Weronika zmienia zdanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Przy pisaniu tej książki nie ucierpiał żaden gołąb.

Podobieństwa do osób istniejących w rzeczywistości są przypadkowe. Raczej.

Rozdział pierwszy Kwestia temperatur

Co byś chciała, żebym teraz zrobił?

Ciepły strumień oddechu delikatnie otula płatek ucha. Wędruje do zatoki, miękkiego wgłębienia i osadza się mgiełką. Zachęca, kusi. Jest na każde skinienie, muśnięcie myślą. Piersi znikają pod kloszami dłoni. Rozrastają się i kurczą. Drżą. Wibracje jak kamień rzucony w głębinę rozchodzą się kręgami, równomiernie masując każdą cząstkę ciała. Co dziwne, nie ma barw ani zapachu. Tylko gorące przepływy. Do samego centrum. I z powrotem.

— Jestem twoją myślą, pragnieniem i spełnieniem. Czego się obawiasz?

Westchnienia nie płoszą doznań, oczy zamknięte. Przez powieki przedziera się skrzekliwe światło. Kręgi znikają bezpowrotnie. Źrenice jak ziarenka, słońce jak świat.

— Szkoda — powiedziała do obrazków w sypialni. Nawet nie była specjalnie zła, że piękny sen się skończył. Intensywne odczucia jeszcze przez chwilę trzymały jej się w pamięci. Tak czy inaczej musi sprawić sobie ciemną roletę z prawdziwego zdarzenia. I sztucer na mewy. Nie lubiła tak porażających przebudzeń. Leżała sobie spokojnie i myślała o czekającym ją dniu. Nie zapowiadał się ani szczególnie dobrze, ani specjalnie ekscytująco. Nic nie zapowiadało też tragedii.

Wysunęła się spod puchowej kołdry. Nalała wody na kawę i zaciskając nogi, pokicała do łazienki. Zdążyła w ostatniej chwili. Pęcherz każde poranne odkręcenie wody w kranie traktował jak sygnał do opuszczenia zapory. Zawsze o tym zapominała. Będzie musiała zrobić z tym porządek.

Szybko się umyła. Zalała kawę i z filiżanką w dłoni pędem wróciła do sypialni. Wsunęła się pod ciągle ciepłą kołdrę. Wygrzebała spod poduszki pilota i włączyła radio. Półleżąc, powoli opróżniała filiżankę. Picie kawy w łóżku traktowała jak poranną gimnastykę. Po tak rozpoczętym dniu mogła przystąpić do dalszych obowiązków.

Ubrała się i spacerkiem poszła do pracy. Z mostu z niezmiennym zachwytem patrzyła na dzikie brzegi Kanału Drzewnego, a potem kamienne mury wzdłuż Parsęty. Przystanęła w połowie niebiesko-białych barierek i po raz nie wiadomo który próbowała zapamiętać wykutą tam datę rozdzieloną kotwicą. Nienawidziła się śpieszyć ani spóźniać. Fatalnie znosiła, jak ktoś ją poganiał. Bo zazwyczaj była punktualna.

Pokój redakcji wkrótce zaczął się wypełniać. Kiwała głową na powitanie i wykręcała numer w telefonie. To nie mogła być miła pogawędka.

— Dzień dobry, mówi Weronika Sasińska, dziennik „Zdarzenia" — zaczęła z krzywym uśmiechem na ustach i anielskim głosem.

— A, to znowu wy. Słomianka. No, słucham. — Zdjął okulary i chuchnął rozeźlony w szkła.

Nic nowego, rzecznik słynął z gburowatości, a od czasu afery z dyrektorem szpitala nie silił się na wersal. Weronika uodporniła się na ten ton. Ale dzisiaj brzmiał wyjątkowo złowrogo. Nie była nawet pewna, czy coś jej powie. Słomianka, jak prawie każdy rzecznik, miał za złe dziennikarzom, że zamiast drukować komunikaty o sukcesach czy relacjonować przecinanie wstęg, zadają durnowate pytania.

— Panie doktorze, chciałabym zapytać o stan zdrowia pacjenta wyłowionego spod lodu wczoraj wieczorem na stawku kaczorków — wyrecytowała cicho.

— Interesują was takie rzeczy? Mało wam, że szpital szkalujecie?

Nie pierwszy raz tak ją traktują, uodporniła się. Najgorszy sort rzeczników mających wszystkich dziennikarzy za odpady niewarte nawet sortowania. Słomianka dałby się pociąć na małe gaziki dla swojego dyrektora i oddałby mu wszystkie parzyste części ciała, a nawet płaty wątroby, gdyby się tylko nadała. Wierny sługa i przyjaciel.

— Nie wiem, o kim pan mówi i o jakie szkalowanie panu chodzi, ale ja teraz piszę o bezpieczeństwie miejskich oczek wodnych i ta informacja jest mi po prostu niezbędna — wytłumaczyła grzecznie, rysując na kartce papieru penisa w okularach. — Poza tym pisanie prawdy o jednej osobie ze szpitala to nie szkalowanie całej placówki, proszę pana. — Panowała nad głosem, żeby nie warczeć.

— Dobrze, postaram się dowiedzieć — burczał.

— O której mogę liczyć na informację?

— Co, wierszóweczka się grzeje, pani redaktor?

Poczuła, jak narasta w niej gniew.

— A panu pacjent stygnie, panie doktorze?

— Pani redaktor, tak nie można! — obruszył się i poczuł dotknięty do żywego.

— To proszę szanować moją pracę, tak jak ja szanuję pańską. Ja piszę, pan doktor leczy i informuje. Takie mamy zawody i ja swój staram się wykonać rzetelnie.

— Dobrze, zadzwonię za godzinę — Słomianka odrobinkę spuścił z tonu. Nie pamiętał, kiedy ktoś mu się tak postawił. Musi sobie ją zapamiętać.

Delikatnie odłożyła słuchawkę i dokończyła rysunek. Penis otrzymał lekarskie słuchawki. Tekst był już gotowy, brakowało tylko wypowiedzi bubka w kitlu. Z szuflady biurka wyciągnęła krem do rąk i błyszczyk. Drobne czynności kosmetyczne ją uspokajały. Na monitorze zamigotała ikonka komunikatora. Otworzyła okienko. To naczelny domagał się gotowego artykułu, który miał mieć na biurku i w redakcyjnym folderze w samo południe. Było pięć po dwunastej, bomba została odpalona. Teraz tylko czekać, aż zasypie Weronikę radioaktywny pył chorego zniecierpliwienia. Duży materiał miał iść do numeru w przyszły weekend, a tydzień na dobre się jeszcze nie zaczął. Naczelny siedział za ścianą. Komunikator, poza zebraniami, był praktycznie jedyną formą rozmowy z pracownikami, jaką tolerował. Absurdalne wymagania chorego na władzę zwierzchnika śmieszyły, częściej jednak upokarzały.

Józef Bajeczny przyjął za punkt honoru, by z redakcji zrobić kolonię karną, a ze spotkań redakcyjnych apele na placu przed barakami. Z żalem odstąpił od zasady, by zebrania te odbywały się na stojąco, w postawie zasadniczej. Na zebraniach panowały grobowa cisza, powaga i zniechęcenie, które naczelny brał za oczywisty respekt i niezrozumiałą apatię. Z powodzeniem zmieniał życie redakcyjne w piekło, w którym nikt nie mógł być pewny swojego losu. Z tego też powodu nazywany był Stalinem. Do szału doprowadzał go dobry humor innych. Wybuchy śmiechu, które z rzadka dobiegały do jego wieżyczki strażniczej, powodowały niższą wycenę materiałów, która wbrew zwyczajom panującym w innych redakcjach tu była uznaniowa i objęta tajemnicą tak głęboką i szczurzą, że nie znali jej nawet autorzy tekstów. Ewidentne kompleksy i braki w wychowaniu nadrabiał burkliwą arogancją wobec każdego, kto przekroczył próg redakcji i odważył się nieproszony wejść do gabinetu naczelnego. Przy czym nie był nawet drobnym udziałowcem wydawnictwa.

Każdego traktował jak wroga, intruza i kogoś, kto źle mówi, mówił albo będzie o nim mówić. Był przekonany, że każdy o nim źle myśli, wszyscy są do niego uprzedzeni, wrogo nastawieni i przede wszystkim niesprawiedliwi. To powodowało, że zionął nienawiścią do większości napotkanych ludzi. Nawet ekspedientki w osiedlowym sklepie spożywczo-warzywnym, gdzie zwykł robić zakupy, codziennie ciągnęły losy, która ma go obsługiwać.

Weronika odpisała, że czeka na telefon od rzecznika, który zdobędzie pełną informację. Takiej odpowiedzi naczelny jednak nie przyjął do wiadomości: „Pa, pa, premia :)" — odpisał.

Roześmiała się do monitora na tyle głośno, żeby usłyszał to przez korytarz. „Pożegnanie nieobecnej?" — odklikała błyskawicznie.

Odpisanie na takie coś wymagało jako takiego refleksu, a tego, podobnie jak i samodzielnego poczucia humoru, naczelny był pozbawiony.

Na premie mogły liczyć tylko punktualne redakcyjne pieski, które kosztem jakości i rzetelności artykułu oddawały swoje gnioty tuż po jedenastej. Redakcja Weroniki liczyła kilkanaście osób. Naczelny dbał, żeby rotacja była częsta i niespodziewana. Wykorzystując pęd młodych ludzi do pisania w gazecie, ze swobodą pozbywał się doświadczonych dziennikarzy. Wystarczyło, że ktoś miał inne zdanie i podzielił się nim z naczelnym. Stalin tępił zdolnych, błyskotliwych, mądrzejszych i najzwyczajniej lepszych od siebie. Z przyjemnością wywalał na bruk matki samotnie wychowujące dzieci czy młodych ojców, którzy musieli utrzymywać swoje rodziny. Liczyło się tylko jego poczucie władzy. Po każdej likwidacji pracownika popadał w euforię, którą natychmiast rozładowywał w redakcyjnej toalecie. W tych dniach zdarzało mu się nawet uśmiechać.

Weronika rozglądała się za inną pracą, ale polubiła pisanie w dzienniku i niektóre osoby z redakcji. Poza tym czerpała jakąś dziwną przyjemność ze świadomości, że naczelny zdaje sobie sprawę, że niektórym, tym jeszcze pracującym i tym już zwolnionym, dziennikarzom nigdy nie dorośnie do pięt. Śmieszyło ją, że przed wejściem do gabinetu zdejmuje buty i wsuwa skórzane góralskie sandałki. Bawiło używanie przez niego tych samych wyświechtanych cytatów z Misia i Rejsu.

— Długo mam jeszcze czekać? — zasyczał Weronice nad ramieniem.

Naczelny w pokoju redakcyjnym to rzadkie zdarzenie. Zerknęła na zegarek — piętnaście po dwunastej.

— Aż zadzwoni rzecznik. Pisałam panu — odrzekła, nie ruszając się z miejsca. Naczelny był przed pięćdziesiątką, a Weronika młodsza, ale nie uznała za stosowne wstawać przed gburem w kapciach.

— Jak będzie gotowe, to proszę dać mi znać, a w przyszłości proszę mnie powiadamiać także i o tym, że nie ma pani zamiaru oddać tekstu w wyznaczonym terminie.

 

— Ale przecież skoro tekstu nie ma na czas, to pan już i tak o tym wie… — zauważyła zdumiona i uśmiechnęła się dobrotliwie.

— Nie szkodzi. Ja muszę to wiedzieć — wymiędlił.

— A jak się sprzęt zawiesi? — teraz już się z nim bawiła.

— Tylko pani ma tak kiepską wymówkę.

Naczelny był kompletnym ignorantem w sprawach technicznych, komputerowych, sieciowych i informatycznych. Ale przenigdy się do tego nie przyznawał.

— Na pewno pan nie przeoczy — uśmiechnęła się uprzejmie.

— O co pani chodzi? — spytał podejrzliwie.

— Że będzie w folderze i w pana drukarce.

— I w komunikatorze — przypomniał zimno.

— Myślałam, że to byłaby złośliwość, ale oczywiście, z komunikatora też się pan o tym dowie. Jaką zatem mam zachować kolejność czynności podczas informowania o nadejściu artykułu? — była pewna, że nie puści jej płazem tych uszczypliwości.

— Pierw proszę na komunikator, potem do folderu i wydruk. Oczywiście zadiustowany. Nie ma wydruku, nie ma tekstu. To chyba pani zapamiętała?

— Tak jest, panie redaktorze naczelny. — Przyłożyła palce do czoła. — Aha, a wydruk ze swojej drukarki wyciągnie pan sam czy mam zrobić to osobiście? — spytała słodziutko.

— Sam — warknął.

Bajeczny znikł. Dopiero teraz zza przepierzenia wychyliła się wielka czarna głowa Angeli.

— Ty, Werka, lubisz go, co? — spytała, przegryzając słone paluszki w kolorze pudru, jakim smarowała twarz z wyjątkiem warg, które okładała szarobeżowym korektorem na wypryski.

— Jak psy dziada w ciasnym kącie. — Weronika nie ukrywała niechęci do Bajecznego.

— Ale chciałabyś się z nim bzyknąć, co? — Angela przewracała brązowymi jak emenemsy oczkami.

— Obrzydlistwo — wzdrygnęła się Weronika.

— No co? Przecież nie masz faceta.

— To nie ma nic wspólnego.

— A tam, Werka, nie mów, że ci się nie chce.

— Na urlop mi się chce — zmieniła temat Weronika.

— Werka, to do Egiptu se pojedź, no wiesz, jakiś Bambo się znajdzie i ci wygodzi. Ty, Werka — zapalała się — a jak byś wolała, od przodu czy od tyłu?

— Mróz ci się rzuca na głowę, bo raczej nie dieta — nie wytrzymała Weronika.

Strzał był celny. Angela była przy kości, przypominała raczej ciosaną wiejską rzeźbę, niż eteryczną zjawę, za którą się uważała.

— Wiesz co, Werka? Pędź się — zakończyła pogawędkę Angela i zniknęła za ścianką.

Weronika żałowała, że Krystyna była na bezpłatnym urlopie i zanurzała się w samotniach tybetańskich mnichów. Edytę, flagową dziennikarkę „Zdarzeń", kobietę z największą klasą i umiejętnościami parę tygodni temu Bajeczny wyrzucił na zbity pysk. Po latach bycia nękaną absurdem punktualności i ciągłego wysługiwania się jej kontaktami i niespotykaną pracowitością miała czelność zwrócić mu uwagę, że jego wymagania są niegodziwe i zwyczajnie nieludzkie, nieostrożnie wspomniała też coś o niedziennikarskim podejściu do gazety. Tego rozdęte ego naczelnego wytrzymać nie mogło. I dla dobra gazety, jak tłumaczył wydawcy, wydalił kobietę z pracy. Edyta została wywalona pod koniec zbierania materiału do artykułu, który za parę dni stał się numerem jeden w stacjach telewizyjnych i gazetach w Polsce i Europie. Jednak to nie Edyta sprzedała temat innym redakcjom, jak sądził naczelny, ale po prostu informator stracił zaufanie do Bajecznego, a chciał nagłośnienia sprawy. Zorientowany w umiejętnościach innych dziennikarzy informator nie zdecydował się powierzyć tematu ani Angeli, ani Karolinie, ani komu innemu. Edyta chciała, żeby temat, dla dobra sprawy, przejęła ona, Weronika, ale odmówiła.

Weronika została sama na placu boju. Znoszenie wulgarnej Angeli z deficytami inteligencji bywało trudne i na dłuższą metę męczące. Weronika wiedziała, że Angela zaraz pójdzie do naczelnego ze skargą albo na najbliższej planówce podbierze jej temat, co naczelny w pełni zaakceptuje. Wszyscy w redakcji wiedzieli, że Angela trzyma sztamę z naczelnym. To znaczy Bajeczny pozwalał jej tak myśleć. Bez zastrzeżeń i poprawek puszczał jej teksty, w których powtórzeń było więcej niż serii brzuszków na siłowni. W gruncie rzeczy gardził Angelą, a trzymał ją w redakcji, bo w niczym nie była lepsza od niego, nawet piersi miała mniejsze niż on.

Za dziesięć pierwsza zadzwonił rzecznik. Był miły i grzeczny. Udzielił wszystkich informacji o stanie pacjenta, sposobie jego leczenia, rokowaniu i przybliżonym terminie opuszczenia szpitala. Weronika nie miała złudzeń, że ta uprzejmość nie powtórzy się przy następnej rozmowie. Wyczerpujące wiadomości skrzętnie notowała.

— Czy sympatyczna pani redaktor jest usatysfakcjonowana?

— Dzisiaj tak.

— Gdyby miła pani redaktor miała jeszcze jakieś pytania, proszę dzwonić bez względu na porę — zaproponował obrzydliwie uprzejmie.

— Może się tak zdarzyć.

— Będzie mi bardzo miło — kontynuował rzecznik. Był pewny, że ją zdetonował.

— To będzie zależało od tego, w jakiej sprawie zadzwonię — zaznaczyła. Niech mu się nie zdaje, że ma ją w garści. — Dziękuję, do widzenia.

— Do widzenia, pani redaktor, miłego dnia. — Odłożył słuchawkę. Wielka mi redaktor. Głupie babsko, pomyślał. Zapalił papierosa i wklepał w wyszukiwarkę: „zdarzenia, sasinska".

Skończyła materiał o cudem uratowanym topielcu. Powiadomiła naczelnego, że tekst jest już w folderze, a to, co właśnie się drukuje, niechybnie jest wyczekiwanym tekstem. Słyszała stukanie drukarki, skrzypnięcie fotela, potem jęk zbolałego naczelnego sięgającego do maszyny. Komunikator nie wyświetlał żadnej wiadomości, Bajeczny nigdy nie miał w zwyczaju powiadamiać, że wszytko doszło i jest w porządku. W ogóle powiedzenie czegoś pozytywnego przychodziło mu z trudem. Odczekała kwadrans i zaczęła pakować się do wyjścia.

— Już idziesz, Sasiniaczka? — spytała jak gdyby nigdy nic Angela.

— Tak, na wywiad, a potem na konferencję.

— Jaką? — spytała przebiegle i zerknęła za okno.

Angela nie miała oporów, żeby się pojawiać, uprzedzając konkurencję. Głosiła przy tym zasadę naczelnego — kto pierwszy, ten lepszy.

— „Antropologia, osteoporoza a ortopedia psycholaryngologiczna w farmakologii i profilaktyce" — wymyśliła Weronika.

— Aha — Angela nie zrozumiała nic oprócz „laryngologiczna". Poza tym nie chciało jej się wychodzić na zewnątrz i brudzić zamszowych kozaczków na tortowych platformach.

— Jak coś będzie o zatokach, to się dowiedz. Alanek znowu ma coś z uchem, byłam z nim na kroplówce całą noc. Dzisiaj pewnie z Grackiem pójdę.

— Na ucho? — zdziwiła się Weronika.

— Gdybyś miała dzieci, tobyś wiedziała. Weź jakieś psiuki do nosa, jak będą za darmo.

— Dobra. Spadam.

— Cześć, Werka — pożegnała się rozkojarzona, wlepiając wzrok w stronę internetowego sklepu z podróbkami perfum.

— Do jutra. — Weronika z ulgą opuściła duszną redakcję.

Wyszła przed budynek, zamknęła oczy i pozwoliła, by mroźne powietrze niemal samo weszło do jej płuc. Czuła, jak chłodzą się jej policzki. Stygnę, uśmiechnęła się zadowolona z przytarcia nosa rzecznikowi.

Śnieg padał leciutki jak cukier puder. Miasto w białej posypce wydało się ciche i lepsze. Jakby szło do pierwszej komunii albo do ślubu. W chodzeniu do ślubu nie miała nawet małej wprawki. Niech szlag jasny trafi Rafała! Na samo wspomnienie niemiły dreszcz przeszedł jej po plecach. Sięgnęła po papierosa i zaciągnęła się z przyjemnością, skróciła go prawie o połowę. Mach na głodniaka dał potężnego kopa, aż zatoczyła się oszołomiona dawką nikotyny. Tego by brakowało, żeby ją ktoś teraz zobaczył. Bez żalu wyrzuciła niedopałek i wsypując do ust parę pastylek gumy do żucia, ruszyła w stronę centrum. Dzielnie oparła się pomysłowi wezwania taksówki i skorzystania z komunikacji miejskiej. Na samochód ciągle nie mogła odłożyć, a kredytów się bała.

Po raz któryś wprowadzała w życie plan ruchu na świeżym powietrzu. Naprawdę szła na otwarcie targów sprzętu rehabilitacyjnego z wydzieloną częścią przeznaczoną na ekspozycję urządzeń kosmetycznych. Umówiła się tam z mamą, która była rehabilitantką, terapeutką i przy okazji obeznaną w kartach tarota wróżką. Miała też przyjść najbliższa przyjaciółka Weroniki, Marta, właścicielka dobrze prosperującej jadłodajni, szczęśliwa mężatka, matka bliźniaków i przy okazji dobrze zapowiadająca się interpretatorka kawowych fusów i herbacianych listków oraz niezrównana mistrzyni w odczytywaniu aury człowieka, a jak się dobrze skupiła, to i zwierzęcej. Marta, rówieśniczka Weroniki, była na ty z jej matką Ewą, co rodzicielka uznała za naturalne. Przecież wróżki, mimo relacji mistrzyni–uczennica, nie muszą być na pani. W stosunku do innych koleżanek Weroniki matka utrzymała właściwy dystans, nie kreując się na przyjaciółkę młodzieży.

Weroniki, która nawet intuicję posiadała w śladowej ilości, nie mówiąc o innych zdolnościach dywinacyjnych, nie dziwiła ich zażyłość, a zazdrosna była tylko czasami. Głównie wtedy, kiedy obie z rewelacyjnymi figurami żartowały sobie z jej nieidealnych kształtów i bezczelnie zajadały się bezowymi tortami, opijały smakowymi kawami i futrowały makarony pływające w basenach śmietanowych sosów. Żadnej z tych pyszności Weronika raczej sobie nie odmawiała, ale zawsze po takiej uczcie wstawała od stołu z niejasnym, ciążącym w żołądku i biodrach, poczuciem winy.

— Przyjdź, może zrobisz z tego jakiś materiał. Tak rzadko się ostatnio widujemy — namawiała matka. — Może kogoś w końcu poznasz, kogoś normalnego, tam bywają fantastyczni masażyści — rajfurzyła bez skrępowania.

— Przy okazji przekonamy się, ile są warte te zabiegi na cellulit. Mają być pokazy. Ja chętnie popatrzę — dokładała Marta.

— Patrz lepiej w swoje fusy — broniła się Weronika — a i mamuni serdecznie dziękuję, masażer już mam.

— Co?! — Ewa i Marta nie mogły ukryć ekscytacji.

— Zdecydowałaś się jednak? Bardzo bzyka, znaczy się bzyczy? — dopytywała matka.

— Ile kosztował? Na ile baterii? — Marta była konkretniejsza.

— Stałe źródło zasilania, na kabelek — wyjaśniła z uśmieszkiem Weronika.

— Aż tak? — niedowierzała matka. — No, córuś, masz temperament!

— To masażer do stóp, wy rozbuchane wrózie — powiedziała z politowaniem Weronika.

— To co nic nie mówisz? — Ewa była wyraźnie zawiedziona.

— Lipa — Marta też nie kryła rozczarowania.

Brnęła przez beżową śniegowo-solną breję i wymyślała ewentualne pytania do organizatorów, wystawców i odwiedzających. Zasygnalizowała wprawdzie temat, ale Bajeczny uznał, że darmowej reklamy nikomu robić nie będzie. Skoro organizatorzy nie zwrócili się o patronat medialny, sami są sobie winni.

Często bywało tak, że po przeczytaniu u konkurencji lub obejrzeniu w głównym wydaniu wiadomości tego, co z pogardą odrzucił, zlecał zrobienie tematu do wydania weekendowego. W ten sposób próbował ratować twarz i pokrywać brak dziennikarskiego nosa. Kiedy było już zupełnie po czasie i temat zaczynał śmierdzieć, naczelny wyśmiewał konkurencyjne gazety i portale, że piszą to samo i w dodatku o niczym. Weronika nie liczyła na informacyjną petardę, ale zawsze może coś ciekawego wypatrzyć, z kimś porozmawiać. Dojście do hal targowych zajęło jej pół godziny. W biurze obsługi targów pokazała legitymację prasową, odebrała naprędce sporządzony identyfikator i weszła do środka. Stanęła na progu i ogarnęła teren. W jednej chwili zapomniała o bożym świecie. Na wielkiej przestrzeni roiło się od wszelkiego rodzaju urządzeń, sprzętów, machin, pojazdów, gablot i gablotek. Pachniało wykładziną, kawą, wodami kolońskimi i perfumami. Klasycznymi i nowiutkimi. Wielojęzyczny gwar niewidzialną mgłą unosił się nad obecnymi. Weronika lubiła takie miejsca. Im większe, tym lepsze. Bez względu na tematykę targów z uśmiechem, pewna siebie przechadzała się alejkami i udając żywe zainteresowanie, brała, jakie się dało, gadżety. Nie zwracała uwagi na obrażone miny wychudzonych hostess i pełne dezaprobaty kręcenia głową merketingowców opiekujących się stoiskami. Nie mogła się powstrzymać, by nie wziąć sobie kolorowego folderu z obrabiarkami, dojarkami czy słupkami wzrostu sprzedaży pasz treściwych, do których doczepiane były długopisy w kształcie takich na przykład wymion. Zgarniała odblaskowe światełka z logotypami firm, dmuchane piłki, breloczki koszmarki, magnesy, ołówki, zakładki do książek, naklejki, żetony do wózków w supermarketach, lniane torby, smycze, pendrive'y, kubki, kalendarze, notesy, odświeżające chusteczki, plany miast, a nawet płyty CD z prezentacjami nie wiadomo czego, bo nigdy ich nie włączała. Nie mogła przejść koło szklanych mis wypełnionych firmowymi krówkami, tac z krakersami, desek z serami i chlebem ze smalcem, by czegoś nie skubnąć. Kiedy nie było żadnych giftów, zadowalała się owocowymi biedacukierkami wielkości nosa królika.

 

Targi były też doskonałym miejscem, żeby powiększyć kolekcję konfekcjonowanego cukru. Saszetkowy mol zaczął ją podgryzać, kiedy tylko kolorowe torebeczki z cukrem stały się powszechne w kawiarniach. Przestała słodzić herbatę i kawę, ale brała niezużyte pakieciki i lokowała w przepastnych, dwudziestolitrowych słojach, których przez dziesięć lat uzbierała osiem. Kolekcję uzupełniali także jej znajomi i przyjaciele oraz ich znajomi i przyjaciele. Dzięki temu miała saszetki z całego świata. W przeróżnych kształtach, barwach, gramaturach i z napisami w najdziwniejszych językach. Każda torebeczka była w jednym egzemplarzu. Powtarzające się polskie modele upychała w babcinych puszkach po mleku marki Lido, które dostała w kościele z darów. Wykorzystywała je bez żalu, dosypując do żółtek, z których w chwilach słabości kręciła kogle-mogle.

Zawsze też w każdej ze swoich torebek, nie wyłączając tych wieczorowych, miała po kilka awaryjnych pakuneczków cukru. Dzięki nim któregoś dnia miała uratować życie diabetykowi z nagłym i niespodziewanym niedocukrzeniem. Dobrze byłoby, gdyby to był fantastyczny facet albo ostatecznie jego matka staruszka. Weronika sypie w gasnące, senne usta słodką konfekcję, kobieta odzyskuje przytomność i dziękuje Weronice stokrotnie. Potem Weronika odprowadza uratowaną do domu, gdzie czeka stroskany syn. A dalej wiadomo.

Z teorią ratownictwa przez cukier zapoznała też wszystkich pokpiwających z jej słabości bliskich i znajomych.

Zanim zdążyła wejść w alejkę z jakoby odchudzającymi kapsułami, przy których do zdobycia była tylko niegazowana woda w maciupkich, lalczynych kubeczkach, przechwyciła ją Marta.

— Co już upolowałaś, Harpio?

— Dopiero weszłam i wcale nie poluję.

Ucałowały się.

— Nie kituj — Marta nie miała zrozumienia dla skłonności przyjaciółki. Uznawała rzeczy praktyczne. Do wykorzystania w domu, kuchni albo przy wróżeniu. A z długopisów i toreb przyszłości się nie przepowiada. — Założę się, że nie wytrzymasz i już zrobiłaś Rumunię.

— I wcale nie mam zamiaru — rzekła rozkojarzona Weronika. Jej uwagę zwróciło zamieszanie przy torze przeszkód dla wózków inwalidzkich, gdzie rozdawali wielkie jak pudła z pizzą kartony. Marta podążyła za wzrokiem przyjaciółki.

— Opony też będziesz brać?

— Głupia jesteś. Misio za ladą. Fajny jest.

— Łysy jakiś.

— Ale jakie oczy — zachwycała się Weronika.

— Przecież stąd nie widać.

— No właśnie, więc pewnie są jasne. Idziemy.

— Może się najpierw z Ewą przywitaj, już się nie może doczekać — odparowała szybko Marta.

— Chyba nie chce mnie z kimś znowu poznać? — Weronikę coś tknęło. — Mów natychmiast.

— Nic mi o tym nie wiadomo, ale ma jakiś biznes do ciebie. Żebyś coś napisała, oj, nie męcz mnie.

— To gdzie przebywa obecnie? — spytała z kpiną.

— Na Dymexie, u znajomej, ma tam swój kącik.

Stoisko Dymexu było całkiem blisko, ale zdążyła zdobyć sześć różnych długopisów, torbę, kalendarz, zapałki i formularz na grupę inwalidzką w kredowej teczce na klips. Schrupała garść orzeszków i dwie krówki, w tym jedną light.

— Że też ty wstydu nie masz, naprawdę — utyskiwała matka, widząc zdobycze Weroniki.

— Oj, mamuś, wszystko się kiedyś przyda, poza tym to jest takie ładne — przekonywała z autentycznym zachwytem.

— Jakbyś mogła, tobyś mnie przehandlowała za długopisy jak Indianie mustangi za paciorki.

— No taką Kasztankę, mamuś, to tylko za watermany i montblanki.

— Dasz mi ten brązowy? Pasuje mi do torebki — zaproponowała Ewa Sasińska, która sama nie splamiłaby się wzięciem ze stoiska reklamowego długopisu.

— Brązowy zawsze.

— Z Genewy — przeczytała niechętnie — trudno.

Skrobała paznokciem złoty napis i spoglądała na resztę trzymanych w garści długopisów.

— Z Wałbrzycha nie dam! — zaparła się Weronika, wrzucając resztę długopisów do torby i dla pewności zasuwając zamek.

— A mnie? — pisnęła Marta.

— Uciekaj — opędziła się Weronika. — Dobra, mamuś, idę sobie pooglądać, idziesz ze mną?

— Żebym się ze wstydu zapadła za twoje sępienie? — starsza Sasińska nie oszczędzała córki.

— Oddawaj długopis!

— Nie ma głupich. Poczekaj jeszcze chwilę, chcę, żebyś kogoś poznała.

Matka rozglądała się po hali, zerkała na zegarek, główne wejście i zaplecze stoiska. Marta gdzieś zniknęła. Zdrajczyni. Weronika wściekle zmrużyła oczy.

— Obiecałaś, że nie będziesz się wtrącać — mówiła, nie uchylając szczęk.

— Bez histerii — uspokoiła ją matka. — To kobieta, moja była pacjentka, ma do ciebie sprawę. Powiedziałam, że możesz jej pomóc — tłumaczyła już łagodnie.

— A dokładniej?

— Mobbing.

— Ale dlaczego tu się chce spotkać?

— Bo tu nie wzbudzi podejrzeń, że się spotyka z prasą.

— A to ona też z branży? — dopytywała Weronika.

— Kosmetyczka.

Weronika nie bała się takich tematów. Pisała już o maltretowaniu, molestowaniu, oszustwach matrymonialnych, wyłudzeniach, łapówkach, a nawet o znęcaniu się nad zwierzętami. Kiedy tylko widziała szansę nagłośnienia sprawy i pomocy poszkodowanym, nie szczędziła czasu, wykorzystywała swoje kontakty w przeróżnych instytucjach, dziwne znajomości i szpiegów rozsianych po całym mieście.

— Mamuś, jak sobie pooglądam, może znajdę coś do gazety. Jak przyjdzie, to zadzwoń.

— Jeszcze chwilę. Może krówkę? — podsunęła jej miskę z cukierkami.

— Na razie mam dosyć słodyczy — odsunęła zdecydowanie pokusę.

Matka, która najchętniej zakazałaby wszystkim cukiernikom w mieście wpuszczania i obsługiwania Weroniki, a teraz sama wtykała jej do ust krówki, wydawała się podejrzana. Bardzo podejrzana.

— Masz dobry dzień czy jednak coś knujesz?

— Wam dziennikarzom wszystko wydaje się podejrzane. A właśnie, zrobiłaś w końcu te badania?

— Oj, mamuś.

Ewa dostrzegła kogoś w tłumie zwiedzających i wspinając się na palce, zaczęła energicznie machać ręką.

— Feliks, Żorż! Tutaj, tutaj, chodźcie, chodźcie — powtarzała słowa, żeby każdy z nich miał po jednym.

Weronika zdrętwiała. A więc tak to sobie wykombinowali. Rozkoszne combo. Feliks był jej wujem, ciotecznym bratem matki, a Żorż jego partnerem. Właściwie to miał na imię Jerzy, ale ze względu na słabość do francuskiej kuchni i literatury od wczesnej młodości nazywany był z francuska. Wszyscy przyjaźnili się, zanim Weronika przyszła na świat, a Żorż rozwiódł się z żoną. I zanim urodził się jego syn, z którym to koniecznie chcieli teraz poznać Weronikę, wyswatać, odziecić i się ownuczyć. Weronika jak ognia unikała spotkania zapoznawczego i z tego, co wiedziała, mężczyzna też nie miał ochoty na poznanie jej skromnej, chociaż wyjątkowej osoby. Ale tym razem mogło być inaczej. Weronika lubiła Feliksa Kruczyńskiego i Żorża Króla, kochała matkę, ale w tej chwili miała jeden cel: zniszczyć całą trójkę równocześnie. Wyobrażała sobie, jak zza ich pleców wysuwa się jakiś pipciuś w martensach, beżowo-czarnym polo i odprasowanych czarnych dżinsach. Z brzuchem jak lekarska piłka, czarnym wąsem i oczami jak skrzydełka karaluchów. Wyciąga do niej wilgotną rękę i całuje w dłoń czerwoniutkimi, błyszczącymi antymrozową made in Swiss pomadką ustami. Głos, oczywiście, skrzekliwy, może nawet piskliwy. W niczym taki ktoś nie był podobny do Żorża, ale taki obraz sobie stworzyła i tego się trzymała.

— Cześć, Weroniczko, śliczna jak zawsze — uściskał ją Feliks.

— Ja też chcę — przepychał się Żorż. — Ładnie ci w tych kolczykach — pochwalił srebrne trąbki.

— Dzień dobry, dzień dobry — odruchowo dublowała słowa po matce.

— Jest coś ciekawego? Fajne próbki albo torby? Pendrive by mi się przydał — pytał Feliks.

— Nie myśl, że oddam ci kolejną szufladę na te twoje śmiecie — rzucił od niechcenia Żorż.

— Nie wiem, dopiero co przyszłam. Są jednak tacy, którym to jakoby bardzo przeszkadza, prawda, mamuś?

Odzyskała humor. Niebezpieczeństwo zapoznania się z synalkiem nie nadciągnęło. Matka wspominała wprawdzie, że już się widzieli we wczesnym dzieciństwie, i twierdziła, że Weronika powinna pamiętać, jak młody Król pilnował, żeby nie spadła z hamaka, ale nie pamiętała. Potem on gdzieś wyjechał czy się ukrywał, w każdym razie do spotkania nie doszło.