KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

AGNIESZKA LENART RERA DESIGN

Fotografie na okładce

© Viktoriia Photographer/Shutterstock

© Red Spruce/Shutterstock

© GooseFrol/Shutterstock

© Fagreia/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

MAQ PROJECTS MARTA AKUSZEWSKA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Malwina Chojnacka, Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 78-83-245-8431-4

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Ola

Justyna

Wiktoria

Ola

Justyna

Wiktoria

Ola

Justyna

Wiktoria

Ola

Justyna

Wiktoria

Ola

Justyna

Wiktoria

Ola

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

 

Justyna

Ola

Podziękowania

Moim Najbliższym

OLA

Nienawidzę swojego imienia, bo ma męski odpowiednik. Przedstawiam się więc zawsze jako Ola, nie Aleksandra. Nawet oficjalnie. Kiedyś zmienię sobie imię i będzie święty spokój. Siedzę na mojej klatce schodowej i płaczę. Jest noc. Gdy co pięć minut automatycznie gaśnie światło, automatycznie wstaję i zapalam. I ryczę dalej. Czy ktoś mnie szuka? Nie. Patryk poszedł spać albo ogląda telewizję. Żyjemy w dwóch różnych pokojach. On ma większy, a ja mniejszy, ale ładniejszy i z balkonem.

– Dlaczego pani płacze? – Z letargu budzi mnie bełkotliwy szept. Pani K. Sąsiadka. Nie założyła sztucznej szczęki, więc trudno ją zrozumieć. – I dlaczego tu? – Pani K. klepie mnie po ramieniu. Ma chyba ze sto lat. – Pani często płacze. Słyszę, bo ściany cienkie. Ale dlaczego teraz tu?

– A dlaczego nie?! – Zachłystuję się własnym szlochem. – Obudziłam panią? Przepraszam.

– Ja już prawie nie sypiam. – Pani K. pochyla się nade mną i czuję zapach spalonego mleka. – Dziecko, chodź do mnie i pogadamy... Na korytarzu wieje.

– Jakie dziecko?! – przerywam jej. – Mam prawie czterdzieści lat!

Ale idę. Drugi raz w jej mieszkaniu, chociaż widuję ją od lat. Zaprasza mnie do kuchni. Szykuje herbatę. Wszędzie pełno doniczek z kwiatami. Jej jamnik nie wydaje żadnego dźwięku. Wącha moje łydki. Liże kolano i wraca do przedpokoju.

– Czemu płakałaś, dziecko? – Stawia przed mną herbatę w szklance. Dodaje dwie łyżeczki cukru i miesza. Zapominam powiedzieć, że nie słodzę.

– Ze smutku.

– Jasne. – Gładzi moją rękę. – Często was słyszę. Krzyczycie na siebie, a dzieci nie macie.

Nie wiem, co powiedzieć. Piję herbatę i parzę sobie usta.

– Nie wolno tak do siebie mówić. Nie wolno używać takich słów – zwraca się do mnie powoli, jak do dziecka. – Kochacie się, więc się słowami nie zabijajcie.

Po tym znowu płaczę. Łzy płyną po prostu po policzkach i giną w słodkiej, parującej herbacie.

Nie wiem, dlaczego jestem taka płaczliwa. Kiedyś byłam radosna, spontaniczna. Z nas trzech, jak trzy żywioły czy trzy pory roku, ja byłam latem. Ciepła, gorąca, żywiołowa, seksowna. Szalona.

– Zazdroszczę ci, Ola! Boże, jak ci zazdroszczę! – krzyczała Justyna, która była według nas wiosną. Ponad dziesięć lat młodsza. Małpująca mnie we wszystkim. Ruda, chorowita, zakatarzona. Poznałam ją w metrze. Dawno temu. Czytałam jakiś krwawy kryminał. Bałam się, że przejadę swoją stację. Podnosiłam więc co jakiś czas wzrok. Ona na wprost mnie. Ruda dziewczyna z nagimi, białymi ramionami, pod skórą błękitne żyłki. Zielony top bez ramiączek. Spódnica w stylu boho do kostek. Zamiast czytać zaczęłam gapić się na jej włosy. Gęste, niedbale splątane na karku. Też zaczytana. Nagle pomyślałam, że mam halucynacje. Wagon lekko zakołysał. Włosy rudej zafalowały. Pomiędzy puklami na jej białym ramieniu dostrzegłam pyszczek. Chryste Panie! Ruda, nie przerywając czytania, lekko przesunęła szczurka, który zaplątał się w jej włosy. Pogłaskała go. Myślałam, że zemdleję!

– Czy to...? Przepraszam... – wyszeptałam.

Ruda zamrugała. Poklepała zwierzątko.

– Lorek. – Uśmiechnęła się.

Tak się poznałyśmy.

Budzę się u pani K. na kanapie. Słońce świeci mi prosto w twarz. Czuję, jak powyginane sprężyny wbijają mi się w tyłek.

– W ogóle cię nie szukał! – Pani K. stawia kawę na stole. Przebrała się. Bardzo elegancko wygląda. – Wyszłaś z mieszkania w szlafroku. W nocy. – Pani K. kręci głową. – Powinien biegać po klatce. Szukać cię po sąsiadach. Pytać!

Podnoszę się i trochę kręci mi się w głowie.

– Może powinien, ale wie, że w kapciach daleko nie dojdę. – Sięgam po kawę. I rogaliki są! – Pani była w piekarni? – pytam z lekkim wyrzutem sumienia.

– O szóstej. – Pani K. drepcze w stronę fotela.

– Bardzo przepraszam za to zamieszanie! – Zrywam się z kanapy. – Nie powinnam u pani nocować! Tak mi głupio! – Upijam łyk kawy. Słodka jak diabli.

– Niepotrzebnie. Do pracy nie poszłaś, a dziś wtorek.

Przerywam żucie rogalika.

– We wtorki już o siódmej pędzisz jak szalona po schodach. – Pani K. chrząka. – Miałam nie mówić, ale strasznie trzaskasz drzwiami windy.

No więc jest wtorek. Ósma. Słyszę bicie zegara w kuchni. Krztuszę się kawą. Zwolnią mnie! Zwolnią mnie na sto procent!

– Muszę wracać! Nie zabrałam telefonu! – Podrywam się nerwowo.

Pani K. wzdycha. Kręci głową.

– A klucze masz? Twój mąż wyszedł o szóstej trzydzieści. Myślałam, że tu zapuka, ale nie...

Siadam z powrotem na krześle. Mam ochotę płakać.

Pani K. drepcze nerwowo po pokoju.

– Nic z tego nie rozumiem. Zadzwoń do niego. Z mojego telefonu. Przecież znasz numer.

Nie zadzwonię. Ma mnie w dupie. Obejrzał mecz i poszedł spać. A może nawet nie zauważył, że mnie nie ma.

– Nie śpimy już razem – szepczę.

Pani K. zamiera.

– Kochanie, nie słyszę, powtórz.

– Nic ważnego.

Dlaczego mam zwierzać się sąsiadce, która nic o mnie nie wie? Podnoszę się ciężko. Biorę telefon ze stołu. Dzwonię do Justyny. Do Rudej. Odbiera natychmiast i nie zadaje zbędnych pytań. Chce tylko wiedzieć, jak się czuję i gdzie jestem. Będzie za kwadrans.

Justyna lubi się spóźniać. Wiem, co powie. Słowo ROZWÓD powtarza z taką pasją. Co ona może o tym wiedzieć? Nigdy nie była w długim związku. Nigdy nie miała męża!

Wczoraj pękało mi serce, a dziś zachwyca mnie skąpana w słońcu brzoza za oknem. Jestem nienormalna. Mój mąż ma rację i chyba powinnam być mu wdzięczna za diagnozę. Patryk ciężko pracuje, co podkreśla w codziennych monologach. Jest prawnikiem. Dobrym. Skutecznym. Sprytnym. I uczciwym, jak dodaje. I dobrym mężem. Bo ciężko pracującym i oszczędzającym. Niepijącym. To znaczy rzadko. Tylko whiskey i tylko w dobrym towarzystwie. I nie zdradza. Co podkreśla. Bo wielu jego kolegów ma romanse. Więc jestem nienormalna. Nie ma pojęcia, o co mi chodzi. Tak wczoraj powiedział i nalał sobie whiskey. Przeze mnie. Bo się lekko zdenerwował. On nie wrzeszczy. Używa racjonalnych argumentów. Krytykuje mnie codziennie. „Nie zapłaciłaś za prąd w terminie, ktoś musi umyć okna, dlaczego znowu mielone? Trzy dni temu także były mielone! Powtarzasz się!” Albo się nie odzywa w ogóle.

Justyna przywozi mi swoje ciuchy. Pomaga wsiąść do taksówki. Nie pyta o nic.

W jej kawalerce pachnie rosołem i mokrym psem, bo Kajtek, jej pupilek, wrócił niedawno ze spaceru. Skacze po kanapie, witając mnie radosnym skowytem.

Siadam ciężko w fotelu. Z trudem zdejmuję za małe kozaki.

– Czemu nie pytasz, co się stało? – chrypię.

– Jak będziesz chciała, to sama powiesz! – Stawia przede mną kubek z herbatą. – Rosół jest gotowy. Są świeże rogaliki. Rób, co chcesz, czuj się jak u siebie, ja muszę lecieć.

Zakłada płaszcz, szuka parasolki.

– Nie będzie mnie ze cztery godziny. A potem zobaczymy... Będzie dobrze!

Zostawia mi klucze. Jest mi głupio. Nie mam pojęcia, czy nie straciła przeze mnie jakiegoś zlecenia. Jest najlepszą, jaką znam, wyprowadzaczką psów. Biega z nimi, spaceruje, chodzi do weterynarza, odchudza spasione jamniki, dwadzieścia złotych za godzinny spacer.

Moim zdaniem marnuje swoje liczne talenty, ale ona to uwielbia. Jest wolontariuszką w schronisku. Deszcz nie deszcz, codziennie maszeruje z psami na spacery. Gdyby mogła, zabrałaby je wszystkie do siebie. Wraca utytłana w błocie, z rękawiczkami pogryzionymi przez bezdomne szczeniaki. Robi im zdjęcia, szuka chętnych, którzy adoptują puchate kulki albo psich staruszków.

Kręcę się po jej małym mieszkanku. Zdjęcia w ramkach. Same psie piękności. Kwiaty w doniczkach decoupage, haftowane poduszki. Nagle słyszę dźwięk klucza w zamku. Zaskoczona, owijam się szlafrokiem. Wysoki, chudy blondyn zagląda do środka. Kajtek szaleje z radości.

– O, przepraszam... myślałem, że nie ma nikogo. – Blondyn jąka się, a z jego pikowanej, czerwonej kurtki kapie woda. – Justyna dała mi klucze tydzień temu i powiedziała... Nie ma jej?

– Nie ma. – Obserwuję, jak blondyn kładzie swój plecak na podłodze.

– Jestem Kamil. – Podaje mi rękę.

– Ola – odpowiadam szybko. – Justyna będzie dopiero za trzy godziny, więc...

Okropnie chce mi się spać. Kawa nie pomogła. Kamil wzdycha.

– Wróciłbym za trzy godziny, ale nie za bardzo mam gdzie pójść. – Przytula Kajtka, który popiskuje z radości. – To znaczy, mogę pójść do tej knajpy na rogu, na kawę. To może tylko zostawię plecak, co?

– Ja ci zrobię kawę. Poczekamy na Justynę razem.

– Nie przeszkadzam ci? – Kamil spogląda na mój szlafrok.

– Mały kryzys małżeński. – Wzruszam ramionami i udaję, że to nic takiego. – Przyszłam do Justyny się wypłakać. Zdejmij kurtkę. Siadaj, zrobię kanapki.

– Kryzys? To witaj w klubie. Właśnie dziś rano musiałem się wyprowadzić... taka sytuacja.

Nalewam mu kawy.

– Dziewczyna cię rzuciła?

– Chłopak... – Kamil bierze Kajtka na ręce. – Długa historia i bolesna. Jeszcze takiego doła nie miałem w życiu. – Kręci głową. – Wszystko się wali. Czekam na przelew, ale chyba będę musiał iść do sądu.

– Do sądu?

– Pracuję jako fotograf. Czasem są zlecenia, czasem nie. Ostatnio raczej mniej. Ale ten przelew uratowałby mi tyłek. Mógłbym coś wynająć. Oszczędności dawno się skończyły. Ciągle mnie zwodzili, no i teraz mam dwadzieścia złotych w portfelu. Nie mówię o tym, żeby pożyczyć od ciebie kasę. Moi znajomi otwierają za miesiąc knajpę. Będę kelnerem. Justyna wspominała, że zawsze mogę u niej przenocować... więc spakowałem swoje rzeczy i jestem. Długo się znacie?

Robię kanapki i opowiadam mu o Justynce, o naszej szalonej paczce. Słucha uważnie, widzę, że poprawia mu się humor.

– Musisz poznać Wiktorię. Zna mnóstwo osób. Na pewno znajdzie ci pracę. Ma szkołę tanga. Na Bródnie – rozpoczynam opowieść. – Jest po mastektomii, za trzy miesiące minie pięć lat. Zrobimy wielką imprezę... musisz wpaść.

– A ty? Czym się zajmujesz?

– Ja? – Dekoruję bułeczki kawałkami rzodkiewki. – Uczę w szkole. Plastyki. Mam mało godzin. Mąż dobrze zarabia, więc... – Nie chcę mówić, że nienawidzę swojej pracy i chodzę tam tylko ze względu na ZUS. Ważne, gdy ma się w planach zajście w ciążę. A ciąża, gdy twoje małżeństwo się wali, to idiotyzm. – Moje małżeństwo się wali – wyrzucam z siebie i przestaję kroić rzodkiewkę.

Kamil wyjmuje mi z rąk nożyk. Zaparza herbatę.

– Jeżeli nie chcesz, to nie mów, a jeżeli chcesz, to posłucham. Miłość... po co nam miłość, skoro potem tylko...

Opowiadam mu, jak przeraża mnie wizja czterdziestych urodzin. Szanse na ciążę maleją, zwłaszcza że seks prawie nie istnieje. Wspominam nawet, jak bardzo robię się czarująca w dni płodne. Wino, pyszne obiady. Czekanie do późnego wieczora, aż mąż wróci z pracy i nie będzie miał ochoty na nic...

– A on? Nie chce mieć dzieci?

– Raczej nie. Jest młodszy ode mnie o cztery lata. Uważa, że ma czas. Robi karierę... podejrzewam, że ma kogoś. Trudno uwierzyć, że przez dwadzieścia cztery godziny żyje tylko pracą. Prawnik w korporacji... Raz w tygodniu gra w golfa, bo tak wypada. Ale wiem, że tego nienawidzi. Nie chodzimy do kina ani do teatru, a na kolacje tylko do jego znajomych.

– Rozmawiacie trochę ze sobą? – Kamil kręci głową współczująco. – Ja z moim partnerem prowadziłem niekończące się dyskusje o naszym związku. I zawsze awantura, obrażanie się.

– My się nie awanturujemy. – Przełykam łzę. – On po prostu twierdzi, że jestem niezrównoważona i że się czepiam. Przecież on ciężko pracuje, zarabia świetnie, płaci wszystkie rachunki. Ma pretensje, gdy płaczę, albo udaje, że nie widzi, tak jak wczoraj...

Opowiadam mu o wczorajszym wieczorze. Otwieram chianti, które znalazłam na jednej z półek w kuchni. Kamil, najpierw lekko stremowany, po chwili znajduje kieliszki.

– Justynka nas zabije – stwierdza z szelmowskim uśmiechem. – W lodówce już nic nie ma i wino zaraz zniknie.

– Wybaczy...

– To za Justynę! – Trącamy się kieliszkami.

Kamil opowiada, jak osiem lat temu przyjechał po maturze do Warszawy. Typowy słoik. Studiował zaocznie, zarabiał jako barman, ochroniarz, robił sesje ślubne na weselach.

 

– No, było ciężko... Ale myślałem, że w końcu wszystko się ułoży. A gdy się ułożyło, to się rozpierdoliło.

Dostaję takiego ataku śmiechu, że nie słyszę, jak Justyna otwiera drzwi. Kajtek szaleje.

– No proszę! – Justyna robi groźną minę i lustruje bajzel na stoliku. – Widzę, że się już zaprzyjaźniliście. – Kręci głową. – Ola, jesteś starsza od Kamila, powinnaś dawać przykład!

Kamil próbuje coś powiedzieć. Justyna siada pomiędzy nami z wyrywającym się Kajtkiem w ramionach.

– No! – Mruga do Kamila. – Mi też nalej, jeżeli cokolwiek zostało.

Unosimy kieliszki. Justyna oblizuje usta.

– Muszę wam coś powiedzieć. Może mi doradzicie, a może będziemy wspólnikami.

– Wspólnikami? – Kamil jest wyraźnie zainteresowany. – Jestem w takim momencie życia, że każdy pomysł na coś nowego jest genialny... ale kasy nie mam.

– Ja nie mam nic, ty nie masz nic... Pamiętacie Ziemię obiecaną? – zaczyna swoją przemowę Justyna.

JUSTYNA

Nigdy nie widziałam Oli w takim stanie, jak w ten deszczowy, październikowy poranek. Zaryczana, zapuchnięta, wyglądała na dużo więcej niż swoje niecałe czterdzieści lat. Nie cierpię jej męża. Beznadziejny facecik w supermodnym garniturku. Przemądrzały idiota. Nie mam pojęcia, jak Ola z nim wytrzymuje! Już pięć lat!

Ja nikogo nie będę szukać na siłę. Wiem, co się ze mną dzieje, gdy się zakochuję. Nie mogę spać i prawie nic nie jem. Zostawiam klucze w zamku, gubię rękawiczki. Zapominam o wszystkim. O ostatnim związku nawet nie chcę myśleć, bo od razu skacze mi ciśnienie.

Kajtek łapie moje nastroje, kochany wariat. Wie, kiedy jestem smutna, kiedy mnie rozśmieszyć. Psy są cudowne. Zawsze byłam psiarą. Gdy powiedziałam o swoim biznesowym psim pomyśle Oli, nie była zachwycona. Pomijam fakt, że wstawiła się moim chianti i nie była w stanie logicznie myśleć. No więc, mam plan! Plan, jak zmienić swoje życie, które na razie nie jest rewelacyjne, jeżeli chodzi o ścisłość. Brak związku, życie od wypłaty do wypłaty, brak perspektyw. Chciałam studiować weterynarię, ale się nie udało. Skończyłam polonistykę, bo kocham książki. W mojej kawalerce są wszędzie.

Kamil mieszka ze mną od czterech dni. Tymczasowo. Rozkłada sobie w kuchni łóżko polowe. Szuka pracy. Właściwie to pojutrze zaczyna. Jako barman. Bardzo się stara zrekompensować mi to, że tu waletuje. Umył okna. Wychodzi na spacery z Kajtkiem. Codziennie smaży naleśniki. Śmiejemy się, że oboje bez kasy, więc uprawiamy coś, co po włosku nazywa się cucina povera, kuchnia biedaków. A Kamil świetnie gotuje. Szkoda, że jest gejem. Miałby niesamowite powodzenie. Delikatna uroda. Głęboki głos. Smutne, melancholijne spojrzenie. Wow!

Wiem, że z kimś zerwał, ale nie pytam. Widziałam, że złapał świetny kontakt z Olą, chociaż jest od niej sporo młodszy.

Gdy opowiedziałam jej mój pomysł na biznes, na życie, była sceptyczna, ale, jak powiedziała, tylko dla mojego dobra. Zobaczymy, co powie Wiktoria. To nasza wyrocznia. Zna się na biznesie, na księgowości. Sama ma szkołę tańca. Własną szkołę tanga. Nikt nie wierzył, że jej się uda, ale ona jest niesamowita! Wyszła z ciężkiej choroby, rozwiodła się dwa razy. Uczyła się tanga w Argentynie, podróżowała po całym świecie i pracowała jako opiekunka do dzieci, opiekunka dzikich zwierząt w rezerwatach przyrody, tancerka brzucha. Taką mam przyjaciółkę!

Jutro jedziemy z Olą do Wiktorii obgadać mój pomysł. Mam tremę. Bo jej zdanie będzie decydujące.

WIKTORIA

Dzisiejszy dzień określiłabym jednym wyrazem: katastrofa. Leje. W pawilonie, gdzie mieści się moja osobista szkoła tanga, przecieka dach tak, że co pół godziny zmieniamy miednice pełne wody. Nie stać mnie na remont dachu. To kosmiczne pieniądze, a pawilon po dawnym spożywczaku nie jest mój. Ja go tylko wynajmuję od urzędu gminy. Wystarczy, że zrobiłam generalny remont. Nikt mi nie mówił, że dach jest dziurawy, a jak przyjechałam tu na rekonesans, to była przecudna pogoda. Czerwiec. Upał. Ten umazany graffiti budynek nie zachwycił mnie specjalnie, ale miał potencjał. Wszystko potrafiłam sobie zwizualizować i przekonałam od razu Guida, który początkowo był tak wystraszony okolicą, tymi blokowiskami, ciucholandami i monopolowymi, że chciał natychmiast stamtąd uciekać. Nadal jest trochę wystraszony naszą rzeczywistością, chociaż sam pochodzi z Noto na Sycylii.

Ale mój włoski mąż uwierzył w końcu w to przedsięwzięcie i zabrał się do roboty! Malował ściany, instruował robotników swoją prześmieszną polszczyzną, był codziennie na placu boju. Ja biegałam po urzędach, ZUS-ach, skarbówkach. Ale nie dałam sobie wybić z głowy tego pomysłu! Nie pomyślałam jednak o dachu. Nadszedł listopad i nasze parkiety spływają wodą. Nawet nie chcę myśleć o zimie, bo robi mi się słabo.

Właśnie wpadły do mnie moje przyjaciółki. Dziewczyny wiedzą, że wzięłam kredyt pod zastaw mieszkania. Guido wyłożył swoje oszczędności. A teraz? Nie wiadomo, co będzie.

– Trzeba rozważyć kilka rozwiązań. – Ola podsuwa mi herbatniki. – Naprawa dachu. Zmiana lokalu. Zamknięcie szkoły.

– Zamknięcie szkoły! Nie ma mowy. A deszcz właśnie przestał padać – dodaję po chwili. – Jedyna dobra rzecz dziś, oprócz waszej wizyty oczywiście. Ale co, tak wpadłyście bez powodu?

– No... Jest powód. – Justyna wstaje. I siada. – Chciałyśmy się poradzić. Mam pomysł na biznes, ale nie wiem, czy to ma ręce i nogi?

Znam Justynę wiele lat. Rudowłosa ekolożka, piękność z głową w chmurach, która twierdzi, że drzewa czują i że zwierzęta mają niezwykłą energię.

– Jestem ostatnią osobą, która może wam cokolwiek poradzić. – Wzdycham z goryczą. – Nie radzę sobie nawet z cieknącym dachem. To mnie dziś dołuje.

– Radzisz sobie ze wszystkim, Wiktoria! – Ola zaczyna machać rękami. To twoje imię to cała ty! Pokonałaś raka! Masz trzeciego męża, i to Włocha! Masz szkołę tanga! Własną!

– I jesteś mądra i seksowna! – Justyna obejmuje mnie. – I masz fajnego syna! Jesteś jak torpeda!

Wzruszam się na sekundę, a potem wybucham śmiechem.

– Od razu czuję się lepiej. Dzięki, dziewczyny! Ten dach to w sumie żaden problem! Będziemy tańczyć przy miskach z wodą. W sumie niejedno tu przeszliśmy.

Justynka opowiada mi o swoim pomyśle. Słucham uważnie. Nie przerywam.

Może one rzeczywiście mają rację? Jestem jak torpeda? W wieku trzydziestu pięciu lat rak piersi wykryty w smutnym okresie rozpraw rozwodowych. Potworny strach. Operacja. Chemioterapia. Tabuny moich przyjaciół zajęły się moim wtedy dziesięcioletnim Jankiem, dwoma kotami i mną także, bo odwiedzali mnie w szpitalu z taką częstotliwością, że pielęgniarki zaczęły zwracać im uwagę. Mnóstwo czasu spędzałam w Internecie, na Skypie odrabiałam z Jankiem lekcje i z nudów surfowałam po stronach randkowych. I zupełnie niespodziewanie nawiązałam kontakt z pewnym bardzo sympatycznym Sycylijczykiem. Rano zawsze wysyłał mi słodkie emotikony, znał się na literaturze, sztuce, filmach. Także rozwodnik. Nauczyciel muzyki w Rzymie. Pięknie śpiewający i grający na pianinie. Porzucony przez żonę Niemkę. Początkowo nie traktowałam go poważnie. Rozśmieszał mnie, komplementował zdjęcia, oczywiście te sprzed choroby. Nie chciałam z nim gadać na Skypie. No jak, w szpitalu? Bez włosów? W chustce na głowie? Tylko chat. Czasem SMS-y. Mówiłam, że jak się lepiej poznamy, to może potem Skype. Nie wspominałam o chorobie. O rozwodzie tak. O Janku też. Guido był cierpliwy. Dawał mi czas. Nie narzucał się, ale był codziennie. Gdy cierpiałam po chemii, czytałam jego maile. Piękna angielszczyzna. Anegdoty o włoskich artystach, o kuchni włoskiej, jodze i tańcu. Bardzo chciał się spotkać. Obiecałam, że na wiosnę, może latem. W końcu przyznałam się, że jestem ciężko chora. To był bardzo długi mail. Napisałam, że nasza znajomość nie ma sensu, bo nie mam pewności, czy do wiosny dożyję. Zadzwonił natychmiast. Płakał. Nie za bardzo mógł mówić, ale prosił o jedno spotkanie. W realu. Dziwiłam się, że tak się zaangażował, że tak mi ufa, że nie odpuszcza. Kilka dni później, w ten dzień, gdy wiedziałam, że rzygania nie będzie, że mam trochę więcej sił, wymknęłam się z laptopem do kafejki na wprost szpitala. Z kolorową chustką na głowie, z makijażem, aby kompletnie zamalować chorobę.

Kawiarnia była pusta. Zamówiłam espresso. Wiedziałam, że nawet go nie tknę. Odpaliłam laptop. Skype. Kamerka. Guido był. Czekał. Wziął wolny dzień w pracy. Uśmiechał się. Bałam się, że się wystraszy. Chuda, umęczona kobieta. Bez włosów. Ale nie. Mówił dużo. Bardzo ciepło. Dziwił się, że łzy płyną mi po policzkach. Powiedział, że za dwa tygodnie przyleci do Polski. Żebym dała mu znać, kiedy i gdzie możemy się spotkać. Jeżeli będę się źle czuła, to poczeka albo spotkamy się na kwadrans. Ale musi mnie zobaczyć. I tak urodziła się ta miłość. W najgorszym czasie, zupełnie niespodziewana.

Dostałam skrzydeł, fruwałam. Wyniki się polepszyły. Wypuścili mnie do domu.

I nadszedł ten moment. Lotnisko Okęcie. Deszczowy poranek. Trzęsłam się ze stresu. Od razu go poznałam. Wyższy, niż myślałam. Przystojniejszy. I ten uśmiech. Gest ręką. Wbiłam się w sukienkę, w którą nie mieściłam się od lat. Kupiłam cudne kozaki. Poszliśmy na obiad. Nie jadłam prawie nic. Tylko słuchałam. Zapewniał, że będzie dobrze, że wyglądam zjawiskowo, że choroba to tylko przejściowy kryzys zmęczonego organizmu.

„Masz siłę. Masz dużo sił w sobie”. Powtarzał to bez końca. I uwierzyłam. Nie wiem, jak mógł zakochać się w babce bez włosów i cycków, ale tak właśnie się stało. Potem zrobiłam rekonstrukcję piersi. Przetrwałam trudne rozprawy rozwodowe i ustalenia dotyczące opieki nad Jankiem. Guido pisał z Rzymu. Codziennie. Wreszcie przyjechał.

Nawet mój nastoletni, zbuntowany synek polubił go natychmiast. O takich ludziach jak Guido mówi się, że mają serce na dłoni. Z zapałem zabrał się za naukę polskiego, błyskawicznie znalazł pracę w Warszawie jako lektor języka włoskiego w renomowanej szkole. Jego kursanci pokochali go natychmiast. Oczywiście ja także uczyłam się włoskiego. Moje znękane chemią i operacjami ciało nagle odżyło, wypiękniało. Nigdy nie miałam takiego kochanka.

Błyskawicznie zadomowił się w moim małym żoliborskim mieszkanku. Pomalował wszystkie ściany na żywe, soczyste kolory. Zadbał o kwiaty na balkonie, kupił dwa razy większą lodówkę i oczarował moich przyjaciół i znajomych.

Jak to jest mieć męża Włocha? To mieć faceta, który śpiewa serenady, gotując obiad, faceta, który wiecznie gubi się w przejściach podziemnych przy Dworcu Centralnym, amatora zakupów, którzy może odwiedzić dwadzieścia sklepów z ciuchami w galerii handlowej i nigdy nie będzie zmęczony, faceta, który gubi czapki, szaliki, rękawiczki podczas mroźnych, polskich zim, który rozkochuje w sobie wszystkie kursantki i uczennice, który czasem nie pojmuje polskiej rzeczywistości, a jego polszczyzna jest tak śmieszna, że rozbraja nią nawet najbardziej surowe i poważne panie w bankach i urzędach skarbowych.

Na każdy mój pomysł reagował entuzjazmem i non stop nalegał na ślub. No i wzięliśmy ślub, gdy włosy trochę mi odrosły. A potem podróż poślubna. Sycylia i Kalabria w czerwcu. Poznałam jego fantastyczną starszą, zwariowaną siostrę, która nie mogła przyjechać na nasz ślub, bo właśnie jej ukochana córka, śliczna dwudziestolatka, rodziła dziecko w klinice w Palermo. Guido szalał z radości, że został wujkiem. I trochę mi to dało do myślenia, trochę nawet zasmuciło.

– Guido... – wyszeptałam, gdy leżeliśmy przytuleni w pokoju gościnnym w domu jego siostry. – Ty na pewno chcesz mieć dzieci, a ja mam trzydzieści dziewięć lat, i ta choroba.

– Wiem, ile masz lat. Wiem, na co byłaś chora. Chcę tylko, żebyś była zdrowa. Nic więcej. – Pocałował mnie w czoło. – Masz syna i teraz ja mam syna. I jestem wujkiem. Ta mała Gina jest słodka.

Potem całą noc opowiadał mi o swoich rodzicach. O ojcu chirurgu. O mamie, która nigdy nie pracowała i gotowała najpyszniejsze obiady, jakie można sobie wyobrazić. O dzieciństwie w domu pełnym wujków, cioć, kuzynów, bratanków. Z Guidem łamałam wszystkie zasady. Codziennie piłam sycylijskie wino, nie chowałam się przed słońcem, tylko z radością obserwowałam, jak moje ciało pokrywa się seksowną, brązową opalenizną. Nowe piersi wyglądały obłędnie w jaskrawożółtym bikini. Patrzyłam na siebie w lustrze i nie wierzyłam. Pamiętałam moje ciało i moją twarz sprzed ponad roku. I czasami bałam się cieszyć... bałam się smakować każdą chwilę, bałam się, że to się zaraz skończy. A potem, gdy Guido przytulał mnie w nocy i pochrapywał, nie wypuszczając mnie z rąk, gdy czułam, jak spokojnie, równo bije jego serce, uspokajałam się. Strach znikał. I wciąż jesteśmy razem.