśmy z Adamem.

WIKTORIA

Leżę totalnie zmęczona na kanapie, a Guido masuje mi stopy. Ostatnio szwankuje mi kręgosłup, a stopy bolą od biegania na wysokich obcasach. I tango. Buty do tanga. Zniszczyłam już kilkanaście par. Mam kilka grup w tygodniu. Kursanci w różnym wieku. Gdy rozkręcaliśmy szkołę tanga na Bródnie, nikt nie wierzył, że to się uda. Szkoła tanga?! Wśród tych blokowisk, ciucholandów i całodobowych monopoli?! Niektórzy moi znajomi byli bardzo sceptyczni. I słyszałam rady: „Lepiej otwórz bar z kebabami albo pizzerię”.

Wynajęłam dość przygnębiająco wyglądający budynek. Wzięłam gigantyczny kredyt. A jednak się udało!

I bardzo udał mi się też mój syn! O, tak! Z jego ojcem rozwiodłam się, gdy Jasiek był maleńki. Prawie w ogóle nie zarywałam nocy, a jego opiekunka, przemiła Ukrainka, z nudów rozwiązywała krzyżówki, gdy mały godzinami i w ciszy bawił się jedną pluszową zabawką. Jego ojciec, moja prawie pierwsza miłość, płacił alimenty w terminie, ale wpadał do nas rzadko. Cieszyłam się, że nie za bardzo cię wtrącał. Teraz Jasiek ma o niebo lepsze kontakty ze swoim ojcem, który po poważnym wypadku przeżył nawrócenie duchowe.

– Ojciec znowu medytował. Cały dzień – mówił Jasiek po powrocie z weekendu. – Dobrze, że miałem kasę na pizzę.

– Wolałbyś ojca, który pije z kolegami albo nałogowo gra w pokera? – śmiałam się.

– Wolałbym, żeby nie siedział siedem godzin zamknięty w pokoju, jak go odwiedzam. – Jasiek wzruszył ramionami. – Ciężko mi się z nim gada. Jest nawiedzony. Oczyszcza ciało i ma tylko wodę z cytryną w lodówce.

Zadzwoniłam więc następnego dnia, lekko zaniepokojona stanem jego ducha. Zaczął wykład na temat sensu życia. Chciałam mu powiedzieć, gdzie ma wsadzić swoje wykłady. To znaczy, w jaką część ciała. Ale Guido właśnie podał spaghetti. Od razu się uspokoiłam. Na szczęście Jasiek ma dystans. Ja też. Jestem szczęśliwa.

OLA

Pierwsza odpowiedź nadeszła następnego dnia rano. Prawie kompletnie zapomniałam, że założyłam sobie profil na międzynarodowym portalu randkowym. Zaspałam oczywiście. W straszliwym, nerwowym pędzie próbowałam zrobić sobie kawę, bo bez wypicia kawy nie wychodzę do ludzi. Pracuję w prywatnej szkole podstawowej. Pół etatu. Uczę plastyki. No i, pijąc kawę i robiąc sobie oko, przeczytałam kilka wiadomości. Od starszych panów raczej. Od panów szukających erotycznych, szybkich przygód. „Hi baby, hi sweetheart”. Głupoty. Jedna wiadomość była inna. Ciekawsza. Zaczęłam sprawdzać, kto jest autorem, i spóźniłam się na zajęcia. Trzeci raz w tym miesiącu.

Wyleją mnie! To znaczy, nie przedłużą umowy. Jestem tego pewna! Kim jest nauczycielka plastyki w takiej szkole? No bo co to jest za przedmiot, jak stwierdziła pani dyrektor, „michałki” takie jak plastyka, muzyka, WF mają tylko poprawiać średnią ocen. W gabinecie dyrektorki muszę tłumaczyć się z każdej czwórki! Czwórka to potwarz! To absolutny skandal! Akceptowalne są tylko piątki i szóstki. Nienawidzę tej pracy. A dziś rada pedagogiczna!

Siedzę więc na zebraniu i czytam maila od Cleo. Przeszliśmy z czatu na maile. Taki ma pseudonim. Pisze inteligentnie, dowcipnie, lekko flirtuje. Jest inżynierem. Mieszka w Sztokholmie. Prosi o moje zdjęcia i przysyła swoje. Rada pedagogiczna wciąż trwa. Chowam się z telefonem za plecami koleżanki. Wciąż te idiotyczne dywagacje, czy Iksiński powinien mieć dobre czy poprawne zachowanie? Dyrektorka zarządza głosowanie. Otwieram pierwsze zdjęcie Cleo w telefonie. Siedzi przy biurku. Uśmiecha się. Śniada cera. Czarne włosy. Niezbyt przystojny, choć sympatyczny. To Kurd. Urodził się w Iranie. Muzułmanin. Z wrażenia, kompletnie oszołomiona, głosuję i za, i przeciw. Dyrektorka mierzy mnie lodowatym wzrokiem.

– Przepraszam – mówię szybko, gdy wszyscy patrzą na mnie. – Dajmy naszemu uczniowi szansę. Nie skreślajmy go. Nie skreślajmy.

W autobusie cudem udaje mi się znaleźć wolne miejsce. Ludzie stłoczeni jak sardynki. Wyjmuję telefon. Cleo pisze znowu. Wyczuwa moje wahanie. Pyta, czemu nie odpowiadam. Pisze, jak dzięki bardzo, bardzo ciężkiej pracy robi w Szwecji karierę naukową. Nie wiem, czemu mu wierzę?! Jego maile to długie monologi. O życiu w Sztokholmie. O studiach doktoranckich w Anglii. Pisze świetną angielszczyzną. Dowcipnie i ciekawie. Przegapiam swój przystanek.

W domu oczywiście nikt na mnie nie czeka. Prawie pusta lodówka. Na szczęście są jajka. W łazience myję twarz lodowatą wodą. Zastanawiam się, co ja wyprawiam?! Czy tak nisko upadłam, żeby uwodzić facetów w Internecie? Oczywiście nie napisałam Cleo, że mam męża. Przecież nie mam trzynastu lat, tylko czterdzieści. Prawie. I fajne biznesowe plany. Zaoszczędziłam niewielką kwotę dzięki temu, że Patryk płaci za wszystko. Spłaca też kredyt za mieszkanie. Myślałam, że te moje pieniądze będą na in vitro. Teraz wiem, że to nie ma sensu. Właśnie odebrałam wyniki badań. Nie mam rezerwy w jajnikach. Sperma Patryka jest bardzo słaba. Gdybyśmy chcieli zrobić in vitro, to tylko dzięki dawczyni jajeczek i dawcy spermy. I nikłe szanse na donoszenie ciąży. Ta wiadomość spadła na mnie dwa dni temu. Patryk był spokojny. W klinice wciąż patrzył na zegarek. Wciąż gdzieś dzwonił. W samochodzie rzucił na mnie okiem. Zmieniając biegi.

– Mówiłem! – mruknął.

Nie objął mnie. Nie przytulił. Myślę, że był z tego zadowolony Zrobiło mi się zupełnie wszystko jedno, czy mnie zdradza. Podejrzewam, że tak. Klasyczna sytuacja. Młodszy mąż. Robiący karierę. Coraz bardziej obojętny.

Cleo napisał jeszcze raz. Obliczyłam, że w tym tygodniu wysłał mi już dwanaście maili.

Nalewam sobie kieliszek czerwonego wina. Kładę się z laptopem na łóżku. Czytam jego wiadomości. Pisze, że zostawił swoich rodziców i braci w Iranie, że bycie Kurdem nie jest łatwe. Nie mam o tym pojęcia. Nie mam o niczym pojęcia. Czuję, że jest samotny jak ja. Znowu gadamy na czacie. Pyta, czy nie przeszkadza mi, że jest muzułmaninem. Po wypiciu pół butelki wina nie przeszkadza mi absolutnie nic. Prosi, żebym włączyła kamerę w laptopie. O nie! Ostatnie dwie noce przepłakałam. Nie wyglądam dobrze. W szlafroku, rozczochrana, bez makijażu, nie będę nikogo uwodzić przed kamerą. Cleo naprawdę ma na imię Hussain. Siedem lat młodszy. Oczywiście odmładzam się trochę. Świetnie mi się z nim flirtuje. Gdy słyszę zgrzyt klucza w zamku o drugiej w nocy, kończę czat. Gaszę światło.

Cleo pisze od rana. Oczywiście także się nie wyspał. Pracuje w ogromnej, szwedzkiej firmie konstruującej mosty. Dokładnie opisuje, co robi. Sprawdzam go. Wyszukuję profesjonalne portale dla inżynierów. No jest. Jego życiorys. Osiągnięcia zawodowe. I po co mi to?

Dzwoni Wiktoria. Wie, że mam wolny dzień.

– Dziewczyny, wpadnijcie do mnie wieczorem! – zaprasza wesołym głosem. – Wasz pomysł na biznes jest świetny! Wszystko przemyślałam i wchodzę w to!

– Super! – odpowiadam szybko.

Telefon mi wibruje. Cleo się niecierpliwi, bo przerwałam czat.

– Jesteś tam? – upewnia się Wiktoria.

– Jestem! – odpowiadam z udawaną energią.

– O szóstej trzydzieści u mnie! Dziś! Dacie radę? To jedyny dzień, kiedy nie mam zajęć!

– Ja dam radę – potwierdzam i przypominam sobie, że na szóstą umówiłam się z Cleo na czacie. Zwariowałam chyba. Wrzucam telefon do torby. Muszę się ogarnąć. Mam swoje plany! Muszę się skoncentrować, a nie zajmować głupotami!

JUSTYNA

Uwielbiam mieszkanie Wiktorii, urządzone, jak ja to określam, w stylu hippie-bohemian. Kolorowe ściany. Obrazy jej przyjaciół. Pamiątki z podróży. Posążki Buddy. Muszle. Kwiaty w doniczkach. Duże okna. Dużo przestrzeni. I ogromny stół w stylu kolonialnym, a na nim... no, Guido to prawdziwy skarb! Jak ich obserwuję, to skręca mnie z zazdrości. Ale wiem, że Wiktoria długo szukała takiego faceta. Ciepłego, czułego, gotującego wyśmienicie i wpatrzonego w nią jak w najpiękniejsze dzieło sztuki. Wiem, że czasem się kłócą, ale potem, jak on przeprasza...

Dziś też wita mnie, radośnie podśpiewując. Wiktorii jeszcze nie ma. Guido nalewa mi kieliszek chianti. Podsuwa maleńkie przekąski rozpływające się w ustach. Z kuchni słychać rzewne włoskie arie. Wiem, że tam jest okropny bałagan, bo on zawsze bałagani. Jasiek, syn Wiktorii, wita się ze mną pośpiesznie, porywa tacę przekąsek i znika w swoim pokoju. Guido lamentuje w komicznej mieszaninie włoskiego i polskiego.

– No wszystko zabrał! Przecież zaraz będzie kolacja! Ale co tam! – Macha ręką. – Zrobię jeszcze raz!

Wiktoria zjawia się zdyszana, zmęczona, ale roześmiana.

– Moje nogi, cały dzień na nogach, a potem cztery godziny tańca! – Zdejmuje buty i pada na kanapę.

– Nogi... nogi boli, tak? – Guido kręci głową i przynosi jej herbatę. – A mówię, obcasy za długie, za długie!

Siadam obok Wiktorii i pękamy ze śmiechu. Ona kocha obcasy, a potem jęczy, że boli ją kręgosłup, nogi, stopy.

– Gdy obcasy długie, to i nogi długie! – Wiktoria macha nogami i wylewa odrobinę herbaty na kolorowe poduszki. – Czemu Oli jeszcze nie ma? Mamy ważne spotkanie, a ona się spóźnia?

Sprawdzamy telefony. Żadnej wiadomości od naszej wspólniczki. Dzwonię do niej, gdy Guido wnosi talerze z makaronem. Nie odpowiada. Nagrywam się.

– Pewnie utknęła w korkach. – Wiktoria ziewa i wstaje powoli. – Zjedzmy kolację. Guido odgrzeje jej porcję, jak się zjawi. Umieram z głodu.

Ola zjawia się w końcu, spóźniona prawie godzinę. Nie chce nic jeść. Prosi tylko o herbatę.

– A ty co? – Wiktoria kręci głową. – Odchudzasz się? Masz superfigurę! Nie rozumiem, czemu chodzisz w tych szerokich spodniach w kratę! Ile one mają lat?!

– Kto? – Ola odrywa nieprzytomny wzrok od telefonu.

– Spodnie! – Śmieję się. – Kup sobie krótką spódnicę! Takie nogi trzeba pokazywać!

Ola unosi wzrok tylko na moment. Wciąż ten telefon w dłoni.

– Ola! Coś się stało? Z kim tak SMS-ujesz? – Wiktoria unosi brwi.

– Ja was bardzo przepraszam. – Ola robi się czerwona. – To nie SMS-y. To czat. Nic ważnego.

– Na pewno? – Wiktoria kręci głową. – Co się dzieje, Oleńka? Nigdy nie byłaś uzależniona od telefonu.

Ola nagle zaczyna płakać. Robi nam się głupio. Siadamy obok niej.

– Jak nie chcesz, to nie mów! – Wiktoria gładzi dłoń Oli. – Martwimy się.

Uspokaja się powoli.

– Wszystko mi się pieprzy – mówi z trudem. – Wszystko. Te badania... nie mamy szans na dziecko, na in vitro... – Chowa twarz w dłoniach.

– Spokojnie, zawsze są szanse. Polecę ci kilku lekarzy, zajmują się leczeniem par.

Olą wstrząsa szloch. Jej komórka znowu wibruje.

– Odbierz! Może to ważne. – Podaję jej telefon.

– Nie muszę. On poczeka. – Wyciera sobie oczy serwetką.

– Patryk, tak? – upewnia się Wiktoria.

– Nie – odpowiada Ola cicho.

– A kto? – pytamy z Wiktorią jednocześnie.

– Poznałam kogoś... przez Internet. – Jest trochę zawstydzona. – Nie wiem, jak to się stało... taka więź. On naprawdę...

– Zaraz, zaraz! – Wiktoria podskakuje na kanapie. – Poznałaś kogoś przez Internet! Ty?

– Wiem, muszę to skończyć...

Robi się ciekawie. Wiktoria upewnia się, że Guido jest zajęty w kuchni. Nalewa chianti do kieliszków. Chcemy znać każdy szczegół.

Młodszy facet. Inżynier w szwedzkiej firmie. Ale to inna kultura. Inne zwyczaje.

Wiktoria chrząka dyplomatycznie.

 

– Kurd z Iranu. Ciekawa znajomość.

– Skąd wiesz, że mówi prawdę? – odzywam się cicho.

– A dlaczego mam zakładać, że kłamie? Wydaje mi się, że łączy nas przyjaźń, że mogę mu zaufać, że...

– Ale nie powiedziałaś mu, że masz męża? – Wiktoria kręci głową. – Jaka to przyjaźń, jeżeli kłamiesz. Ola, obudź się, zejdź na ziemię. On szuka żony albo kochanki! Proste. Te miłe słowa na czacie... Miliony facetów tak się zachowują, a wiadomo raczej, czego chcą!

– Ale ty poznałaś Guida w Internecie, tak? I nie był oszustem, seksoholikiem i erotomanem, prawda? – Ola wybucha histerycznie.

– Chcesz mieć kochanka, bo nie układa ci się z mężem? – upewniam się.

– Nie wiem! Nie wiem, czego chcę, i to jest problem!

Przytulamy ją. Guido przynosi tacę z kanapkami. Spogląda na zapłakaną Olę. Kręci głową. O nic nie pyta.

– To ja tiramisu zrobię – szepcze. – Pomaga. Zobaczisz...

Telefon Oli znowu wibruje.

– I on tak codziennie? – Wiktoria kręci głową.

– Codziennie. – Ola wysmarkuje nos w chusteczkę. – Rano życzy mi miłego dnia. Pisze, że pije kawę, że uczy się szwedzkiego, bo chce starać się o szwedzkie obywatelstwo. Że jestem niezwykła, że takiej kobiety nie spotkał, że czeka na moje maile.

– Milutki. Widać ma dużo czasu. A jak wygląda?

– No właśnie! – wykrzykuję. – Zdjęcia! Pokaż zdjęcia!

Ola niezbyt chętnie znajduje jego zdjęcia w telefonie.

– No... sympatyczny – mówię, bo nie za bardzo wiem, co powiedzieć. Nie żeby porażał urodą.

– Wiem, że to wszystko jest potwornie głupie. – Ola wrzuca telefon do torebki. – Przestanę mu odpisywać. Odbija mi.

– A więc pora porozmawiać o naszym biznesie. – Wiktoria otwiera swój laptop. – Moja jedna rada, Oleńka. Bądź ostrożna. Nie znasz go. Nie widziałaś go nigdy w realu, prawda?

Ola jest wyraźnie zawstydzona.

– Nigdy. Nigdy go nie widziałam.