Smak deszczu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Smak deszczu
Smak deszczu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Smak deszczu
Audio
Smak deszczu
Audiobook
Czyta Monika Chrzanowska
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata Wachowicz

Smak deszczu

Saga

Smak deszczu

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Małgorzata Wachowicz i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728014332

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

:Łódź, 7 lipca 2019 r.

Bo każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy

A księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie

„Miłość od pierwszego wejrzenia”

Wisława Szymborska

ŚWISTEK

10 lipca, wtorek.

Od Przełęczy Kondrackiej Jeremiego dzieliło już tylko kilkanaście metrów skalnej perci. Macki kosodrzewiny ocierały się o odkryte ramiona, łaskocząc je igłami. Przez grube podeszwy butów chłonął energię ziemi, mając głowę zanurzoną w chmurach. Zahaczył pętlą sznurowadła o wystający na ścieżkę korzeń i stracił równowagę. Chwycił dłonią najbliższą gałąź, ratując się w ostatniej chwili przed upadkiem.

Patrzył uważnie pod nogi, choć wokół rozciągały się dalekie bajkowe widoki. Białe baranki pary wodnej płynęły po lazurowym niebie. Zastępowały te wełniane, beczące, które zniknęły z zielonych tatrzańskich hal. Jednak nie były, jak tamte, „pure wool” i nie miały dzwonków.

Wiatr chłodził spoconą skórę oraz myśli …

Wyszedł na przełęcz.

Z lewej strony zza grani wyłonił się Giewont. Piętnastometrowej wysokości krzyż nieodmiennie przyciągał turystów. Ich długi wąż pełznął na szczyt.

Na wprost rozciągała się daleka perspektywa Doliny Kondratowej. Na jej tle, na krawędzi skalnej, siedział gołąb.

Ten rzadki na tej wysokości widok budził ogólne zainteresowanie turystów. Klikały migawki aparatów fotograficznych i telefony.

Zmęczony ptak zbierał siły do powrotu.

Jeremi przysiadł na głazie obok niego. Pierzasty odsunął się nieznacznie, drepcząc drobnymi kroczkami do tyłu. Nie odrywał czujnego spojrzenia od człowieka. Dwóch samotnych facetów z własnymi problemami.

Ptak miał prawe skrzydło białe a lewe szare, cętkowane.

Pstrokatek.

Pojedynczy gołąb przynosił wiadomość. Para symbolizowała miłość i wierność…

Tutaj był jeden.

Znamienne…

Tę wiadomość Jeremi już znał.

Nadeszła liczna grupa turystów i ptasi zwiastun przeniósł się na bezpieczną odległość…

Jeremi zarzucił plecak na ramiona. Rozpoczął wędrówkę w dół. Jego wzrok to szybował w dal, to wracał pod stopy i ponownie biegł do dalekich grani i szczytów.

Joga dla oczu, odpoczynek po pracy przy komputerze. Reset dla myśli i, co ważniejsze, dla emocji.

W schronisku na Hali Kondratowej zamówił jajecznicę. Z aluminiową patelnią w dłoni usiadł na zewnątrz.

Nigdy wcześniej nie przyjeżdżał tu sam.

Ani z takim bagażem.

dalej 10 lipca, wtorek.

Joanna przyglądała się perfekcyjnym paznokciom Agnieszki, pomalowanym krwisto czerwonym lakierem. Dłoń przyjaciółki obejmowała szklankę soku pomidorowego, barwy zlały się ze sobą.

– Ładne połączenie kolorystyczne… – Przechyliła głowę na bok.

– Cholera, Aśka! Zboczona zawodowo jesteś. Wszystko ci się z pracą kojarzy! Wyluzuj…

– Mówisz? – Joanna zamieszała łyżeczką mrożoną kawę. Chmura bitej śmietany straciła niepokalaną biel. – Ale to jedyny temat, który mnie nie stresuje... Ostatnio.

– Słuchaj…! – Agnieszka straciła cierpliwość. – Zaraz przejdę do konkretów, ale skoro jesteśmy przy temacie paznokci, to czy ty wreszcie zaczniesz dbać o swoje?

– A co? – Joanna doskonale znała ten tekst.

– Są obcięte przy samej skórze! Jak u chirurga! – Krytycznie otaksowała szczupłe, lekko opalone palce przyjaciółki.

– No-o-o… i..?

– Dziewczynki w przedszkolu takie mają!

– To mamy odwrotnie… Ja w przedszkolu malowałam paznokcie lakierem mamy. Ty dopiero teraz do tego dojrzałaś, a mnie już przeszło. – Wyciągnęła przed siebie długie nogi. Paznokcie na stopach też były nieskażone lakierem.

Przechodzący facet otaksował ją z zachwytem, ale nie zwróciła na to uwagi.

– Dziewczyno, ty wyglądasz jak cień samej siebie. Do tego schudłaś z pięć kilo! To Iwo jest w śpiączce, a od jego wypadku zachowujesz się, jakbyś to była ty! Obudź się!

– Aga, nie mogę się pozbierać… Też mam wrażenie, że moje życie stanęło w miejscu. Jak popsuty zegar. Zatrzymało się, kiedy odebrałam ten telefon i od tamtej pory… – Zagryzła usta.

– Mamy 10 lipca, więc ten telefon odebrałaś… Niech policzę… Pół roku temu!

– Pięć miesięcy i cztery dni.

– Właśnie! Są sytuacje, na które nie masz wpływu. Zadręczanie się niczego nie zmieni. Siedzisz codziennie w chromolonym szpitalu, a on i tak tego nie rejestruje. Jakby nie przyćpał, nie spowodowałby wypadku!

– On nie ćpał. Brał amfę, bo inaczej nie dałby rady być na wysokich obrotach osiemnaście godzin na dobę!

– Ty się słyszysz?! – Agnieszka z oburzeniem pokręciła głową, zafalowały loki w kolorze paznokci.

– Dobra! Prosiłam, żeby zwolnił tempo! I przestał brać te gówna! Ale w tej branży… Dwa koncerty w miesiącu. Programy, cała otoczka marketingowa… Zapieprzał za dwóch, jak reszta zespołu! Byli na fali! Za wszelką cenę chcieli to utrzymać.

– Ta dziumdzia, co była z nim w samochodzie, kiedy się przytulił do drzewa, też za dwie zapieprzała? Arleta kudłata?

– Co mnie ona obchodzi!

– Dobra! Nie ściągnęłam cię tu po to, żeby się kłócić. Mam pomysł!

– No… aż się boję pytać. – Joanna skrzywiła się.

Agnieszka zanurkowała do wnętrza przepastnej torby. Poszukiwania zakończyły się sukcesem. Wydobyła z niej pomięty świstek. Z satysfakcją położyła go przed przyjaciółką.

Krzeptówki 202, 11–15 lipca.

– Nasz weekend w Zakopanem 2015, prawda? To ten adres… Tylko pomyliłaś datę, to był maj. Nie kapię tego… Po co mi to pokazujesz?

– Wyjeżdżasz tam jutro. Pierwszy nocleg już opłaciłam jako zaliczkę. To prezent, nie dziękuj! Ostatni nocleg niedziela 15-go. Pięć dni zarezerwowane! Pokój czeka.

– Zupełnie cię popierdoliło! – Joanna poderwała się, potrącając stolik. Strumień kawy prysnął na blat.

– Siadaj, wariatko. – Agnieszka zachowała stoicki spokój. Przyglądała się przyjaciółce ze współczuciem.

– Ja..!? Ja jestem wariatka? Odbiło ci… – Joanna klapnęła z powrotem na krzesło, jakby opuściły ją siły. Próbowała pohamować łzy, ale popłynęły strumieniami po policzkach. – Myślisz, że bym nie chciała? Wiesz, że nie mogę!

– Nie możesz, tylko musisz. – W głosie Agi było pełne przekonanie.

– Nie…

– Wszystko przemyślałam. W piątek skończyłaś wnętrza u tych prawników, zgadza się? Mówiłaś, że szefowa sama proponowała ci tydzień urlopu.

– Co z tego…? Codziennie odwiedzam Iwa w szpitalu. Zapomniałaś o tym?!

– Będzie musiał się przez tydzień obejść!!! Nie chcę ci dokładać, ale z was dwojga tylko ty ten fakt zauważysz! Poza tym, odwiedza go też matka, siostra i kupa luda. Cały czas ktoś tam siedzi! Nawet tę pindę Arletę widziałam! Tak na marginesie, czy wiesz, że w szpitalach poprawiły się warunki, teraz karmią pacjentów salami?

– O, no to chyba dobrze, nie?

– Sale parzyste karmią rano, a sale nieparzyste wieczorem!

– Podjęłaś wyzwanie, żeby mnie rozbawić?

– Skąd wiesz? Wracając do tematu… Przegadałam to ze Zbyszkiem. Sam osobiście załatwił ten pokój.

– O!

– Musisz wyrwać się z tego marazmu. Oczyścić emocje! Poczuć, że żyjesz!!!

– No nie wiem…

– Od roku byłaś jak flak! A od momentu, kiedy przeczytałaś adres na tej wymiętej kartce, rozbłysły ci oczy! Zarumieniły się policzki! Coś kiełkuje na tym wypalonym gruncie, widzę to! Odwieziemy cię ze Zbychem rano na pociąg.

– Jutro… Nie zdążę się spakować – wyszeptała Joanna, po czym wrzasnęła – nie! Zaraz! Przecież ja nigdzie nie jadę!!!

– Pociąg masz o szóstej rano – kontynuowała niezrażona jej protestami Agnieszka. Widziała, jak opór przyjaciółki słabnie z minuty na minutę. – O dziesiątej wysiadasz w Krakowie. Idziesz na croisanta i kawę do Consonni.

– Aga, ja… – Joanna wlepiła w jej oczy rozszerzone źrenice i słuchała wstrzymując powietrze.

– Cicho. Potem wracasz na dworzec. Wsiadasz do autobusu. Pamiętaj zająć miejsce z przodu przy oknie! W tej podróży czekają cię niesamowite widoki. Z niecierpliwością będziesz wypatrywać szarych konturów gór. Kiedy pojawią się ich pierwsze zarysy, nie będziesz pewna, czy to już Tatry, czy też chmury oszukują cię, przybierając ich kształt. Ale im będziesz bliżej, tym bardziej będziesz pewna, że to już góry. Wreszcie wjedziesz w ulice Zakopanego – Agnieszka rozłożyła ramiona, jednocześnie hipnotyzując Joannę wzrokiem – i zza kolejnego zakrętu wyrośnie... Szara, potężna, niezłomna grań…

– Giewontu… – Joanna ponownie poderwała się. Objęła przyjaciółkę, głośno płacząc. Nie zwracała uwagi, że budzi zainteresowanie osób przy sąsiednich stolikach. – Jedź ze mną!

– Tę podróż musisz odbyć sama.

– Gówno prawda! Dlaczego?

– Masz parę spraw do przemyślenia. Tutaj się blokujesz, a tam… Wejdziesz na Kasprowy i wszystko zobaczysz wyraźnie.

 

– Po cholerę?

– Bo z góry widać lepiej.

– Wariatko! – prychnęła Joanna.

– Normalnym żyje się trudniej.

– Czy ty zawsze musisz mieć cholerną rację?

– Taka karma.

Przy stoliku obok usiadł facet. Podeszła do niego kelnerka.

– Czekam na kogoś… ale niech pani poda kawę.

– Proszę – zapisała w notesiku – śmietanka czy bez?

– A po co mi bez do kawy! – obruszył się – zioła piję osobno!

Zaczęły się śmiać. Aga jak codziennie. Joanna po raz pierwszy od pięciu miesięcy i czterech dni.

dalej 10 lipca, wtorek.

Kiedy Jeremi dotarł do Kalatówek, niebo za nim pociemniało. Rozległy się dalekie grzmoty. Przyspieszył. Czarne chmury napływały zza Czerwonych Wierchów w zastraszająco szybkim tempie. Trzaski uderzeń piorunów przeszły w długie niskie pomruki. Błyskawice przecinały niebo. Burza nadchodziła niespodziewanie i gwałtownie. Policzył czas między pojawieniem się błyskawicy a grzmotem… cztery i pół sekundy. Była półtora kilometra za nim. Zdążył dotrzeć do Kuźnic zanim spadła ściana deszczu. Dojechał do środkowych Krupówek i zacumował w najbliższej restauracji. Zanosiło się, że szybko stamtąd nie wyjdzie. Zamówił żurek z kiełbasą, baranie eskalopki z grzybami i zasmażaną kapustę. Do tego opiekane kartofelki.

Lokal wypełnił się głodnymi ceprami, wolne miejsca szybko zostały pozajmowane.

Na palenisku buchał ogień. Języki płomieni lizały nadziane na ruszt szaszłyki. Rozsiewający się zapach pobudzał produkcję soków żołądkowych. Grał zespół góralski.

Szybko uporał się z jedzeniem. Zamówił piwo.

Nie zamierzał poprzestać na tym jednym.

Potrzebował znieczulenia, żeby przyswoić nowe dane.

Na razie zawiesił mu się system. Dotychczasowy ustabilizowany świat rozsypał się, nieodwracalnie, na kawałki.

Każdy koniec wyznaczał nowy początek. Nie miał jeszcze na niego pomysłu.

Przy drugim kuflu piwa myśli Jeremiego wróciły do wydarzeń poprzedniego dnia.

Wracał z biura. Właśnie rozpoczął urlop. Zatelefonował Maciek, jego starszy syn.

– Tato, jesteś jeszcze w mieście? Mógłbyś mi odebrać wyniki badań i oznaczenia grupy krwi?

– A wydadzą mi?

– Wypisałem upoważnienie na ciebie i Maksa, ale jego nie mogę złapać. Jutro mam kontrolną wizytę u dentysty…

– To z powodu tej ósemki wrośniętej w dziąsło?

– No właśnie. – Maciek był przybity. – Może będzie ok, ale przygotowuję się na najgorsze. Na razie przestało boleć.

– Oczywiście. Podaj adres.

Lecznica była dwie przecznice od miejsca, w którym Jeremi się znajdował.

– Do zobaczenia w domu. Głowa do góry!

Uśmiechnął się do swoich myśli. Chłopaki szli wybranymi przez siebie drogami. Dwudziestodwu letni Maciej studiował grafikę na ASP. Osiemnastoletni Maks był maturzystą, zamierzał zdawać na informatykę.

Po perturbacjach w lecznicy udało mu się odebrać wynik.

Wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Lazurowy kolor nieba skojarzył mu się z ekranem monitora pobierającego aktualizację, a puchate obłoki z białymi literami instruującymi, żeby nie wyłączał komputera. Te myśli uświadomiły mu, jak bardzo praca wypełniała jego głowę i przesłaniała resztę świata.

Jego mózg potrzebował twardego resetu!

Wypoczynek powinien to załatwić. Mógł urlopować ze spokojną głową. Jego wspólnik Jarek wrócił już z wakacji. Pozostałe dwie osoby zaplanowały wyjazdy dopiero po jego powrocie.

Nie spieszył się i już to było odprężające. W piekarni wpadł na swojego najlepszego kumpla o najpopularniejszym zestawie imienia z nazwiskiem. Przyjaźnili się od czasów liceum, chociaż ich drogi zawodowe rozeszły się. Jeremi wybrał architekturę, a Janek Kowalski medycynę. Obecnie pracował w tym samym szpitalu, co żona Jeremiego, Blanka.

– Co u Krysi? – Spytał Jeremi – Kiedy wyjeżdżacie?

– Za tydzień ruszamy do Dźwirzyna na dwa tygodnie. Dziewczynki są na obozie surfingowym. Namawiały Maksa, żeby się przyłączył, ale odmówił.

– Zatrudnił się w pizzerii na cały lipiec.

– To mi się podoba! Wpadniemy na piwko?

– Przyjechałem samochodem. Zajrzyjcie wieczorem, to się napijemy.

– Przyjechała siostra Krysi ze szwagrem. Będą do końca tygodnia.

– Zadzwoń, jak wyjadą.

– Na razie.

Wsiadł do samochodu. Zanim ruszył, przypomniał sobie o odebranych badaniach Maćka.

Rozłożył karteczkę.

Wielkie stemplowane fioletowe litery wymyślone przez Ludwika Hirszfelda 1 ułożyły się w zestaw AB Rh minus. Jeremi miał najbardziej uniwersalną grupę 0 Rh plus. Blanka miała grupę A Rh plus. Allel B nie miał prawa się pojawić w tej konfiguracji. To był wynik innej osoby! Sięgnął do klamki, żeby wysiąść, kiedy jego wzrok przesunął się na nazwisko posiadacza tej najrzadszej statystycznie grupy krwi w Polsce.

Maciej Zawisza.

Zrobiło mu się duszno.

Opuścił szybę w samochodzie.

Wyjął telefon i przeszukał internet, licząc, że jest możliwość jakichś mutacji. Nie znalazł.

Otworzył butelkę wody i opróżnił zawartość. Zadzwonił do żony do szpitala.

– Remi, będę po szesnastej w domu. – Odebrała po pierwszym sygnale.

– Jesteś teraz zajęta?

– Za godzinę mam jeden zabieg. – Blanka była anestezjologiem. – Zeszłam teraz na stołówkę. Coś się stało?

– Mam pytanie. Podjadę do ciebie, jestem niedaleko.

– To nie może poczekać, aż wrócę do domu?

– Nie. – Rozłączył się i ruszył. Drżały mu dłonie. Z trudnością wrzucił bieg. Po kwadransie zajechał do szpitala.

Żonę spotkał na korytarzu. Pani profesor była charakterystyczna, z daleka rozpoznawalna. Miała figurę w kształcie klepsydry. Talia oddzielała bardzo obfity biust od nie mniej szerokich bioder. Kiedyś była wcięta jak osa, teraz wymiary nieco się zaokrągliły. Kasztanowe włosy skręcone trwałą ondulacją spływały lokami do ramion. Nosiła głębokie dekolty i zawsze wysokie szpilki. Pełny makijaż. W każdym calu była wyrazista, medialna. Image gwiazdy filmowej.

Maciek zapytał kiedyś Jeremiego, czym się kierował przy wyborze. Zgadzał się, że jego matka robiła wrażenie, ale wydawało mu się, że ojcu raczej podobał się inny typ kobiet, szczupłe długonogie blondynki.

Syn nie oczekiwał odpowiedzi. Jednak uświadomił Jeremiemu dwie sprawy. Po pierwsze, że jest dobrym obserwatorem i zna go lepiej, niż on sam siebie. Po drugie, że ta wiedza do niczego nie jest mu potrzebna. Miał w związku wszystko, czego potrzebował.

– Nie możemy porozmawiać w domu? – Blanka była zniecierpliwiona, ale nie zaniepokojona.

– Nie. Wejdźmy do pokoju.

Zamknął dokładnie za nimi drzwi. Usiedli naprzeciw siebie przy biurku. Odsunął pliki recept i wydruków. Oparł ramiona na blacie. Splótł palce dłoni.

– Przejdę od razu do meritum – patrzył żonie prosto w oczy – z kim mnie zdradziłaś?

– Słucham!? – Była wyraźnie zaskoczona.

– Mam powtórzyć pytanie? – Jeszcze miał nadzieję, że może da się to jakoś wytłumaczyć. Mutacja alleli? Hirszfeld się pomylił?

– Oszalałeś!!!

– Odpowiedz. Mam dowód, który za chwilę ci pokażę. Nie daje marginesu na wątpliwości.

– Ktoś zrobił mi zdjęcie? – Zmarszczyła czoło. W tej sytuacji nie było sensu iść w zapartego. Przyzwyczaiła się do tego, że Jeremi jej ufał. Kto ją mógł przyłapać ? To musiała być ta cholerna nowa pielęgniarka z chirurgii…

– Remi… to się zdarzyło jeden raz. Wiesz, jak to jest na dyżurach…

– Nie, nie wiem! – Odchylił się do tyłu. Te słowa uświadomiły mu, że poruszył lawinę…

Poczuł, jak zaciskają mu się szczęki. Pociemniało mu w oczach. Kiedy został poczęty Maciek, mieli po 22 lata i byli na trzecim roku studiów. Blanka nie pracowała w szpitalu, a co za tym idzie, nie miała dyżurów. Potem pracowała w poradni. Dyżury miała od niedawna. – Kto to jest ?!!!

– Skoro masz zdjęcie, to po co pytasz…

– Chcę usłyszeć to od ciebie – instynkt kazał mu nie dementować jej błędnych dedukcji.

– Witek… On nie ma dla mnie żadnego znaczenia. – Wydusiła z rezygnacją.

– Ordynator Zawadzki?!

– Masz przecież dowód. – Trzymała fason, ale przychodziło jej to z coraz większą trudnością.

– Mam. Tylko, że nie dotyczy Zawadzkiego! Dlatego dalej pytam, kto!?

– Nie wiem… może chodzi o tego salowego ze stomatologii… Teraz ci się zgadza?

– „Może?” „Teraz się zgadza?” Więc lista jest dłuższa? – Wstał i zaczął krążyć po pokoju. Otworzył puszkę Pandory 2 , tylko na jej dnie nic nie było. Epimeteusz 3 miał przynajmniej nadzieję!

– Nie masz żadnego dowodu, prawda? – Ona też wstała z krzesła. Była wkurzona, dała mu się podpuścić jak nastolatka. – Sprawdzasz mnie?!

– Zawsze ci ufałem. – Przestał patrzeć jej w oczy. Poczuł obrzydzenie. Oczekiwał, że dowie się o jakimś nieopatrznym, pojedynczym incydencie sprzed lat. A tu się okazało, że mógł zgłosić własne rogi do rekordów Guinnessa! – Miałaś zbyt mało seksu? Czemu nie powiedziałaś? Wydawało mi się, że my często… Nie wiem, każdy ma inne normy i potrzeby.

– Nie, nie o to chodzi...

– Rany Boskie!

– To nie ma znaczenia. – Chciała go objąć, ale się odsunął – Ty jesteś dla mnie najważniejszy…Jesteśmy rodziną, a to … To tylko…Tylko...

– Ostatnie pytanie – przerwał żonie, podając jej świstek papieru z oznaczeniem grupy krwi Maćka – które zamierzałem zadać ci przychodząc, tylko nieprecyzyjnie je sformułowałem. Kto jest biologicznym ojcem mojego syna?!

Wzięła od niego kartkę do ręki. Wpatrywała się w nią oniemiała.

– Kto to jest?! Od początku mnie zdradzałaś?!

– Ja… To nie tak… Przypomnij sobie. Byliśmy razem od roku, kiedy nagle zarzuciłeś mi zdradę, spakowałeś się i wyprowadziłeś! Wróciłeś do rodziców! Byłam pewna, że między nami koniec…

– Przypominasz sobie powód? Zastałem pod prysznicem Marka, który… Ech… Dajmy spokój szczegółom.

– No… Jednak w końcu zrozumiałeś, że nie miałeś racji. Wróciłeś i przeprosiłeś mnie za podejrzenia.

– Bo mi hormony mózg zalały! A ty przyjęłaś łaskawie przeprosiny, będąc w ciąży z kochankiem! Więc kto to był? Czy to Marek jest ojcem Maćka?

– On z całą pewnością nie… był wtedy z Marleną i bardzo uważał… Zależało mu na niej. Nie pamiętam… Co cię obchodzi, nie byliśmy wówczas razem… nie muszę ci się tłumaczyć! – Blanka podniosła głos. Po chwili zreflektowała się. – Przepraszam, ja … Naprawdę nie wiem. Nigdy się tego nie dowiemy…

Mówiła prawdę. Teraz miała bogate życie seksualne, ale do tego sprzed ćwierć wieku nawet się nie umywało. Jednorazowi nieznajomi partnerzy, z którymi łączyło ją tylko to jedno przewijali się w nim jak w kalejdoskopie. Traktowała ich przedmiotowo, bez zaangażowania uczuciowego, zaspokajając patologiczny głód. Kiedyś jeden z przygodnych partnerów, też lekarz, proponował jej pójście na terapię. Tylko po co miała leczyć coś, co sprawiało tyle przyjemności? System godzinowy pracy w szpitalu umożliwiał jej bezpieczne prowadzenie podwójnego życia w tajemnicy przed mężem. Wiedziała, że Jeremi nie zaakceptowałby faktu, że seks nie stanowi dla niej relacji wyłącznie intymnej. Do tej pory ten układ świetnie funkcjonował.

Odwróciła wzrok.

– Nie wiesz?! – Jeremiemu zakręciło się w głowie – Tak wielu ich było?!

– Chcesz Maćkowi o tym powiedzieć? –Wstrzymała oddech.

– Co?! Że jego matka puszcza się ze wszystkim, co się rusza?! A może nie stawiasz sobie takich ograniczeń? Masz na miejscu prosektorium!!!

– Przestań! Więc..?

– Nie! Nie powiem. On nie potrzebuje informacji, jak się prowadzisz. I, niezależnie od aspektu biologicznego, on JEST moim synem.

Zaczął się głośno śmiać. Gdzieś w zakamarkach mózgu miał świadomość, że to histeria. Jednak nie mógł jej opanować. Taki stan już raz mu się przydarzył, całe wieki temu. Kiedy zmarł jego ojciec, mama podała mu środek uspokajający. Na wszelki wypadek zaaplikowała podwójną dawkę. Do dziś pamiętał, jak stał wśród ubranych na czarno żałobników i zanosił się śmiechem. Rechotał i skręcał się w pół. Śniło mu się to potem przez parę lat, budził się przerażony. Teraz bodziec farmaceutyczny został zastąpiony przez szok. Świadomość próbowała go przerwać, ale podświadomość wygrywała. Skierował się do wyjścia z pokoju.

 

– Cudownie, że drzwi w szpitalu są takie szerokie – kolejny wybuch histerycznego śmiechu zgiął go w pasie. – Inaczej nie zmieściłbym się z takimi rogami !!!! Ha-ha-haaaaa…

Trzasnął drzwiami z taką siłą, że odbiły się od futryny i uderzyły go w głowę. Ból fizyczny nieco go otrzeźwił. Ruszył korytarzem. Czuł się jak pijany. Lekko się zataczał, miotało nim od ściany do ściany. Na ustach miał krzywy uśmiech. Koszula z jednej strony wysunęła się ze spodni. Potargane w furii włosy, nieco już przydługie, sterczały na wszystkie strony… Siniak na czole nabierał soczystego koloru… Pielęgniarki i pacjenci ustępowali na bok. Dotarł do wyjścia z oddziału. W tym momencie pojawił się w nim zadowolony z życia ordynator Zawadzki. Powiewały poły rozpiętego niebieskiego fartucha. Ciągnął się za nim korowód asystentów i studentów. Uśmiechnął się do męża Blanki, ale twarz błyskawicznie stężała mu na widok jego miny. Jeremi mijając go, wyprowadził mocny prawy sierpowy prosto w szczękę sukinsyna. Chrupnęła kość. Lekarz upadłby na podłogę, gdyby towarzysząca mu eskorta nie rzuciła się na pomoc. Jeremi poszedł dalej, nie oglądając się za siebie. Nie widział stojącej w drzwiach Blanki zakrywającej dłonią usta ani lekarzy biegnących ratować kochanka jego żony. Jednego z wielu… Miał to w dupie.

W domu oddał Maćkowi niepozorny świstek papieru, który poczynił kolosalne zniszczenia. Spakował się. Poinformował syna, że trochę (małe niedopowiedzenie) posprzeczał się z jego matką i uznali, że te wakacje spędzą osobno. A ponieważ ma od dziś urlop, wyjeżdża do Zakopca tam, gdzie zawsze. Zdezorientowany Maciek chciał wiedzieć więcej, ale Jeremi wykręcił się, że jest rozkojarzony kłótnią i zadzwoni. Potwierdził telefonicznie rezerwację pokoju. Wrzucił jak popadnie ciuchy do dwóch toreb podróżnych, resztę luzem do bagażnika. Podróż samochodem miała tę zaletę, że nie trzeba było ograniczać bagażu.

Maciek pomógł to nieco poukładać w bagażniku. Dorzucił mu swoją wodoodporną kurtkę i czapkę z daszkiem. Gorzką czekoladę na drogę. Był wyraźnie zaniepokojony. Jeremi przytulił go i uściskał, mocniej niż zazwyczaj. We wstecznym lusterku widział syna machającego mu na pożegnanie, dopóki nie zniknął za zakrętem.

Syn. Jego pierworodny syn! To było jak pocisk tkwiący w sercu. Wiarołomną żonę odsuwało na dalszy plan.

Poczuł mdłości.

Uciekając od własnego życia z prędkością jeszcze dozwoloną, ale już na jej granicy, przypomniał sobie krótki epizod z licealnej przeszłości.

Był lipiec. Jak teraz. Po sopockim deptaku kręciły się kolorowe Cyganki. Podzwaniając koralikami i błyszczącymi cekinami zaczepiały wczasowiczów. Z grupą kumpli siedzieli na plecakach, rozbawieni i roznoszeni młodzieńczą energią. Ktoś rzucił hasło i dla jaj pozwolili sobie powróżyć. Kościste, spalone słońcem palce Cyganki ujęły jego dłoń. Musiała mieć ze sto lat! Głębokie jak studnia czarne oczy okolone siecią zmarszczek prześwidrowały go na wylot. Strach spiął całe ciało, przebiegł go dreszcz! Kumple też wyraźnie stracili rezon. Zerknął na Janka. Jedynie obawa przed ośmieszeniem się powstrzymywała go przed ucieczką gdzie pieprz rośnie.

„ Piękna kobieta… – słuchał ochrypłego głosu – wokół niej wielu mężczyzn widzę. Otacza cię kłamstwo. Zdrada…Czekaj na miłość. Dwoje dzieci będziesz miał… Przyjaciel, oddany ci na całe życie… Jest blisko. Wasze losy plotą się ze sobą jak warkocz. Jego dziecko ku śmierci się zbliża, ty staniesz między nimi… I widzę też …”

Nagły błysk w jej oczach wystraszył Jeremiego. Nie bacząc na konsekwencje wyrwał dłoń, krzycząc, że już wystarczy. „Boisz się prawdy? Niepotrzebnie… Prawda cię wyzwoli i przyniesie szczęście” – wołała za nim, śmiejąc się bezzębnymi ustami.

Zapomniał o tych bzdetach aż do narodzin drugiego syna, Maksa. Tamtej nocy zobaczył we śnie czarne oczy Cyganki, obudził go śmiech i przypomniał sobie jej przepowiednię. Miał drugie dziecko, jak mu wywróżyła…

Pięć lat później córeczka Janka, Ola, rówieśniczka Maksa, omal nie wjechała na rowerku prosto pod ciężarówkę. Właśnie wysiadał z samochodu przed ich domem. Zdążył ją złapać. W uszach na zawsze pozostał mu pisk opon, zgrzyt gniecionych blach rowerka, który potoczył się dalej i krzyk nadbiegającego Janka. Wstrząsnął się na to wspomnienie.

Wtedy po raz drugi zobaczył czarne oczy Cyganki.

A teraz znowu mu o sobie przypomniała. Lecz… Na tę myśl odruchowo nacisnął hamulec. Jadący za nim opel ledwie zdążył zareagować. Jeremi mignął mu światłami, ale i tak kierowca popukał się po głowie…

Przy narodzinach Maćka nie pokazała mu się…

Nie wiedział, że ordynator wypluł dwa wybite zęby i został zabrany na salę operacyjną. Tam chirurg ustawił mu szczękę. Do izolatki, w której przebywał po zabiegu, przyszła Blanka. Wzięła końską dawkę diazepamu i była mocno znieczulona. Zamknęła za sobą drzwi.

– Wiesz, dlaczego Jeremi to zrobił? Kiwnij tylko głową. – Patrzyła bez współczucia na obandażowaną twarz szefa. Pokiwał potakująco głową.

– Chcesz to zgłosić na policję? Zaskarżyć Jeremiego? – zapytała, a on ponownie potwierdził.

– Jeżeli to zrobisz, wszyscy się dowiedzą, że się pieprzymy. Twoja żona pierwsza. – Wiedziała, że ten argument go przekona. Sam powinien na to wpaść, ale środki znieczulające przytępiły mu umysł. Uśmiechnęła się, widziała w jego rozszerzonych źrenicach zrozumienie, nie były potrzebne kolejne argumenty. – Powiesz żonusi, że facjatę rozwalił ci pacjent, którego matki nie udało ci się uratować albo wymyślisz coś równie wzruszającego. I że nie miałbyś serca mścić się na takim nieszczęśniku.

Zawadzki pokazał jej gestem notatnik na szafce. Podała mu, a on napisał:

– „Zawsze byłaś przekonująca. Coś mi się za to należy.”

– Biedaku, oczywiście. Kiedy tylko przestanie cię boleć.

– „Wyłącznie twarz mam uszkodzoną. Reszta funkcjonuje bez zarzutu” – odpisał.

– Ty jesteś szefem. Cała przyjemność po mojej stronie. – Blanka nie była zdziwiona, niektórzy faceci nawet w stanie śmierci klinicznej mają ochotę na seks! Rozpięła fartuch i wolno zdjęła bieliznę. Szpilki zostały na stopach, bez nich czułaby się naga. Ratowała męża przed sprawą karną, ale bez przymusu.

Jeremi odstawił trzeci pusty kufel. Na zewnątrz zrobiło się ciemno. Deszcz przestał padać. Tabuny turystów wyległy na Krupówki. Światła latarń i witryn sklepowych odbijały się w kałużach i mokrej jezdni. Uregulował rachunek i ruszył Krupówkami w dół. Po dojechaniu na miejsce Jeremi nie używał samochodu. Korzystał wyłącznie z własnych nóg i busów. W delikatesach kupił butelkę whisky. Wahał się pomiędzy Aberlour Cash Annamh, a Auchroisk. Aberlour dojrzewała w unikatowych beczkach, od których pochodziła jej nazwa, dębowych po sherry Oloroso. Miała zawartość alkoholu 48 proc. Auchroisk z kolei miała moc 59,9 proc. i wyprodukowano ją w ilości zaledwie 294 butelek.

W końcu wyszedł ze sklepu z Aberlour. Moc Auchroisk mogła przerosnąć jego możliwości.

Zdążył jeszcze zrobić zakupy zanim podjechał bus. Od przystanku przy Krzeptówkach, miał trzysta metrów do numeru 202.

W ogólnodostępnej kuchni dla wczasowiczów schował do lodówki zakupy. Przyniósł z samochodu resztę nie wypakowanych od przyjazdu rzeczy.

Czteroosobowy pokój, do którego zazwyczaj przyjeżdżali z Blanką i dziećmi, a kiedy chłopcy podrośli, już tylko we dwoje, mieścił się na drugim piętrze. To miejsce akurat nie było przemyślanym ruchem. Uciekł, żeby zapomnieć. Tymczasem tu z każdego kąta wspomnienia rechotały i wyciągały macki. Ale nie miał ani czasu, ani energii na wyszukiwanie innego lokum.

Klin klinem!

Bardziej ekstremalnie być nie mogło. Ogarnął go pusty śmiech i odbiło mu się piwem.

Nie zdejmując ubrania wyciągnął się na łóżku. Nie chciało mu się nawet zapalać światła. Srebrzysta poświata księżyca dawała go wystarczająco dużo i nie raziła w oczy. Cienie drzew smaganych wiatrem wykonywały na ścianach szaleńczy taniec. Za oknem rysowała się linia gór…

Sięgnął do plecaka po butelkę.

Zanim ją otworzył, zadzwonił telefon. Blanka.

Odebrał po chwili wahania. Najpierw spróbowała sposobu na litość. To on ją wtedy opuścił. Kiedy ta metoda okazała się nieskuteczna, powołała się na wspólnie przeżyte lata… Potem na dzieci, co było w tej sytuacji kuriozalne. Pomimo wypełniającej go wściekłości musiał się roześmiać. To ją rozzłościło. Zaczęła krzyczeć. Na koniec rozpłakała się i wrzasnęła, że przez jeden głupi świstek Jeremi chce zniszczyć rodzinę. Sprostował, że chodzi o znaczenie tekstu, a nie nośnik, na którym został napisany.

Przerwała połączenie.

Nie spodziewał się kolejnych telefonów.

Przystąpił do zapominania.

Lekarstwo było naprawdę wyborne!

Nie dał jednak rady wlać w siebie całego zero siedem litra. Kiedy poziom trunku zmniejszył się o połowę, dotarł do granic swoich możliwości. Oszczędzając ilość wykonywanych ruchów, zmienił pozycję z siedzącej na leżącą i błyskawicznie zasnął. Jego cień na ścianie wyglądał jak rycerz, którego za oknem tworzył masyw górski.