Ile ważą emocje?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zapis fragmentu ostatniej, siedemdziesiątej sesji

P: To jest niesamowite.

T: Co jest niesamowite?

P: To, co się ze mną dzieje. Jestem nie tylko spokojna, ale dokopałam się też do radości. I wie pani, te uczucia nie są takie, jak kiedyś. Są inne. Nie wiem, jak to wyrazić słowami. Chyba nie potrafię. Wiem, że czuję to jakoś tak głęboko i jakoś tak... prawdziwie.

T: Bardzo mnie to cieszy. To, że pani tak się czuje. Ciężko pani na to pracowała.

P: Te dwa lata były dla mnie trudne i przyznaję, że nieraz traciłam nadzieję na sens terapii, byłam zła na siebie, że ją zaczęłam. A jednocześnie chciałam dociągnąć do końca. To znaczy trochę pewnie dlatego, że jestem taka solidna... (Śmieje się) ...jak to pani często mówiła. Ale też dlatego, że gdzieś tam głęboko jednak chyba wiedziałam, że to dobra, właściwa droga.

T: A teraz? Co pani czuje teraz?

P: No, przecież mówię, że jestem szczęśliwa... to chyba dobre słowo. Szczęśliwa, że to zrobiłam.

T: Czy teraz pani życie wygląda inaczej?

P: O tak! Jestem szczęśliwa w swoim związku, córki są ze mnie dumne. Znajomi mnie szanują. Mam wrażenie, że sama bardziej szanuję siebie, że więcej dla siebie wymagam, lepiej rozpoznaję moje potrzeby, potrafię odpuszczać, nie zabiegam tak o uwagę i akceptację innych.

T: To bardzo, bardzo wiele zmian.

P: To mi daje takie zadowolenie i taką dumę z siebie, że aż siebie zaczynam lubić. Czasem nawet się do siebie uśmiecham. Albo sobie śpiewam.

T: Często jesteśmy mistrzami samokrytyki, zamiast ćwiczyć się w miłości i samoakceptacji. Wszystko zależy od sposobu myślenia. Jednak on jest zdeterminowany tak wieloma czynnikami, iż zmiana go, choć możliwa, oznacza długi i trudny proces, co pani doskonale zna już z własnego doświadczenia.

P: No właśnie.

T: I tak to na ogół wygląda, że problem, jakim się zajmujemy, jest wierzchołkiem góry lodowej, a całe mnóstwo kryje się jeszcze pod powierzchnią.

P: O tak, tak. Teraz rozumiem, czemu pani tak się upierała, by nie zajmować się tylko moją tuszą.

T: I jest też tak, że po pokonaniu tej lodowej góry zyskujemy znacznie więcej profitów niż tylko ustąpienie objawu. Prawda, pani Jadwigo?

P: Zdecydowanie. Mam wrażenie, że dostałam nowe życie, a nie tylko schudłam dwadzieścia pięć kilogramów.

T: A ja odnoszę wrażenie, że pani na to zapracowała.

Komentarz

Jak już wspomniałam, pani Jadwiga była moją pierwszą pacjentką. Naszą relację zbudowałyśmy na długo przed rozpoczęciem właściwej terapii. Mam wrażenie, że ten fakt ułatwił mi znacznie prowadzenie każdego spotkania. Pacjentka bardzo szybko się otworzyła, poczuła się bezpiecznie i obdarzyła mnie zaufaniem. Dużo się działo na sesjach, choć nie zawsze dostrzegałam postęp. Często pani Jadwiga chciała mnie zadowolić, być „dobrą, posłuszną, ciekawą pacjentką”.

Byłam pierwszą osobą, której wyjawiła swoją przytłaczającą tajemnicę. W trakcie terapii zdawała też sobie stopniowo sprawę ze swoich pragnień, zaczęła przyglądać się relacjom z bliskimi osobami i odniosła wyczekiwany sukces w walce z otyłością.

Pani Jadwigę praktycznie wychowywała babcia – ciepła kobieta z dużą nadwagą. Jedzenie w tamtym domu miało duże znaczenie. Być może pacjentka identyfikowała się w jakiś sposób z ukochaną, nieżyjącą już babcią.

Życie rodziców pacjentki było bardzo burzliwe. Matka – chłodna i zdystansowana – często bywała agresywna, ojciec się poddawał, bał się konfrontacji, był potulny, nie stanowił proporcjonalnej przeciwwagi dla surowej, karzącej matki.

Matka oczekiwała od dzieci lojalnej wobec niej postawy, jeśli chodziło o traktowanie ojca. Mówiła o nim negatywnie, w domu nie było wzajemnego szacunku i miłości, nie dawał on poczucia bezpieczeństwa. Jednocześnie matka faworyzowała starszego brata pacjentki, który przez trzy lata wykorzystywał seksualnie siostrę.

Matka nie wierzyła córce, nie stawała w jej obronie, podobnie jak ojciec. Te wydarzenia wywołały poczucie ogromnego osamotnienia i niemożności liczenia na pomoc bliskich. Stopniowo pojawiały się problemy z nawiązaniem bliskiej relacji innej niż przemocowa, kłopoty z budowaniem granic.

Pani Jadwiga odcięła się zatem od swoich uczuć i pragnień po to, aby móc żyć i trwać w tym domu, w tej rodzinie. Zamroziła się i znieczuliła. Dysocjacja * córki, powstrzymywanie okazywania złości, pozwalały jej pozostawać w relacji z matką.

Pacjentka całe swoje życie starała się być dobra, posłuszna, potrzebna, aby zasłużyć na uwagę i akceptację. Nie wierzyła widocznie, że mogłaby być kochana miłością bezwarunkową. Jej poczucie własnej wartości było uzależnione głównie od akceptacji innych.

Pani Jadwiga skupiała się nadmiernie na cudzych pragnieniach kosztem własnych potrzeb, aby zdobyć miłość i uwagę oraz aprobatę otoczenia. W dzieciństwie doświadczyła głównie warunkowej akceptacji i niezaspokajania potrzeb emocjonalnych.

Była zmuszona (na poziomie nieświadomym) tłumić ważne aspekty swojego „ja”, swoich pragnień, potrzeb, emocji i uczuć.

Pani Jadwiga przez większość życia dopasowywała się do innych w sposób niezgodny ze sobą, nieprzynoszący zadowolenia. Jednocześnie odczuwała żal w stosunku do osób, którymi się tak czule opiekowała, nie otrzymując nic w zamian.

Być może pacjentka nie chciała wyglądać kobieco i uwodzicielsko, bo była oskarżana przez matkę o przyczynienie się do molestowanie (oskarżenia te padały na przemian z zarzucaniem jej kłamstwa), jakiego doświadczyła we wczesnej młodości ze strony brata.

Możliwe, iż bycie chudym, jak ojciec, pacjentce kojarzyło się ze słabością, a także z chorobą (ojciec bowiem długo chorował i zmarł w sile wieku).

Niewykluczone, że nauczyła się koić swój smutek, lęk i samotność (z którymi nie miała kontaktu) za pomocą słodyczy.

Trauma, jaką jest przemoc fizyczna, odciska piętno na wszystkich aspektach dorosłego życia.

Ludzie wykorzystywani seksualnie mają poczucie winy. Jest ono zaszczepione głównie przez sprawcę, ale często też przez opiekuna, a w końcu i samą ofiarę. W dorosłym życiu mogą karać siebie na różne sposoby – okaleczać się, umniejszać swoje osiągnięcia, ulegać uzależnieniom.

Osoba skrzywdzona w dzieciństwie odczuwa bezsilność – nikt wtedy nie udzielił pomocy, została sama ze swoim bólem, lękiem, była zmuszana do milczenia. Często w dorosłym życiu taki człowiek wycofuje się i izoluje. Zranienie oraz zawód, jakiego doznał od najbliższych, są powodem osamotnienia, utraty zaufania, tłumienia emocji, wycofywania się, stałego niepokoju, zaburzeń psychosomatycznych. Bywa, że w późniejszych latach tej osobie towarzyszy poczucie wstydu i przekonanie, że jest kimś gorszym, całe życie musi udowadniać, iż jest wystarczająco dobra, że nie jest czymś, ale kimś. Zdarza się, iż postrzega siebie jak obiekt seksualny, traktuje swoje ciało instrumentalnie, bez szacunku. Ponadto ma przymus odwdzięczania się za najmniejsze dobro i wciąż przeprasza za to, że żyje. Jednocześnie głęboko drzemie w niej złość i poczucie krzywdy. Złość, której nie pozwalała się ujawnić, złość na sprawcę i na dorosłych, którzy nie ochronili przed molestowaniem.

W końcu osoby wykorzystywane seksualnie wchodzą w podobne, przemocowe związki, w których ponownie odgrywają role ofiar.

* A. Chrzanowska, Odnaleźć swoją siłę, „Charaktery” 3/2014.

* Dysocjacja jest jednym z mechanizmów obronnych, którego używamy w sposób nieświadomy w przypadku trudnych przeżyć, traumy po to, aby odwrócić od nich uwagę i nie czuć niechcianych emocji. Dysocjacją może być wytwarzanie rozmaitych dolegliwości fizycznych, zaburzenia pamięci, a nawet zaburzenia tożsamości i percepcji.

ROZDZIAŁ 2
PANI KINGA – Zamrożony smutek

Samotność trudno przekroczyć, bo to, czego najbardziej potrzebujemy i za czym tęsknimy, czując się samotni, jest jednocześnie tym, czego najbardziej się boimy*.

IZABELA WOŻYŃSKA-WIĘCH

Cierpienie jest ważną, integralną częścią naszego życia. Poszukiwanie życia bez cierpienia to fantazja, wirtualna rzeczywistość. Ważne, by nie unikać cierpienia, które napotykamy na swojej drodze. Nie brońmy się przed nim, doświadczajmy go, a wtedy nasze życie będzie pełne sensu i, paradoksalnie, pełne radości*.

ALFRIED LÄNGLE

Pani Kinga miała 42 lata. Była bardzo atrakcyjną, elegancką bizneswoman. Zawsze zadbana, o nienagannym wyglądzie. Sprawiała wrażenie perfekcjonistki. Byłoby idealnie, gdyby nie nadwaga. Pani Kinga przez większość życia była bardzo szczupła.

Od niedawna chorowała na nadciśnienie tętnicze, zaburzenia rytmu serca, cukrzycę i niedoczynność tarczycy. Miała przewlekłe bóle głowy. Mówiła, że przestrzega zaleceń lekarskich i nie rozumie, czemu przybiera na wadze.

Pani Kinga była trzykrotnie zamężna i trzykrotnie rozwiedziona. Nie miała dzieci, twierdziła, że nigdy nie chciała ich mieć.

 

Prowadziła własną firmę z branży medycznej, związaną z pomaganiem ludziom. Kierowała grupą około 60 osób. Pracownicy uważali ją za zimną sucz (zasłyszane przez pacjentkę).

Na początkowych sesjach dominował obraz twardej, silnej kobiety, bez uczuć, bez emocji.

O domu rodzinnym opowiadała niemal beznamiętnie. Oboje rodzice żyli. Byli z pokolenia wojennego, chłodni emocjonalnie, zdystansowani.

Matka – nauczycielka – była sztywna, karząca, surowa, nieokazująca uczuć, milcząca, z zasadami.

Ojciec wcześnie (pacjentka miała osiem lat) odszedł do innej kobiety, z którą się ożenił. Pacjentka długo utrzymywała, że nie miała rodzeństwa. Matka nigdy nie związała się z innym mężczyzną.

Pani Kinga miała nikły kontakt z ojcem, głównie dlatego, że matka wdrukowała jej taki kontakt jako brak lojalności w stosunku do niej. Pacjentka twierdziła, że była zła na ojca i nie miała potrzeby spotykania się z nim.

Często była powierniczką matki, słuchała o jej bólu, upokorzeniu, nienawiści do mężczyzn, poczuciu żalu. Pani Kinga była zmuszona w domu przejąć rolę dorosłego.

Rodzice pacjentki byli nieobecni, niezaradni i niedojrzali. Role w rodzinie pani Kingi zostały odwrócone. Musiała stać się opiekunem i terapeutą cierpiącej na depresję matki, mediatorem między rodzicami, pocieszycielką, ratownikiem, wsparciem. Dla dziecka to stan przekraczający jego siły fizyczne i psychiczne.

Prawdopodobnie z tego powodu pani Kinga była bardzo odpowiedzialna. Brakowało jej jednak poczucia bezpieczeństwa i zawsze czuła się samotna.

Nie miała bliskich przyjaciół, ale za to wielu znajomych, którzy chętnie korzystali z jej pomocy, a często czegoś potrzebowali. Pani Kinga lubiła pomagać, była doskonale zorganizowana i bardzo zaradna.

Małżeństwa pani Kingi to związki krótkie i dość burzliwe. Nie było w nich prawdziwej bliskości. Na pytanie o mężów odpowiedziała, że nie ma pojęcia, dlaczego wybierała właśnie te osoby, co nią kierowało, i podkreśliła, że dwaj mężowie byli do siebie podobni, a trzeci – najbliższy jej sercu – zupełnie inny.

Była żywo zainteresowana zrozumieniem tego paradoksu. Jako cel terapii ustaliłyśmy poprawę relacji z ludźmi, a w konsekwencji uzyskanie możliwości zbudowania trwałego, satysfakcjonującego związku z mężczyzną.

Po kilku sesjach pani Kinga przyznała się do zaburzeń snu i nocnego objadania się. Pragnęła zrozumieć, dlaczego tak się działo.

Zapis fragmentu piątej sesji

T: Co pani czuje w nocy, otwierając lodówkę?

P: Początkowo zadowolenie, przyjemność, nawet swojego rodzaju rozkosz... Potem przychodzi wstręt do siebie, złość, rozczarowanie sobą, poczucie zawodu i bezsilności.

T: Czy czuje pani smak i zapach pokarmów?

P: Skąd! Pożeram w takim tempie, jakby ktoś mnie gonił albo miałby mi za chwilę to jedzenie zabrać, albo... mnie nakryć.

T: Takie automatyczne jedzenie... bez uważności?

P: Właśnie.

T: Czy sądzi pani, że jest w jakimś rodzaju transu?

P: Tak, to chyba dobre określenie. Jestem jak zombi, szybko się napycham, nie czując smaku tego, co jem, ani nie mając z tego tak naprawdę przyjemności. Tylko w pierwszej chwili, ale to szybko mija i potem jest nijak, a jeszcze później okropnie.

T: Ma pani wrażenie, że może to pani kontrolować?

P: Hmm... Wstyd mi... nie potrafię, to stało się silniejsze, a ja tego nie rozumiem.

T: Robimy tak często, żeby znieczulić pewne emocje.

P: To jakaś masakra! Chciałabym to pojąć. Kieruję zespołem ludzi, wszystko doskonale ogarniam umysłem i kontroluję. Nie ma drugiej sytuacji, w której tak dalece nie panowałabym nad sobą. Wie pani, ja jestem perfekcjonistką, a to mi się wymyka i na dodatek tyję jak szalona, niczym jakiś potwór.

T: Czy zechce mi pani opowiedzieć, jak było z jedzeniem w pani domu rodzinnym?

P: Matka całe życie była chuda jak szczapa, praktycznie mogłaby nie jeść. Myślę, że gotowanie ją boli, nie cierpi tego. Robiła z tego gotowania coś na kształt martyrologii, taka umęczona, udręczona... aż się jeść odechciewało, chociaż paradoksalnie gotowała wyśmienicie. Tata uwielbiał jeść, więc kiedy się wyprowadził i zamieszkał ze swoją drugą żoną, bardzo szybko utył. Miał taki śmieszny brzuszek.

T: A babcia, dziadek?

P: Ja żadnej babci ani żadnego dziadka nie znałam.

T: Przykro mi i współczuję.

P: Wszyscy zmarli, zanim się urodziłam.

T: Czuła się pani samotna?

P: Że co? Czemu? Ech... nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym.

T: Pytam o pani uczucia, a nie myśli.

P: Sądzi pani, że pamiętam, co czułam? Chyba nie.

T: A teraz? Co pani czuje teraz, kiedy o tym mówimy?

P: O czym? O braku babci i dziadka? Nie ma, to nie ma. I już.

T: I już? Mam wrażenie, że próbuje pani umniejszać ten fakt.

P: Wie pani co? Mam gdzieś takie pierdoły. Ja muszę zrozumieć, czemu jem w nocy i dlaczego nie kontroluję tego...

T: Mogę się domyślać, że być może pani nie pozwala sobie na smutek.

P: Smutek, proszę pani, jest dla mięczaków.

T: Kto tak mówi, pani Kingo?

P: No jak to kto? Ja przecież.

T: Może się nie zrozumiałyśmy... Czy już to pani kiedyś słyszała, może od kogoś w rodzinie? Kogoś bliskiego?

P: W rodzinie... bliskiego... ja miałam tylko matkę, a właściwie jej też nie.

T: Co pani ma na myśli?

P: Całe życie była w swoim dziwnym świecie, zimna, milcząca, smutna.

T: Dlatego tak się pani boi smutku?

P: A kto pani powiedział, że się boję? Widocznie ona jest mięczakiem. Gardzę mięczakami.

T: Mocne słowa. Gardzi pani matką?

P: Hmm... Tak, myślę, że nią gardzę. Całe życie tapla się w tym swoim smutku.

T: A pani bardzo nie chce być do niej podobna?

P: Pewnie, że nie chcę! Jestem jej totalnym zaprzeczeniem. Jestem jak ojciec bardziej.

T: To znaczy jaka?

P: Ambitna. Mocna. Harda. Silna. Pracowita. Zaradna.

T: Nie zostawia pani sobie miejsca na smutek? Na słabość? Taką zwykłą ludzką słabość czasem?

P: Precz ze smutkiem! Precz ze słabością! (Pani Kinga głośno się śmieje)

T: Możemy tak to dzisiaj przerwać, pani Kingo? Nasz czas się skończył.

P: Pewnie.

Komentarz

Pani Kinga, ulegając kompulsywnemu, nocnemu jedzeniu, próbowała nieświadomie uśmierzyć niewygodne myśli i emocje, pragnęła nie czuć dawnej bezradności, szukała pewnego rodzaju odrętwienia, aby poczuć ulgę. Rozmaite natrętne czynności stanowią zwykle próbę złagodzenia niepokoju, smutku, lęku, bólu. Nierzadko mają chronić pacjenta przed kontaktem z tymi uczuciami. Myśli dotyczące wagi i problemów z jedzeniem zajmują miejsce innych myśli, osoba przejadająca się wpada w trans, pochłania ogromne ilości pożywienia, nie kontrolując zupełnie tego, co robi. Pragnie w ten sposób zablokować bolesne emocje i niechciane wspomnienia. Pani Kinga nie miała kontaktu ze swoim smutkiem. Nie dawała sobie prawa do odczuwania ani smutku, ani słabości.

Często dorośli próbują przydzielić dzieciom określone role, a dzieci realizują te scenariusze i potem długo nie mogą się od nich uwolnić. Jeśli w domu rodzinnym dziecku odmawia się prawa do smutku, bo np. miało odgrywać rolę domowego błazna albo rodzinnego powiernika, to przez całe życie będzie ono walczyć ze smutkiem wszelkimi sposobami, będzie go wypierać, zaprzeczać mu, uciekać przed nim albo ukrywać przed całym światem, także przed sobą samym. Tymczasem smutek jest ważną emocją, częścią życia. Najczęściej za smutkiem stoi niezaspokojona potrzeba opieki i wsparcia. Smutek nie zniknie, jeśli nie pozwalamy sobie go przeżywać. Ciało będzie nam o nim wciąż przypominać...

Zapis fragmentu dziewiątej sesji

T: Była pani trzykrotnie zamężna...

P: Tak.

T: Jak długo trwały te związki?

P: Pierwsze małżeństwo zawarłam w wieku niespełna dziewiętnastu lat, zakończyło się bardzo szybko. Drugie to osiem lat męki, a trzecie pięć... no prawie sześć lat.

T: Osiem lat męki?

P: No tak, on był potwornie zazdrosny, próbował mnie ograniczać, kontrolować. Sama się dziwię, że to wytrzymałam. Może tylko dlatego, że było nam bosko w łóżku.

T: Hmm...

P: To mój najdłuższy związek. Poza seksem wszystko było do dupy, wciąż się żarliśmy, ale takiego seksu to już nigdy z nikim... Kolejnego męża wciąż porównywałam... Był spokojny, dobry, ale ta sfera kulała. Próbowałam... jednak to dla mnie ważne. Miałam wyrzuty sumienia, ale nie byłam w stanie wytrzymać.

T: Nie była pani w stanie wytrzymać?

P: No tak, wystąpiłam o rozwód. To nie był mężczyzna moich marzeń. (Uśmiecha się)

T: A jaki jest mężczyzna pani marzeń?

P: Hmm... (Wzdycha głęboko) ...bo ja wiem? Przystojny, dobry w łóżku, zakochany bez pamięci, dbający o mnie, ani uległy, ani apodyktyczny, uczciwy, zabawny, zaradny, pracowity, dojrzały...

T: Brzmi idealnie, tylko mało realistycznie.

P: Fakt, spotkałam wielu, naprawdę wielu facetów i żadnego idealnego pana.

T: A nie wystarczyłby pan prawdziwy?

P: Faceci są do kitu, serio. Albo mięczak, albo maczo. Żaden typ mi się nie podoba. Nie wiem, co jest nie tak z tymi facetami. Beznadzieja. Chciałabym tak normalnie...

T: To znaczy jak?

P: Ani za blisko, ani za daleko.

T: Ani jak z matką, ani jak z ojcem.

P: Hmm... coś w tym jest, chociaż teraz myślę, że z matką to jednak nie było naprawdę blisko, ta więź jakaś chora była. Ona mnie tak oplotła jak bluszcz, tak mnie ogłupiła, zdusiła sobą. Teraz wiem, że to nie była prawdziwa bliskość.

T: To bardzo ważne, co pani powiedziała. Może pragnie pani i szuka takiej właśnie prawdziwej bliskości.

P: Może... Chociaż w trzecim małżeństwie miałam coś takiego, a jednak nie potrafiłam z nim być. Coś mnie stale drażniło. Myślę, że mój drugi mąż mnie zdradzał, a jednak to za nim tęskniłam, choć być z nim też nie umiałam. Ale to popieprzone!

T: Związki są trudne, zwłaszcza gdy nie mamy dobrego wzorca.

P: To okropne... Czy całe nasze życie musimy płacić za taką, a nie inną rodzinę? Nawet nie mamy szansy jej wybrać.

T: Często zdarza się nam powtarzać schematy głęboko zakorzenione w naszym dzieciństwie. Trzymamy się ich kurczowo, nawet jeśli jest to bolesne, bowiem stanowią obraz przekonań o nas samych i otaczającym świecie. A działanie wbrew nim może zagrażać poczuciu bezpieczeństwa. Bo one są znane, przewidywalne.

P: Beznadzieja...

T: Możemy spróbować odnaleźć pani schematy i spróbować je zmienić.

P: Okej, jestem na to gotowa.

T: Jaki był pani pierwszy związek? Ten z ojcem?

P: Tata był kochany... jeśli już był ze mną, to był kochany, dobry, ciepły, czuły, zabawny. Dobrze nam się rozmawiało. Był dla mnie wyrozumiały.

T: Znowu brzmi idealnie... tylko mało realnie. Powiedziała pani, że był taki, jeśli już z panią był. Co pani miała na myśli?

P: No... że bardzo rzadko ze mną był... tak naprawdę.

T: Co to znaczy?

P: Mało go miałam. Większość czasu był nieobecny albo ciałem, albo duchem.

T: Najtrudniej być idealnym przez cały czas, tak od święta jest łatwiej.

P: Hmm... no tak, to prawda. Zastanawiam się, czy ja go w ogóle znam...

T: Wciąż ma pani szansę poznać, jeśli tylko będzie pani tego chciała. Teraz i tutaj chcemy jednak się skupić na poznaniu pani.

P: Hmm... no tak, siebie pewnie też nie znam. (Śmieje się)

T: Ale chce pani siebie poznać, inaczej by tu pani nie było, czy tak?

P: Pewnie tak.

T: Ojciec odszedł z domu, kiedy miała pani zaledwie osiem lat. To musiało być bardzo trudne dla córeczki tatusia.

P: Wtedy tego nie rozumiałam, nie czułam tak... raczej byłam sercem z mamą, bo to ona była biedna, pokrzywdzona, zostawiona.

T: Była pani małym dzieckiem. Dorosła kobieta radzi sobie sama z takim bólem, bez pomocy dziecka.

P: Ona nastawiała mnie bardzo przeciwko ojcu.

T: Co pani wtedy czuła?

P: Nic. Nie pamiętam. Nic nie pamiętam... Chyba nie czułam nic. (Zapada dłuższa chwila ciszy. Pani Kinga patrzy na mnie wyczekująco)

 

T: Czy kiedykolwiek kłóciła się pani z ojcem?

P: Nie, nigdy.

T: Czy miała pani wrażenie, że próbowała pani zabiegać o jego uwagę, o jego uczucia?

P: O rany... tak! (Krzyczy) Właśnie tak. Chyba całe moje życie skupiałam się na tym, żeby mnie zauważył, wiele robiłam dla niego, nauka, kariera... wie pani, żeby był ze mnie dumny, aby mu imponować...

T: Żeby panią kochał...

P: Tak... (Pani Kinga ma w oczach łzy; powstrzymuje je)

T: Zrobiło się pani smutno?

P: Mówiłam... smutek jest do dupy... (Pani Kinga zaczyna płakać)

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?