Szczęśliwy losTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Redakcja

Barbara Kaszubowska

Robert Ratajczak

Korekta

Natalia Jargieło

Grafika na okładce

Agnieszka Śliwka

© Copyright by Małgorzata Starosta

© Copyright by Wydawnictwo „Vectra”

Projekt okładki

Natalia Jargieło

Skład i łamanie

Natalia Jargieło

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-62-8

Wydawca

Wydawnictwo „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2021

www.arw-vectra.pl


Basi i Patrycji — za Ich niewyczerpane pokłady wiary.


PROLOG

Styczeń 2012

Dom Towarzystwa Kredytowego w Łodzi

om Towarzystwa Kredytowego Miejskiego przy ulicy Pomorskiej w Łodzi w ciągu blisko stu trzydziestu lat swojego istnienia służył wielu odpowiedzialnym celom. Po drugiej wojnie światowej przez chwilę udawał siedzibę sztabu Armii Radzieckiej, później mieścił się tam Instytut Stomatologii Akademii Medycznej. Pod koniec dwudziestego wieku gmach przeszedł w prywatne ręce i zaczął odzyskiwać swój dawny blask.

Tego dnia ów blask uwydatniała potężna ilość metalicznych balonów, serpentyn i brokatu, od którego świeciły się sukienki, garnitury i zasadniczo wszystkie powierzchnie, z którymi miały kontakt rozszczebiotane dziewiętnastolatki. Z głośników płynęła taneczna muzyka, a wystrojona młodzież szalała na parkiecie w dzikich pląsach.

Cztery jednostki płci żeńskiej, głośno tupiąc obcasami kupionych specjalnie na tę okazję butów, opuściły chyłkiem bawiących się kolegów i skierowały kroki wprost do jedynego miejsca, w którym ludzkiemu głosowi udawało się przedrzeć przez dźwięki hitu Rihanny.

— Ale kicha, że nie mogłyśmy wziąć osób towarzyszących, nie? — Śliczna blondynka o wielkich błękitnych oczach i figurze jak z magazynów bieliźniarskich zbliżyła twarz do ogromnego lustra, usiłując nie zamoczyć żabotu sukienki w umywalce. — Kurde, znowu mi się pryszcz robi na brodzie. Widziałaś, Lilka?

— Nie widać aż tak, maźnij korektorem — odpowiedziała zapytana Lilka, niezwykle wysoka i szczupła, z wystającymi kośćmi policzkowymi, ostrzyżona identycznie jak Linda Evangelista w teledysku Freedom’90 George’a Michaela.

— A kogo byś przyprowadziła, gdyby można było? W ostatnim tygodniu zgubiłam się na twoim piątym chłopaku. — Brunetka w eleganckiej czerwonej sukni, uczesana w wieczorowy kok, oparła się o sąsiednią umywalkę i założyła ręce na piersiach.

— Ty nie bądź taka mądra! Znalazła się ciocia dobra rada — burknęła blondynka w żabocie. — W odróżnieniu od ciebie ja nie poznałam swojego romea w szkolnej ławce.

— I może jeszcze powiedz, że mi zazdrościsz, co? — warknęła brunetka.

— Może tak, a może nie. O, nie widać, zamalowałam dziada na amen. Alutka, a tobie co jest?

— Nie wiem — odparła filigranowa dziewczyna z długimi włosami w kolorze rdzawego blondu i z uroczo zadartym noskiem, ubrana od stóp do głów w różowe złoto. — Ja to sobie czasem myślę, że nigdy nie znajdę męża. I pewnie skończę jak każdy artysta: przy smażeniu frytek w McDonaldzie.

— Głupia jesteś, Ala, tyle ci powiem — ofuknęła ją Lilka. — Wszystko przed tobą. Sto dni do matury, za sto dni będziemy mogły zrobić cokolwiek, co tylko nam się zamarzy. A mąż akurat potrzebny jak świni siodło.

— Zgadzam się — poparła ją blondynka o twarzy anioła, oglądając wciąż z uwagą niewidoczny pryszcz w lusterku. — Ja tam nie zamierzam nigdy mieć męża ani nawet się zakochać. Miłość jest przereklamowana. Z wyjątkiem macierzyńskiej. — Dziewczyna puściła oko do brunetki, na której twarzy nie było jednak widać ani krzty rozbawienia.

— Łatwo wam mówić — odezwała się czarnowłosa piękność. — Wy będziecie realizować swoje marzenia, a ja będę zmieniać pieluchy. I mam nadzieję, że ta miłość macierzyńska w końcu do mnie przyjdzie, Jula.

— Przyjdzie, Basieńko, przyjdzie. — Julia pogłaskała przyjaciółkę po widocznym brzuchu i wygładziła fałdy żabotu na swoim niewielkim biuście. — Wszystko się ułoży. A pewnego dnia otworzymy razem pensjonat nad jeziorem, co nie, dziewczyny?

— Jasne, że tak! — Ala natychmiast się rozpromieniła. — I będziemy uprawiać warzywa w ogrodzie, a wieczorami przesiadywać na werandzie.

— I serwować ryby prosto z jeziora. Basia będzie mózgiem naszego przedsięwzięcia — dodała Lilka.

— Nieplanowana ciąża przed maturą raczej nie wystawia najlepszego świadectwa mojemu mózgowi, więc co najwyżej mogę was wspierać tabelkami w Excelu.

— Tak czy inaczej, czeka nas szczęśliwy los. Tak mi powiedziała wróżka i ja w to wierzę — podsumowała Ala. — A teraz chodźmy, zanim twój romeo zacznie nas szukać, Basiu.

Po otwarciu drzwi od toalety natychmiast oszołomiła je głośna muzyka wzmocniona kilkudziesięcioma ludzkimi głosami śpiewającymi wraz z amerykańską wokalistką.

A później życie potoczyło się własnym torem.


ROZDZIAŁ 1

— No i zrobiła nam się wstrętna jesień. — Anielsko urodziwa niebieskooka blondynka przykleiła nos do szyby, po której z drugiej strony spływały strugi deszczu. Ciężkie chmury zasnuwały niebo i nie zapowiadało się na rychłą zmianę aury. — Nie cierpię takiej pogody, żyć się odechciewa, zupełnie jakby ktoś mi wyjął baterie.

— Nie przesadzaj, Jula — odpowiedziała jej siedząca przy stole Baśka. — Mamy już wiosnę, akurat dzisiaj trochę jej się coś pomyliło, ale w marcu jak w garncu.

— A poza tym jesień wcale nie jest taka zła — poparła przyjaciółkę Lilka, która od kilku minut tępo wpatrywała się w zawartość otwartej na oścież lodówki, zapomniawszy, po co ją otworzyła. — Nie wiecie, co ja chciałam tu znaleźć?

— Prawdopodobnie ser. Druga półka od góry, po lewej — rzuciła Ala, nie patrząc nawet w stronę przyjaciółki. — To od razu wyjmij też winogrona z szuflady, pasują do brie. O, widzicie, na przykład winogrona są jesienne.

— Ja dziękuję za taką wiosnę, za jesień też. — Julka nie dała się przekonać, wciąż z obrzydzeniem patrząc na panującą za oknem szarugę.

— Nie wiem jak ty, kochana, z takim nastawieniem możesz obsługiwać gości. — Lilka wykładała ser na przygotowane deski, jednocześnie podjadając soczyste winogrona. — Kelnerka powinna być wizytówką firmy: uśmiechniętą, uroczą i generalnie zachęcającą do wydania fury pieniędzy na niewarte swojej ceny dania.

— Chciałabym mieć furę pieniędzy — wyszeptała Ala z rozmarzeniem. Podpierała brodę na dłoni i patrzyła na płaczące okna.

— A tobie czego brakuje? — zdziwiła się Baśka. — W porównaniu do nas to ty wygrałaś los na loterii. Masz piękny dom, kochającego męża i jesteś panią swego czasu.

— Nie musisz się użerać z chamskimi prostakami, którzy klepią cię po tyłku, bo wydaje im się, że to jest wliczone w obsługę — dodała Julka.

— Ani malować trawy na zielono w raportach dla bufonów, którzy potrafią rozmawiać tylko o słupkach i tabelkach w arkuszach kalkulacyjnych — dorzuciła Lilka z goryczą.

— Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma — skwitowała Ala filozoficznie, po czym podniosła się od stołu i zdjęła butelkę wina ze stojaka. — Ale gdybym tak miała wygrać na loterii, to wcale bym się nie obraziła.

— A znasz kogoś, kto by się obraził? Jezu, czego ja bym nie zrobiła, gdybym wygrała miliony... — rozmarzyła się Baśka. — Spłaciłabym tego drania, oddała długi i pojechała wreszcie na urlop.

— Ja bym kupiła jakieś fajne auto — powiedziała Lilka bez zastanowienia. — A resztę rozdysponowała na schroniska dla zwierząt.

— A mnie by wystarczyło nawet pół miliona, nie jestem zachłanna. — Julia z zawodową wprawą przejęła butelkę od Ali i wyjęła korek z głośnym mlaśnięciem. — Za pół miliona można sobie kupić i urządzić mieszkanie, a nawet jakiś dom do niewielkiego remontu.

— Albo pensjonat! Pamiętacie, jak w liceum marzyłyśmy o prowadzeniu pensjonatu? Najlepiej gdzieś w dziczy, wśród jezior. To dopiero byłoby piękne. — Ala postawiła cztery kieliszki obok otwartej butelki. — No, co tak na mnie patrzycie? Przecież sobie tego nie wymyśliłam.

— Całkiem o tym zapomniałam — przyznała Basia.

— Ja też — dodała Julia.

— A ja po prostu przestałam bujać w obłokach — ucięła temat Lilka.

Kiedy wino zostało już rozlane do kieliszków, ser ułożony na deskach, a Lila nie zdążyła jeszcze zjeść wszystkich winogron, cztery przyjaciółki przeniosły się z kuchni do komfortowo urządzonego salonu.

Pogoda za oknem rzeczywiście przywodziła na myśl październik, choć zbliżała się połowa marca. Drzewa z trudem stawiały opór silnym podmuchom wiatru, a temperatura od kilku dni nie przekraczała pięciu stopni na plusie. Ala zapaliła więc w kominku, co natychmiast poprawiło wszystkim nastrój.

Rozsiadły się wygodnie na pokrytej jasnobeżową skórą kanapie i dwóch fotelach, a Lilka swoim zwyczajem usadowiła się na puszystym dywanie w jasnym kolorze. Przez chwilę milczały, delektując się radosnym trzaskaniem ognia i dobiegającym zza okien szumem deszczu. Poczuły się błogo. Na krótki moment udało im się zapomnieć o całym złu tego świata oraz o osobistych nieszczęściach.

 

ROZDZIAŁ 2

— Słyszałaś? — zagadnęła głośnym szeptem właścicielkę sklepu wielobranżowego elegancko ubrana pięćdziesięciokilkulatka.

Poza nimi dwiema w przybytku dobra wszelkiego, które można nabyć za pieniądze, znajdowała się jeszcze para młodych ludzi, bezwstydnie obściskująca się za regałem z puszkami i przetworami. Naiwnie sądzili, że pani Szymczakowa nie widzi ich w ogromnym lustrze występującym w charakterze elementu systemu zabezpieczeń antykradzieżowych.

— Na pewno słyszałam, jeśli ty już słyszałaś — odparła Sabina Szymczak bez żadnej złośliwości. Wiadomo było, że ona pierwsza o wszystkim wie. — A co?

— Skoro słyszałaś, to co ja sobie będę strzępić język? — żachnęła się elegantka. Na bordowym płaszczyku z przędzy bouclé dumnie prezentowała kołnierz ze sztucznego lisa, który zapewne miał nadawać jej szyku, a tymczasem straszył dzieci majtającymi łapkami z pazurami wykonanymi z żółtego plastyku.

— Nie chcesz mówić, to nie mów. Co podać? — Szymczakowa obraziła się na amen. Znana była nie tylko z gumowego ucha, ale także, a może przede wszystkim, ze skłonności do obrażania się o wszystko.

— Śmietanę. Kwaśną. I odtłuszczoną. — Właścicielka wątpliwej ozdoby też postanowiła się obrazić. — I nie to, że nie chcę mówić, tylko ty nie chcesz słuchać.

— Jak odtłuszczona, to nie kwaśna. Bez smaku będzie. — Sabina Szymczak podała klientce pożądany towar. — Trzy czterdzieści.

— Wczoraj kosztowała dwa osiemdziesiąt. — Coraz bardziej naburmuszona elegantka zgrzytnęła zębami. — Jak powiem, to będzie taniej?

— Jak powiesz i nie słyszałam, to dam upust.

— Kornelia sprzedaje siedlisko — szepnęła elegantka, choć był to szept raczej z gatunku głośniejszych, wprost do nadstawionego ucha sklepikarki.

Sabina Szymczak wyprostowała się natychmiast i spojrzała w lustro, w którym dostrzegła, że młody człowiek nagle przestał całować swoją oblubienicę, a w jego oczach pojawił się nieprzyjemny błysk.

— A pan Karol to coś chciał kupić czy może sensacji szuka?! — krzyknęła Szymczakowa do młodzieńca, ogłuszając przy okazji klientkę, która nie zdążyła się odsunąć na bezpieczną odległość. Zadowolona z wrażenia, jakie zrobiła na mężczyźnie, uśmiechnęła się do siebie, po czym przeniosła wzrok na elegantkę i oświadczyła już normalnym tonem: — Za śmietanę to będzie dwa pięćdziesiąt. Za takie informacje należy się cena z przedwczoraj — wyjaśniła zdumionej kobiecie.

Młody człowiek, który w rzeczywistości przekroczył już dawno trzydziestkę, ale pani Szymczakowej mógł wydawać się młodzieńcem, czmychnął w popłochu po tym, jak właścicielka sklepu zwróciła się do niego tak obcesowo. Uczepiona jego ramienia dziewczyna, znana ze swej kochliwości, pomknęła za nim, chichocząc, jakby usłyszała całkiem dobry dowcip. Mężczyzna zaś nie uśmiechał się wcale. Przeciwnie: w jego oczach błysnęła zaciętość, a na twarzy zagościł niepokojąco zły wyraz.


ROZDZIAŁ 3

oczątek kwietnia przyniósł przyjemne ocieplenie i świat nagle nabrał soczystych barw. Liście na drzewach wystrzeliły gwałtownie, forsycje wypuściły pierwsze żółte pąki, a w powietrzu czuć było słodki zapach kwitnących wiśni i śliw.

Basia odbywała właśnie spotkanie z prawniczką, która tym razem nie miała dla niej żadnych dobrych wieści.

— Obawiam się, że sędzia już zdecydowała i dziecko zostanie z pani mężem — odezwała się tonem, w którym wyraźnie brzmiało współczucie.

— Odwołajmy się!

— To raczej bezcelowe. Pani syn wyraźnie podkreślił, że z ojcem lepiej się dogaduje.

— Jasne, że lepiej się dogaduje — warknęła Basia. — Są dokładnie na tym samym etapie rozwoju. Dwóch dziewięciolatków bez łączności z bazą...

— Rozmawiała z nim pani na ten temat? — Prawniczka ani na moment nie zmieniła dobrodusznego tonu.

— Z kim? Z synem?

— Tak. — Ton kobiety był przeźroczysty jak foliowa koszulka na dokumenty, którą miętosiła między palcami. — Bo z jego ojcem, jak mniemam, pani kontaktów nie utrzymuje?

— Zgodnie z pani zaleceniem — potwierdziła Basia. — Tomek niewiele ze mną rozmawia. Ja też nie potrafię się do niego zbliżyć. Nigdy nie sądziłam, że dorastające dziecko będzie takim problemem.

— Musimy odpuścić. Dla dobra syna. Nie byłoby mądrze mieć w nim wroga. A po jakimś czasie będzie pani mogła wystąpić o zmianę decyzji.

— Jasne — prychnęła Basia, załamując się całkowicie. — Nie mam domu, męża i dziecka. Dziewięć lat życia poszło z dymem.

— Wiem, że teraz tak to pani widzi, pani Barbaro, ale czasem człowiek musi dobić do dna, żeby mieć od czego się odbić.

Piękna brunetka podniosła pełen wściekłości wzrok na czterdziestoletnią kobietę, której wygląd sugerował, że albo nigdy na dnie nie była, albo odbiła się od niego bardzo wysoko.

Przez chwilę się zastanawiała, czy nie powiedzieć prawniczce, co myśli o tej doskonałej radzie, która miała kosztować ją kilkaset złotych, postanowiła jednak zostawić to na kiedy indziej. Teraz miała ochotę tylko na jedno.

— Julka? Potrzebuję wina. Czerwonego, mocnego, wytrawnego i najlepiej dużo — zakomunikowała przyjaciółce przez telefon, opuściwszy budynek, w którym mieściła się kancelaria.

— Doskonale się składa, bo ja też — odpowiedziała jej Julia. — Dzwonię do Ali, a ty daj znać Lilce. O osiemnastej?

Basia spojrzała na wysadzaną brylantami tarczę eleganckiego zegarka marki Tissot. Było kilka minut po piętnastej, a musiała załatwić jeszcze jedną sprawę, skoro już była w tym miejscu.

— Znakomicie — rzuciła do telefonu. — Tylko pamiętaj: dużo!

Rozejrzała się pośpiesznie w obu kierunkach, po czym przeszła przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, wprost pod koła rozpędzonego rowerzysty. Nie przejęła się zbytnio, gdy ten klął, ubliżając całej jej rodzinie, a przy okazji oberwało się wszystkim „babom”.

Zerknęła przez przednią szybę do swojej toyoty, żeby sprawdzić, czy nie musi dokupić biletu w parkometrze. Zostało jej jeszcze dwadzieścia sześć minut, powinna zdążyć.

Biuro turystyczne znajdowało się w oficynie ukrytej przed wzrokiem nieświadomych przechodniów, a także przed wzrokiem nieświadomych lub za mało spostrzegawczych policjantów i strażników miejskich, którzy z pewnością zainteresowaliby się kiepsko oznakowanym lokalem sprzedającym podejrzane wycieczki w jeszcze bardziej podejrzane miejsca.

Basia gwałtownie otworzyła drzwi, wpuszczając do wnętrza światło, co wprawiło dwie siedzące za biurkami osoby w stan całkowitego osłupienia.

Pierwsza odezwała się piegowata blondynka, zbladłszy tak, że tylko wielkie oczy pozwalały odróżnić ją od ściany.

— Dzień bry. Czyyym... czym możemy pani służyć?

— Potrzebuję biletu. Czterech w zasadzie biletów, na Kubę. W dwie strony, droga pani, ze wszystkimi wygodami.

— Na Kubę? — Dziewczyna wyglądała tak, jakby Basi właśnie wyrosły anielskie skrzydła i szatańskie kopyta.

— No, co się tak dziwisz, dziecko? — warknęła czarnowłosa klientka. — Taka wyspa na Morzu Karaibskim. Geografii w szkole nie miałaś? Kogo ten mój, pożal się Boże, mąż zatrudnia, o święci pańscy...

Na słowo „mąż” obie wystraszone osoby wpadły w jeszcze większy popłoch i zaczęły z zapamiętaniem stukać w klawiatury, jakby ścigały się o palmę pierwszeństwa w zawodach, która szybciej zadowoli szefową.

— Pod koniec miesiąca może być czy za późno? — zapytała druga z dziewcząt, pulchna szatynka z aparatem ortodontycznym na zębach.

— Idealnie. — Basia usiadła na krześle ustawionym naprzeciwko biurka bladej pieguski i wpatrywała się w zawieszoną nad jej ramieniem mapę świata. Oczywiście Kuba się na niej znajdowała, ale trzeba było jeszcze wiedzieć, gdzie patrzeć.

Po kilku minutach szatynka bez słowa wręczyła kobiecie kopertę z biletami. Basia zajrzała do środka, skinęła głową, po czym wyszła bez słowa. Nikt jej nie zatrzymał, nie upomniał się o zapłatę. I bardzo dobrze, na to właśnie liczyła. Nie chce jej, tatuś dekady, oddać dziecka? Jeszcze tego pożałuje! Urząd skarbowy postanowiła zawiadomić o nielegalnych transakcjach i stojących na zapleczu automatach do gier hazardowych, jak już wróci z tej Kuby.

Po drodze do samochodu zadzwoniła do Lilki, która wiadomość o spotkaniu przy winie przyjęła z wielkim entuzjazmem. Może jednak ostatecznie ten dzień nie będzie aż taki zły.


ROZDZIAŁ 4

ieczór zapowiadał się piękny, Ala postanowiła zatem przyjąć dziewczyny na tarasie. Ostatnim razem lało jak z cebra, nie miała więc możliwości pokazania im, jak cudownie wygląda ogród oświetlony przypominającymi pochodnie lampami solarnymi.

Rozłożyła stół, wyścieliła rattanowe fotele czerwonymi pokrowcami i zajęła się szykowaniem zastawy, którą kupiła specjalnie na taką okazję. Choć „zastawa” to raczej nie było najwłaściwsze określenie — plastykowe naczynia co prawda na pierwszy rzut oka mogły wyglądać jak wykonane ze szkła, ale przy krośnieńskich szklankach z pewnością straciłyby cały swój urok. Na taras jednak nadawały się znakomicie, a ponieważ Julia zapowiedziała, że przyniesie dużo wina, ze szkłem mogłoby być różnie w trakcie suto zakrapianego spotkania.

Co prawda okazji do tej spontanicznej imprezy Ala nie znała, jednak ona także miała powód do świętowania. I to jaki! Szczęki dziewczynom opadną, gdy tylko usłyszą! Jeszcze się okaże, że tego wina może nie wystarczyć.

Umieściła na stole bambusowe podkładki, a na nich natychmiast pojawiły się drobne płatki z pobliskiego drzewa, które nie wiadomo kiedy okryło się białym puchem i przy najlżejszym podmuchu wiatru rozsiewało ledwo trzymające się gałązek kwiaty. Krążąc wokół stołu niemal tanecznym krokiem, Alicja ułożyła sztućce owinięte ogniście pomarańczową rafią, za którą wetknęła bukieciki z gałązek forsycji, po czym oceniła efekt i uśmiechnęła się, wyrażając uznanie dla samej siebie. A niech tam, jedni mają głos jak dzwon, inni liczą w głowie skomplikowane równania, a ona potrafi doskonale urządzać przyjęcia.

W niespełna półtorej godziny na stole pojawiły się wypełnione po brzegi salaterki, półmiski z kanapeczkami kolorowymi jak liście drzew rosnących w ogrodzie, a z piekarnika wydobywał się oszałamiający zapach cynamonu, wanilii i pieczonych jabłek.

Punktualnie o osiemnastej drzwi wejściowe otworzyły się na oścież, wpuszczając do domu trzy podniesione damskie głosy, za którymi niczym huragan wtargnęły ich właścicielki.

— Ty w ogóle nie rozumiesz, jak ja się poczułam w tej sytuacji! — krzyczała Lilka. — Jakby mi w paszczę napluł co najmniej, bucefał jeden!

— Doskonale rozumiem, ale uważam, że postąpiłaś głupio — odpowiedziała Julka nieco spokojniej.

— No tak, jeszcze mi powiedz, że jestem kretynką! Nie dość, że straciłam pracę przez jakiegoś warchoła, to na dodatek moja najlepsza przyjaciółka mnie obraża.

— Co się stało? — Zaniepokojona Ala wychyliła się z kuchni, wycierając ręce w ściereczkę.

— Lilka rzuciła pracę — odpowiedziała jej Basia. Usiłowała odwinąć z szyi apaszkę w kolorze ciemnej oliwki, która wyjątkowo uparcie nie chciała się dać zdjąć.

Ala z uznaniem stwierdziła, że w tym szalu ciemna karnacja Basi prezentowała się zjawiskowo, i postanowiła jej o tym natychmiast powiedzieć, jednak Lilka najwyraźniej miała potrzebę sprostowania wypowiedzi przedmówczyni i odezwała się pierwsza:

— Kolejny Brutus się znalazł! No jak mamę kocham, czy wy mnie w ogóle słuchacie? Czy też może ja tak gadam sobie a muzom, ku chwale ojczyzny?!

— Nie krzycz na mnie! — oburzyła się Julia. — I wcale cię nie obrażam, skomentowałam jedynie twoje zachowanie. Powiedzenie szefowi, warchołowi czy nie, że jest bezdennym idiotą i może iść się chędożyć ze świniami w chlewie, bo żadna istota rodzaju ludzkiego nie tknęłaby go nawet przez lateksową rękawiczkę, to raczej nie jest droga do awansu.

— W dupie mam jego awans! Znaczy swój awans, ale u niego! — W głosie Lilki pojawiły się wibrujące tony zwiastujące nadchodzący atak prawdziwej histerii. — Jego awanse też mam zresztą w dupie, bo ta świnia, ten obrzydliwy śmierdzący skunks wyobraził sobie, że ja z nim kiedykolwiek, cokolwiek... Fuj, fuj, trzymajcie mnie, bo będę rzygać!

Lika zaczęła tupać i otrząsać się, jakby oblazło ją stado mrówek. Krzyczała przy tym nieustannie, wywołując szczere zaniepokojenie przyjaciółek aktualnie zaliczanych do kategorii zdrajczyń.

 

— O-keeeej... — Ala, jako jedyna nieobłożona anatemą, sięgnęła po torbę, która stała niebezpiecznie blisko zbyt szybko poruszających się kończyn Lilki. Cztery butelki wina mogłyby ucierpieć, a przecież właśnie teraz była najbardziej odpowiednia pora, żeby wykorzystać moce magicznego trunku ze szlachetnych winogron. — Tylko tyle? — zapytała odruchowo, zaglądając do środka. — Może nie wystarczyć...

— Mam jeszcze dwie butle w torebce — uspokoiła ją Julka, a Basia przy okazji też odetchnęła z ulgą.

Nie czekając, aż Lilka zakończy nieskoordynowany taniec Świętego Wita, trzy pozostałe przyjaciółki przeszły do kuchni, w której natychmiast poczuły się szczęśliwsze. Zapach szarlotki sprawił, że marzyły już tylko o tym, żeby rozsiąść się wygodnie z kieliszkiem wina w dłoni i zajadać tę ambrozję przyrządzoną rękami Alicji.

— Lila, zapraszamy na taras — rzuciła gospodyni wesoło. — Mamy mnóstwo żarcia i nie zawahamy się go skonsumować. Z tobą czy bez ciebie.

*

— Reasumując, wychodzi na to, że ten głupek jednak postawi na swoim. — Basia zakończyła opowieść o popołudniowym spotkaniu z prawniczką, która nie pozostawiła jej złudzeń w kwestii opieki nad dzieckiem.

— Bacha, no coś ty? — pocieszała ją Lilka. — Przecież w Polsce takie rzeczy się nie zdarzają. Dzieci zawsze zostają z matkami.

— Okazuje się, że wcale nie zawsze. — Basia z zaskakującym spokojem przeżuwała duży kęs przepysznej szarlotki. — Ponoć jak się dobrze udowodni, że więź matki z dzieckiem jest słaba, to sąd jest skłonny powierzyć opiekę ojcu.

— A kto będzie mierzył siłę tej więzi? I jak niby? — zapytała Ala, całkiem poważnie zainteresowana tematem. Wyobrażała sobie kogoś stojącego z magiczną różdżką i badającego aurę wokół Basi i jej prawie już byłego męża.

— Bo ja wiem? — odparła szczerze przyszła rozwódka, wzruszając ramionami. — Tak między nami, to w skali od jednego do dziesięciu moja więź z Tomkiem jest najwyżej czwórką. Czyli taka se.

— Pewnie jak w przypadku dziewięćdziesięciu procent rodziców dorastających prawie nastolatków — podsumowała Julka. — Jak myślisz, dlaczego zrezygnowałam z pracy w szkole i zostałam kelnerką? Z miłości do obleśnych klientów? Aż takich dobrych napiwków od nich nie dostaję.

— Racja, polać jej! — zakomenderowała Lilka, już całkiem uspokojona, w czym z pewnością pomogły dwa wypite niemal duszkiem kieliszki wina. — Mnie też przy okazji!

Polewanie było usankcjonowanym wieloletnią tradycją obowiązkiem Julki, zatem wyszło na to, że sama sobie musiała uzupełnić wino w kieliszku, co zrobiła z nieukrywaną ochotą. Czynność powtórzyła jeszcze trzy razy, bo nagle wszystkie uczestniczki imprezy dojrzały dna w swoich naczyniach, które doskonale imitowały szkło.

— Jeszcze nic straconego — zwróciła się Julka do Basi, wręczając jej kieliszek wypełniony bordową cieczą niemal po same brzegi. — Jak bardzo chcesz, to skontaktuję cię z moją koleżanką, która jest świetnym psychologiem dziecięcym. Zrobicie sobie terapię rodzinną i ona potem może zaświadczyć w sądzie, że ci więź skoczyła co najmniej do szóstki.

— Sama nie wiem... Może spróbuję. Chociaż wiecie, ja nigdy nie będę taka fajna jak tatuś. Wiecznie pracuję, jeżdżę po świecie, często mnie nie ma. Nie mam czasu pograć z dzieckiem na PlayStation ani zabrać go na mecz żużlowy. A to się przecież liczy, kto by tam pamiętał, że z okazji tego meczu wypadałoby włożyć na dupę ubranie, które samo się przecież nie kupi, a rachunek za prąd do konsoli na pewno płaci wróżka chrzestna.

— No, ale Bartek też przecież pracuje — wtrąciła rozsądnie Lilka. — Jakby siedział w piżamie całymi dniami, żerował na twojej pracy, to mogłabyś tą kartą zagrać.

— Pracuje, dobre sobie — prychnęła Basia, ledwo unikając oblania się winem. — Byłam dzisiaj w tym jego biurze, ślepy by chyba zauważył, że tam lewizna odchodzi. Ale nie chcę z nim wojny, jeszcze nie teraz. Ze względu na Tomka.

— Mądrze — pochwaliła ją Julka. — Dobro dziecka jest najważniejsze. Jakbyś jednak chciała pomocy tej mojej koleżanki, to pamiętaj. — Uścisnęła rękę Basi na znak wsparcia, po czym spojrzała prosto na Lilkę i odezwała się: — Dobra, to teraz wróćmy do naszej mistrzyni dyplomacji. Chyba już jesteś gotowa na wyjaśnienie, jak wygląda aktualnie twoja sytuacja zawodowa?

— Znakomicie wygląda! — Lilka wyszczerzyła się odrobinę upiornie. — Od czterech godzin wygląda wprost doskonale. Bo jestem w okresie wypowiedzenia i teraz to mój parchaty szef może mi co najwyżej wypisać polecenie wykorzystania urlopu za ostatnie trzy lata. Trochę tego będzie, nie?

— Najmarniej siedemdziesiąt osiem dni — podpowiedziała uczynnie Ala. — Czyli jakieś cztery miesiące z weekendami.

— O matko, ale luksus! — pisnęła Basia.

— Widzisz, luksus, a ty tak na mnie naskoczyłaś — rzuciła Lilka do Julii, która przyglądała się jej z enigmatycznym wyrazem twarzy. — Co się tak krzywisz, jakbym ci pod nos podstawiła rozkładające się zwłoki?

— No, krzywię się, bo ty jednak jesteś głupsza, niż ustawa przewiduje. Mało tego, jesteś głupsza, niż przewiduje to najgłupsza z głupich ustaw.

— Phi. Mogę być. Ale za to pobyczę się przez następne cztery miesiące.

— Trzymajcie mnie, bo nie wyrobię z tą wariatką — syknęła Julia i złapała się za głowę. — Lilka, ty masz rachunki do płacenia, kryzys gospodarczy nadchodzi. Takie numery to może odstawiać jakiś cymbał w reklamie Lotto! No, chyba że wygrałaś kilka baniek, to wtedy rób, co tylko uznasz za stosowne. Bogaci mają prawo być głupi.

— Wiesz co? — Lila poprawiła się na krześle, żeby dodać swojej wypowiedzi nieco powagi. — Ty jesteś naprawdę Grinchem w każdym calu. Nawet nie pozwolisz mi się w spokoju upoić chwilą, kiedy przynajmniej w perspektywie mam cztery miesiące wolnego. W poniedziałek zamierzałam powiedzieć warchołowi, że nie odejdę. Ale nawet to mi zabrałaś. Ten jeden moment, kiedy poczułam się jak ten cymbał, który wygrał kilka baniek na loterii.

Ala przysłuchiwała się tej rozmowie z coraz wyraźniejszym zniecierpliwieniem, które zauważyła jedynie Basia. Obserwowała przyjaciółkę uważnie, puszczając mimo uszu sprzeczkę między dwiema pozostałymi. W końcu nie wytrzymała.

— Alu, czy ciebie coś boli albo może musisz pilnie do toalety? — zapytała z matczyną troską.

— Boli? Nie. Wszystko w porządku. Tylko...

Lilka i Jula zamilkły i spojrzały na odrobinę niecodziennie wyglądającą Alę. Rozbiegany wzrok, rozpalone policzki — to mogły być skutki wina, jednak coś kazało im myśleć, że ich przyjaciółka za chwilę zaskoczy je jakąś rewelacją. Absolutnie się nie pomyliły. Nie były jednak w stanie przewidzieć skali owej niespodzianki.

— No bo... Tylko się na mnie nie gniewajcie, że zrobiłam to za waszymi plecami... — zaczęła Alutka, spuściwszy wzrok ze wstydem.

— Mówże, kobieto, bo zaraz zacznę podejrzewać, że zrobiłaś coś naprawdę niewybaczalnego. — Lilka syczała jak wściekła żmija. — Zdradziłaś Artura, zapisałaś się do partii politycznej czy coś równie głupiego?

— Co? — Ala zachłysnęła się winem i zaczęła kaszleć.

Siedząca najbliżej niej Basia zerwała się, po czym z zapamiętaniem zaczęła tłuc przyjaciółkę w plecy. Przestała dopiero, kiedy Alicja odzyskała oddech.

— No co ty w ogóle wygadujesz? Dlaczego miałabym go zdradzać? — wychrypiała w końcu dziewczyna.

— A bo ja wiem? — Lila wzruszyła ramionami. — Może wreszcie by się obudził, śpiący królewicz, i zrozumiał, że żona to nie tylko wyposażenie domu.

— Nawet tak luksusowe — dodała jadowitym tonem Julka.

— No weź, chyba mi teraz nie zaczniesz wypominać, że mam bogatego męża. Kiedy go brałam, to bieda piszczała, aż przykro było patrzeć. Pamiętacie, co wam opowiadałam o pierwszej wizycie w domu u moich rodziców?

— O tym, że zupę fasolową dostał i się zdziwił, że w zupie poza wodą i ziemniakami są też inne rzeczy? — podchwyciła Basia, kiwając głową.

— Taaa, pamiętamy — potwierdziła Julia. — Mało się nie popłakałam, gdy nam o tym mówiłaś. Wzrusz, że ach.

— Ty to jednak jesteś zimna sucz, Julka — ofuknęła ją Lila. — Nie każdy ma serce tak skamieniałe jak ty.

— Może i mam skamieniałe serce, ale od razu faceta wyczułam. Na mnie żadne neurolingwistyki nie działają. Defekt mózgu podobno.

— No to wielka szkoda, że mojego nie dałaś rady w porę wyczuć — stwierdziła Basia z wyraźnym żalem w głosie. — Może dziś ja też byłabym luksusowym wyposażeniem domu, sorry, Aluś, a nie musiała płacić krocie za prawniczkę, która w dodatku nie potrafi załatwić mojej sprawy.

— Kiedy ty postanowiłaś zakochać się na śmierć i życie w koledze ze szkolnej ławki i zajść w ciążę przed studniówką, to już było za późno na jakiekolwiek interwencje.

— Prawda — poparła Julię Ala. — To była naprawdę szybka akcja. Kto by pomyślał, że wytrwacie ze sobą dziewięć lat...