A nawet mężczyzna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystkie osoby i zwierzęta pojawiające się w książce

są zmyślone. Prawdziwe są prawie wszystkie miejsca.

A może odwrotnie?

— Och, to pan jest singlem?

— Tak, winylowym.

Rozdział pierwszy Wschód — północ

Co go tu spotka? „Kiedy mała woda zaleje kontynenty, będzie słońce”, kołatały w głowie słowa szeptuchy i jasnowidzącej. Czyli ma czekać na powódź? Ale jak się zorientował, w tym rejonie nie było powodzi od dwudziestu lat. A i wtedy zalało Ustronie Morskie, nie Kołobrzeg. Pewnie to jakaś przenośnia-przesłanie, które kiedyś zrozumie. Albo nie. Gusła i tyle. A wiadomo: kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.

Z zainteresowaniem wyglądał przez okno. Celowo wybrał pociąg, żeby lepiej się przyjrzeć krajobrazom i wszystko przemyśleć, może się jeszcze wycofać. Myślenie o sprawach ważnych i jednoczesne prowadzenie samochodu nigdy mu się nie udawało. W tym był jednotorowy. Nudny krajobraz przewijał się przez projektor okna. Wyciągnął nogi.

— Albo taki gwizdek, kto teraz czajnika z gwizdkiem używa? Na gaz stawia? — zastanawiała się kobieta, stukając ugotowanym jajkiem o stoliczek przy oknie. — Kiedyś to niosło się po klatce aż miło, jak człowiek wracał z trzeciej zmiany, to wiedział, że się już towarzystwo pobudziło i rusza do pracy albo w miasto. Rozpoznawało się, kto ma jaki czajnik. Z NRD, od Ruskich czy z Olkusza. Tak, proszę pana, każdy inaczej gwizdał. A teraz co? Cisza. A zresztą, robotę ludzie potracili, to i po co wodę wstawiać od rana? — Skończyła obierać jajko, skorupki zawinęła w papierową serwetkę z McDonalda. Zastanawiała się chwilę, co zrobić z zawiniątkiem. Wyrzucić czy wziąć ze sobą.

— Pan wie, że skorupki dobrze robią kwiatkom? A tam! — zdecydowanym ruchem stuknęła wieczkiem kosza na śmieci. — Jeszcze sobie nagotuję. A może pan miałby ochotę na jajeczko? Samo zdrowie, od zielononóżki. Żółteczko jak słoneczko. — Odgryzła biały czubek. — Pan sam zobaczy.

— Nie, dziękuję.

— Że bez soli? Mam i sól, kto to widział w podróż bez soli? Bo wie pan, sól nie tylko do jajek dobra.

Niech mu da spokój, myśli pierzchały jak kuropatwy przed kombajnem. Kiedy woda…

— Sól też własnej roboty, samo zdrowie.

Pogrzebała w żółtej reklamówce wielokrotnego użytku z profilem murzynka w czapce z czerwonym kutasikiem. Wyciągnęła plastikową solniczkę w kształcie pomidora i energicznie zagrzechotała nad ugryzionym jajkiem.

— Jak to własnej roboty? — Milcząca do tej pory dziewczyna oderwała się od książki i na dłużej zatrzymała wzrok na kobiecie.

– A tak! — Amatorka jajek uśmiechnęła się zadowolona, że udało jej się zainteresować współpasażerkę. Nie to co ten cham w marynarce. Ani be, ani me, tylko się gapi w okno, myśliciel nieużyty. Może w końcu sobie porozmawia. Bo już od tej ciszy uszy bolą. — Syn robi.

— Syn?

Kobieta wyciągnęła z torebki gigantyczny kopertowy portfel. Odchyliła klapkę, przetarła mankietem pleksi przy minialbumiku.

— Gniewko — rzekła z dumą. — Mój najstarszy.

Ze zdjęcia uśmiechał się ubrany w piastokołodziejskie ciuchy postawny chłopak. Mieszał w zawieszonym na wygiętym pręcie, okopconym saganie. Pomarańczowe płomyki niewielkiego ogniska wspinały się po czarnym brzuszysku gara.

— Ładny chłopak — oceniła szczerze dziewczyna i uśmiechnęła się do kobiety.

— Ale szczęścia to on nie ma, oj nie ma…

— I z czego on tę sól gotuje?

Dziewczyna wpadła w sieć pociągowej rozmowy i on też zaraz się dowie wszystkiego o życiu Gniewka i jego braci, z pochodzeniem imienia włącznie. Reszta latorośli pewnie także ze słowiańskiego klucza: Mściwój, Bożydar czy inny Bolko. A córka — jeżeli jest — pewnie Dąbrówka. Zainteresowała go jednak kwestia soli. Nadstawił ucha.

— A ze źródełka. U nas biją słone źródła i bierzemy do kiszenia, do okładów, uzdrowiska do inhalowania, a Gniewko sól odzyskuje. — Zauważyła, że on też słucha, i zadowolona opowiadała dalej: — Gotuje, gotuje, gotuje, a sól się wytrąca i osadza na ściankach i jest. Tak warzyli jeszcze w średniowieczu, na Pomorzu. Stara sztuka warzelnictwa. Prymitywna, bo bez panwi, ale sól samo zdrowie, lepsza od tej z tybetańskich klasztorów.

Kobieta umilkła i wyraźnie coś sobie kalkulowała. Może jednak nadałby się na zięcia? A ta mała na synową?

— Chcecie zobaczyć? — rozbroiła pomidorka i pokazała różowawe kryształki.

Dziewczyna odruchowo wyciągnęła rękę, ale zawstydzona zaraz ją cofnęła.

— Pani da, nasypię. Śmiało. Też czasem podjadam, chociaż to wodę zatrzymuje w tkankach. A może jednak jajeczko? — kusiła.

— A właściwie to poproszę — skapitulowała dziewczyna.

— Bardzo proszę — kobieta podała jajko i serwetkę. — Czuje pani? A pan?

— Co mam czuć? — spytała zdziwiona dziewczyna, sypiąc skorupki na serwetkę z KFC.

— No właśnie że nie słychać zbukami! — zakrzyknęła triumfalnie z lisim uśmiechem.

— Faktycznie, chociaż wie pani co? Mnie zapach jajek na twardo, nawet w pociągu, akurat dobrze się kojarzy. — Uśmiechnęła się dziewczyna.

— Mnie właściwie też. — Dał znać o sobie. Jeszcze zdąży przemyśleć to i owo.

— Hm… to może to — sięgnęła do torby i wyciągnęła termos w kratę. Odkręciła kubek i z jazgotliwym skrzypieniem wyciągnęła zatyczkę. Nie musiała nawet podsuwać pod nos srebrzystego wnętrza. W całym przedziale natychmiast zapachniało trochę kawą, mocno herbatą i korkiem.

— Tak, tak, to jest to! — ucieszyła się dziewczyna. Kobieta nalała gorącego płynu do brązowawego w środku kubka. Zaparowało.

— Śmiało. Przydałoby się drożdżowe ciasto z jagodami i kruszonką, ale mam zgagę — przyznała dawczyni.

— A ja jem wszystko i nic mi nie je — wtrąciła prostodusznie wystrojona w nylonową chustkę „gazówkę”starsza pasażerka, która nabrała chęci do rozmowy.

Tego jednak było już za wiele. Przewidując, że zaraz zaczną się gadki o chorobach, służbie zdrowia i lekarzach łapówkarzach postanowił opuścić przedział. Szarpiąc za drzwi, przesunął je i przecisnął się przez wąską szczelinę. Wyszedł na korytarz.

Otworzył okno, podmuch wiatru przyniósł zapach naturalnego nawozu i ciepłych, nagrzanych czerwcowym słońcem traw. Tereny nawet, nawet. Grunt, że nie płaskie i nie zbytnio górzyste. Oczywiście północno-zachodni krajobraz nijak się miał do podlaskiego. Ani jednej cerkiewki pośród rozstajnych wierzb. Nawet małej kapliczki z frasobliwym świątkiem, co martwi się losem wieśniaczym. Uspokój się, chłopie, bo już nostalgiczne farmazony wymyślasz, jak szóste pokolenie Polonii w Brazylii. Wierzby rozstajne? Tfu, tfu, Jesienin się znalazł.

A przecież rozstał się z życiem tam, ze szpitalem, z ordynaturą na okulistyce. Z Dorotą. Bez zrozumienia i bez powrotu. Nie mogła znieść „tamtej”, „tego czegoś”, jak się o niej wyraziła, a on mimo miłości do Doroty nie był w stanie z niej zrezygnować. Nie była żadnym fizycznym zagrożeniem, nie zdradzał z nią jej ani żadnej innej kobiety, z którą próbował być. Każda w najlepszym razie stawiała twarde ultimatum. Albo-albo. Mimo wielu prób, postanowień i brutalnych zerwań z wyrzucaniem wszystkiego, co do niej należało, nie mógł odstawić Drugiej. Zawsze wracała, a on witał ją z ulgą i mimo wszystko zawsze z radością. Jej nigdy nie przeszkadzały jego kobiety, ani te, które kochał, ani te na jedną noc. Przeciwnie, była ich ciekawa i gotowa zaprzyjaźnić się z każdą z nich.

Był pewien, że niedługo pojawi się także w Kołobrzegu. Niech się tylko urządzi i zobaczy co i jak. Pójdą na zakupy, złupią sklepy z bielizną, butami i perfumerie.

Jego przedział był pośrodku korytarza. Na korytarzu było pusto. Czerwony neonik WC nad drzwiami zgasł, zaraz też rozszedł się zapach moczu, szarego mydła i potem wyraźniejszy nieznanych mu perfum. Patrzył trochę już znudzony. Do przedziału tuż przy drzwiach weszła drobna, szczupła blondynka. Nawet na niego nie spojrzała.

Szkoda, nie była do końca w jego typie, ale przyjemniej byłoby jechać w przedziale z nią i może już mieć pierwszą znajomą. Kobiet odbiegających od estetycznych upodobań nie brał pod uwagę. Od razu założył, że blondynka jest z Kołobrzegu. Czym prędzej postanowił spróbować zawrzeć znajomość. Najlepiej na sierotę. Duży, przystojny, silny i bezradny — to zawsze działało. Pod pretekstem skorzystania z toalety poszedł do korytarzyka przy ubikacji, do której za żadne skarby sanepidu by nie wszedł. Zerknął do przedziału. Zobaczył, jak blondynka uśmiecha się zmęczona do rozgadanej starszej pani. Zostały jeszcze dwie godziny jazdy. Zaraz pewnie wyjdzie na korytarz, żeby odpocząć od męczącej współpasażerki. Widać taka trasa.

Poszedł pod swoje drzwi i czekał. Nie miał nic innego do roboty. No wyjdź, sarenko, pogadamy. Może pokażesz mi miasto, a ja tobie mojego liska. Raz, dwa, trzy… Po minucie wyszła. Aha! Zlustrował ją jakby od niechcenia, lata praktyki i diagnostyki sprawiły, że nie musiał się natrętnie i po chamsku gapić, żeby mieć obraz całości. Mogłaby być trochę starsza i wyższa. Przydałoby się też zrzucić ze trzy kilogramy. Dosyć paskudny profil rekompensowały ładny wygląd en face i piękne włosy, do których idealnie pasowały śliczne dłonie, które przeczesywały naturalnie jasne pasma. Kobieta północna. A może półdzienna? Spojrzał w odbicie w szybie, pomrugał oczami, oblizał usta. Nie musiał wciągać brzucha.

— Dzień dobry pani.

— Dzień dobry — westchnęła i odwróciła się przodem.

Czyli wie, że ma zły profil, i zależy jej, żeby patrzył na nią z lepszej perspektywy. Znam to, sarenko, znam. Nie przejmuj się, reszta jest OK. Jak na północ.

 

— Przepraszam, że tak obcesowo pytam, ale czy pani zna Kołobrzeg?

— Jak zły szeląg — odrzekła z udawaną chmurnością. Spojrzała mu w oczy. I obrysowała wzrokiem sylwetkę. Przez twarz przeleciał lekki uśmieszek. Jakby wszystko wiedziała. Niemożliwe. Odruchowo potarł oczy i schował dłonie w rękawach lnianej marynarki. Szeląg, żartownisia.

— Czy ulica Dworcowa jest długa?

— To zależy. Dla pana jeszcze nie.

— Dlaczego? — Co ona sobie wyobraża? On tu jest od zadawania pytań.

— Bo jest pan sprawny, młody i trzeźwy — jawnie sobie z niego kpiła.

— Aha. — Zaskoczony zapomniał być bezradny. Dobrze pamiętał, gdzie jest Dworcowa, i wiedział, że rosną tam dęby, a także jaką ma ona długość. Od dworca do rzeki. Dziesięć minut spaceru.

— To jeszcze zależy od tego, jak długo zamierza pan tu zostać. Im dłużej, tym krócej. — Patrzyła rozbawiona jego niemądrą miną. — No wie pan, syndrom dorastania.

— Myślałem, że skraca się dopiero przy powrocie po latach — odpalił.

— W Kołobrzegu to nie działa. — Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Najwyraźniej nie miała już ochoty być pochmurna. — A więc? Na jak długo?

— Na razie dwa lata.

— Czyli nie kuracja?

— Nie.

Olejek weź wonny i lej przez lejek… — zaśpiewała torebka. Blondynka cmoknęła zniecierpliwiona.

— Nooo? Co?! O nieee — zajęczała. — Ja pierdolę, ale całkiem? Na amen? — Oparła czoło na brudnej ramie okna. Włosy szczelnie okryły profil. Słuchała. — To co mnie straszysz?! Na jedynkę sobie takie rzeczy pisz w tej swojej gazecinie. Oj, tak mi się powiedziało, wiem, że wam zmienia tytuły. Nie giezgaj się tak, ale mnie poniosło. Wiesz, ile mu zawdzięczamy. — Odsunęła od ucha telefon, z którego perorował kobiecy głos. Wojtek nie odróżniał słów. Może zaraz się dowie, o co chodzi.

— Da radę, trochę mu się pomoże i będzie git! — Blondynka odzyskała humor. — Nie, nie tylko ludziom, ciołeczku głupiutki. Niczego się nie uczysz, słowo daję. Muszę kończyć. Widzimy się jutro, bo dzisiaj zdycham. Ano tak, to już dziś. Wszystko mi opowiesz. I pamiętaj o kolorze. Pa, kochana, pa. — Zamknęła telefon i wrzuciła go do torebki. — Czyli do pracy? — Podjęła wątek. Nie miała zamiaru przekazać mu treści rozmowy, która tak ją wzburzyła.

— Yhym.

— Spodoba się tu panu.

— Tak?

Zaczęła go intrygować. Nie przeszkadzało mu, że jest od niego młodsza. Nie przeszkadzał mu także fakt, że miała obrączkę. Z mężatkami zawsze było prościej i bez większych komplikacji. Czysty układ. Zaraz się wymienią numerami telefonów. Niech tylko włączy w końcu tryb sierocy, a ona będzie mu przynosić obiad w trojakach. Zrobił bezradną minę, jak ukochany wnusio jedynak, który stłukł ulubioną filiżankę babci.

— Z pana zdolnościami na pewno — zrobiła bezradną, lustrzaną minę.

Przejrzała go. Pierwszy raz został zdemaskowany i do tego poinformowany. Fajna jest. Ciekawe, czy zdradza męża. Dalsze udawanie nie miało sensu. Trafiła kosa na kamień. Nie zmartwiło go to specjalnie.

— Na panią nie podziałało.

— Bo ja jestem odporna, ale przyznaję, ma pan potencjał. Poza tym kocham męża — stuknęła serdecznym palcem o szybę.

— Wojciech Beatowski. Łomża. — Skłonił się.

— Cóż, nie pana wina. Marta Kuterska. Kołobrzeg — Wyciągnęła rękę. Uścisnął ją krzepko.

— Masz coś przeciwko Łomży? — Uznał, że przeszli na ty. Na brudzia przyjdzie czas. Może nawet fajnego ma tego męża.

— Ależ skąd! Tak mi się tylko powiedziało.

— Aha.

Nie. Nie będzie z nią zaczynał, jest zbyt dziwna i nieobliczalna. Lubił ryzyko i nieobliczalne kobiety, ale nie na obcym terenie i do tego niewielkim. Nie miałby jednak nic przeciwko sympatycznej znajomości. W końcu nie znał tu nikogo. Człowieka, który miał go odebrać z dworca i dać klucze do wynajętego w ciemno mieszkania, też znał tylko ze słyszenia. Dosłownie. Kontakt dostał od Lucia Jodowskiego, zaprzyjaźnionego internisty ze szpitala, w którym pracował. Lucjan pochodził z Kołobrzegu, znał miasto i z czystym sumieniem polecił mu to miejsce.

— Jeżeli lubisz chłód i wichury, to Kołobrzeg będzie idealny — przekonywał.

Wojtek nie przepadał za chłodem i wichurami. Ale nie był też idealistą i nie wymagał od życia za wiele. Zminimalizował potrzeby i przeszedł w tryb czuwania. Nigdy nic nie wiadomo. Miał jeszcze do wyboru Zakopane i Warszawę. Duże miasta przytłaczały go, a góry zapierały dech i tak już skracany przez epizody astmy. Zdecydował się więc na Wybrzeże. Poza tym bywał tu jako mały chłopiec i uznał, że może być całkiem ciekawe sprawdzić, czy coś pamięta.

Lucio ucieszył się z jego wyboru.

— Nie pożałujesz. Zobaczysz, to szczęśliwe miasto. Trochę specyficzne, ale da się wytrzymać.

— A kobiety?

— Piękne — puścił oko.

— To jadę!

Spojrzał na zegarek, jeszcze jakaś godzina i będzie na miejscu. Pociąg zatrzymał się na większej stacji. Marta zniecierpliwiona wywróciła oczami.

— Białograd — przeczytał półgłosem. Nazwa zabrzmiała całkiem swojsko.

— Białogard! — poprawiła go Marta i fuknęła.

— Niedobre miejsce? — spytał ostrożnie. Miasteczko z okna pociągu wydało mu się interesujące.

— Dobre, ale jeszcze z godzinę do Kołobrzegu. Od teraz będzie się zatrzymywał na każdej stacji. Nie mam już siły.

Nie wyglądała na wykończoną. Zastanawiał się, jak musi wyglądać w olimpijskiej formie. Zrezygnował z komplementu.

— Daleko to?

— Trzydzieści parę kilometrów. Samochodem pół godziny.

— A do morza?

— Nie wiem, którędy najbliżej, ale ta dziura nie leży nad morzem.

— Aha.

Co go obchodzi jakiś Białogard, jest zorientowany na Kołobrzeg, na okolice przyjdzie czas. Tak jak teraz przyszedł czas na zadzierzgnięcie znajomości z Martą, a potem z jej mężem, znajomymi i ich znajomymi. Byle nie za dużo. Kilka kulek grona znajomych wystarczy. Z doświadczenia wiedział, że osiem osób to maksymalna liczba. Niekoniecznie tylko par. Zdawał sobie sprawę, że jako pojedynczy egzemplarz w nowym środowisku nie zostanie miło powitany ani przez mężów, którzy będą widzieli w nim zagrożenie dla małżeństw, ani przez singielki, które kosztem przyjaźni i damskiej solidarności zaczną zabiegać o jego względy. Nie wykluczał, że jakąś wybierze. Problem polegał na tym, że te, które się przed nim prężyły, nie wywoływały nawet śladu sprężystości, a te, przed którymi z chęcią on by się naprężył, były już zajęte albo tak doskonale udawały obojętność i niedostępność, że więcej przyjemności sprawiłoby mu zdobywanie Giewontu zimą w trampkach z bacą na plecach.

No i była jeszcze kwestia wieku. Od zawsze lubił starsze kobiety. Nie wynikało to zresztą z żadnych kompleksów czy zależności lansowanych przez psychologiczno-mitologiczne nurty współczesnej szkoły analizy postaw i zjawisk.

Kobieta starsza o sześć, osiem lat była ideałem, z którym chciał iść przez życie, być w dobrej kondycji, a w razie potrzeby i fanaberii wspomagać ją albo siebie skalpelem kolegów z kliniki urody. Do trzydziestych urodzin, zanim tamta rozgościła się na dobre w jego przestrzeni, bycie z kobietą przed czterdziestką nie było niczym zwracającym uwagę. Kobiety w tym wieku czuły się jeszcze dziewczynami, widziały same plusy wieku trzydzieści plus i żadnej nie musiał zapewniać, że są fantastyczne, idealne, piękne i że każda młodsza może im kroić ogórki na maseczki albo podawać piłki na tenisowym korcie. Z żadną jednak nie udało mu się być dłużej niż pół roku. Odchodziły do staruchów albo wracały do mężów czy pierwszych miłości z podstawówek czy liceów.

Z roku na rok coraz trudniej znajdował wysokie, szczupłe blondynki, najlepiej naturalne, pozbawione kompleksów, świadome swojej urody, wartości, inteligentne i samodzielne. Nawet na zjazdach i sympozjach okulistycznych, na których swoboda i atmosfera seksu wisiały w powietrzu jak kropla pilokarpiny nad okiem z jaskrą, trudno było kogoś wyłowić i przekonać. Mimo że wyglądał na starszego, i tak przez większość kobiet, które mu się podobały, był skreślany. Nie rozumiał dlaczego. Za każdym razem wkurzał się w sytuacjach, w których brzuchate, łyse gnomy zgarniały najpiękniejsze okazy.

— Wrzosowo. Zaraz będziemy — wyrwała go z zamyślenia Marta. — Jak masz dużo bagażu, to radzę się już powoli wyprowadzać z przedziału, żeby cię na bocznicę nie wywieźli.

— Na dwie ręce. Zdążę. A ty? Może ci pomóc?

— Nie, dziękuję.

Pociąg zaczął hamować w szczerym polu.

— Jak na miasto, to mały ten dworzec macie.

— To przedostatnia stacja.

Wystawił głowę za okno. Zaciągnął się wiejskim powietrzem. Znowu nawóz i ani śladu morskiej bryzy. Kiedy pociąg ruszył, przeczytał, że mikroskopijna budowla z pomalowanej na miodowo cegły to dworzec w Stramnicy.

Po paru minutach ukazały się pierwsze wieżowce i biało-czerwone rogatki. Nie wyglądało to obiecująco. Bloki jak wszędzie, szaropastelowa ohyda. Dobrze, że chociaż jego przyszłe mieszkanie znajdowało się w starej kamienicy. Miał nadzieję, że wyremontowanej.

— Miło było cię poznać. Jakbyś czegoś potrzebował — zrobiła bezradną minę — to dzwoń, coś się poradzi.

Dała mu wizytówkę. Na kartoniku z gołąbków i pierogów fantazyjny grafik ułożył napis „Jadłodajnia pod Kasztanami. Śniadania, obiady, desery. Także bez mięsa”.

Uśmiechnął się szeroko.

— Ależ jestem głodny, na pewno przyjdę. A to moja… — Przeszukał kieszenie i portfel.

— Puść mi strzałkę albo po prostu przyjdź. Cześć. — Poszła do swojego przedziału.

Wagony z ogłuszającym piskiem skończyły trasę. Na peronie stało kilkanaście osób. Kilka trzymało sfatygowane zalaminowane kartki z napisem WOLNE POKOJE. ZIMMER FREI. Nie zdążył stanąć na peronie, kiedy dopadła go blada, starsza pani w białej kapitańskiej czapce.

— Może pokoik potrzebny? Do morza dwa kroki — przymilała się.

— Panie, to nora, nawet szczury tam nie śpią, chodź pan do mnie. U mnie luks, łazienka, ciepła woda do jedenastej. I gościa można zanocować za pół ceny — mrugnął porozumiewawczo grubasek w białej, przybrudzonej czapce z daszkiem z napisem „Klimatyczny Kołobrzeg”.

— Sam pan jesteś szczur! — wrzasnęła pani kapitan i potruchtała do kolejnego wagonu, z którego wysiadła para młodych.

Oszołomiony Wojciech wziął bagaże i poszedł w kierunku głównego wyjścia, gdzie miał na niego czekać Jerzy Król, ortopeda ze szpitala, w którym wkrótce Wojciech zamierzał rozpocząć pracę. Pojęcia nie miał, jak go rozpozna, ale nie przejmował się tym zbytnio.

Stał na schodkach przed rozsuwanymi drzwiami i rozglądał się z ciekawością. Z rabatki przed gmachem wynurzała się kwietna foka, druga w całej okazałości czekała na koleżankę. Stalowe wąsy błyszczały w popołudniowym słońcu. Z koszy na śmieci jakby do kompletu połyskiwały druty niezliczonych pokiereszowanych parasoli. Ani śladu kolegi ortopedy. Już miał wyciągać komórkę, kiedy pod dworzec zajechało czarne audi i w otwartych drzwiach od strony pasażera zobaczył wysuwający się karton. Zaintrygowany przeczytał: „EG TA ŻĘ!”. Zaiste ciekawy to rejon. Kierowca szybko wysiadł i pomógł wygramolić się trzymającemu karton. „KOŁOBRZEG WITA ŁOMŻĘ!” Wojciech rozejrzał się dookoła. Marta ściskała dwóch identycznych kilkuletnich chłopców i tuląc się do ich większej kopii, szła w stronę minivana. Nikogo więcej nie było. Czyli chodzi o niego.

— Strasznie cię przepraszam. Jerzy Król — Wyciągnął rękę. — Uwierz mi, siła wyższa.

— Witamy na ziemi kołobrzeskiej — zakrzyknęła młoda czarnowłosa kobieta. — To jego wina, bo się nie chciał zgodzić na to. — Zamachała kartonem.

— Nic się nie stało. — Wojciech uśmiechał się szeroko.

— Jestem Weronika Król. — Zmrużyła zielone oczy. — Powiedz, czy to był zły pomysł?

— Nikt mnie jeszcze nie witał transparentem. To nawet miłe.

— A widzisz, widzisz? Mówiłeś, że narobimy wiochy. Wojtkowi się podoba — bez ceregieli przeszła z nim na ty. Jerzy umieścił walizkę i owinięty kocem spory zwierzęcy transporter w bagażniku. Weronika odstąpiła gościnnie miejsce obok Jerzego. Jak chce sierściucha wozić w bagażniku, to niech wozi. Nic mu się nie stanie.

— To wprawdzie dwa kroki stąd, ale zajedziemy z fasonem. Jak państwo — pytlowała.

Jerzy milczał i był wyraźnie zadowolony, że żona gada za nich dwoje.

Wojciech Beatowski nie należał do wylewnych i rozmownych mężczyzn, więc najchętniej wyłączyłby audio Weroniki i milczał przez parę dni, ale nie chciał wyjść na gbura ze wschodu.

 

— Wiem, dawno temu byłem tu z rodzicami na wczasach. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze bloku z widokiem na rzekę i chyba bibliotekę, ale dobrze nie pamiętam.

— Mogło tak być — zgodziła się Weronika. — Ale z tego mieszkania Parsęty raczej nie zobaczysz. Chociaż, może? Jerzy, widać stamtąd rzekę?

— Nie zwróciłem uwagi, ale chyba tak.

Kiedy mijali hotel, z parkingu, wymuszając pierwszeństwo, wystrzelił jak z procy zielony mini morris z brytyjską flagą namalowaną na całej powierzchni dachu.

— Kurwa mać! — wykrzyknął, ostro hamując, Jerzy.

— Piękności — zachwycił się modelem z roku 1970.

— Zdzira — uzupełniła Królowa.

— Skąd wiesz, że to była ona? I dlaczego od razu zdzira? — Jerzy wziął w obronę osobę kierującą jednym z najładniejszych samochodów, jakie widział.

— Też mi zagadka. — Weronika wsadziła głowę między przednie siedzenia. — Po pierwsze, to gówienko, jakkolwiek urocze, jest samochodem dla kobiet. Po drugie, widziałam jej blondgłówkę. I po trzecie, zrobiła to specjalnie, żeby poderwać kierowcę. Wszystkie one takie same. Automobilistki jedna z drugą. „Przeleć mnie, to takie romantyczne” — zacytowała.

Wojtka zatkało, zawsze myślał, że zazdrość w tak czystej postaci jest domeną mężczyzn. A tu ma wersję kobiecą i, co dziwne, wcale nie toksyczną. Nawet na swój sposób uroczą, bo to, że Jerzy świata nie widział poza przyciężkawą żoną, było jasne jak światło oftalmoskopu do badania dna oka.

— Kochanie, każdy się może zagapić. Jeszcze Wojtek sobie pomyśli, że jesteś zazdrośnica.

— Ja?! Nic podobnego, po prostu widzę więcej — oznajmiła pogodnie bez cienia focha.

Mężczyźni uśmiechnęli się równocześnie — wiedzieli, że się polubią. Wojtek jeszcze nie był pewny, czy polubi Weronikę. Z zachowania trochę przypominała mu Martę z pociągu, ale być może na północy kobiety po trzydziestce właśnie takie są — endemiczne oryginały.

Przed oflagowanym wejściem do mijanej poczty stała zapłakana kobieta, którą otaczała gromadka dziennikarzy. Błyskały flesze fotoreporterów. Twarz płaczącej przesłaniały dyktafony i mikrofony z kostkami z nazwami stacji radiowych i telewizyjnych. Na pierwszy rzut oka widać było, że otoczona miała ochotę czmychnąć, chociażby do skrzynki na listy.

— Ci wszyscy niedouczeni dziennikarze wszystko zrobią dla wierszówki — skomentował Wojciech.

Weronika poruszyła nosem. Zawachlowały skrzydełka.

— Lepiej zrobić wszystko dla artykułu — zaakcentowała słowo — niż nic dla pacjenta.

Niezły początek, nie ma co. Jerzy spojrzał przez lusterko na Weronikę, uniósł leciutko brwi. Nie jest dobrze, nie jest dobrze.

— Ale oczywiście jesteśmy ludźmi i każdy jest inny — wyczarowała promienny uśmiech, pilnując, by nie był protekcjonalny. — Są dziennikarze i dziennikarze oraz lekarze i — zerknęła na Jerzego — lekarze.

Ortopeda odetchnął. Za wcześnie.

— A nawet okuliści. — Patrzyła z tą swoją bezczelną miną, którą Jerzy tak lubił, ale na litość, nie teraz!

Uśmiechała się oczami i gapiła na Wojtka. Zielony przeciw piwnemu.

— Aj, aj — Wojciech zasłonił sobie usta ręką i uśmiechnął się zażenowany. — Strzeliłem fopasa, tak?

Fantastyczny początek. Teraz brnij, dyplomato z rady zakładowej.

— Malutkiego. — Nie można było poznać, czy Weronika jest obrażona, zła, czy jej to wisi. Neutralne pH.

— Ty czy rodzina? — domagał się ciosu.

— Ja, ale nie gniewam się, jednakowoż… — wzięła głębszy oddech. Jerzy już szykował mowę na przeproszenie Wojciecha. — Musisz mnie zrozumieć, gdyby ktoś najeżdżał ogólnie na lekarzy, też byś zareagował. Prawda, kochanie? — Położyła brodę z boku siedzenia kierowcy.

— Prawda i już koniec, dobrze?

— Dobrą miałeś podróż? — spytała słodko Weronika.

— Całkiem znośną.

Nie będzie udawał, że dwanaście godzin w upale to przejażdżka białą flotą po Loarze. Skoro zresetowała jego wyskok, to nie będzie się kajał.

Zaparkowali przed starą kamieniczką naprzeciwko poczty. Weronika wskazała okna na ostatnim piętrze.

— To te. Drugie są po tamtej stronie — pokazywała palcem.

— Numer mieszkania trzynaście. Ten od domofonu, ten od drzwi, śmietnika i skrzynki — instruował Jerzy, wręczając klucze z plastikowymi kolorowymi nakładkami.

— Jerzy pomoże ci wnieść bagaże i znikamy — zarządziła Weronika. — Nie będziemy ci mieszać w pierwszych wrażeniach. Po lewej jest Biedronka i knajpa, bibliotekę otwierają rano, poczta, wiadomo. Aha, jak się ściemni, będziesz miał niespodziankę — zasypywała go gradem informacji. — I najważniejsze: jakby co, to dzwoń!

W transportówce coś zaszurało. Weronika i Jerzy zignorowali kocie, jak przypuszczali, poruszenie. Nie przepadali za tym akurat przedstawicielem futerkowców. Jerzy wziął walizkę. Wojtek z powitalnym kartonem pod pachą chwycił opatulone pudło. Zwierzę nie wykazało już żadnej aktywności.