Filipek i dojrzewanieTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zdradzają nas stopy


Z wiedzą o dojrzewaniu zetknąłem się po raz pierwszy w piaskownicy. Dosłownie. I nie było to przyjemne. Wiedziałem, że dojrzewanie jest szokujące dla rodziców, którzy za nic nie mogą uwierzyć, że ich dziecko wkrótce zacznie się golić i zażąda kluczyków do samochodu, nie przypuszczałem jednak, że dojrzewanie jest też szokujące dla dzieci. Mało tego, to horror! Człowiek nie powinien przez coś takiego przechodzić. Można to porównać z zaparciem. Siedzisz sobie na sedesie, grasz na smartfonie, chłopaki zebrały się pod blokiem i ślą esy, żebyś do nich dołączył, więc napinasz się, stękasz – a tu nic. Tracisz cierpliwość, pot cię zalewa, złość cię zalewa, masz ochotę wyskoczyć ze skóry. Bez rezultatów. Gdybyś chociaż miał spokój, ale nie. W drzwiach staje młodsza siostra w postaci trzyletniej Hani, zwanej Balbiną, i zadręcza cię pytaniami.


– Kupa czy siku? Kupa czy siku? – A jeszcze tydzień temu mówić toto nie umiało.

– Wypad – przekonuję łagodnie, a ta swoje: „Kupa czy siku?”. I spycha mnie z deski, żeby zajrzeć do sedesu.

– Niech ktoś zabierze ode mnie tę małą! – drę się na cały dom, aż kumple słyszą, bo okna pootwierane.

We własnej łazience człowiek nie może mieć chwili spokoju! Chyba będę musiał się zamykać. Dotąd tego nie robiłem, bo łazienka jest bez okna, a ja nie lubię sztucznego światła. Kiedyś, gdy mama przesiadywała tu z laptopem dla kariery, wkręciła mocne żarówki i tak już zostało.

– Nie lubię, gdy mi żarówki biją po oczach – powiedziałem chłopakom, kiedy dołączyłem do nich pod blokiem.

– Żarówki nie mogą bić po oczach, światło może bić – zauważył Nam.

– He, he, to spróbuj pobić się ze światłem – zakpił Antoś.

– Łatwiej z żarówką – zauważył Maurycy. Jak zwykle niczego nie zrozumiał.

Błażejek, który z coraz większym trudem znosi luki w naszym rozumowaniu, nie wytrzymał i rąbnął się w czoło grubą książką.

– Nie wytrzymam z tymi matołami! – warknął. I dodał przewidująco: – A będzie jeszcze gorzej.

O czym on bredzi? – pomyśleliśmy całą piątką i chórem spytaliśmy:

– Kiedy? – w końcu na najgorsze trzeba się przygotować zawczasu.

– Wkrótce. Jak zaczniecie dojrzewać.


Pośmialiśmy się z niby-mądrego kumpla. Czym jak czym, ale dojrzewaniem nas nie wystraszy. To ani ospa, ani biegunka, ani tym bardziej przerwa w dostępie do internetu.

Ogarnął nas dobry nastrój, niestety przybiegły dziewczyny i wszystko zepsuły. A właściwie nieśmiała Marysia wszystko zepsuła. Przystanęła w pobliżu, ponieważ jej pies postanowił obsikać ławkę, na której siedzieliśmy. Widok Marysi zawrócił Hirkowi w głowie. Ostatnio dostaje małpiego rozumu w jej towarzystwie, popisuje się i lata za nią jak dzik za kartofliskiem. Mówiliśmy gostkowi, żeby zwolnił, bo ją wystraszy, ale zauroczenie Marysią zupełnie odebrało mu rozum.

– Ja już zacząłem dojrzewać – wypalił i jeszcze znacząco podrapał strupy na brodzie, dając do zrozumienia, że zaciął się podczas golenia.


Poczułem ukłucie zazdrości. I chłopaki też poczuły. Zmierzyliśmy Hirka wzrokiem: z góry do dołu i z dołu do góry. Wyobraziliśmy go sobie za kierownicą jaguara, jak śmiga z dziewczynami po mieście, a my gnamy za nim co najwyżej na hulajnogach, bo nasze dojrzewanie stoi w miejscu i ani drgnie.

– Udowodnij – zażądałem. I poweselałem, bo byłem przekonany, że udowodnienie wczesnych oznak dojrzewania jest niemożliwe.

– Udowodnię! – zaperzył się Hirek, gdyż wciąż popisywał się przed Marysią.


I wtedy podeszła do nas reszta dziewczyn: Weronika, Zosia, Nina i Oliwia od Maurycego.

– Co Hirek ma udowodnić? – wtrąciła się Weronika, bo ona zawsze pierwsza się wtrąca.

– Że wyprzedza nas w dojrzewaniu – wyrwało się Antkowi. Gdyby pomyślał, toby siedział cicho. Co dziewczynom do naszego dojrzewania? Mają swoje, niech się nim interesują. W dodatku zszokował Oliwię, a z nią lepiej nie zadzierać. Ostatnio wyrosła niczym wieża przesyłowa.

– O nie! – wrzasnęła, jakby włochata gąsienica wlazła jej do pępka. – Nie udowadniaj! Zemdleję, jak go zobaczę! – darła się, podskakiwała i machała rękami.

– Nie jarzę. Kogo zobaczysz? – spytał zdumiony Hirek.

Zatkała sobie usta dłonią i wymamrotała przez ściśnięte palce:

– Twojego siusiaka.

Wytrzeszczyliśmy oczy niczym kameleony. Żaden z nas nie miał ochoty oglądać siusiaka Hirka, bo niby po co. Każdy ma swojego. Ale co to ma do rzeczy? Może gdyby wiedza zdobyta w szkole nie uleciała nam z głów, a może gdyby była pełniejsza, zrozumielibyśmy więcej. Ale skoro nawet Błażejek nie od razu odczytał pokrętne rozumowanie Oliwii, to my jesteśmy usprawiedliwieni.


– No co? – Oliwia poczuła, że patrzymy na nią jak rodzime ziemniaki na obcojęzyczny batat. – Jak się dojrzewa, to chłopakom rosną siusiaki, a dziewczynom piersi.

– A, to o to chodzi… – bąknął Nam i zamilkł.

My też milczeliśmy. Niewiele wiedzieliśmy na temat pierwszych oznak dojrzewania, więc żaden nie odważył się odezwać. Zwróciliśmy pełen nadziei wzrok na Błażejka. Jest mądry od urodzenia, niech się wypowie.


Błażejek stanął na wysokości zadania. Zadarł głowę, żeby spojrzeć Oliwii w oczy.

– Twoje wiadomości są nieścisłe i wybiórcze. Inaczej mówiąc, wiesz tyle, co kot napłakał – powiedział z całą ostrożnością i delikatnością. Po czym, zapominając o ostrożności, nadął się i oznajmił wyniośle: – Dojrzewanie to długi, żmudny proces. Wszystko zaczyna się w przysadce mózgowej.

– Czyli gdzie? W głowie? – spytałem.

– Jak w głowie, to trudno będzie udowodnić, że Hirek ma już przysadkę, a my nie – zauważył Antoś.

– Właśnie! – przyznaliśmy mu rację.


Na wszelki wypadek przyjrzeliśmy się głowie Hirka: z przodu, z tyłu i z boków. Nie zauważyliśmy niczego szczególnego, z wyjątkiem dużych uszu. Ale czy przyrost uszu świadczy o dojrzewaniu? Raczej nie. Poczuliśmy się więc trochę lepiej. Nawet jeśli nie mamy jeszcze tej całej przysadki, od której wszystko się zaczyna, to i tak nikt tego nie zauważy. Ucieszyliśmy się do tego stopnia, że dopiero po chwili uświadomiliśmy sobie, jak bardzo nasz mądry kumpel pozieleniał. Wyglądał niczym żaba doprawiona tlenem.

– Co mu jest? – zaniepokoiła się nieśmiała Marysia. Nie spytała bezpośrednio Błażejka, bo jest nieśmiała.

– Co ci jest? – wyręczyłem ją.

Nie odpowiedział. Żeby chociaż rzucił grubą książką albo brzydkim słowem. A tu nic.

Książki żałuje, brzydkich słów nie używa – przeleciało mi przez myśl. Tymczasem pozieleniały mądrala zagulgotał niezrozumiale i wreszcie wysyczał:

– Dla was to szkoda podręczniki drukować. Powinniście mieć zakaz wstępu do szkoły. Wy nawet do żłobka się nie nadajecie! Każdy człowiek ma przysadkę mózgową, nawet trzyletnia Balbina!

Tak to wszystko zaplątał, że już niczego nie rozumieliśmy.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że siostra Filipka już dojrzewa? Przecież ona nawet mówić po ludzku nie umie – Nina wydęła pogardliwie wargi.

Tego było dla Błażejka za wiele. Wcisnął grubą książkę pod pachę i odszedł bez pożegnania. Dopiero kiedy był ze sto metrów od nas, odwrócił się i krzyknął:

– Mam na imię Błażej, nie Błażejek! Zrozumiano?!

Wzruszyliśmy ramionami na takie zachcianki.


– Zrozumiano, Błażejku! – odkrzyknęliśmy i przenieśliśmy wzrok na Hirka. Miał udowodnić, że wyprzedza nas w dojrzewaniu, to proszę bardzo, niech udowadnia.

– No, pokazuj tę swoją przysadkę – zażądałem i pochichrałem się z niego. Znów zrobiło się wesoło. Miałem nadzieję, że Hirek wycofa się z tego, co powiedział, mimo miłosnej ślepoty. Ale ten pryszcz wyżłowaty nadal popisywał się przed Marysią.

– Idziemy – powiedział z takim przekonaniem, jakby wiedział, o czym mówi.

Nie ruszyliśmy się z miejsca. Nie jesteśmy stadem lemingów, żeby wędrować za nim na ślepo. Tylko za Błażejkiem chodzimy w ciemno.

– Gdzie i po co? – spytaliśmy.

– Gdzie? Do piaskownicy. Po co? W sprawie dojrzewania – odpowiedział sam sobie, a przy okazji i nam.

I poszedł. Piskorz ostrzyżony na jeża.

 

Popatrzyliśmy po sobie i polecieliśmy za nim. Z głupimi minami, bo kto to słyszał, żeby w sprawie dojrzewania zaglądać do piaskownicy. Chyba tylko nasz osiedlowy półwariat Edward von Jakubik widziałby w tym jakiś sens.

Zatrzymaliśmy się krok za Hirkiem. Nadal głupio uśmiechnięci. W piaskownicy leżał świeżo przywieziony piach, jeszcze nie obsikany przez koty, sroki i dżdżownice.

– I co? – wyrwało się Weronice, więc zgasiliśmy ją wzrokiem. Niech nie przeszkadza kumplowi w udowadnianiu, że miłość odbiera ludziom rozum.

Hirek zerknął na nieśmiałą Marysię, onieśmielił ją i ściągnął dziurawe trampki z nóg. Po czym odcisnął prawą stopę w świeżym piasku.

– Następny! – polecił.

Pościągaliśmy adidasy i każdy odbił na piasku po jednej stopie. Niech ma, dzwoniec piaskowy bez przysadki.

Na koniec stanęliśmy na murku otaczającym piaskownicę i przyjrzeliśmy się odciskom stóp.

– Po co to? Nie kumam – Antek pierwszy wyraził nasze rozczarowanie. Liczyliśmy na lepszą zabawę niż tylko odciskanie stóp w piachu z Wisły.

Hirek nie wyglądał na zbitego z tropu, wręcz przeciwnie. Był w pełni z siebie zadowolony.

– Możecie mierzyć centymetrem, ale gołym okiem widać, że moje stopy są największe – ocenił z dumą. – Ostatnio stopy rosną mi jak temperatura na planecie Ziemia. A to znaczy, że dojrzewam. – Znów zerknął na Marysię i znowu ją onieśmielił.

Przygaśliśmy momentalnie. Faktycznie, rozmiar stóp Hirka odbiegał od normy. Za to mój odcisk okazał się najmniejszy.


– Filipek odstaje od reszty – podsumowała Nina.

Zezłościłem się. Niechby ten piach z piaskownicy wyżarły glisty! Co mnie podkusiło, żeby namawiać Hirka do udowodnienia postępów w dojrzewaniu?! Poczułem się jak weterynarz, który leczył słonia na zaparcie i zginął przysypany jego kupą. Serio.

– Nie wiemy, jakie stopy ma Błażejek, może mniejsze – pocieszył mnie Maurycy.

– Błażej – poprawili go Antoś i Nam. I zaraz dostali napadu śmiechu. Sturlali się do piaskownicy, wciągając za sobą Maurycego.


Patrzyłem na nich z zazdrością. Łatwo im się śmiać, ich stopy były tylko o centymetr mniejsze od Hirkowych. A moje, wstyd powiedzieć o ile.

– Im rosną, a tobie maleją – stwierdziła z zimną satysfakcją Weronika, niby moja cioteczna siostra, a tak naprawdę wredny wróg. Dobiła mnie do reszty.

Spojrzałem na Hirka, licząc na jakieś wsparcie, ale on świata poza Marysią nie widział.

Dojrzały badyl bez empatii!

– Niektórzy dojrzewają w przeciwnym kierunku – burknąłem i poszedłem sobie.

Wróciłem do domu, usiadłem na kanapie i zagapiłem się tępo w ścianę. Przygnębienie leżało mi na żołądku jak gołąbki babci Danuty, którymi struła pół rodziny.

– Co jest? – dosiadł się do mnie tata.

Westchnąłem w duchu.

– Zawiodłem się na sobie – wyjaśniłem półgębkiem.

Tata upił spory łyk kawy, przełknął, pokiwał głową ze zrozumieniem i rzekł:

– Nie chcesz podać szczegółów, nie nalegam. Ale zastanów się, czy nie stawiasz sobie zbyt dużych wymagań. Gdy ja byłem w twoim wieku, oczekiwałem, że skoczę wzwyż 150 centymetrów. Za każdym razem, gdy spadła poprzeczka, wpadałem w rozpacz. Wiesz, co mi poradził twój dziadek?

Wzruszyłem ramionami.

– Powiedział: „Wyrzuć centymetr i skacz”. Zrobił słupki bez miarki i pomogło.

– Pokonałeś 150 centymetrów w moim wieku? – zdziwiłem się. Jak dotąd tata chwalił się wieloma wyczynami z dzieciństwa, ale nigdy skokami wzwyż.

– Nie mam pojęcia. Nie było miary na słupkach. Dzięki temu nigdy więcej nie zawiodłem się na sobie.

– Ja musiałbym wywalić piaskownicę z osiedla – westchnąłem.

Było to niemożliwe z oczywistych względów, więc wpadłem w jeszcze większe przygnębienie.

– Serio?… No taaak, rozumiem – tata znowu pokiwał głową ze zrozumieniem, mimo że nie rozumiał ani słowa.

I wtedy dołączyła do nas mama.

– Rozmawiacie? – spytała jakoś tak ostrożnie.

– Rozmawiamy – potwierdził tata z wielkim przekonaniem.

– I?


– Nasz syn zawiódł się na sobie.

– On? – Mama była autentycznie zdziwiona. – Nie wierzę – stwierdziła po namyśle. Klepnęła mnie w kolano i poszła do sypialni kontynuować karierę w godzinach snu Balbiny. – Może stawia sobie zbyt wysokie wymagania?! – rzuciła pogodnie zza drzwi.

Dobrze chociaż, że nie powiedziała o swoich wyczynach z dzieciństwa, bo nie miałem ochoty słuchać. Z niechęcią patrzyłem na stopy, które powstrzymywały mi dojrzewanie niczym hamulce auto gotowe do startu.

Nie mogłem znieść ich widoku.

– Pójdę – wymamrotałem, nie wdając się w szczegóły.

Zanim tata spytał dokąd, wyszedłem z mieszkania.

Co ja takiego zrobiłem, żeby rozwijać się wolniej niż całe osiedle? To niesprawiedliwe – myślałem. Małe stopy zniosły mnie aż na parter, więc zadzwoniłem do dziadków. Tu przynajmniej nie usłyszę o skakaniu wzwyż, bo dziadek nigdy nie uprawiał sportu, a babci Niusi nie było. Zresztą ona zrobiłaby mi gorącą czekoladę na pocieszenie, zamiast chwalić się wyczynami z dzieciństwa.

– Zawiodłem się na sobie – uprzedziłem pytanie o powody przygnębienia. I spojrzałem na dziadka z iskierką nadziei.

Naiwny.

– Jak człowiek oczekuje od siebie zbyt wiele, to może zgłupieć – stwierdził bez współczucia. I nawet nie zapytał o przyczynę tak wielkiego zawodu.

Zaskroniec jeden wyślizgany! Tylko mnie rozjuszył. Aż się zatrząsłem z oburzenia.

– Duże stopy to ma być za wiele?! – Wbiłem w dziadka oskarżycielski wzrok. – Innym rosną, a mnie nie! Do końca życia zostanę dzieckiem, bo nie mam tyle kasy, co ciotka Elżunia! Machnęła platynową kartą i powiększyła sobie piersi! A ja nie mam nawet blaszanej!

Wykrzyczałem to wszystko i rozpłakałem się ze złości, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło, bo nie zamierzałem płakać. Nie jestem trzyletnią Balbiną, która beczy z byle powodu!

Dziadek aż otworzył usta. Wyglądał jak chirurg, który znalazł w brzuchu pacjenta pendrive’a w miejscu wyrostka robaczkowego.

– Chcesz sobie powiększyć piersi? – spytał z bezgranicznym zdumieniem.

No nie! Wściekłem się na maksa.

– Nikt mnie nie rozumie! – rzuciłem przez łzy i pognałem wprost przed siebie na swoich małych stopach.




Poznajemy jednostki miary


Nie dość, że sami gnamy do dojrzałości jak muchy do muchomorów posypanych cukrem wykorzystywanych przez babcię Danutę w charakterze trutki, to jeszcze dorośli nas popędzają. Zupełnie jak baca stado owiec zasłuchanych w szum górskiego potoku. Wciąż przypominają, że powinniśmy spoważnieć i wydorośleć. Serio. Wystarczy podłożyć pierdzącą poduszkę na krzesło dziadkowi, babci albo panu od techniki i zamiast salw śmiechu, usłyszeć: „Dojrzej!”.

Mało tego! Nawet przypięcie kartki z napisem „Śmierdzę kasą” na plecach ciotki Elżuni prowokuje ich do nierealnych żądań. Nie wspominając o niewinnym skoku w kałużę i ochlapaniu błotem przypadkowych przechodniów.

„Dorośnij!” – domagają się kategorycznie i wytykają, że jesteśmy dziecinni i powinniśmy spoważnieć.

Łatwo powiedzieć. Człowiek nie dojrzewa ot tak – pstryk! i już. Ale najgorsze jest to, że nic od nas nie zależy. Szczególnie mocno odczuliśmy to, kiedy próbowaliśmy wejść do kina. Mieliśmy bilety kupione przez internet za pomocą karty kredytowej ojca mądrego Błażejka, który jest tak zajęty rządzeniem naszą dzielnicą, że nie panuje nad rachunkami. I co? I nie wpuścili nas na film! Przecież to się można załamać i zwątpić w siebie na całe życie.


Serio.

Weszliśmy do kina w wesołych nastrojach i natknęliśmy się na wychudzonego biletera, pryszczatego jak ósmoklasista i wyższego od masztu flagowego stojącego przed naszą szkołą. Nosił na twarzy firmowy uśmiech niczym maskę przeciwgazową odfiltrowującą natrętów w nieodpowiednim wieku, jakby byli armią koronawirusów. Uśmiechnęliśmy się przyjaźnie i pokazaliśmy swoje bilety. Zmierzył nas wzrokiem i zapytał z nieukrywaną kpiną:

– Który niby ma szesnaście lat?

Firmowy uśmiech nie pozwolił nam wówczas ocenić stopnia złośliwości pryszczatego patyczaka. Nic dziwnego, że wciąż byliśmy weseli. Zgodnie podnieśliśmy ręce, przyznając się do szesnastu lat, a Maurycy grzecznie wyjaśnił, w czym rzecz.

– Razem dobijamy do setki.


– Nie do wiary – mruknął bileter ukryty za firmowym uśmiechem o wątpliwym uroku.

Przepchnęliśmy na czoło mądrego Błażejka, który domaga się, żeby mówić do niego Błażej, gdyż stopy rosną mu równie szybko jak Hirkowi, więc wkrótce dojrzeje, i źle się czuje z imieniem w wersji zdrobniałej.

– Reasumując – rozpoczął od trudnego wyrazu, aby wydać się starszym, niż jest – w skrócie chodzi o to, że nasz wiek należy zsumować, ponieważ jesteśmy jednym organizmem. Nierozerwalnym. Wychowujemy się na tym samym osiedlu, chodzimy do jednej klasy, lubimy te same dziewczyny, psy i koty, gramy w jednej drużynie, co rano mamy takie same złe zamiary, więc lepiej uwierz, że nasz wspaniale funkcjonujący organizm ma prawie sto lat – przerwał, żeby sprawdzić, jaki efekt wywarły jego słowa na rozmówcy.

Bileter oszpecony trądzikiem młodzieńczym nie wydawał się ani oszołomiony przemową, ani nią zainteresowany.

– I mamy ten sam trudny charakter, więc lepiej nas wpuść! – niewyżyty Maurycy przestał udawać grzecznego chłopca w wieku lat szesnastu.

– I macie zakaz włażenia na filmy dozwolone od lat szesnastu – podsumował pryszczaty cerber.

No i zepsuł nam tę piękną chwilę! Czytnik jeden biletowy! Obrzuciliśmy go zgorszonymi spojrzeniami. Sam dopiero co wszedł w fazę dojrzewania, więc powinien pamiętać, jak trudne jest życie tych poniżej lat szesnastu.

Udał, że nie pamięta.

– A ty to niby kto, staruszek?! – Antek wypomniał mu młody wiek.

To też nie pomogło.

Bileter ukrył się za szpecącym uśmiechem i dalej działał nam na nerwy. W kilku słowach uświadomiliśmy mu, jak jesteśmy sfrustrowani jego wrogą postawą. Nie uzyskaliśmy wiele. Ten skunks z czytnikiem w ręku syknął do Antka:

– Masz szesnaście lat, smarku? – i nadal się uśmiechał!

Ożeż ty!

Zrobiło się nieprzyjemnie. Błażej zamrugał, jak zawsze, gdy wpada w gniew, a Hirek przełknął ślinę z taką zawziętością, że aż zatrzeszczała mu grdyka. Szczęśliwie dla nieuprzejmego biletera z uprzejmym uśmiechem przyleciał jego szef.

– Przepraszam, chłopcy, ale musicie dorosnąć! – oznajmił stanowczo. Był znacznie starszy niż bileter, więc głupio byłoby przekonywać go, że dobijamy setki, gdy on w pojedynkę już prawie ją osiągnął.

Spasowaliśmy, szczególnie że do szefa dołączyli ochroniarze, również uprzejmie uśmiechnięci. Ich uśmiechy nie budziły zaufania, więc wyszliśmy z kina obrażeni na cały świat.

– Traktują nas jak jakieś bezrozumne sadzonki pomidorów, którym do rozwoju wystarczy namiot foliowy oświetlony słońcem! – warknął Błażejek wściekły, że popsuto mu humor.

– Nic od nas nie zależy! – wybuchnąłem i ja, gdy zaczerpnąłem świeżego powietrza. Rozżalenie na świat rozsadzało mi wątłą klatę. Czułem się jak rowerzysta po zderzeniu ze stadem krów.

Wróciliśmy na osiedle solidnie przybici. Dyżurujący na osiedlu ochroniarz Waldemar R., zobaczywszy nasze miny, ukrył się w budce dla ochroniarzy. Widocznie i on nie lubi depresyjnych nastrojów.

 

Usiedliśmy na ławce na wprost ściany Hirka, tej pokrytej brzydkimi wyrazami, i czytaliśmy je na głos, żeby złagodzić gniew i rozdrażnienie.


Niestety, szczerbaty niegdyś Nam szybko znudził się brzydkimi wyrazami i zaczął myśleć.

– Ciekawe, czy dziewczyny też nie mają żadnego wpływu na własne życie – zagaił.

Przemilczeliśmy tę myśl.

Niespodziewanie Maurycy, tkwiący dotąd w głębokim zniechęceniu, nagle się ożywił.

– Dziewczyny będą dziś mierzyć staniki! – zakomunikował podekscytowany.

Ożywiliśmy się i my. Maurycy wie wszystko o tajnych planach dziewczyn, bo ma siostrę bliźniaczkę i nic się przed nim nie ukryje. Twierdzi, gryzoń brunatny, że zna myśli swojej siostry, bo ich bliźniacze mózgi porozumiewają się bez słów.

Zmyśla. Na pewno ją podsłuchuje.

– Czyli co będą mierzyć? – spytał Antoś, który w kwestii dziewczyn wykazuje duże braki, mimo ogólnego obycia.

– Biustonosze – wyjaśnił Nam.

Ten znowu ma starszą siostrę, z którą dzieli pokój, co gwarantuje mu sporą wiedzę na temat dziewczyn.

– Hi, hi, hi! – Hirek roześmiał się głupio. – A po co? – zapytał jeszcze głupiej. Mieszkanie tylko z ojcem jednak uwstecznia.

– Żeby sprawdzić, na którym etapie dojrzewania są obecnie – domyślił się przemądry Błażej, bo teorię na temat dorastania i dojrzewania zna najlepiej z nas.

Spojrzeliśmy na niego jak dżdżownica na nić dentystyczną.

– Puknij się w głowę grubą książką. Chyba się przeuczyłeś. Dojrzewanie mierzy się stanikiem? – Antek wyraził nasze zdumienie. I dorzucił ot tak, niby przypadkiem: – Przemądry Błażejku.

– Błażeju, nie Błażejku! – warknął przeuczony kumpel i zamrugał jak zawsze, gdy wpada w gniew. Ale nie trzepnął żadnego z nas grubą książką, chociaż trzymał ją pod pachą. Za to zwrócił się bezpośrednio do PoS Antoniego: – Tak, Antosiu, dojrzewanie mierzy się stanikiem i, jak widzę – obrzucił kumpla krytycznym spojrzeniem – ty nawet topu nie potrzebujesz.

Na to PoS Antoni pozieleniał, ale przemilczał zniewagę. Za mało wiedział o stanikach i topach, żeby wchodzić w spór z wypełnionym wiedzą teoretyczną Błażejkiem.


– Co to jest „top”? – spytał mnie szeptem, gdy lecieliśmy do mieszkania Maurycego, żeby nie uronić ni chwili z widoku dziewczyn mierzących dojrzałość za pomocą staników i topów.

– Spytaj projektanta mody, nie mnie – sapnąłem. – Zaraz się przekonamy – dorzuciłem beztrosko.

Znów promienieliśmy radością. W końcu jakaś sprawiedliwość musi być na świecie. Nie dali nam obejrzeć filmu, więc chociaż obejrzymy mierzenie dojrzałości. Niech się pryszczaty bileter z kina skręci z zazdrości!

– To coś jak T-shirt ucięty w połowie – wyjaśnił Maurycy i jeszcze dodał z zadowoleniem: – matoły! – bo ucieszył się, że może nam wytknąć niewiedzę. Zazwyczaj to on nie nadąża z myśleniem.

Nie obraziliśmy się, bo perspektywa oglądania dziewczyn w T-shirtach, całych czy pociętych, mocno nas uszczęśliwiała.

Wpadliśmy do mieszkania Maurycego jak burza. Dziewczyn jeszcze nie było, więc polecieliśmy prosto do pokoju Oliwii. Trudno powiedzieć, dlaczego właśnie tam. W końcu dziewczyński pokój to nie sala sejmowa, żeby go zwiedzać. Po prostu byliśmy ciekawi. Niestety, każda ciekawość ma swoje konsekwencje. Zdaniem babci Danuty jest pierwszym stopniem do piekła, szczególnie gdy dotyczy dojrzewania dziewczyn. Szkoda, że wyleciało mi to z pamięci. Weszliśmy więc do pokoju Oliwii pod jej nieobecność, aby rozejrzeć się jak widz w pustej sali kinowej.

– Gdzie te staniki? – spytał Hirek, którego zżerała ciekawość dziewczyńskich miar dojrzałości.

– I topy – dorzuciłem również trawiony ciekawością.

Maurycy rozejrzał się bezradnie. Dotąd nie zżerała go ciekawość, więc nie interesował się tym, gdzie Oliwia trzyma staniki i topy. Bardziej interesowało go to, gdzie chowa śliwki w czekoladzie i trufle.

Przenieśliśmy więc pytający wzrok na Nama, licząc na to, że wie więcej niż Maurycy, bo dzieli pokój ze starszą siostrą.

– Gdzie dziewczyny trzymają takie rzeczy? – spytałem.

– Moja siostra w pudełku po butach, bo w szafie nie ma miejsca – odpowiedział.


Nie było to pomocne. Wprawdzie w pokoju Oliwii znaleźliśmy pudełko, ale były w nim kasztany, zasuszone liście i dwie zdechłe muchy. Dopiero w szufladzie komody leżało coś, co zdaniem Maurycego było dziewczyńskim topem. Co prawda widzieliśmy w życiu dziewczyny ubrane w coś podobnego na basenie albo na plaży, ale wtedy nie sądziliśmy, że noszą na sobie miarę dojrzałości. Dopiero teraz top wydał nam się godny uwagi. Nic dziwnego, że każdy chciał go dotknąć i przymierzyć.

– Jak czymś takim można mierzyć dojrzałość? – dziwił się Antek, próbując wcisnąć na siebie top Oliwii.

Przyjrzeliśmy mu się krytycznie.

– Bo to się wkłada na gołe ciało – zauważył Nam, najbardziej obyty w sprawach ubrań dojrzewających dziewczyn.

Antek zrzucił koszulkę i ponowił próbę wciśnięcia się w top Oliwii. Zapomniał, bąbel zrapowany, że jest od niej dwa razy grubszy. Coś trzasnęło. Top pękł aż w trzech miejscach.

– Nie mój rozmiar – stropił się Antoś. Pospiesznie ściągnął z siebie badziewiasty ciuch.


Za to na Hirku top leżał jak ulał.

– Pasuje – stwierdził z nieukrywaną zazdrością Antek. – Czyli co? Jak pasuje, to znaczy, że Hirek dojrzewa? – zapytał.

Błażejek zazgrzytał zębami i walnął się w czoło grubą książką.

– Nie wytrzymam z tymi matołami! – warknął. – Top pasuje na Hirka, to znaczy, że Hirek jest tak samo chudy jak Oliwia od Maurycego. Nic więcej nie znaczy. Rozumiecie?!

Nie mamy zwyczaju przyznawać się do niezrozumienia, więc milczeliśmy. Udobruchany Błażejek odetchnął i zmienił temat, żeby również nas udobruchać.

– Teraz obejrzymy biustonosze.

Niestety, w szufladach Oliwii nie było ani jednego egzemplarza. Maurycy zaprowadził więc nas do garderoby rodziców i udostępnił szuflady swojej mamy.

– Ja cię! – wykrzyknął Hirek zaskoczony widokiem zawartości udostępnionych szuflad. Chwycił pierwszy z brzegu stanik z czerwonej koronki i rozciągnął go na szerokość ramion.

Oczy wyszły nam z orbit. Widzieliśmy w życiu stanik, ale żaden z kumpli, łącznie ze mną i Namem, nigdy nie miał czegoś podobnego w ręku. Szczególnie tak wielkich rozmiarów. Każdy przez chwilę chciał potrzymać w rękach to czerwone koronkowe coś.

– Wygląda jak spadochron z dwoma czaszami – zadumał się Antek.

Hirek wyrwał mu biustonosz z rąk i założył sobie na głowę.

– Za nauszniki też może robić! – ucieszył się.

Rzuciliśmy się do szuflad. Każdy chciał mieć swój udział w zabawie. Staników było aż za dużo. Białe, różowe, kremowe, czarne, w różyczki, w gwiazdki i w wisienki. Wszystkie w rozmiarze torby na zakupy wielokrotnego użytku.

– Co twoja mama z nimi robi? – spytałem zachwycony.

Chłopaki popatrzyły na mnie niczym szybowce na przekłuty balon.

– Twoja głupota nie ma granic – zauważył rozbawiony Maurycy.

Ale po chwili to ja śmiałem się z niego. Ten świstak stanikowy usiłował zapiąć na sobie stanik w różyczki i w żaden sposób nie mógł pokonać zapięcia, które znajdowało się na plecach. Kręcił się w kółko jak zbzikowana karuzela. W końcu wyrżnął głową o kant półki.

– Ja cię! – jęknął boleśnie.

Spróbowaliśmy i my pozapinać swoje staniki. Bez efektu.

– Jak dziewczyny to robią? – nie mogliśmy tego pojąć.

– Rękami za pomocą haftek – mądry Błażej pochwalił się wiedzą teoretyczną. Ale na zademonstrowanie teorii w praktyce się nie zdobył.

– Zakładają tyłem do przodu, zapinają i przekręcają przód na przód – spekulował Hirek.

Jednak i to okazało się dla nas za trudne. Kręciliśmy się, coraz głośniej się zaśmiewając. Naiwni. Trzeba było siedzieć cicho albo zamknąć się w pokoju Maurycego i sprawdzić w internecie.

Nagle drzwi otworzyły się bezgłośnie i stanęły w nich dziewczyny wraz z mamą Maurycego potężnych rozmiarów. Za dobrze się bawiliśmy, żeby je zauważyć. Zrobiły nam tyle zdjęć, że nie policzyłaby ich nawet uzdolniona matematycznie Weronika. Dopiero mama Maurycego przerwała wspaniałą zabawę mierzenia stopnia dojrzałości za pomocą staników. Zszokowana jęknęła jakoś tak rozdzierająco, choć niezbyt głośno, by po chwili krzyknąć na całe gardło:


– A wy co?! – i zerwać mi z głowy biustonosz z czarnej koronki.

Wyprysnęliśmy z garderoby ścigani salwami śmiechu dziewczyn. Wróciliśmy na ławkę, tę na wprost ściany Hirka, ale nawet czytanie brzydkich wyrazów nie przywróciło nam zachwianej równowagi. Wstyd nas ogarnął. I to zbiorowy. Jednak najbardziej przygnębiło nas to, że dziewczyny są sprawniejsze. Przecież jakoś zapinają te staniki, i to przez większość życia!

Dopiero Maurycy, który nie przepada za zmartwieniami, znalazł dobrą stronę przygnębiającej sytuacji.

– Dobrze, że chłopaki nie mierzą dojrzałości za pomocą staników i topów.

– No – przyznaliśmy z ulgą.

I już bylibyśmy się odstresowali i przestali frustrować, ale ten świrnięty Nam z aparatem ortodontycznym na zębach spytał:

– To jak zmierzyć postępy w dojrzewaniu chłopaków?

A na to ten nieroztropny Błażejek odpowiedział bez namysłu, bo jest zbyt mądry, żeby czegoś nie wiedzieć:

– Orchidometrem.

Rzuciliśmy się do smartfonów, żeby sprawdzić, czy orchidometr ma zapięcie na plecach jak staniki dziewczyn. Bo jeśli ma, to całą piątką wypisujemy się z dojrzewania. A Błażejek, jak chce zostać Błażejem, to niech się męczy z durnymi zapięciami.



Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?