Motyw

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Motyw
Motyw
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Motyw
Audio
Motyw
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata Wachowicz

Motyw

Saga

Motyw

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Małgorzata Wachowicz i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728014349

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Łódź, 20.04.2020 r. – 06.08.2020 r.

28 sierpnia, poniedziałek

– Magdo, wepnij te oświadczenia do akt. – Mecenas Piotr Potoczny podał koperty swojej sekretarce. – Moja żona powinna lada moment przyjechać z dokumentami. Mają w szpitalu problem prawny.

– Coś poważnego? – Wyjęła z kopert kartki. Nacięła dziurkaczem i podeszła do półki po segregator.

– Dowiemy się, to świeża sprawa. Mam nadzieję, że nie.

Patrzył z przyjemnością na Magdę Cudny. Była w wieku przedemerytalnym. Siwe włosy miała gładko spięte w kok przebity ozdobną spinką. Szary kostium i biała bluzka opinały zgrabną figurę. Nie znała słowa „nie” ani „nie wiem”. W każdym razie, nigdy ich w jej ustach nie słyszał. W kancelarii „Potoczny & Potoczny”, którą Piotr przejął po swoim ojcu, pracowała od lat. Po śmierci seniora powinien zmienić nazwę, ale jego syn Marek rozpoczął studia na wydziale prawa i Piotr liczył, że dołączy do niego po dyplomie i znów w firmie będzie dwóch Potocznych. Magda bez trudu znalazła segregator i uzupełniony wstawiła na miejsce.

– Co ja bym bez ciebie zrobił? – Oparł dłonie na biurku.

– Lesio też tak mówi. Od 40 lat odkąd się pobraliśmy nie musi pamiętać, gdzie co leży w domu. A ja odpowiadam mu to, co i teraz powiem tobie: bez problemu byście sobie poradzili. – Poklepała go po dłoni. – A twoja żona już przyszła. Wysłałam ją na kawę. Rozmawiałeś przez telefon, nie chciałam ci przeszkadzać.

– Dziękuję, to była trudna rozmowa. A jeszcze… Zaraz… Ach! Dziś , zdaje się, ma przyjść nasza nowa aplikantka, prawda?

– Owszem. Sam widzisz, że masz wszystko pod kontrolą. Ona też już jest na miejscu. Jadzia poznaje ją z zespołem.

– Pójdę do Marii. Może przynieść ci kawę?

– To chyba moja działka? – Magda wstała.

– Nie, siedź. To mnie uspokaja. Szum, zapach, buchająca para, aksamitna krema. To reflektujesz?

– Na razie dziękuję, nie. Czy to się nazywa uzależnienie?

– Mmmm…. Pamiętaj o księgach wieczystych na jutrzejszą rozprawę.

W drodze do aneksu kuchennego zaszedł do toalety. Świeżo odremontowana, ściany z szarej błyszczącej glazury, białe posadzki i biały montaż. Żadnych ozdób, listew, wstawek. Piękno to prostota i ascetyzm. W życiu też kierował się tą zasadą.

Minął się z jednym z trzech adwokatów, których zatrudniała kancelaria. Andrzej Rakoczy. Czarnowłosy i czarnobrewy, przypominał mu jego samego sprzed, prawie dziesięciu, lat. Cóż, za miesiąc będzie obchodził czterdzieste szóste urodziny. Myjąc ręce, spojrzał w lustro. W osnowę ciemnych, krótko przystrzyżonych włosów wplotły się wątki siwizny. Włosy jaśniały, za to brwi, wręcz przeciwnie, pociemniały i jeszcze bardziej zgęstniały. Bladoniebieska koszula, szara marynarka i krawat były codziennym strojem roboczym. Wysuszył dłonie papierowym ręcznikiem. Nie zamontował suszarki elektrycznej. Uważał, że to siedlisko bakterii jelitowych i wirusów. Przenoszonych na ręce i wdychanych.

Poprawił węzeł krawata. Krótka przerwa na kawę, potem batalia z firmą farmaceutyczną. Aneks kuchenny znajdujący się na końcu korytarza oddzielała jedynie szyba. Z daleka już zobaczył Marię. Stała tyłem. Jej włosy w kolorze rubensowskim, równo przycięte na linii ramion, błyszczały z daleka. Kostium w kolorze zieleni Veroneza musiała kupić niedawno, jeszcze go nie widział. Zaskoczył go odważny kolor. Do tej pory jedynym mocnym, a nawet eye-catcher akcentem jej image’u były rubensowskie włosy. One też wydały mu się w innym odcieniu niż zazwyczaj, bardziej miedzianym…

Cóż, podobno faceci są analfabetami w dziedzinie kolorów.

Ale nie ulegało wątpliwości, że dziś wszystko wydawało mu się inne, niż zazwyczaj.

Nawet Maria!

Od jakiegoś czasu się mijali. Praca, praca, praca… Zapomniał, jaka jest zgrabna. Podszedł i objął ją od tyłu, wtulając usta w jej włosy. Pachniały jaśminem i pomarańczą. Były gładkie i puszyste. Dawno tego nie robił. Oddalili się od siebie. Poczuł nieodpartą potrzebę bliskości.

– Jak ci się podoba… – przerwał w pół słowa. Kobieta odwróciła się zaskoczona, ale on był nie mniej.

To nie była Maria!

– Sama nie wiem…? – Nie odrywała od niego oczu. Były tak blisko jego, że widział rysunek na jej tęczówkach.

Zapatrzył się. Dopiero po chwili się zorientował, że w dalszym ciągu obejmuje ją ramieniem. Gwałtownie odsunął się.

– Bardzo przepraszam. Byłem pewien, że to moja żona. A pani, to...?

– Ewa Biały. Jestem aplikantką, sekretarka … Czekam na pana Potocznego.

– Jestem Piotr Potoczny. Witam w firmie. Widzę, że poradziła pani sobie z Nivoną. Cukier tutaj…

– Nie, dziękuję.

– Śmietanka w lodówce.

– Tak, proszę.

– Chodźmy do mojego gabinetu. Jeszcze raz przepraszam za to powitanie. Obiecuję, że się nie powtórzy.

Dziewczyna nie uśmiechnęła się. W gabinecie przedstawił jej zakres obowiązków. Wstępnie omówił sprawę, od której miała zacząć praktykę pod kierunkiem jednego z adwokatów. Wyznaczył jej na początek Andrzeja Rakoczego.

Mechanicznie przekazując informacje, uważnie jej się przyglądał. Miała mnóstwo wdzięku… I musiał przyznać, że była śliczna. Twarz dziewczyny o klasycznych, delikatnych rysach zdobił dołeczek w lewym policzku. Ładnie wykrojone usta były nieumalowane. Szare oczy w ciemnej oprawie wywiniętych rzęs. Miedziane włosy z niesymetrycznym przedziałkiem z jednej strony zaczesane były za ucho. Teraz wyraźnie było widać, że różniły się kolorem od rubensowskich włosów Marii. Marynarka kostiumu miała stójkę zapiętą pod samą brodę. Nie było w niej żadnej kokieterii. Ale był naturalny wdzięk.

– Dlaczego wybrała pani naszą kancelarię? – zadał standardowe pytanie oczekując standardowej odpowiedzi „jesteście najlepsi”.

– Chłopak mojej przyjaciółki zna tu… kogoś. Powiedział, że szukacie aplikanta. Ja… chciałabym gdzieś popracować dłużej, dotychczas często zmieniałam miejsce zatrudnienia.

– Dlaczego?

– Dlaczego szukam stałego miejsca, czy dlaczego często je zmieniałam?

– Jest pani precyzyjna. Bezcenna cecha w naszym zawodzie. Pytałem, co zmuszało panią do zmiany pracy.

– Różnie. Znajdzie pan w CV sześć kancelarii, w których byłam zatrudniona. Ta ostatnia na przykład, zmieniła lokalizację i musiałabym bardzo daleko dojeżdżać.

– Widzę, że za każdym razem to pani odchodziła. Co nie podobało się pani u Rydzowskiego i Wilsztajna?

– Tam… – Poprawiła się na krześle, jakby było niewygodne – Nie zgodziłam się na zakres obowiązków, jakich oczekiwał szef.

– A konkretnie? Czego aż tak nie lubi pani robić? Wolałbym to wiedzieć, skoro mamy wspólnie pracować.

– Tak. To byłoby wskazane… – Splotła dłonie a potem skupiła spojrzenie za oknem. – Jestem prawnikiem. Pracuję umysłowo a nie fizycznie.

– Nie rozumiem? Kazali pani sprzątać?

– Raczej chodzi o inne usługi… Rzeczywiście dobrze będzie to ustalić przed podpisaniem umowy!

– Nie wierzę. Mówi pani o molestowaniu?

– Tak to się nazywa.

– Ależ to podpada pod kodeks karny!

– Jak pan by postrzegał oskarżenie przez nikomu nie znaną młodą aplikantkę znanego i poważanego w środowisku prawnika?! Mającego wszędzie układy? Nie chcę rozwijać tego tematu!

– Jednak… To pani decyzja. Tu nic takiego pani nie spotka… Chociaż… – potarł w roztargnieniu nasadę nosa – Jeszcze raz przepraszam za moją pomyłkę.

– Zapomnijmy o tym.

Skończył rozmowę i odesłał ją do Magdy. Wstał, czekając, aż ona wyjdzie. Kiedy zamknęły się za nią drzwi oparł stopy na biurku.

Zawiesił wzrok za oknem. Myśli poszybowały w nieznane rejony odseparowane od paragrafów, artykułów i dzienników ustaw. Czyżby Darek Żwirko miał rację sugerując, że lepiej przyjąć do zespołu mężczyznę a nie kobietę? Powiało inną energią. Poczuł tęsknotę do czegoś nieokreślonego. Pięknego. Ważnego. Co dawno zgubił. I zapomniał.

– Widzę, że odpoczywasz. – Wejście Marii błyskawicznie sprowadziło jego głowę z obłoków na ziemię. Wypełniające go przez chwilę ciepło uleciało, a światło zgasło. Wrócił chłód codzienności. Zimny wychów był wskazany dla zdrowia fizycznego. Będzie żył 100 lat.

– To ta nowa aplikantka? Nie lepiej było przyjąć mężczyznę?

– Tak zdecydowaliśmy. Ma dobre referencje.

– Przejrzyj te dokumenty. Mąż pacjentki chce skarżyć o narażenie życia żony. Szykuje pozew. Na razie dostaliśmy to pismo.

– Pozew?! – Wziął do ręki przyniesione przez nią papiery. – Mówiłaś, że to drobny kłopot… Czy mają podstawy do roszczeń?

– Sam zobacz, ty jesteś prawnikiem! – Rozzłoszczona odjechała na fotelu – Ja nie pytam nikogo, czy mam zrobić cesarkę i gdzie ciąć!

– Pozwól, zapoznam się z treścią… – Skupił się na czytaniu.

Maria Potoczny była ginekologiem. Pracowała w szpitalu, a dodatkowo przyjmowała w prywatnej poradni.

 

– Mario, pytam, czy te zarzuty są podstawne?

– Anestezjolog nie dopilnował parametrów życiowych podczas operacji. Spadła znacząco saturacja krwi tlenem. Doszło do zagrożenia życia, ale chirurg w porę się zorientował. Sytuacja została opanowana. Pacjentka wyszła już do domu.

– W jakim stanie?

– Bez uszczerbku zdrowia. Dziecko również.

– Dlaczego tak się stało?

– Zajął się iphonem i przestał kontrolować sytuację.

– To było coś związanego z zabiegiem?

– Podobno… Policja sprawdzała, że wszedł na strony randkowe.

– Słucham?! – Piotr poderwał się i podszedł do okna. Wrócił z powrotem i jeszcze raz przeczytał pismo. – Rany boskie! Zdajesz sobie sprawę…

– Ludzie są tylko ludźmi. – Chłodno spojrzała na męża, poprawiając włosy. – Nie z takimi historiami miałam do czynienia. Nie ma się co emocjonować, trzeba załatwić sprawę.

Zwróciła twarz do okna, czekając aż Piotr zapozna się z pismami. Przyglądał się jej w zamyśleniu. Klasyczne rysy. Perfekcyjny makijaż. W chłodnych piwnych oczach odbijały się płynące po niebie obłoki. Zafiksowana w swoim świecie. Gdyby żywiołowość i poczucie humoru można było kupić w sklepie z kosmetykami, przydałoby się jej kilka muśnięć takim preparatem.

Zawsze była poważna i skupiona. Kiedy ją poznał przed prawie ćwierć wiekiem, to mu się właśnie w niej spodobało. Była inna. Na tle rozkrzyczanych, hałaśliwych równolatek jej chłód i opanowanie sprawiały wrażenie elegancji. Małomówność i wycofanie emocjonalne odbierał jako przejaw wrażliwości. Jakiż był młody i naiwny! Podatny na pozory. Klasyczne rysy i świetna figura zasłoniły braki. Wydawało mu się, że złapał szczęście za rogi. Był też dodatkowy bodziec. Kompletnie infantylny! Jego starzy natychmiast rozszyfrowali, z kim mają do czynienia. Nie lubili Marii. Tłumaczyli, że nie będzie z nią szczęśliwy. I popełnili błąd, próbując mu ją wyperswadować. Gdybyż zostawili go w spokoju! Szybko sam by to zrozumiał.

A tak cała energia poszła w udowodnienie rodzicom, że postawi na swoim.

I postawił…

Z czasem zrozumiał, że elegancja i chłód w zachowaniu były jedynie brakiem empatii. Małomówność wynikała z wąskiego zakresu spraw, jakie ją interesowały. Maska opanowania kryła brak poczucia humoru. Po fali pierwszych uniesień zaczęło mu tego wszystkiego brakować. Luzu. Spontaniczności.

Tych cech była pozbawiona. Jej obojętność czasami wprawiała go w zdumienie. Ale…

Kontakty towarzyskie i intelektualne konwersacje miał w nadmiarze w pracy. A ta zajmowała im obojgu większą część życia. Które toczyło się spokojnie. Bez zgrzytów. Ale też i bez fajerwerków. Uniesień…

Uniesień..?!

Co też mu pęta się po głowie z dwudziestoletnim stażem małżeńskim!

Ależ zboczył z tematu.

Skupił się na piśmie.

Po przeczytaniu wezwał Andrzeja Rakoczego.

*

Ewa wyszła z kancelarii. Była siedemnasta. Zatrzymała się przy krawężniku i zamyśliła. Pierwszy dzień pracy miała za sobą. Co najważniejsze, rozmowę z szefem.

Chłopak Ewy, Robert, z którym spotykała się od pół roku, próbował wybić jej tę pracę z głowy. Tę i jakąkolwiek inną. Uważał, że powinni się pobrać i… Nie, nie… nie mieć dużo dzieci. I korzystać z życia, zaczynając od podróży poślubnej na Bahamy. Cóż, to naprawdę brzmiało zachęcająco! Sama nie rozumiała, czemu jeszcze się nie pakuje.

Bo nie miała tego w najbliższych planach. Ani dalszych. Ojciec Roberta prowadził sporą firmę budowlaną. Przyzwyczaił syna do życia na wysokiej stopie materialnej. Robert skończył budownictwo na Politechnice i był zatrudniony w firmie ojca. Czasem dorywczo coś tam robił, ale generalnie zajmował się wydawaniem kasy Rosickiego seniora. Rodzice Roberta bardzo lubili Ewę i mieli nadzieję, że zostanie ich synową.

Ojciec Ewy natomiast Roberta nie tolerował. Ewę denerwowało, kiedy starzy wtrącali się w jej życie prywatne. Ich krytykę traktowała jako brak szacunku dla jej wyborów! Dlatego, pomimo iż widziała wady Roberta, zerwaniem z nim potwierdziłaby, że oni mieli rację a ona się pomyliła.

Znowu!

Ewa poznała go w jednej z poprzednich kancelarii, w których pracowała. Niecałe pół roku wcześniej. Na budowie Rosickiego seniora doszło do wypadku. Ona była pełnomocnikiem w sprawie.

Poczuła dłoń na ramieniu. Po raz drugi tego dnia.

Odwróciła się i … tym razem to nie był on.

To tylko Robert.

Falujące blond włosy spadały na czoło, koszulę w kolorowe hawajskie kwiaty miał rozpiętą do pasa. Pocałował ją na powitanie.

W tym momencie w drzwiach pojawił się Piotr Potoczny. Zamarł na moment, po czym energicznie skierował się w stronę swojego samochodu. Ewa śledziła go wzrokiem. Zatrzymał się przy czarnej vitarze i ponownie spojrzał w jej stronę. Wsiadł i ostro ruszył. Opony zapiszczały na asfalcie.

– Co to za facet? – Robert zmarszczył brwi.

– Mój nowy szef. – Uśmiechnęła się. – Podoba ci się?

– Ważniejsze, czy tobie się podoba!

– Czy ty jesteś zazdrosny?

– A powinienem?!

– Zaraz… chwileczkę, Robert. Chyba się zagalopowałeś. Zacznijmy od początku. Co tu robisz?

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – Ścisnął jej ramię.

– On jest żonaty. A to mnie boli.

– Przepraszam. Pojedziemy na obiad? – Podszedł do swojego lexusa. Przechodzące dziewczyny obejrzały się za Robertem. Posłały mu szerokie uśmiechy, poprawiając włosy. Często wywoływał taką reakcję.

– Wskakuj! – Wsiadł do samochodu.

Drobne gesty. Cegły tworzące fundament. Złej jakości mogły doprowadzić do katastrofy… Ależ budowlane skojarzenie jej się wyprodukowało. Odpowiednie do profesji jej chłopaka.

Otworzyła sobie sama drzwi i wsiadła.

– Masz jakieś preferencje? – zapytał, wrzucając bieg.

– Wszystko jedno. Jestem głodna. Potem wracam do domu popracować.

– Wydawało mi się, że właśnie skończyłaś pracę!

– Muszę przejrzeć kodeks karny i trochę się douczyć.

*

Maria wróciła z kliniki po dziewiętnastej. Miała tego dnia nalot prywatnych pacjentek. Jedna wizyta 250 złotych. Dodatkowo kilka usg, osobno płatnych. Trzy biocenozy… Dwie pacjentki rozliczyły się za poród. Tę opłatę przyjmowała zawsze z góry. Przed wyjściem z poradni podsumowała całość. Wynik był wielce zadowalający. Przeliczyła dwukrotnie. Po to pracowała!

Po drodze zrobiła podstawowe zakupy. Obiad jadła w klinice. Piotr też wyskakiwał na coś szybkiego w czasie pracy. Marek jadał na uczelni albo z kumplami w mieście. Był głównie pizzożerny. Teraz wyjechał w Bieszczady ze znajomymi. Planował wrócić pod koniec września. W październiku rozpoczynał pierwszy rok studiów.

Zaburczało jej w brzuchu.

Kiedyś jadali wspólnie kolacje na ciepło razem z rodzicami Piotra, z którymi mieszkali. Na ogół przygotowywała je teściowa. Po śmierci męża przeniosła się do swojej siostry do Kielc. Rzadko ich odwiedzała. Piotr jeździł do niej razem z Markiem. Maria nie przepadała za teściową i ich niechęć była wzajemna. Jej wyprowadzkę przyjęła z ulgą. Tak więc osób przy stole ubyło. Marek towarzyszył im do matury, a potem wpadł w wir życia towarzyskiego i nauki. Wiedza wchodziła łatwiej do głowy w grupie i poza domem.

Kolacje stały się dwuosobowe. Czasami zapraszali sąsiadów z prawej strony, Kamilę i Staśka Sękaczów.

Maria nie miała talentu ani chęci do gotowania. Te dwie cechy zresztą na ogół występowały wspólnie. Praca zajmowała jej gros czasu, pochłaniając całą uwagę i energię. Stać ich byłoby na to, żeby na stałe zatrudnić kucharkę. Ale oboje nie lubili obcych osób kręcących się po domu. Tu był ich azyl. Tylko przy sprzątaniu Maria posiłkowała się pomocą. Dom był bardzo duży, ogarnięcie go wymagało sporego wysiłku.

Piotr wyszedł z gabinetu. Pomógł jej rozpakować zakupy.

– Przejrzałem dokumenty. Ewidentnie wina jest po stronie anestezjologa a nie szpitala. A… jak on się nazywa…? – otworzył lodówkę i układał produkty na półce.

– Jacek Maciąg.

– Powinien podziękować chirurgowi, uratował mu tyłek. Gdyby nie on, doszłoby do tragedii. Zrobisz dziś kolację? Czy mam coś przygotować?

– Tak. Niespodzianka. – Udało jej się kupić gotowe knedle ze śliwkami. Prawdziwe, w składzie tylko ziemniaki, jajka, mąka, śliwki i sól. Wstawiła wodę w garnku. – Usiądź, za dziesięć minut podam. Co nowego w pracy?

– Mamy nową aplikantkę, widziałaś zresztą. Andrzej Rakoczy i Sylwek Chojecki są za, Darek Żwirko przyzwyczaił się do męskiego zespołu. Magda oczywiście zadowolona, bo Jadzia często jest na zwolnieniu.

– Oni są młodzi, Darek dobija sześćdziesiątki, zna życie lepiej. Jak ona ci się podoba? – Maria wbiła w męża uważne spojrzenie.

– Sprawdzi się w praktyce. – Nie zamierzał kontynuować tematu. – Do czego zasmażasz bułeczkę? Będzie kalafior z jajkiem?

– Nie. – Postawiła przed nim knedle. – Co ty na to?

– O...o… mmm – Zabrał się do jedzenia – Pychota. Dawno nie jadłem. Matka robi świetne knedle…

– Te są nie gorsze. – Ucięła krótko.

– Czy musisz poświęcać pracy tyle godzin? Zarabiamy wystarczająco dużo, żebyś mogła zwolnić tempo.

– Lubię zarabiać pieniądze…

– Jesteś świetnym fachowcem. Żeby być w czymś dobrym, trzeba to lubić.

– Odwróciłabym to. Trzeba być fachowcem, żeby mieć pacjentów. A każdy pacjent przelicza się na złotówki. Lubię zarabiać. Jedni grają na giełdzie, inni w kasynie, mnie pieniądze przynosi ten zawód. Ani lepsza, ani gorsza metoda od innych. Chcesz dokładkę?

– Poproszę. – Podsunął jej pusty talerz przetrawiając jej słowa. No właśnie. Nie zawsze spotykali się na jednej płaszczyźnie odbierania świata. – A co z satysfakcją z dobrze wypełnionego obowiązku? Ratujesz życie.

– Nie jestem Bogiem. Ratuję, jeśli jest to możliwe. Satysfakcję mam na koncie.

– Hm… Inaczej to widzę. – Piotr przekroił knedel. Sok wytrysnął do góry. – Ale cóż, nie jestem lekarzem. Magda przyniosła doskonały dowcip.

– Tak?

– Syn adwokata, świeżo upieczony adwokat, wybiega dumny z sali rozpraw : „Tato, jestem genialny! Zakończyłem sprawę, z którą ty się barowałeś przez dziesięć lat!”. Jego ojciec łapie się za głowę: „Ty bezmózgowcu! Z tej sprawy kupiłem samochód, działkę i zbudowałem dom. A ty ją zakończyłeś po pierwszej rozprawie!” – Piotr czekał na reakcję żony.

– No, to faktycznie chłopak niedoświadczony! Musisz uczulić na to Marka. On też taki naiwny życiowo jest. Opowiedz teraz ten dowcip. – Nalała sobie herbatę z czajniczka.

– Właśnie to zrobiłem. – Skrzywił się – Może to istotnie było mało zabawne… Po dokładniejszym przemyśleniu… Włączyć ci telewizor, zanim wyjdę?

– Tak… proszę.

– Jakiś film z Malkovichem się zaczął – Piotr wyregulował pilotem głos.

– Niepodobny do siebie – Maria przysunęła sobie fotel bliżej telewizora.

– Ma dużą łatwość zmieniania image’u. Gdyby Malkovich wyglądał jak Malkovich, pomyślałbym, że to nie on – zażartował Piotr. Nie doczekawszy się reakcji żony, ruszył do drzwi – Nie przekładaj mi tych dokumentów na stole, jeśli możesz. Posegregowałem je i sprzątnę jak wrócę.

– Dobrze. – Zerknęła na plik kartek A-4 przyciśniętych szklaną kulą wielkości dużej pomarańczy, która pamiętała czasy sprzed ponad stu lat. Powstała w dawno już nieistniejącej hucie, należącej niegdyś do pradziadka Piotra. Wewnątrz niej zatopiony był odlany z czarnego szkła ptak. Elegancki gadżet był nie tylko dekoracyjny ale i przydatny.

Maria przeniosła wzrok na telewizor i zmieniła kanał. Piotr, wychodząc, zdążył jeszcze usłyszeć „To automatyczne Magnum 44. Ma 300 granowe naboje i właściwie użyte, usuwa odciski palców”.

Jak co wieczór, zszedł do garażu. Reset stresów dnia i zmiana rodzaju bodźców. Uzupełnienie emocji. Brał takie, jakie były dostępne.

Motocykl Yamaha YZF R6 Supersport o mocy 120 KM z 6-stopniową skrzynią biegów zasłużył na określenie „poskromienie złośnicy”. Potrafił brutalnie przyspieszyć i nie był sprzętem dla początkujących. Zwinny i narowisty, miał skłonność do stawania na tylne koło. Mimo iż mało zwrotny, gładko wchodził w zakręty.

Przebrał się i założył kask. Buławną dojechał do Bema, po prawej stronie miał park. Pnie drzew uciekały coraz szybciej. Na Przyklasztornej zwolnił. Odrobił to na szosie do ronda w Strykowie. Na autostradzie popuścił cugle stalowemu koniowi. Wiatr miał z tyłu. Wstęgę asfaltu przed sobą. Przekręcił manetkę.

*

Komisarz Adam Dziki schował teczki z dokumentami do szuflady. Prokurator Jerzy Jasień, który odwiedził go przy okazji wizyty na komendzie przeglądał wykaz nowych zgłoszeń.

 

– Niepokojąco zwiększyła się ilość napadów i gwałtów. – Przekartkował dokumenty – Zabójstwo na Złotnie. Cios w głowę, obrażenia czaszkowe. Ofiara miała 1,5 promila alkoholu we krwi. Grupa Mefisto prowadzi sprawę.

– Grupa Mefisto? Komu taką ksywkę zawdzięczamy? Dobre! – Dziki roześmiał się.

– Tak. Biały kończy włamania Talarkiewicza i Zygi. Dawno nie mieliśmy tylu dowodów w jednej sprawie.

– Ale ten ich paser, Zielarz, wciąż pozostaje nienamierzony. Faktycznie nic o nim nie wiedzą? Porozumiewali się przy pomocy gołębi pocztowych?

– Połączenia są poprzez sieć intranetu… Wyłącznie on dzwonił do nich. Ale przyjdzie kryska na Matyska, widać potrzeba więcej czasu. Wiesz, co mnie bardziej gryzie?

– Pistolet? – Jasień sięgnął po kolejne kruche ciasteczko do metalowej puszki wypełnionej nimi po brzeg. – Od kiedy takie smakołyki masz na biurku?

– Iga upiekła. – Dziki uśmiechnął się od ucha do ucha. Ostatnio zdarzało mu się to nagminnie – Częstuj się.

– Iga… – Jasień pokiwał głową. – Takiemu to dobrze. Może na Zielarza jeszcze nie, ale na kogoś przyszła wreszcie kryska, co?

– Może…

– I najwyższy był czas! Wszystkie chłopaki się cieszą. Będziesz mniej agresywny. – Jasień uchylił się przed zamachem Dzikiego.

– A jak tam twoje… nietrafione strzały? – Dziki przypomniał sobie smętne wynurzenia kolegi: „trzeba wiedzieć, komu się wkłada”.

– Dobre określenie – Jasień spochmurniał. Wpakował trzy ciasteczka na raz do ust. – Chociaż, niestety! Były trafione… Nadejszła wiekopomna chwila i będę musiał wykazać się w nowej roli… Nie dorosłem jeszcze do niej, mam dopiero 49 lat… No kurwa, nie jestem gotowy!

– Nowej roli? Twoja… – Dziki zastanowił się, jakiego użyć określenia, bo do małżeństwa Jurek też jeszcze nie dojrzał. – … obecna kobieta jest w ciąży? Zostaniesz wreszcie ojcem, leniu?

– Tylko połowa się zgadza. Ja jestem ojcem. To znaczy, będę za 2 miesiące… Mało życia mi pozostało! – Złapał się za głowę – Rany Boskie! To nie z Elwirą, znaczy, moją chwilową dziewczyną, jesteśmy w ciąży. Jestem w czarnej dupie podwójnie. – Splótł dłonie na czubku głowy i wbił wzrok w jakiś daleki punkt widoczny za oknem.

– No, to – Dziki był w lekkim szoku – faktycznie… cholera! Co Elwira na to?

– Jeszcze nie wie. Na razie…

– Co? Dlaczego?

– Jakoś niezręcznie mi to było powiedzieć… A ty co byś zrobił na moim miejscu?

– Stary! Przez siedem miesięcy niezręcznie ci było… – Dziki zagryzł usta, ale nie udało mu się powstrzymać wybuchu śmiechu. Zwinął się w pół – Ha-ha-haa… Przepraszam za brak współczucia, ha-ha… Kto to właściwie jest?

– Nie przez siedem, z Elwirą jestem od tygodnia… To jak na mnie, i tak za długo – Jasień wyjął z pietyzmem malutką fotografię i podsunął Dzikiemu. – A z nią jesteśmy w ciąży.

– Ona chociaż pełnoletnia jest? – Adam obejrzał fotkę i rzucił koledze zaskoczone spojrzenie. Jerzy był doskonałym fachowcem, Dziki szanował jego profesjonalizm. Ale życiowej dojrzałości wyraźnie mu brakowało.

– Oczywiście! Ma dwadzieścia lat! Jest problem…

– Zauważyłem, od jakiegoś czasu o nim rozmawiamy.

– A, nie… Tamto, to pestka. Gorzej, że to, no wiesz…

– Nie wiem!

– To córka komendanta – wydukał niepewnie Jasień.

Dziki zakrztusił się. Jasień poderwał się i uderzył go w plecy, żeby złapał oddech.

– Tak się zdarzyło…

– Czekaj… – Dziki oparł dłonie na kolanach i wciągnął haust powierza. – A co dziadek na to? Cieszy się z wnuczka?

– Okaże się, jak się dowie… Ona jest w akademiku w Warszawie… przejdźmy na twardszy grunt, na tym przydałyby się łyżwy.

– Stary… nie wiem, co powiedzieć!

– Wróćmy do pistoletu. Praca mnie uspokaja. Gwałty, zabójstwa, zwyrodnialcy, dilerzy, mafia… to znajomy teren, od razu spada mi adrenalina. Więc, co z tą pukawką? P-64 CZAK rozpłynął się w powietrzu?!

Miesiąc wcześniej Dziki zakończył śledztwo w sprawie wielokrotnego zabójcy, kryjącego twarz pod maską Mefisto. Jednak do tej pory, mimo usilnych poszukiwań, nie znaleziono broni, użytej jako jedno z narzędzi zbrodni.

– Sprawdziliśmy wszędzie.

– To jest zagwozdka… – westchnął Jasień.

– Tak samo sierżant Kasprzykowski określił zaginięcie sierżanta Lockiego.

– Skoro tamto rozwiązałeś, to i z tym dasz radę. Dobry jesteś! I masz intuicję. Mam też pewność, że przeszukałeś nawet mysie dziury!

– Tak. Tak, kurwa, tak! Wszystko przeczesaliśmy, igła by się nie ukryła! Ale nikt mnie nie przekona, że nie miał klamki przy sobie!

– Też bym się do tego przychylał. Ale… i bez CZAK-a sprawa jest zakończona.

– Dopóki się nie znajdzie, nie do końca.

– Będę leciał! – stojąc już w drzwiach, Jasień rzucił Adamowi na pożegnanie – Widziałeś tę nową z prewencji?

Schodząc po schodach jeszcze piętro niżej słyszał głośny śmiech Dzikiego.