Ile ważą emocje?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Komentarz

Pani Jadwiga nie miała kontaktu ze swoją złością. Prawdopodobnie dlatego, że w rodzinnym domu nie dostała prawa do jej wyrażania, nie wolno było tego robić pod groźbą kary. Jako dziecko pani Jadwiga stłumiła więc tę emocję, aby czuć się bezpieczna i kochana. Była „grzeczną dziewczynką”.

Później, ilekroć poczuła złość, której sobie nie uświadamiała, sięgała po słodycze, aby uniknąć niebezpiecznej emocji i poczuć ulgę. Nie rozumiała jeszcze, skąd brało się napięcie w ciele i niepokój, o którym mówiła.

Pani Jadwiga nie miała też kontaktu ze swoim bólem. Unikała go i wypierała, miała tendencję do uciekania w świat marzeń oraz fantazji. To jeden z mechanizmów obronnych, jakie stosowała. Nie mogła w rzeczywistym świecie zaspokoić swoich potrzeb, więc realizowała je w wyobraźni (na pierwszych sesjach wiele o tym mówiła – przedstawiała siebie jako wszechmocną wróżkę, czarodziejkę, w jaką wcielała się w dzieciństwie).

Zapis fragmentu jedenastej sesji

P: Bardzo, bardzo kochałam babcię. To uczucie było jak promyczek światła w moim życiu. To była mama mojego taty, bo mamy matki nie znałam. Chyba zmarła, zanim się urodziłam, jeszcze jak matka była mała. Nie wiem o niej za dużo. Gdy mnie pani kiedyś pytała i rozmawiałyśmy o tym drzewie, trudno byłoby mi to narysować, bo matka nie chciała za dużo mówić na ten temat. Jakby to jakaś tajemnica była czy coś... W ogóle tak sobie myślę, że dziwna ta nasza rodzina, każdy inny, każdy sobie, jakoś tak nigdy razem, wie pani? Ale jak myślę o babci, to mi się robi cieplej – to był dobry, kochany człowiek. Kiedy zmarła, dziadek z tęsknoty za nią też zaraz zmarł. Nie radził sobie bez niej. Bo ona wypełniała sobą całą przestrzeń, ale tak pozytywnie, wie pani... Miałam dziewięć lat, niecałe dziesięć, kiedy zmarła. (Długie milczenie) A wie pani... matka nie pozwoliła mi iść na pogrzeb babci, bo dzieci nie powinny chodzić na pogrzeby, że niby tak chciała mnie chronić... akurat!

T: Nie pozwoliła pani opłakać babci?

P: No... mówiła: „Dzielna bądź, tylko się nie maż, nie potrzeba mi tu beksy”.

T: Mam wrażenie, że doskonale potrafi pani powstrzymywać łzy. Jestem ciekawa, czy równie dobrze potrafi pani sobie odpuszczać?

P: Nie wiem, co powiedzieć. Chyba sobie odpuszczam, kiedy się obżeram, ale zdaje się, że to mi nie wychodzi na zdrowie. (Próbuje się śmiać)

T: Wyraźnie widzę, jak bardzo to panią martwi. Nawet pani ciało wydaje się bardzo napięte – siedzi pani na krawędzi fotela. Nie ma pani ochoty usiąść wygodniej?

(Pani Jadwiga siada głębiej, opiera plecy)

P: Hmm... faktycznie tak mi lepiej.

T: Cieszę się, że zadbała pani o swoje ciało. Mam wrażenie, że pani rzadko pozwala sobie na luz.

P: (Dość długo milczy) Ja nie mogłam pozwolić sobie na luz. Całe życie musiałam być spięta i radzić sobie z gniewem matki, z biernością i nieobecnością ojca oraz z bratem.

T: Z bratem?

P: Nie chcę o tym rozmawiać. (Milknie na kilka minut)

T: Wyobrażam sobie małe dziecko, które stara się być bardzo dzielne... i czuję smutek...

P: (Milczy nadal, w oczach pojawiają się łzy) Nikt mnie nie obronił. Nikt mnie nie obronił... (Pani Jadwiga po raz pierwszy płacze przez jakieś 10 minut) Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałam.

T: To jest potrzebne.

P: To wszystko już przeszłość, myśli pani, że musimy o tym mówić? Ja nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam.

T: Domyślam się, że to bardzo trudne dla pani, mam jednak nadzieję, że poruszenie czegoś, co zostało zablokowane, zmieni dużo w pani życiu.

(Pacjentka dość długo milczy)

T: Co pani teraz czuje?

P: Smutno mi? (Brzmi to trochę jak pytanie)

T: A fizycznie? Co pani czuje w ciele?

P: Ciężar.

T: Długo pani dźwiga ten ciężar?

P: Chyba całe życie. (Zapada długie milczenie)

T: To jest bardzo trudne, kiedy dziecko dźwiga ciężar...

(Pani Jadwiga znów zaczyna płakać. Przerywa płacz, aby poprosić o wyłączenie dyktafonu)

P: Nie chcę, żeby ktoś słyszał, jak beczę... (Po kilku minutach zupełnie niespodziewanie wybucha) Dobrze, wyrzucę to z siebie wreszcie!

(Przez jakieś 5–10 minut opowiada bardzo chaotycznie o tym, jak była gwałcona przez starszego brata. Zaczął, kiedy miała 12 lat, a on miał wtedy 15. Był, jak mówi „nad wyraz rozwiniętym chłopakiem”. To trwało przez mniej więcej trzy lata, gdy znalazł sobie lepszą. Pani Jadwiga twierdzi, że bywał bardzo brutalny. Nie jestem w stanie przytoczyć dokładnie jej słów. Byłam zbyt poruszona ich treścią. Kiedy zamilkła na dłuższą chwilę, zapytałam, czy mogę ponownie włączyć dyktafon)

P: Jeśli pani musi... (Nie jest zadowolona, a ja czuję się jak intruz)

T: Pani Jadwigo, czy próbowała pani szukać pomocy u mamy, u taty?

P: Matka? Matka jeszcze na mnie nawrzeszczała, że wymyślam niestworzone historie. Powiedziała, że mi nie wierzy i nie chce tego nigdy więcej słyszeć. Powiedziała też, że jeśli nawet to prawda, to widocznie jestem sama sobie winna.

T: A tata?

P: Tata... hmm... tata był bardzo smutny, kiedy mu to powiedziałam, ale nic nie zrobił. Zupełnie nic. (Długo milczy) Brat zresztą mówił, że matka nie uwierzy albo mi wleje, a ojciec nic nie zrobi. On to dokładnie przewidział. Czuł się bezkarny, wie pani? A matka i tak go faworyzowała. Tak sobie czasem myślę, że ona mnie nie lubiła. Ja też jej nie lubiłam. Wie pani, że ona ciągle żyje, a ja się z nią nie kontaktuję, ani z bratem. Myślę, że gdyby ojciec żył... nie wiem... nie wiem, czy chciałabym z nim mieć kontakt.

T: Jestem bardzo poruszona tym, co pani powiedziała.

(Pacjentka siedzi ze spuszczoną głową, ale już nie płacze. Milczy)

T: Pani Jadwigo, czy to możliwe, aby pani nieświadomie za pomocą swojego wyglądu chciała pokazać, że nie jest pani uwodzicielska? Czy w ten sposób broni pani samą siebie przed mężczyznami?

P: (Zamiast odpowiedzieć, znów zaczyna płakać. Po chwili, ciągle łkając, odzywa się) Ale ze mnie beksa, nie chciałam...

T: Pani Jadwigo, kto pani wmówił, że jest pani beksą? Mam wrażenie, że już to dziś słyszałam...

P: (Długo milczy) Moja matka? Chce pani powiedzieć, że ona wciąż może mi dokuczać w taki sposób?

T: Myślę, że tylko wtedy, kiedy pani jej na to pozwoli. Sądzę też, że czas dać sobie samej prawo do płaczu

P: Jezu, jaka jestem zmęczona! Czy możemy już skończyć?

Komentarz

Pani Jadwiga bardzo długo dźwigała brzemię molestowania, przemocy i ciężar tajemnicy. Prawdopodobnie nie wierzyła, że ktokolwiek może jej pomóc, nie otrzymała bowiem wsparcia od najbliższych osób. Nie doświadczyła też zrozumienia. Matka wzbudzała poczucie winy w córce już w dzieciństwie. Po latach wewnętrzny krytyk działał automatycznie. Jedną z najgorszych kar dla kobiety stanowi dorzucenie jej kilogramów. Uświadomienie sobie nadużycia jest bardzo ważne dla procesu zdrowienia. Jeśli ból związany z krzywdą został stłumiony i wyparty, to powróci w postaci choroby somatycznej. Tłumienie bólu staje się nawykowe, uciekamy przed nim np. w pracę, nałogi, nadmierne objadanie się.

Zapis fragmentu trzynastej sesji

T: Dzień dobry, pani Jadwigo. Jak się pani czuje?

P: Nieco lepiej. Przepraszam jeszcze raz, że nie przyszłam w ubiegłym tygodniu.

T: Potrzebowała pani trochę czasu.

P: Tak.

T: W porządku. Rozumiem. O czym chciałaby pani dziś porozmawiać?

P: (Milczy przez chwilę) Z jednej strony chciałabym wrócić do ostatniej naszej rozmowy, a z drugiej... sama nie wiem... może spróbuję... (Milczy dłużej)

T: To musiało być bardzo, bardzo trudne dla pani. Zarówno przeżycia, jak i powrót do tych wspomnień.

P: To nie powrót. Nie pamiętam dnia ani nocy, żeby to do mnie w jakiś sposób nie wracało – w koszmarach, skojarzeniach. Teraz już rozumiem i wiem, że chodzi właśnie o to. Jedyną chwilą jakiegoś wytchnienia było dla mnie jedzenie słodyczy. To chyba głupie, ale tak właśnie czuję. Taka jedyna przyjemność i chwila zapomnienia. Teraz to wiem...

T: A co to teraz dla pani znaczy?

P: Że wiem? No rozumiem chyba, po co to robiłam, po co się objadałam. Tak sądzę... Wie pani, moja matka bardzo mi się z tym kojarzy. Myśli pani, że to dlatego nie mogę jej widywać?

T: Myślę, że pani matka ponosi ogromną odpowiedzialność za to, co się stało, i że ma pani prawo czuć do niej żal.

P: (Po chwili milczenia) Wie pani, kiedy pani zaproponowała posadzenie jej na drugim fotelu i rozmowę z nią – wtedy nie mogłam, miałam kluchę w gardle... pamięta pani?

T: Oczywiście. Nie była pani jeszcze gotowa

P: Tak. Ona tak bardzo kojarzy mi się z nim. Jakby byli jedną osobą.

T: Czy umiałaby pani nazwać to, co teraz czuje, gdy o tym mówi?

P: Myślę, że jej nienawidzę. Potwornie, ale... to chyba wstrętne, przecież jest moją matką. Jestem ohydna, że tak czuję

T: A ja myślę, że można kogoś bliskiego jednocześnie i kochać, i nienawidzić, i potrzebować, i czuć gniew oraz żal... I że to jest w porządku.

P: Tak pani myśli? Ja nie wiem, czy ją kocham, czy ją kochałam, czy ona mnie kochała...?

T: Sądzę, że każda matka kocha swoje dzieci. Bywa jednak, że sama jest zagubiona. Z tego, co pani mówiła, matka nie miała łatwego życia. Jej matka zmarła wcześnie, a ojca nie miała, nie znała go.

 

P: No niby tak, chociaż tak naprawdę nie wiem za dużo o jej życiu.

T: Pamięta pani, kiedy na początku spotkań rozmawiałyśmy dużo o wielowymiarowości wszystkiego, o tym, że nic na świecie nie jest jednoznaczne, że należy wszystkiemu przyjrzeć się z wielu perspektyw?

P: Pamiętam, ale nie rozumiem, co to ma wspólnego z moją matką.

T: Chciałabym, żeby pani spróbowała pomyśleć o niej z jednej strony jako o zagubionej kobiecie, a z drugiej pozwoliła sobie poczuć do niej żal za to, jak się zachowywała.

P: (Milczy kilka minut) Nie wiem, jakoś nie potrafię sobie wyobrazić jej jako zagubionej. Potrafiła tylko wrzeszczeć. Brat jest do niej podobny – taki sam agresywny.

T: Z całą pewnością to pani matka i brat są odpowiedzialni za to, co się stało, a nie pani. Chcę tylko powiedzieć, że czasem za agresją mogą się kryć jakieś inne uczucia: własne przerażenie, lęk, bezradność. Proszę mnie dobrze zrozumieć – absolutnie nie bronię pani matki, uważam, że jej wina jest ogromna. Trudno mi sobie wyobrazić pani samotność w tej sytuacji.

(Pani Jadwiga zaczyna płakać. Płacze kilka minut)

P: Nawet pani nie ma pojęcia. Żyć mi się nie chciało, chciałam uciec, nie wracać do tego domu, zniknąć... nie udało się.

T: Co pani ma na myśli, mówiąc „nie udało się”?

(Pani Jadwiga znów płacze, głośniej i mocniej niż poprzednio)

P: Próbowałam... chciałam zniknąć. (Płacze)

T: Pani Jadwigo, czy chce pani powiedzieć, że zamierzała odebrać sobie życie?

P: (Z płaczem) Czy możemy porozmawiać jednak o czymś innym?

T: Dobrze, tylko proszę odpowiedzieć mi na pytanie, jednym słowem „tak” lub „nie”. Czy teraz, dzisiaj, myśli pani o odebraniu sobie życia?

P: Nie.

T: O czym pani chce rozmawiać?

P: Nie wiem... o świętach, o prezentach, nawet o cukrach.

T: Dobrze, o czym tylko pani zechce. A ja pragnę powiedzieć, że uważam panią za bardzo dzielną i silną kobietę.

P: E tam, ja tak wcale nie myślę. Taka sobie przeciętna jestem.

T: O ile dobrze pamiętam, mąż też o pani myśli jak ja – dzielna kobieta. Podczas pobytu w szpitalu była pani bardzo silna. Wiele osób mogłoby się w takiej sytuacji załamać.

P: Mam wprawę. A mój mąż to chyba myśli, że jestem lepsza, niż naprawdę jestem.

T: A ja sądzę, że ocenia panią realnie.

(Pani Jadwiga się uśmiecha)

Komentarz

Pani Jadwidze wciąż sprawiało trudność przyglądanie się swoim uczuciom i emocjom. Chętnie korzystała z mechanizmów obronnych, które były konieczne w dzieciństwie, jednak obecnie jej nie służyły. Żywiła do matki ambiwalentne uczucia. Maskowała gniew uśmiechem; uczucie złości z powodu niezasłużonych krzywd wyrządzonych przez matkę walczyło w niej z potrzebą miłości oraz troski z jej strony. Z jednej strony odczuwała rozpacz, że nie zadowoliła matki, z drugiej zaś miała poczucie, iż matka ją zdradziła i nie obroniła. Smutek pani Jadwigi mógł być następstwem emocjonalnego odrętwienia i poczucia straty.

Pani Jadwiga doznała opuszczenia. Żadne z rodziców nie zapewniło jej wsparcia, nie mogła na nikim polegać, nie otrzymała pomocy. Tłumiła własne potrzeby, pragnienia, emocje, szczególnie gniew. To niestety tak długo prowadziło do nawarstwiania złości, z którą unikała kontaktu, że pojawiły się objawy psychosomatyczne.

Zapis fragmentu czternastej sesji

P: Wydaje mi się, że ostatnio jem mniej słodyczy, rzadziej mnie to dopada. Schudłam już prawie cztery kilogramy.

T: Mhm. (Uśmiecham się do pacjentki)

P: To niesamowite...

T: Co takiego?

P: W pewnym sensie czuję się lepiej, lżej – pewnie bez tych kilku kilogramów. (Śmieje się)

T: Myślę, że to coś więcej niż kilogramy. To pani praca, pani odwaga.

P: Hmm... pewnie zaraz pani powie, że to nie koniec pracy...

(Uśmiecham się)

P: Czasem mnie korci, żeby skończyć, już dalej nie grzebać. Jest mi dość dobrze, trochę chudnę...

T: A nie ma pani ochoty, żeby było jeszcze lepiej?

P: Muszę przyznać, że trochę mi pani i naszych rozmów brakowało przez te dwa tygodnie...

T: Często mamy takie ambiwalentne uczucia, to naturalne, że kiedy dotykamy trudnych, bolesnych spraw, czasem czujemy się przez chwilę gorzej i nawet mamy ochotę uciec. Myślę jednak, że warto, aby potem poczuć się lepiej.

P: Tak... i ja w to wierzę. Ale mój mąż tego kompletnie nie rozumie. Często mam wrażenie, że myśli, iż postradałam zmysły. Ostatnio zauważyłam, że częściej jeździ do mamusi. Pewnie plotkują o mojej głupocie. Moje córki też jakoś tego nie popierają, to znaczy nic nie mówią, ale kiedy coś próbuję opowiedzieć, tak dziwnie na mnie patrzą.

T: Co to dla pani znaczy? Jak się pani z tym czuje?

P: No źle! Bo ja bym chciała, żeby oni to rozumieli i popierali.

T: Po co pani to zrozumienie?

P: (Milczy) No nie wiem... chciałbym być rozumiana, to dziwne?

T: Przez matkę?

P: Też! Chociaż ona akurat chyba najmniej mnie rozumiała.

T: A tego najbardziej brakuje...

(Pani Jadwiga spuszcza głowę i milczy, a po dłuższej chwili się odzywa)

P: Było, minęło.

T: Myślę, że najważniejsze jest to, co pani rozumie i akceptuje, to pani praca dla siebie, ma pani prawo czuć się z tego dumna, być z siebie zadowolona.

P: Nigdy tak o tym nie myślałam.

T: A jak pani odczuwa to, co mówię? Jak to pani pasuje?

P: To... (Uśmiecha się) ...to nawet miłe uczucie.

T: Hmm. (Uśmiecham się) Dobrze samą siebie czasem po prostu pochwalić, być dla samej siebie dobrą.

P: Takie święto... jak spa. (Śmieje się)

T: Ciekawe skojarzenie... Relaks dla duszy i ciała... spa. Ma pani doświadczenia ze spa?

P: Pewnie! Wiele razy byłam. Mamy taką paczkę kobitek, fajnie nam razem było.

T: Rozpieszczałyście się troszeczkę?

P: Tak. Żadnych trosk, nawet wiedźma została w domu...

T: Wiedźma została w domu?

(Wiedźmą określała pani Jadwiga swoją nadwagę)

P: Mhm... tylko zdrowe żywienie, sauna, basen, masaże, maseczki, pogaduszki, śmiech, uczciwy śmiech.

T: Może być też nieuczciwy śmiech?

P: Pewnie! Może być udawany. Wszystko można udawać.

T: Wszystko? Czyli co?

P: Radość, spokój... co się chce.

T: Ma to jednak swoją cenę.

P: Tak. (Pani Jadwiga zatapia się na kilka minut w myślach) Tak sobie myślę, że udawanie to jedna z rzeczy, które umiem najlepiej.

T: Nauka wyniesiona z domu rodzinnego?

P: Taa...

T: W taki między innymi sposób radziła pani sobie z trudnymi emocjami.

P: Jestem tym zmęczona. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, kim jestem, jaka jestem naprawdę, jaką mnie widzą ludzie, jaka chciałabym być, ile jest tych „ja” we mnie. Mam wrażenie, że jakaś walka się toczy i jestem zmęczona. Nie wiem, czy żyję swoim życiem, czy też moje życie toczy się gdzieś obok, a ja je tylko obserwuję. Jakbym była rozdwojona albo roztrojona, jakaś chyba nienormalna. Myśli pani, że powinnam pójść do psychiatry?

T: Nie mam takiego poczucia. Myślę, że w każdym z nas mieszka wiele osób, że mamy różne strony, różne części – jesteśmy trochę tacy, a trochę tacy i dla wszystkiego jest miejsce, wszystko to jest potrzebne. Czasem różne nasze części walczą w nas, to naturalne, ale w końcu się dogadują. Ważne jest także, którą część najlepiej „karmimy”. Lubi pani jesień?

P: Tak

T: Jesień ma tysiące kolorów – każdy jest potrzebny i ma swoje miejsce. Gdyby zniknął, zostałaby zachwiana równowaga kolorystyczna. A jesień jest jedna, choć ma tyle barw w sobie.

P: To znaczy, że jestem normalna?

T: Oczywiście. Miała pani tylko trudne życie, w którym wciąż musiała pani być silna i dzielna, a to wyczerpuje.

P: Hmm. (Pani Jadwiga długo milczy)

T: Sądzę też, że nasze różne strony mogą się uzupełniać, wspierać, a nie wypierać. Jak w dobrym związku. Jak dwa skrzydła samolotu – na jednym się nie poleci, muszą być oba... albo cztery nogi stołu – wszystkie są potrzebne, żeby mebel był stabilny.

P: Hmm, nigdy nie myślałam w taki sposób jak pani... ale słuchanie tego przynosi mi ulgę.

T: Miło mi to słyszeć

Komentarz

Pani Jadwiga bardzo potrzebowała akceptacji, zrozumienia, potwierdzenia, że wszystko było z nią w porządku. Gdy dojrzewała, nikt nie zaspokajał jej podstawowych potrzeb emocjonalnych. Trudno jej było uwierzyć, że bliscy mogli ją kochać w sposób bezwarunkowy, starała się wciąż zasługiwać na ich uczucia, poświęcając się, nie sprawiając kłopotów, usiłowała być niewidzialna. Jednocześnie ją to bolało. Pani Jadwiga miała poczucie niepełnowartościowości, bycia gorszą. Nadmiernie podporządkowywała się innym, była uległa, chcąc zaznać akceptacji, a zarazem uniknąć odrzucenia. Miała przekonanie, że jej własne opinie były dla innych nieważne. Jeden z dominujących schematów u pani Jadwigi polegał na ukierunkowaniu na innych, skupianiu się na ich zadowalaniu kosztem siebie. Dopasowywała się do nich, pragnąc zdobyć wszystko, czego nie otrzymała w domu rodzinnym. Jednak takie postępowanie nie przynosiło jej satysfakcji.

Zapis fragmentu szesnastej sesji

P: Wie pani, mój mąż nie jest taki do końca, jak mówiłam.

T: A jaki jest?

P: Mmm... to skomplikowane.

T: Hmm...

P: Bardzo trudno to opowiedzieć. Ostatnio zaczęłam o tym więcej myśleć... i chyba inaczej na niego patrzeć. To znaczy nadal uważam, że jest dobrym człowiekiem, tylko takim jakimś nieporadnym, ciamajdowatym, zależnym od swojej mamusi, której nie cierpię. Zaczęło mi to przeszkadzać, irytować wręcz. Zupełnie inaczej go odbierałam. Znamy się prawie dziesięć lat, on był dla mnie jak wybawienie z tamtego małżeństwa, pomógł mi przebrnąć przez rozwód, najpierw bałam się powtórnego związku, myślałam, że po co mi to, a w końcu zdecydowałam się, bo było tak dobrze, tak fajnie. Tyle mieliśmy namiętności, uczuć, jak nastolatkowie... Tak, pociągało mnie w nim, że jest jak nastolatek – taki świeży, chłopięcy. (Milknie na długo)

T: Ciekawe, że właśnie teraz, kiedy pani porządkuje w pewnym sensie swoje życie, widzi pani wiele rzeczy z innej perspektywy – jakby horyzont się poszerzył.

P: No... jakbym projektowała bardzo duże wnętrze, wyrzucała niektóre stare meble, niepotrzebne, zastanawiała się, czy któreś da się wykorzystać, a jakie nowe zamówić...

T: Piękna metafora! Sama bym tego lepiej nie ujęła.

P: To właśnie pani nauczyła mnie tak myśleć.

T: Co w pani małżeństwie ocalało pięknego, co można jeszcze wykorzystać, które meble?

P: Hmm... to bardzo trudne pytanie. Sama do końca nie wiem, co czuję i czego chcę. Czuję, że przeżywamy jakiś kryzys. Nigdy nie było między nami bardzo poważnych rozmów, ale mi to nie przeszkadzało. Łączyło nas co innego...

T: Coś bardziej fizycznego? Intymnego?

P: Tak, to było... nigdy z nikim nie przeżywałam czegoś podobnego. On... mój mąż... jest czuły, delikatny, cierpliwy, myśli bardziej o mnie niż o sobie. To cudowne.

T: A teraz coś się zmieniło?

P: Hmm... nie rozumiem, nie wiem, co się ze mną dzieje, że nie mam na to ochoty, nie brakuje mi tego... zmuszam się... i nie sprawia już przyjemności jak kiedyś. W ogóle mi go nie brakuje. Czasem myślę, że jakby zniknął, to bym nawet nie zauważyła. Nie! Chyba trochę przesadziłam. Dziwne to wszystko.

T: Co pani teraz czuje, gdy pani o tym mówi?

P: Nie wiem, wszystko zaczyna mnie przytłaczać. W życiu tyle nie myślałam, co teraz... to znaczy myślałam... (Śmiech) ...tylko o innych.

T: A teraz pani zbliża się do siebie samej – do poznania i zaprzyjaźnienia się z najważniejszą dla pani osobą. Moim zdaniem to dobrze, że pani energia skierowana jest na coś innego, po prostu.

P: Pani rewolucjonizuje moje spojrzenie na świat. Jak pani mówi niektóre rzeczy, to one się wydają takie oczywiste, takie proste i... zaczynam się zastanawiać. Jezu, czemu ja sama na to nie wpadłam? Przeżyłam pół wieku i... nie wpadłam.

T: Ja się tego uczę.

P: Gdybym była młodsza, studiowałabym psychologię, to znaczy dodatkowo, bo też lubię bardzo to, co robię, i chyba bym z tego całkiem nie zrezygnowała.

 

T: Uczyniła pani już więcej dla siebie – mam wrażenie, że zrobiła pani ważny krok w stronę odnalezienia swoich potrzeb, ochrony siebie.

P: Tak pani myśli?

T: Właśnie tak. A jak pani to czuje?

P: Hmm... Co ja czuję? No właśnie taką dwoistość, jak kiedyś mówiłam, z jednej strony to mnie ciekawi, intryguje, chcę dalej coś odkrywać. Takie proste, niby-proste, jak pani wyjaśni i podsumuje, a z drugiej strony jakoś inaczej zaczynam postrzegać ludzi wokół mnie, jakby gorzej i nie wiem, czy to w porządku wobec nich... Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć.

T: Chyba rozumiem i myślę, że pani ujrzała swoich bliskich bardziej realistycznie, zgodnie z rzeczywistością, a nie gorzej. I nie ma w tym nic złego. Po prostu zaczyna ich pani widzieć takimi, jacy są.

P: A wcześniej co widziałam?

T: Przewrotnie odpowiem nie wprost... Może spróbuje się pani przyglądać swoim relacjom, obserwować swoje uczucia i reakcje na to, jak zachowują się pani bliscy, zauważać, co sprawia, że czuje się pani dobrze, a co wpływa na pojawianie się poczucia zranienia, złości, niezręczności w różnych sytuacjach z pani bliskimi.

P: O rany! To chyba trudne. I co, powinnam to spisać?

T: Jeśli ma pani taką potrzebę, to oczywiście proszę zrobić tak, jak pani zechce.