Jak zmieniłam życie w rok?

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak zmieniłam życie w rok?
Jak zmieniłam życie w rok?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Jak zmieniłam życie w rok?
Audio
Jak zmieniłam życie w rok?
Audiobook
Czyta Malwina Bakalarz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog

Kilka słów na początek

Ciało

Jelita. Tajemnica odporności

Post dr Dąbrowskiej

Nietolerancja pokarmowa. Hit czy kit?

Czego nie jem?

Co w takim razie jem?

Moje sposoby na aktywność fizyczną

Duch

Zmień paliwo

Polub siebie

Olej opinie innych

Wypisz się ze schematów

Nie strasz się!

Daj sobie poczucie bezpieczeństwa

Dbaj o siebie. Albo się rozłożysz!

Poznaj siebie

Wypełnij pustkę w sercu

Otoczenie

Doświadczaj zamiast kupować

Doświadczaj, łatwo powiedzieć, ale kiedy?

Uporządkuj swój kalendarz i zorganizuj się!

Zorganizuj się po swojemu

Posprzątaj w domu!

Posprzątaj w znajomościach

Kilka słów na koniec

Epilog

Książki

Prolog

– To niemożliwe… Czy sprawdziłaby pani te wyniki jeszcze raz? Może to jakiś błąd? Czy mogę przyjechać ponownie na pobranie krwi? – jęknęłam do słuchawki z nadzieją, że w odpowiedzi usłyszę coś, co odczaruje moją rzeczywistość.

– Bardzo mi przykro. Szansa na to, że wyniki są zafałszowane, jest naprawdę nikła. Zrobimy test jeszcze raz z próbki, którą pobraliśmy od pani rano. Wyniki powinny być dzisiaj – brzmiała odpowiedź, a ja nigdy nie podejrzewałam, że można usłyszeć smutek w głosie nieznajomej osoby.

Kilka godzin później odebrałam maila, który miał na zawsze odmienić moje życie. Beta hCG spadło. Napisałam do mojego ginekologa SMS-a z wynikiem badania. W odpowiedzi dostałam tylko krótkie: „Przykro mi…”.

Po blisko trzech latach starań o rodzeństwo dla Matiego, po niezliczonej ilości zastrzyków i tabletek hormonalnych, które działały negatywnie nie tylko na moją wagę, ale również na nastrój, w końcu miało się udać. Ba! W końcu się udało! Wydawało mi się, że skoro już zaszłam w tę ciążę, to w niej będę! No bo jak mogłoby być inaczej?

Wpatrywałam się bezmyślnie w to „Przykro mi…” w telefonie i nie czułam nic. Po prostu nie wiedziałam, co czuję. Tak jakbym umarła w środku.

Mam tego dosyć…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Nie można powiedzieć, że JA to tylko ciało.

Nie można też powiedzieć, że JA to tylko duch.

Ba! Nawet ciało i duch to zbyt mało…

Kilka słów na początek…

Zastanawiałaś się kiedyś, co odpowiedziałabyś swojemu dziecku na pytanie: „Mamo, a co to znaczy w ogóle JA? Bo ty mówisz o sobie JA i ja mówię o sobie JA, i tata mówi o sobie JA. To co to jest to JA?”. Mój syn zadał mi kiedyś pytanie w tym stylu. I wiesz, co Ci powiem? To było pytanie, na które pierwszy raz w życiu nie miałam gotowej odpowiedzi. Oprócz tych w stylu: „A skąd się bierze prąd?”, z którymi mogłam odesłać młodego do Maćka. Nadwornym filozofem w naszym domu byłam ja. I to ja musiałam się z tym pytaniem zmierzyć. I całe szczęście, bo gdyby nie ono, ta książka mogłaby nigdy nie powstać…

Nie można powiedzieć, że JA to tylko ciało. Nie można też powiedzieć, że JA to tylko duch. Ba! Nawet ciało i duch to zbyt mało. Bo jak się okazuje, rzeczywistość, która nasze ciało i ducha otacza, tworzę ja sama, a ona z kolei oddziałuje na mnie. I kiedy czujesz, że coś w Twoim życiu nie gra, analizujesz jeden z tych trzech aspektów. Chęć do zmian w Twoim życiu bierze się zawsze z jednego z tych trzech obszarów.

Kiedy budzisz się po siódmej drzemce budzika, załamana tym, że znów się spóźnisz do pracy, bo nie potrafisz się podnieść po pierwszym alarmie, powody Twojego stanu mogą być trzy. Możesz nie lubić swojej pracy z różnych przyczyn, możesz wymagać od siebie zbyt dużo, bezsensownie ustawiając budzik na zbyt wczesną porę, chociaż wiesz, że nic to Ci nie da, możesz też być po prostu przemęczona i niewyspana. A wcale się nie zdziwię, jeśli masz wszystkie te trzy odczucia jednocześnie, bo ja przez wiele lat tak właśnie miałam. Prawda jest taka, że jak coś Ci się zaczyna sypać, to się posypie w końcu wszędzie. Ale jeśli stwierdzisz, że chcesz coś zmienić, to bardzo szybko okaże się, że aby odmienić całkowicie swoje życie, musisz posprzątać we wszystkich tych trzech wymiarach. I wierz mi, że już samo wprowadzenie takiej systematyzacji jest dla mnie kłopotliwe, bo właściwie jedno wypływa z drugiego, a czasem granica jest tak cienka, że najlepiej byłoby, zamiast książki, stworzyć jakiś arkusz Excela, który będzie można sortować według uznania.

Jest też plus tej sytuacji. Książkę możesz zacząć czytać od obojętnie której części. U mnie przemiana zaczęła się od ducha i otoczenia, ale gdybym nie zaczęła pracować nad wnętrzem, pewnie nigdy nie udałoby mi się z sukcesem zaopiekować się swoim ciałem. Z drugiej jednak strony z przemianą duchową ruszyłam ostro z kopyta dopiero po tym, jak poczułam się lepiej fizycznie. Dlatego tę książkę rozpocznę od najkrótszej części, ale i najbardziej obfitej w wiedzę, aby wprowadzić szybkie i odczuwalne zmiany. A na koniec dodam, że jeśli nie zadbasz o swoje otoczenie, to przeobrażenia, które zajdą w Twoim ciele i duchu, nigdy się nie ugruntują. Mówi Ci to ktoś, kto to przeszedł i wie, o czym mówi.

Nadal jestem tą samą Malwiną, z motorkiem

w tyłku, która włącza tryb TURBO, gdzie tylko może.

Ale teraz robię to po to, żeby włączyć tryb

SLOW tam, gdzie chcę.

Nie jestem psychologiem. Nie jestem dietetykiem. Nie znam się na filozofii wschodu, zachodu, północy ani południa. Jestem mamą. Kobietą. Blogerką, która zauważyła, że teksty o jej przemianie są najczęściej komentowane i najchętniej czytane na jej blogu. I to po tych moich „Rozkminach Malwiny” dostawałam najwięcej maili w stylu: „Dziękuję Ci za ten tekst, tak wiele po nim zrozumiałam”, „Malwina, tym tekstem otworzyłaś mi oczy” albo zwykłe: „Czytasz w moich myślach! Mam tak samo jak Ty!”.

I kiedy zebrałam razem wszystkie zmiany, jakie wprowadziłam w moim życiu, dzięki którym z „human doing” stałam się nareszcie „human being”, okazało się, że to zdecydowanie nie jest materiał na jeden ani nawet na dziesięć wpisów. To spójna opowieść, która zamknięta w ramach tej książki może pomóc jeszcze wielu osobom podobnym do mnie.

Zmieniłam swoje życie o 180 stopni. Nadal jestem tą samą Malwiną, z motorkiem w tyłku, która włącza tryb TURBO, gdzie tylko może. Ale teraz robię to po to, żeby włączyć tryb SLOW tam, gdzie chcę.

Zadbałam i o swoje ciało, i o swojego ducha, i o swoje otoczenie. Kiedy przypomnę sobie chociażby początki bloga (2014 rok), funkcjonowałam zupełnie inaczej. To był niesamowicie intensywny czas. W ciągu tych czterech lat zdążyłam nauczyć się, jak być matką i żoną. Zdążyłam rozkręcić w rekordowym tempie blog. Zdążyłam też spełnić wielkie marzenie o domu pod Warszawą, w którym miałam zacząć nowe życie. I wiesz co? Rzeczywiście zaczęłam. Tyle że teraz wiem, że mogłam je zacząć i bez tego domu. Bo szczęście to nie jest króliczek, którego trzeba gonić przez całe życie, powtarzając sobie: „Jak zrobię TO, to dopiero będę szczęśliwa”. Szczęście nosisz cały czas ze sobą. Musisz je po prostu wygrzebać z zabałaganionej torebki Taki ze mnie Malwinio Coelho trochę. No wiesz… to jest wstęp do mojej książki. Muszę trochę pofilozofować! Ale nie przejmuj się, będzie tak samo swobodnie i na luzie jak na blogu. Inaczej nie potrafię.

 

To co? Jesteś gotowa na zmiany? Wybierz część, która Twoim zdaniem wymaga natychmiastowej reanimacji, i zacznij od niej. Chociaż ja polecam Ci z całego serca rozpoczęcie od ciała. Z „nowym” ciałem będzie Ci dużo łatwiej wprowadzić zmiany i w duchu, i w otoczeniu.

Bardzo ważna kwestia na koniec. Pamiętaj, że to jest moja opowieść. To moja historia i moja droga. Twoja wcale nie musi być taka sama. To, co napisałam, ma Cię tylko zainspirować. Bierz z tej książki, co chcesz, a jeśli się z czymś nie zgadzasz, wiedz, że ja się z Twoją niezgodą zgadzam w 100% Bo to Ty znasz siebie najlepiej i nikt nie jest w stanie podyktować Ci przepisu na szczęście. Ja przez długi czas rozczytywałam się w różnych książkach (te najlepsze podaję Ci w trakcie i na końcu książki), rozmawiałam z inspirującymi ludźmi i przede wszystkim dużo, duuuuuuużo myślałam. Dzięki temu udało mi się naprawić te aspekty mojego życia, które kulały u mnie. U Ciebie może to być coś innego, możesz też nie czuć moich metod. Jak to śpiewała Shazza: „Bierz, co chcesz. Wszystko weź…”, co tam Ci się spodoba


Po niedzielnym obiedzie masuję swój pulchny brzuszek i obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Od poniedziałku dieta i „skalpel”. Od poniedziałku jogging rano, a wieczorem basen. Albo jogging w basenie. Albo rower! I rolki! Albo rower w rolkach! W końcu wyciągnę z szafy karton z ciuchami sprzed ciąży. W końcu założę te króciutkie dżinsy z panieńskich czasów. Od jutra będzie się działo!

Od jutra…

Jutro…

Do powrotu Maćka z pracy jazda na szmacie po wszystkich zakamarkach mieszkania, żeby poprawić po weekendowym sprzątaniu. Nie mam czasu na Chodakowską! Zrobię „skalpel” wieczorem.

Przygotowując obiad, podjadam, bo pomimo że ten sam zestaw obiadowy robię po raz setny, muszę sprawdzić, czy ziemniaki dosolone, czy kotlet odpowiednio wysmażony, czy wystarczająco dużo majonezu w sałatce… a później trzeba chłopu towarzyszyć przy posiłku, więc wtrzącham drugą porcję razem z nim. Obiad, który zjadłam, był oczywiście pierwszym poważnym posiłkiem od rana, nie licząc kawy i „próbowania” potraw. No i tego kawałka ciasta z niedzieli. Ale to przecież tylko kawałeczek! Zrzucę go przecież dzięki wieczornemu „skalpelowi”. Po obiedzie ogarnia mnie senność, moje powieki są coraz cięższe, mój umysł odpływa… to niesamowite, jaką hipnotyzującą moc ma niewinny kotlet z furą ziemniaków. Malutka drzemka by się przydała. Taka malusia. Niech się ułoży w brzuszku. Przecież taka najedzona nie będę ćwiczyła, bo to niezdrowo.

No dobra, „nadejszła wiekopomna chwila”. Wygrzebałam płytę z ćwiczeniami i idę do drugiego pokoju, żeby mąż nie oglądał mojego wirującego tłuszczu i nie słyszał nieudolnego sapania. Nie zdążyłam jeszcze zamknąć drzwi, a już słyszę głośne: „Mamaaaa” i staje to małe przede mną i płacze, bo przecież zostawiam je na pastwę losu… z tatusiem. Maciek błagalnym wzrokiem patrzy prosto w moje oczy i… cholera jasna, wygrywa tę bitwę, no! Niech będzie. Potowarzyszę mu trochę, zajmując malucha, żeby tatko mógł odpocząć po pracy.

Włączają się wyrzuty sumienia… Już godzina dwudziesta, a ja nadal nie ćwiczyłam. Nieee no, w domu się nie da. Muszę zacząć biegać. Nikt mi nie będzie przeszkadzał, a jak już wyjdę, to będą musieli sobie jakoś beze mnie poradzić. Tak. Zacznę biegać! Od jutra…

Jutro…

Skoro mam biegać już wieczorem, muszę szybko kupić jakieś dobre buty do biegania! Przecież nie mogę ryzykować kontuzji. „Kontuzja” – jak to dumnie brzmi! Fajnie będzie powiedzieć sprzedawcy w sklepie, że potrzebuję butów, w których nie nabawię się kontuzji. Zabieram dziecię pod pachę i gnam do centrum handlowego. Wychodząc ze sklepu z nową parą butów, od razu czuję się lżejsza. I jestem… na pewno o dwa worki pieniędzy.

Nadchodzi godzina zero. Ubieram się w nowe buty, wyciągam z szafy dres, który pamięta jeszcze czasy, kiedy spisywałam matematykę podczas symulowanego okresu na lekcjach WF-u. Zakładam bluzę z kapturem i… good bye, rodzinko! Wrócę za godzinę. Zrobię jakiś miliard kilometrów z prędkością światła i jestem z powrotem. Wyszłam. Najpierw pięć minut marszu, później pięć minut biegu. Eeee, spoko jest. Dam radę… przebiec kolejnych pięć minut. Czegoś mi brakuje… Wiem! Muzyki! Na pewno pozwoliłaby mi zapomnieć o zmęczeniu. Zawracam do domu. Nagram sobie zestaw marzeń na stary odtwarzacz mp3 i będę biegać… od jutra.

Wychodząc ze sklepu z nową parą butów,

od razu czuję się lżejsza. I jestem… na pewno

o dwa worki pieniędzy.

Jutro…

Jutro przyniosło kolejne obowiązki, więc nie było nawet czasu na wyjęcie z szuflady mojego zabytkowego odtwarzacza mp3. W końcu przyznaję się sama przed sobą – nigdy nie nagram tych piosenek, nigdy nie pokonam magicznej bariery dziesięciu minut biegu, po której podobno zmęczenie mija. Po prostu bieganie jest nie dla mnie. Nigdy nie lubiłam biegać. Potrzebuję czegoś innego… a może karnet na siłownię? W końcu mam już fajne buty. Tak, jutro pójdę na siłownię!

Jutro…

Od rana mam nowe rozkminki. Bo przecież na siłowni wypadałoby pokazać się w jakimś fajnym stroju, a nie dresach w stylu MC Hammera. Zamiast na siłownię jadę wieczorem do centrum handlowego kupić boski strój, w którym będę wyglądała jak te wszystkie panie z reklamy Adidasa. Wydaję kilka stówek, w portfelu hula wiatr, ale ważne, że wystarczy jeszcze na karnet na siłownię. Kupię od razu taki na miesiąc – wydana kasa zmobilizuje mnie, żeby jak najczęściej z niego korzystać. No dobra. Teraz to już serio zaczynam od jutra!

Jutro…

„Jutro” to już piątek. O Boże! Jak ten czas leci! Mieszkanie zapuszczone, w lodówce pustki. Trzeba pojechać na jakieś większe zakupy wieczorem, żeby nie marnować na nie czasu w sobotę. Dzisiaj może jednak odpuszczę tę siłownię. W weekend będzie więcej czasu, to wtedy skoczę. Najważniejsza jest przecież rodzina! No to może jakieś piwko i pizzunia z mężem tak przy piątku? Zamówię, niech ma chłopina. Ja tylko powącham. Nie będę jadła przecież pizzy na noc… alboooo… aj, dobra, ostatni raz.

Jutro…

Sobota znów upływa na szaleńczej gonitwie z czasem. Cała rodzina sprząta, gania jak szalona. W niedzielę mają wpaść teściowie, to może jakieś ciasto przydałoby się zrobić? Zapomniałam podczas piątkowych zakupów o kilku gadżetach, więc wyskakuję na szybkie dokupienie. Cały czas jestem nastawiona na dzisiejszy wycisk na siłowni. Będzie się działo! Ojjj, będzie! Wracam z zakupów, zjadam obiad z rodziną, nie przyznając się do pączka, którego szybko pochłonęłam w centrum handlowym, bo nie miałam czasu na śniadanie. Ale przecież będę dzisiaj wyciskać na siłowni! Karnet kupiony, buty kupione, strój kupiony. Żeby jeszcze tylko można było kupić figurę do tego stroju…

Kurczę… no właśnie… ta moja figura… no wstyd. Jak tu się pokazać pomiędzy tymi wszystkimi laskami? Jak tu wystawić swoje opasłe udziska na ludzkie pośmiewisko? Może powinnam najpierw wspomóc się jakąś dietką… Dżiiiiizas, no nie mogę się w takim stanie pokazać na siłowni. Te wszystkie maszyny, sprzęty. Pewnie coś źle poustawiam i instruktorzy będą się ze mnie śmiali. Może chociaż w tygodniu zacznę, bo przecież dzisiaj sobota. Będzie masa ludzi. Nieee… sobota to kiepski dzień na pierwsze wyjście na siłownię.

Jutro…

Po niedzielnym obiedzie masuję swój pulchny brzuszek i obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Od poniedziałku dieta i „skalpel”. Od poniedziałku jogging rano, a wieczorem basen. Albo jogging w basenie. Albo rower! I rolki! Albo rower w rolkach na nogach! W końcu wyciągnę z szafy karton z ciuchami sprzed ciąży. W końcu założę te króciutkie dżinsy z panieńskich czasów. Od jutra będzie się działo! Od jutra…


Wstawałam o czwartej rano, żeby na ósmą

dotrzeć na drugi koniec Warszawy, do mojej

kopalni złota, czyli… call center.

Jelita. Tajemnica odporności

Byłam niesamowitym „chorowitkiem”, jak mnie określał pieszczotliwie mój mąż. Szacunek dla tego faceta za to, że potrafił wysilić się na jakąkolwiek czułość w stosunku do swojego nocnego oprawcy. Wierciłam się w łóżku przez całą noc, „bo gorąco” albo „bo dreszcze” i czekałam tylko na stosowną poranną godzinę, żeby poprosić ukochanego męża o porcję leków i nową rolkę papieru toaletowego, bo kupowanie chusteczek było bezsensowne.

Co ciekawe, zaczęłam chorować dopiero po przeprowadzce do Warszawy, kiedy to wyfrunęłam z rodzinnego domu na podbój świata. Jako że byłam typem „human doing” zamiast „human being” (ale o tym opowiem Ci w drugiej części książki), zabrałam się od razu za pracę, którą łączyłam ze studiami wieczorowymi. Wstawałam o czwartej rano, żeby na ósmą dotrzeć na drugi koniec Warszawy, do mojej kopalni złota, czyli call center. Na śniadanie jadłam dwa tosty z najtańszym żółtym serem, jaki był w sklepie, i cienką warstwą keczupu (też najtańszego, bo honorowo nie chciałam się przyznać rodzicom, że ich kieszonkowe niespecjalnie mi wystarcza na podstawowe potrzeby). W czasie pracy zjadałam natomiast jednego snickersa dzielonego na dwie części, bo przerwa nie mogła trwać dłużej niż pięć minut (spadała efektywność procentowa w systemie, jeśli przez dłużej niż pięć minut nie wybierałam żadnego numeru, a ja przecież miałam w moim call center zrobić zawrotną karierę, prawda?). Po pracy jechałam do centrum na wykłady, żeby trochę odespać w ostatniej ławce sali wykładowej, a stamtąd wracałam już tak padnięta, że nie miałam nawet siły robić sobie kolejnych tostów. Zresztą nie wyrobiłabym się z kasą, więc odpuszczałam sobie tę nocną rozpustę.

Tak wyglądały pierwsze miesiące mojego American Dream… w Warszawie. Efektywność w call center szła jak szalona w górę, waga proporcjonalnie w dół. Kiedy po dwóch miesiącach zawitałam pierwszy raz w domu, moi rodzice nie wiedzieli, gdzie podziać oczy. Przebąkiwali coś o tym, że źle wyglądam, ale uznałam, że każdy wyglądałby źle, gdyby przez cztery dni przed przyjazdem do domu żywił się sałatą ze śmietaną i cukrem, bo tylko na tyle wystarczyło mi kasy (lubię taką z octem, ale już nie byłoby mnie wtedy stać na bilet PKS). Teraz się z siebie śmieję, a szczególnie z tego, że byłam tak ambitna. Nie potrafiłam przyznać się po prostu, że nie wystarcza mi tego nieszczęsnego kieszonkowego. Na szczęście mój tata sam zapytał o to, czy daję radę, czy może przydałoby mi się więcej kasy, bo on sam nie wie, ile ja tam w tej Warszawie potrzebuję. O Boże, dziękuję Ci, że ulitowałeś się nad moją głupotą! Od tej pory będę mogła jeść tosty dwa razy dziennie! Jestem milionerką!

Choroby dopadły mnie szybko. Najpierw myślałam, że jestem po prostu słabeuszem, który nie radzi sobie z rytmem wielkiego miasta, później zwaliłam winę na zimę i pluchę. Dasz wiarę, że przeszłam nawet ospę drugi raz w życiu? Kiedy zapytałam lekarza, jak to się mogło stać, pierwszy raz usłyszałam zdanie: „Widocznie ma Pani dramatycznie obniżoną odporność”. Oj tam… odporność. Ja tu przyjechałam podbijać świat, a nie zajmować się odpornością. I z takim nastawieniem podbijałam świat, przy okazji obniżając tę mało znaczącą odporność przez kolejnych siedem lat. Ten okres był fenomenalny pod wieloma względami. Największym jego fenomenem jest jednak to, że… nadal żyję

Jako że i swój organizm, i samą siebie traktowałam bardziej w kategoriach przedmiotu, którym miałam się posłużyć do udowodnienia sobie, że mogę więcej i więcej, zupełnie nie zastanawiałam się nad tym, że co chwila choruję, biorę antybiotyki, włosy wypadają mi garściami, a opryszczkę mam częściej, niż jej nie mam. Ważne, że w międzyczasie zdążyłam skończyć studia, pójść na podyplomówkę, zrobić szaloną karierę jako barmanka, a później jako poważna pani export manager. Ba! Jako 26-latka zostałam nawet dyrektorem zespołu eksportu w mojej firmie, niestety zanim dotarły do mnie dokumenty… zaszłam w ciążę. Taki tam „peszek”, który aktualnie rozpatruję w kategorii cudu, bo gdybym te papiery dostała, prawdopodobnie nie byłoby ani bloga, ani tej książki.

 

Choroby dopadły mnie szybko. Najpierw myślałam,

że jestem po prostu słabeuszem, który nie radzi sobie

z rytmem wielkiego miasta, później zwaliłam

winę na zimę i pluchę.

Przez cały ten czas (nawet w ciąży) byłam wręcz oprawcą swojego organizmu. W ciąży przytyłam 30 kilogramów, zamieniając się w połączenie Buki z ludzikiem Michelin. Później było dziecko, rozkręcanie bloga (oczywiście w tempie błyskawicznym, bo inaczej nie potrafiłam) i budowa domu. Mój organizm dzielnie dotrzymywał kroku moim aspiracjom, wytrzymując nieregularne posiłki, niczym nieróżniące się od tych z początków studiów, zarywanie nocy, stres… Jednym słowem – wszystko, co uważałam za niezbędne, aby osiągnąć stan prawdziwego szczęścia w naszym wymarzonym domu na wsi. I pośrednio tak właśnie było. Tyle że po drodze musiałam zaliczyć jeszcze swój spektakularny upadek, który otworzył mi oczy na to, jak sabotowałam samą siebie w dążeniu do osiągnięcia pełni szczęścia. Otóż kiedy tylko zakończyłam misję „domek na wsi”, postanowiłam, że czas na zajęcie się tym, jak wyglądam. Moje ciało zdecydowanie nie pasowało mi do obrazka naszej wspaniałej rodziny. Przystojny mąż, słodziutki synek i żona – torba. Dawaj na siłkę! Trzeba w końcu schudnąć!

Moja próba schudnięcia skończyła się fiaskiem właśnie dlatego, że skupiłam się tylko na „schudnąć”, a „zdrowo” miałam głęboko w czterech literach. Zamiast różnicować jakoś swoją dietę, pochłaniałam twaróg pięć razy dziennie siedem razy w tygodniu. Na słodko z ksylitolem albo na ostro z chilli. Pomiędzy posiłkami popijałam sobie białeczko. Wodę piłam tylko podczas treningów, a w domu zastępowałam ją hektolitrami kawy. Na efekty nie musiałam czekać długo. Zaczęło się od opryszczki w obydwu dziurkach nosa, która rozlazła mi się na całą górną wargę. Tłumaczyłam sobie, że to pewnie przez spadek odporności przed okresem. Głupio było pójść na siłownię, więc zostałam w domu. Podczas okresu nie byłam w stanie ruszyć ręką i nogą, więc odpuściłam sobie kolejny tydzień. Kiedy postanowiłam wrócić do żywych, pierwsze kroki skierowałam do salonu kosmetycznego, w którym od jakichś dwóch lat doczepiałam sobie rzęsy. Wyszłam z gałkami tak czerwonymi jak u wampira, a jeszcze tego samego wieczora przerażona ciągnęłam Maćka na ostry dyżur, bo oczy spuchły mi do tego stopnia, że prawie nic nie widziałam. Dziwnym trafem AKURAT WTEDY dostałam alergii na klej do rzęs (której teraz, o dziwo, nie mam). No i co teraz? Przecież wyglądając, jakbym była siostrą Dzwonnika z Notre Dame, nie mogę pójść na siłownię. Trudno, trzeci tydzień w domu. A czwarty pewnie już wiesz, jak wyglądał? Opryszczka w obydwu dziurkach nosa i… kółeczko nam się zamyka. Po takich dwóch miesiącach wiecznych chorób odpuściłam siłownię całkowicie.

Szukając przyczyny mojej powracającej alergii na klej do rzęs, jakimś cudem trafiłam na pierwsze książki o tym, jak to, co spożywamy, i to, w jakim tempie żyjemy, wpływa na nasz organizm. Wtedy właśnie pierwszy raz przeczytałam o dobrych i złych bakteriach, zagrzybieniu organizmu i stanie jelit, które wpływają na 80% sprawności działania układu immunologicznego. Florę jelitową stanowią blisko dwa kilogramy bakterii i innych mikroorganizmów, których liczba dochodzi do 100 bilionów. Te dobre i złe bakterie walczą między sobą o dominację. Komórki w ściankach jelit, tworzące większą część naszego układu odpornościowego, łączą się z dobrymi bakteriami, przeciwdziałając chorobom. Jeśli do receptorów komórek immunologicznych w jelicie podłączą się złe bakterie, dochodzi do zapalenia, przez co opór przed infekcjami maleje. Funkcjonowanie naszego układu immunologicznego fenomenalnie wytłumaczyły Lina Nertby Aurell i Mia Clase w książce Food Pharmacy. Przeczytałam już niejedno opracowanie, dotyczące związku stanu jelit ze stanem naszej odporności (a nawet i naszego umysłu!), ale nikt nie jest w stanie przebić tych dwóch blogerek, które we współpracy z 87-letnim profesorem stworzyły super wykładnię tego zjawiska. To pierwsza obowiązkowa lektura dla Ciebie (a podam Ci ich tutaj jeszcze kilka).

Hormon szczęścia – serotonina – oraz hormon snu –

melatonina, są w 80–90% procentach produkowane

w wewnętrznych ścianach jelita!

Co więcej, stan naszych jelit wpływa również bezpośrednio na stan naszego umysłu! Udowodniło to już wielu naukowców, przeprowadzając badania zarówno na zwierzętach, jak i ludziach. Zaburzając równowagę jelitową, zakłócamy zdolność całego organizmu do produkcji potrzebnych substancji chemicznych i hormonów, które wpływają nie tylko na kondycję fizyczną, ale też umysłową i emocjonalną. Hormon szczęścia – serotonina – oraz hormon snu – melatonina, są w 80–90% procentach produkowane w wewnętrznych ścianach jelita! Warto więc pochylić się nad tym tematem, nie sądzisz?

Stosunek dobrych bakterii do złych powinien wynosić 85% do 15%. Jak o to zadbać? Przede wszystkim mądrze jedząc. To, co wrzucasz w siebie, jest zawsze pożywką. Kwestia tylko tego, czy chcesz żywić swoich sprzymierzeńców, którzy ze zdrowej żywności wydobędą dla Ciebie samo dobro, czy wrogów, którzy nakarmieni śmieciowym jedzeniem będą sabotować wszystkie korzystne dla Twojego organizmu przemiany. Miejsca w swoich jelitach masz ciągle tyle samo. Od Ciebie zależy, czym je wypełnisz. Im więcej błonnika roślinnego, antyoksydantów, prebiotyków czy dobrych tłuszczów, tym więcej dobrych bakterii, a więc i lepsza odporność, zdrowie i dobre samopoczucie. Im więcej tostów z tanim serem, frytek, wieśmaków i snickersów, tym więcej infekcji, problemów ze snem i rozdrażnienia.

Z zaburzoną równowagą jelitową łączy się kolejne zagadnienie – kandydoza, czyli zagrzybienie organizmu, która przez wielu naukowców łączona jest z najgorszymi chorobami naszej cywilizacji, takimi jak cukrzyca czy rak. Zwróć uwagę na to, że jeśli zapadasz na grzybicę (wewnętrzną albo zewnętrzną), lekarz zawsze zadaje pytanie, czy brałaś w ostatnim czasie antybiotyki. Bo zabijają one nie tylko złe bakterie, ale również i te dobre. Są bezpośrednio odpowiedzialne za stan naszej mikroflory jelitowej. Są też dowodem na to, że jego zaburzenie jest wprost powiązane z nadmiernym namnażaniem się grzybów w naszym organizmie, a więc może być jeszcze gorzej. Budująca informacja, prawda? Tylko się położyć i umrzeć. Na szczęście nie jest tak źle. Najważniejsze to poznać swojego wroga. Kiedy ułożyłam to wszystko w logiczną całość, zrozumiałam przyczynę chorób, z którymi musiałam się borykać przez ostatnie siedem lat. Wiedziałam już, skąd wzięło się moje totalne rozłożenie na łopatki, kiedy przeszłam na dietę wysokobiałkową, a właściwie to po prostu twarogową. Zrozumiałam też, dlaczego tak spektakularnie opadłam z sił i stwierdziłam, że dalej nie idę.

Moja świadomość rosła z dnia na dzień. To był żmudny proces, który działał na kilku płaszczyznach równocześnie, ale ważne było, że jednak postanowiłam ruszyć się z miejsca. Im więcej wiedziałam, tym pewniej się czułam. Zrozumienie wroga dało mi niesamowitą przewagę w walce o lepsze samopoczucie.

Z kolejnych rozdziałów dowiesz się, jak zmieniła się moja dieta i jak odżywiam się teraz, ale zanim do nich przejdziesz, muszę opowiedzieć Ci jeszcze dwie historie, które razem z opowieścią o jelitach tworzą spójną całość.