Tadeusz od spraw zwykłychTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Małgorzata Klunder

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

http://pl.depositphotos.com/ allouphoto

http://pl.depositphotos.com/ Loraliu

http://pl.depositphotos.com/ Maugli

Skład, łamanie, wersja elektroniczna

Maciej Martin

Autor wizerunku świętego Tadeusza

Bogusława Mączkowska

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-387-5

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Kochany Ojcze Janie,

zdążyłam przekazać Ci wydruk pierwszej wersji tej powieści. Nie wiem, czy zdążyłeś go przeczytać.

Jeden rozdział musiałam zmienić, ale mimo to teraz bardziej niż przedtem jest to książka o Tobie.

Tak czy inaczej wiesz, że kocham Cię i tęsknię za Tobą. Chyba nie będziesz mi mógł w przyszłości powiedzieć: „zapomniałaś o mnie”, bo rozmawiam z Tobą w zasadzie codziennie. Nawet czasami się z Tobą kłócę. Tylko nie krzycz na mnie, że mam się przestać mazać i wziąć do roboty. Robię swoje, więc łez mi nie żałuj. A w tej chwili uśmiecham się do Ciebie najpiękniejszym z uśmiechów.

Do widzenia, Ojcze.

Prolog

Była sobota, dziewiąty lipca dwa tysiące szesnastego roku. Ksiądz Jan, pełniący do czasu nowej nominacji obowiązki proboszcza parafii St Marie’s przy Reminder Street, jak zawsze w sobotnie popołudnie ukląkł obok krzesła w dużym pokoju.

– Odbija ci, Janeczku? – zapytał dobrotliwie ksiądz Tadeusz.

– Robię tylko rachunek sumienia! – pośpiesznie odpowiedział Janek. – Może być ksiądz spokojny, do spowiedzi pójdę normalnie do Świętego Niniana albo gdzieś…

– A, jak tylko rachunek sumienia, to jazda – zachęcił go były proboszcz.

– Pani Smith tak mnie wkurzyła na pogrzebie księdza, że… – zawahał się odrobinę penitent, to jest bzdury gada narrator, robiący rachunek sumienia, oczywiście.

– Tak?… – z naciskiem dopytywał się ksiądz Tadeusz.

– Podpuściłem Ethana i Adama, żeby… – Oj, nabroił ten były wikary i ciężko mu teraz szło!

– Żeby?… – popędził go ksiądz Tadeusz.

– Wysmarowali jej samochód… – Jasiek nabrał oddechu – …nieczystościami – dokończył elegancko.

– Znaczy, gównem? – sprecyzował szef. Może już nie proboszcz, ale szefem pozostanie na wieki wieków.

– Tak – potwierdził ze skruchą Janek. Księżowska rutyna tak w nim siedziała, że ani mu w głowie nie postało tłumaczyć swoje postępowanie okolicznościami obiektywnymi. A okoliczności były doprawdy obiektywne: pani Smith najpierw nad grobem zalewała się łzami, przeszkadzając spazmowaniem w obrządku, by potem, nim jeszcze ostatnia garść ziemi spadła na trumnę, zacząć obgadywać proboszcza i rozpuszczać niewiarygodne plotki, że ponoć zostawił po sobie dwustuakrową posiadłość koło Aviemore i ciekawe, komu ją zapisał. Czy aby nie wikaremu i dlaczego właśnie jemu?

– A wiesz, że to podpada pod gorszenie maluczkich? – zapytał surowo ksiądz Tadeusz.

– Wiem – szepnął Janek i pochylił nisko głowę.

– Coś jeszcze? – zapytał szef.

– To, co zawsze. – Janeczek się ożywił. – Opowiadałem na stypie kawał o grabarzu, którego chciał przestraszyć pewien pijak…

– To nie jest nieprzyzwoite – zadecydował ksiądz Tadeusz.

– I o pijaku, do którego przyszła maleńka śmierć… – kontynuował Jasiek.

– Tego nie znam! – wciągnął się były proboszcz.

– Pijak padł na kolana i dalej błagać: „Nie zabieraj mnie jeszcze! Poprawię się! Przestanę pić!”.

– I co dalej? – spytał ochoczo ksiądz Tadeusz.

– A śmierć na to: „Zamknij się, ja nie po ciebie, ja po chomika!”.

– Jeżeli w miejsce „zamknij się” nie powiedziałeś „spierdalaj”, to również nie jest grzech – uznał ksiądz Tadeusz, a Janeczek tylko się spłonił. – Wieczorek przy tym był?

– Specjalnie się przecież do niego dosiadłem – potwierdził Jasiek.

– Pił na stypie? – chciał wiedzieć szef.

– Tak ksiądz pyta, jakby nie wiedział najlepiej! – żachnął się p.o. proboszcza, bo może i był łobuzem, co na stypie po proboszczu pikantne kawały opowiadał, ale wiary nikt mu odmówić nie mógł. – Nie pije od marca i na stypie też wytrzymał!

– W takim razie to dobry uczynek, a nie grzech – zawyrokował ksiądz Tadeusz. – Jeszcze coś? A jak tam biskup?

– Na razie w porządku, niech się ksiądz nie boi, w tej materii poza grzeszenie myślą się nie posunę! – obiecał natychmiast były wikary.

– No dobrze – powiedział z namysłem ksiądz Tadeusz. – To zrobimy tak: za pokutę pójdziesz do spowiedzi do Piotrowinów w Glenrothes…

– Za jaką pokutę?! – oburzył się momentalnie Janek. – Przecież to tylko rachunek sumienia!

– Nie chrzań, synu – usłyszał w odpowiedzi. – Nie musisz latać do nich co tydzień, raz na miesiąc wystarczy. Co tydzień zrób sobie tylko rachunek sumienia. I możesz chodzić raz do jednego, raz do drugiego, na zmianę. Im to też dobrze zrobi – powiedział szef z satysfakcją – bo chociaż raz posłuchają sobie ciekawej spowiedzi, a nie takich pobożnych blubrów1. Poza tym będą ci się musieli zrewanżować, a to też im się przyda. Spowiednikiem jesteś, synu, doskonałym, wiem coś o tym…

– Okej, proszę księdza – uśmiechnął się Jasiek. Po czym wstał, ruszył do jeepa i pojechał prosto do Glenrothes, żeby mu się po drodze nie odechciało.

– Chciałem prosić o spowiedź – powiedział w drzwiach do Piotrowina od Smartfonu.

Ojciec Ryan 1

W sobotnie popołudnie ojciec Ryan siedział przy swoim biurku na parterze starego domu w Glenrothes, symulując układanie kazania, i starał się uporządkować myśli.

W listopadzie… jak to dawno, wieki całe! Przyszło wtedy pismo z kurii delegujące ich do tej dziury; wszystko było rzecz jasna napisane pięknie i gładko: że w dowód uznania ich zasług w porozumieniu z proboszczem St Marie’s w Kirkcaldy mają objąć nowo erygowaną parafię ze szczególnym uwzględnieniem posługi pielgrzymom podążającym na East Lomond Hill. W sumie mogli się tego spodziewać – już od jakiegoś czasu byli źle postrzegani przez biskupa, kiedy to Philip na prowadzonej przez nich stronie internetowej poświęconej Missa Tridentina bez ogródek wyłożył, co sądzi o nowoczesnych pomysłach kolegi po fachu z Rosyth. Szczególnie się wtedy dostało delikwentowi za komunię pod postacią wina udzielaną wiernym wprost z kielicha samodzielnie przez nich trzymanego, chociaż sporo miejsca zajął też obyczaj głoszenia kazań przez aktywistów parafialnych i otaczanie ołtarza podczas konsekracji. Cóż, Philip miał stuprocentową słuszność, i co z tego, jak nie wziął pod uwagę, że proboszcz z Rosyth jeździł z biskupem na narty, to i skończyło się na tym osobliwym awansie do kapliczki przerobionej ze stodoły, z plebanią pełniącą jednocześnie rolę hostelu dla podróżnych. A przełożony nie miał zamiaru ich bronić, bo bał się interwencji samej góry, więc ratował, co się dało, składając ich w ofierze.

I jeszcze ten gówniarz z St Marie’s… Co on sobie wyobrażał, że oni rwali się na te pożal się Boże misje? W Edynburgu mieli swoją małą kaplicę, do której przychodzili ludzie z całego miasta, ci oczywiście, którym zależało na tradycji. Niedużo ich było, ale tworzyli zwartą grupę, która wiedziała, czego chce. A tu nagle przenosiny do tej dziury, i to na same rogatki. Prawda, że biskup czarował ich opowieściami o potrzebie pomocy w pracy duszpasterskiej, o którą proboszcz miał sam prosić: że niby tylu przyjezdnych się tam przewija, że pełno nawróceń i chrztów i właśnie oni się tam przydadzą ze swoim jasnym powołaniem i twardym kręgosłupem. To im pochlebiło, nie da się ukryć, a jednocześnie zdziwili się, wręcz podekscytowali, bo przywykli liczyć wiernych w najlepszym razie na dziesiątki, a tu się mówiło o setkach i – to już chyba przesada! – tysiącach. I te chrzty! Podczas czteroletniego pobytu w Edynburgu raz tylko zdarzyło im się chrzcić dorosłego, z okazji ślubu. O nawróceniach w ogóle nie było mowy, ich wspólnota była wyjątkowo zwarta i oporna na wpływy z zewnątrz, w każdym tego słowa znaczeniu.

A jednak jechał wtedy do Kirkcaldy spięty, niepewny, czy zostaną dobrze przyjęci. Starali się, dali wyraz dobrej woli, koncelebrując z tamtymi Novusa, czego w zasadzie robić nie powinni. Właśnie dlatego nie lubił ich przełożony, bo nigdy nie kryli przekonania, że dla ważnych powodów wolno być elastycznym. No a ten pajac zachowywał się tak, jakby zabierali mu nie wiadomo jaka synekurę, kpiąc sobie z nich w żywe oczy! Te odzywki, to zachowanie! Nie mówiąc już o zalanym smartfonie, który na szczęście można było odratować. I nie da się ukryć, że dość skutecznie postraszył ich wariatami z sąsiedztwa, przez co przynajmniej w ciągu pierwszego miesiąca bardzo starannie zamykali drzwi i okna na noc. Bo o tych nacjonalistach to chyba była ściema od samego początku, chociaż kto wie?… Kiedy raz po zmroku na podwórze zajechał szpaler motocyklistów, Phil już miał w garści telefon i chciał stukać dziewięć dziewięć dziewięć. Ale okazało się, że byli to tylko jacyś pokręceni turyści z Polski, szukający swojego kumpla. Zostali na noc, następnego dnia od rana wzięli udział we mszy i potem wjechali z fasonem na górę, chociaż chyba nie do końca, bez przesady, tylko do parkingu przy stacji przekaźnikowej. W sumie nawet byli fajni, pozostawili po sobie jakąś taką… nostalgię? Pragnienie wędrówki?

 

Tylko jak można było się poczuć gospodarzami miejsca, skoro ze wszystkich stron czuło się chłodną, milczącą dezaprobatę? I za co? Czy naprawdę nikt nie widział, że oni też są stroną pokrzywdzoną? Zaraz, jak mu się pomyślało? „Też”? Freudyzmy jakieś.

Najpierw ten właściciel, który dał dom i ziemię. Był idealnie grzeczny i co z tego? Codziennie jak w zegarku meldował się rano do kościoła i tylko świdrował ich oczami, a potem przystępował do komunii i na słowa Corpus Domini nostri Iesu Christi… wcinał się z „Amen”. Za trzecim razem Ryan nie wytrzymał, zwrócił mu po mszy uwagę:

– Zgodnie z Ordo Missae wierni przyjmują komunię w milczeniu, „Amen” wypowiada kapłan!

– Ach tak – odpowiedział tamten z uprzejmością tak nieskazitelną, że aż obelżywą. – Proszę o wybaczenie… – a brzmiało to jak, nie przymierzając, „pocałuj mnie w ….” – ale dopiero co przyjąłem chrzest i nie do końca pojmuję te wszystkie subtelności. Chrzcił mnie ksiądz Tadeusz – dodał, patrząc mu prosto w oczy, a on nie śmiał nawet skomentować w guście: „pięknie, ale my stosujemy inny mszał…”. Sam nie wiedział dlaczego, jakby nagle poczuł wyrzuty sumienia!

Następny był pochmurny młodzieniec, który przyjechał na Calder Court w pierwszą sobotę po ich instalacji. Oparł rower o ścianę i bez słowa zaczął sprzątać kaplicę i obejście. Wyszli do niego, żeby się przywitać i wyjaśnić sytuację, ale on już chyba wiedział, bo popatrzył tak, jakby chciał im na miejscu przegryźć aorty, i powiedział tylko nieprzejednanie:

– Będę tu przychodził w każdy weekend do sprzątania, żeby to, co ksiądz Tadeusz pobudował, nie zapleśniało – i prawie że błysnął zębami.

Fakt, przychodził co tydzień i odwalał robotę, aż miło, tylko to wilcze zachowanie… Ryan próbował się z nim zaprzyjaźnić, spytał, skąd pochodzi, bo słyszał przecież obcy akcent.

– Z Poznania, ze starej parafii księdza proboszcza – zawarczał chłopak. – A religii uczył mnie ksiądz wikary. Przez rok byłem w seminarium, ale przerwałem i teraz studiuję w Edynburgu – dodał złym głosem, a on znowu nie śmiał zapytać dlaczego. To znaczy, dlaczego rzucił seminarium, nie dlaczego jest zły. Tego ostatniego się przecież domyślał.

Byli jeszcze inni, którzy przyjeżdżali, brali udział we mszy, wspinali się na górę. Wszyscy bardzo grzeczni i milczący. Nikt nie chciał się spoufalać. I nikt nie przychodził do nich do spowiedzi.

Philip po trzech miesiącach miał dość. On w sumie też – ile można siedzieć we dwóch, nic nie robiąc, tam, gdzie nawet dla jednego jest za mało pracy? W kraju, gdzie duchownych katolickich trzeba sprowadzać z końca świata, z Afryki, z Polski… Phil nawiązał korespondencję z ich starym profesorem z Nebraski: nie ukrywał, że stara się sobie załatwić wyjście awaryjne, jako wykładowca w Denton, w seminarium Bractwa.

A potem, w kwietniu…

Tamci z St Marie’s poprosili o zastępstwo przez tydzień, nie było powodu odmawiać, sami w końcu zaofiarowali się niegdyś z pomocą. On wziął pierwszą część tygodnia; w poniedziałek przybył do Piusa grubo przed czasem, bo bał się spóźnić, a nie miał wyczucia, jak długo się tam jedzie z Calder Court. We wtorek już wiedział, że wystarczy wyjechać dwadzieścia po szóstej. W środę natomiast…

Padało i musiał jechać wolniej. Na rogatkach Kirkcaldy wpadł w korek, bo zderzyły się dwa autobusy. Potem próbował objeżdżać bokami i zabłądził jak idiota. Wreszcie, kiedy brał ostatni zakręt, zahaczył zderzakiem o wystający murek; coś chrupnęło rozpaczliwie, a on już nawet nie patrzył co, zostawił samochód na chodniku i pognał na piechotę. Wpadł w panice do zakrystii niemal dokładnie z wybiciem siódmej. Spocony jak mysz, z zaparowanymi od deszczu okularami i czerwony z zażenowania wydyszał I’m so sorry! zamiast Praised be Jesus Christ!. Na szczęście wysoki, szczupły ministrant miał już wszystko przygotowane; kiedy on z przymkniętymi oczami próbował przywołać spokój ducha, tamten sprawnie go ubierał: szybko ułożył i podciągnął fałdy alby, a potem wręczył i umocował manipularz, stułę i ornat. Wszystko trwało dosłownie minutę, Ryan odwrócił się do wejścia, w biegu wypowiadając Adiutorium nostrum in nomine Domini…

– Qui fecit caelum et terram2 – usłyszał w odpowiedzi spokojny, jasny głos, podniósł zdumiony oczy i osłupiał. Ministrant, ten sam, który tak bardzo profesjonalnie ubrał go do mszy, wygładzając szaty i wiążąc pasek, był dziewczyną. A w dodatku dziewczyną piękną jak cały zastęp anielski.

Nie było czasu, żeby cokolwiek zrobić, już i tak był spóźniony. Zabrzmiał dzwonek i wyszli do kościoła. Dobrze, że z tego wszystkiego zapomniał o birecie, bo przecież ta cudowna altar girl, odbierając go od celebransa, musiałaby ucałować jego rękę. A i tak mąciło się Ryanowi w głowie, kiedy wstępował do ołtarza, a ona uniosła brzeg ornatu.

A nieliczni wierni zachowywali się, jakby niczego nie zauważyli! Jakby to, co się działo, było czymś najzwyklejszym w świecie!

Cicha, zwykła msza trwała raptem dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut, które wstrząsnęły jego światem.

Nie, nie czuł się winien. Nie miał żadnych grzesznych myśli, nie pożądał cieleśnie tej dziewczyny. Po prostu… czuł się jak w niebie. Słuchał jej głosu, kiedy odpowiadała na jego wezwania, i wydawało mu się, że słyszy muzykę anielską, że ulatuje z każdym słowem i składa je u Bożego tronu… Jezu, żeby on, syn zimnokrwistego Szkota i Irlandki tak praktycznej jak Scarlett O’Hara, do tego stopnia stracił rozum! Pierwszy raz w życiu! Takiego uniesienia, takiej euforii jeszcze nie zaznał, ani podczas święceń, ani przez dziewięć lat kapłaństwa. Co się dzieje?!

Kiedy wrócili do zakrystii, zdołał wziąć się w garść i zapytał całkiem normalnym głosem:

– Od dawna służysz do mszy?

– Półtora roku – odpowiedziała rzeczowo. – Ale od października tylko w niedziele i ferie, bo uczę się w Edinburgh College.

O nic już więcej nie pytał, nawet o imię, pozwolił jej odejść, musiał przecież pędzić do auta, uruchomić je jakoś i jechać do St Marie’s odprawić drugą mszę. Znał oczywiście oba ryty i od czasu do czasu, choć z rzadka, zdarzyło mu się celebrować Novus Ordo Missae, jeżeli była taka potrzeba. Odwrotnie niż ten cały father John. Modernista! Co on wymyślił? Jasne, że to jego robota!

Ale gdyby nie on i jego pomysły, nigdy by nie zaznał… Czego właściwie?

Postanowił nic nie mówić Philowi, a zresztą, co miałby właściwie powiedzieć: zakochałem się? Nie, to nieprawda. Doznałem iluminacji? To musiałby też przyznać, za czyją sprawą, a współbrat natychmiast wziąłby go na spytki. Aż mu się niedobrze robiło, kiedy wyobraził sobie te dociekliwe pytania. Nie, nic nie powie, zadecydował. Nie było w tym żadnej winy. Była… i jest ciągle… radość.

Więcej jej już zresztą nie zobaczył, drugą połowę tygodnia wziął Philip i nie wspominał o niczym szczególnym, widać przy ołtarzu posługiwali tylko chłopcy. A w sobotę wieczorem wrócili tamci dwaj i od niedzieli wszystko było po staremu. Tylko on był już inny.

Przeczekał cały następny tydzień i w kolejną niedzielę postanowił uderzyć do proboszcza. Proboszcz był w porządku, to tylko ten drugi miał trochę nierówno pod sufitem. Trzeba wyjaśnić, jak to w ogóle jest możliwe, żeby do mszy trydenckiej służyły dziewczyny. Może nawet mu się opowie to i owo. Ci, co przyjeżdżali do Glenrothes, bąknęli raz i drugi, że father Thaddeaus zawsze jest chętny do rozmowy i nikogo nie odprawi z kwitkiem. To oczywiste, że spowiadali się u niego. Tak jakby Philip z Ryanem się nie starali, w tej chałupce o turystycznym standardzie, w której musieli dzielić salon i toaletę z gośćmi…

O osiemnastej podjechał pod St Marie’s; wzdłuż całej Reminder Street były zakazy, więc zaparkował za rogiem przy restauracji Giovanni’s, skąd miał znakomity podgląd wydarzeń. Jeżeli tamci pojechaliby do Piusa we dwóch, po prostu by odpuścił. Ale nie, po chwili mignęło koło niego auto, w którym siedział tylko tamten świr. Bez zwłoki ruszył do Bank West.

Odniósł wrażenie, że w proboszczu coś się zmieniło od listopada, kiedy to widział go ostatni raz, ale za dużo nie deliberował i od razu przeszedł do sedna:

– Czy mógłbym prosić księdza o rozmowę? Z zachowaniem pełnej dyskrecji, jeżeli można?

Przysiągłby, że gościnny ruch ręką okraszony został leciutkim półuśmiechem. Zbytnio był jednak zdeterminowany, żeby analizować każdy gest, i od razu wystrzelił z grubej rury:

– Ksiądz nie ma nic przeciwko posłudze dziewcząt przy ołtarzu? Dał ksiądz zgodę swojemu wikaremu bez żadnych obiekcji?

– W naszej starej parafii w Polsce też mieliśmy ministrantki – usłyszał spokojną odpowiedź okraszoną kolejnym uśmiechem.

– Ależ, proszę księdza… – zaczął się plątać. – To powoduje niezręczne sytuacje… Kiedy ta dziewczyna…

– Przypuszczam, że Angela – podsunął życzliwie proboszcz.

– Być może – przytaknął automatycznie. – Otóż… Ona przecież ubierała mnie do mszy! – wyrzucił, co mu najbardziej za skórę zalazło. – Wiązała pasek! Formowała fałdy alby!

Proboszcz patrzył na niego przez dłuższą chwilę, a on tym razem z całą pewnością zauważył lekkie drganie ust.

– Would you have preferred that a boy lift your flab parts?3 – usłyszał i aż dech mu zaparło z pomieszania. Ten cudzoziemski ksiądz sam chyba nie był świadomy tego, co właśnie powiedział!4

Musiał mieć minę jak ostatni kretyn, bo stało się coś przedziwnego. Father Thaddeaus nie wytrzymał i parsknął śmiechem, a on… on mu zawtórował! Po prostu zgłupiał, kiedy usłyszał własny śmiech!

A potem siedzieli przy herbacie i on bez skrępowania opowiadał o sobie, jakby miał stuprocentową pewność, że tamten go wysłucha i poradzi. I zachowa pełną dyskrecję.

– …więc ksiądz sam pojmuje – rozkręcał się z każdym słowem – nie mogłem powiedzieć o tym Philipowi, bo on… on by sobie to źle zinterpretował. Pomyślałby nie wiadomo co. Zacząłby wypytywać o tysiąc szczegółów. Czy czułem podniecenie seksualne i takie tam. I zaraz zacząłby gadać z takim świętym namaszczeniem, że nieważne, że ciągle grzeszymy i upadamy, ważne, żebyśmy umieli się dźwignąć. Ale ja wcale nie zgrzeszyłem! I wcale nie upadłem! Na odwrót, ja… myślę, że mnie ksiądz zrozumie, kiedy powiem, że… wzleciałem…

– Ależ rozumiem – powiedział spokojnie ksiądz Tadeusz. – Spowiadacie się jeden drugiemu? – spytał ni stąd, ni zowąd.

– Tak – potwierdził z lekkim przymusem. – To jest element naszej formacji. Żeby być gotowym wyznać grzechy bratu. Ale… – zawahał się.

– Ale to nie bardzo działa, kiedy bracia są bardziej rywalami niż przyjaciółmi, prawda? – dokończył proboszcz.

Skąd wiedział?!

– Właśnie. – Spojrzał prosto w te dobre, lekko śmiejące się oczy i ośmielił się zapytać: – A jak jest z księdzem i jego wikarym?

– Jeżeli pyta ksiądz o spowiedź, to owszem, spowiadamy się wzajemnie od samego początku – przytaknął tamten. – Chociaż nie ukrywam – ciągnął z lekką kpiną – że najpierw traktowałem to jako metodę wychowawczą, w obie strony. Jak tylko się zjawił u mnie na plebanii, zaraz w pierwszą sobotę poprosiłem go o posługę, żeby dać dobry przykład. I tak już zostało do dziś, prawie cztery lata.

– A… przyjaźnicie się? – chciał jeszcze dopytać, chociaż czuł się trochę głupio za takie wścibstwo.

Znowu ten ciepły, potwierdzający uśmiech.

– Ksiądz musi być szczęśliwym człowiekiem – wyskoczył nagle, zanim zdążył pomyśleć, i raz jeszcze napotkał to życzliwe, pogodne spojrzenie.

– Tak – odpowiedział gospodarz bez wahania. – Bardzo. I codziennie za to szczęście dziękuję Bogu – dodał rozpromieniony, patrząc gdzieś w dal, jakby za okno, na zachodzące słońce.

Ryan czuł jednocześnie zazdrość i podziw. Zaczynało mu coś świtać, już chyba wiedział, skąd wzięło się to przedziwne zachowanie wikarego w tamten listopadowy wieczór. No i nie mógł ukryć przed samym sobą, że w rezultacie poczuł gdzieś w żołądku paskudne, gniotące poczucie winy.

– Ale ksiądz mu nie powie, że tutaj byłem? – palnął jak dzieciak i w tym samym momencie spłonął rumieńcem wstydu.

– Jest jedna niezawodna metoda, żeby opieczętować zarówno treść, jak i formę – pół żartem, pół serio zauważył proboszcz. – To co, jak ksiądz myśli, może rzeczywiście w ten sposób zakończymy? – podsunął, a jeszcze nie wybrzmiała ostatnia głoska, jak Ryan usłyszał swoje „dobrze”.

 

– Pozwól wobec tego, że zamknę drzwi – powiedział proboszcz. – Taką mamy z księdzem wikarym umowę, że jak drzwi zamknięte, to ma nie włazić. Bez strachu, nie wpadniesz na niego – dodał lekko i chyba (czy to możliwe?) mrugnął.

Przez moment, przez małą chwilkę tylko, Ryan bał się, że proboszcz zacznie go wypytywać o ludzi z Glenrothes: czy ich zna, jak im pomaga, co do nich mówi. Bo nie znał nikogo, nikomu nie pomógł i nikt nie chciał go słuchać. Ale zaraz się przemógł, słowa same popłynęły, father Thaddeaus nie musiał o nic pytać…

Tak dobrej spowiedzi nie odbył przez lata całe; wracał do Glenrothes szczęśliwy, powtarzając sobie jego słowa:

– Staraj się na co dzień być pogodny, uśmiechnięty. Poszedłeś do Bractwa, bo zapragnąłeś strzec tradycji, ale uważaj, żeby nie stać się tylko beznamiętnym strażnikiem Białego Drzewa. – W pierwszej chwili nie zrozumiał, co proboszcz miał na myśli, spojrzał zdumiony. – Z Władcy Pierścieni – wyjaśnił tamten, a on już skojarzył, przypominając sobie szkolne lektury. To w Polsce też się czyta Tolkiena?…

– Kapłaństwo to radość – mówił dalej father Thaddeaus – więc potraktuj tamten poranek w St Pius jako promienny dar, żebyś miał co przekazywać innym. Nie może zapalać, kto sam nie płonie… A za pokutę – znowu ten wesoły błysk w oczach! – kiedy wrócisz do domu, przypomnij swojemu towarzyszowi jakieś zabawne wydarzenie z waszych studenckich czasów. I razem pośmiejcie się.

„Tylko że ja nie pamiętam nic śmiesznego z seminarium!” – chciał zaprotestować, ale dał spokój. Jak pokuta, to pokuta. Coś wymyśli.

Po powrocie na Calder Court przy kolacji ni z gruszki, ni z pietruszki wyskoczył z historyjką, jak na pierwszym roku w Denton urwali się do kina na Cast Away. Weszli wtedy w ostatniej chwili, przemykając po ciemku przed ekranem. I wtedy Phil z rozpędu ukląkł na środku i przeżegnał się.

Philipa zatkało.

„Odbiło temu Ryanowi czy co?” – zdawały się mówić jego oczy. „I jeszcze śmieje się drań, jakby było z czego!…”

– Stare dzieje – wyrzekł powściągliwie. – Wiesz, za to pamiętam doskonale – powiedział nagle, niby pchnięty impulsem – jak pierwszy raz służyliśmy do mszy i ty zapomniałeś zadzwonić…

– Celebrans do mnie: Signum! – podchwycił skwapliwie Ryan. – A ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, popatrzyłem na ciebie, pokazałeś mi brodą kierunek…

– A ty złapałeś kadzidło…

– …zacząłem wywijać…

– …myślałem, że stary się zadusi! A potem ciebie chciał udusić!…

Siedzieli tak, zaśmiewali się i wspominali do nocy. Po raz pierwszy od czterech lat.

To było w drugiej połowie kwietnia.

Dwa miesiące później wpadł do Bank West, żeby zaprosić proboszcza – ich obu, oczywiście, ale przede wszystkim proboszcza – na drugiego lipca na Lomond Hill. Przy podjeździe minął się z wysokim, chudym facetem, który mruknął Evening! i obrzucił go dziwnym wzrokiem. Zadzwonił, w progu stanął wikary; całkiem był do rzeczy, to musiał mu oddać, nie wygłupiał się, tylko poprosił go do salonu. Proboszcz półleżał na kanapie, ale na jego widok usiadł prosto, przywitał się, a wysłuchawszy, w czym rzecz, powiedział życzliwie:

– Bardzo księdza przepraszam, ale nie miałby ksiądz ze mnie żadnego pożytku, zupełnie jestem nie w formie. Nie dałbym rady wejść na górę nawet z parkingu.

Dawniej pomyślałby, że chcą go w ten sposób spławić, dać nauczkę pod tytułem: „jakeś mnie wygryzł, teraz radź sobie sam!”. To kiedyś, teraz już wiedział, że tamten nie kłamie, faktycznie musiał być niezdrowy. Nie siedział wtedy długo, bał się trochę tego drugiego; powiedział Good night!, proboszcz uśmiechnął się do niego porozumiewawczo i już. Wyszedł.

A potem…

W przeddzień nabożeństwa, pierwszego lipca, kiedy rzecz jasna wszystko już mieli z Philem obmyślone i ustalone, przyszła do nich grupa młodzieży z tamtą dziewczyną na czele. A u boku dziewczyny kroczył gniewny eks-kleryk, ten sam, który przychodził w każdy weekend i patrzył, jakby chciał im przegryźć gardło.

– Chcemy zacząć od Koronki do Miłosierdzia Bożego w intencji księdza Tadeusza – zakomunikowali im, tak właśnie: zakomunikowali, nie poprosili. – A potem zaśpiewać wszystkie jego ulubione pieśni.

Philip coś tam próbował perswadować, a on nie mógł wydusić z siebie ani jednego zdania, bo dziewczyna (Angela, tak mówił proboszcz?) trzymała go wzrokiem na uwięzi.

Nie dali sobie nic przetłumaczyć, zrobili dokładnie po swojemu. Nieprofesjonalnie i rozkładając cały misternie przygotowany program. Przy cichym i stanowczym wsparciu pięciu tysięcy pielgrzymów z całego Fife. A im przyszło tylko patrzeć i słuchać.

Zrozumiał, o co tu chodzi, kiedy Angela na samym początku przejęła od niego mikrofon i ogłosiła:

– Modlimy się dzisiaj za umierającego księdza Tadeusza…

Dalej już nic nie słyszał, po prostu przestał rozumieć.

– Co się stało? – zapytał cicho eks-kleryka, bo akurat on był pod ręką. Wypadek, pomyślał sobie.

Mikołaj obdarzył go swoim słynnym spojrzeniem.

– Ksiądz Tadeusz ma raka – wyjaśnił krótko.

– Od… kiedy?… – wyszeptał niemądrze.

– Zdiagnozowano w lutym. – To było prawie warknięcie.

W lutym?! A w kwietniu ten uśmiechnięty człowiek mówił, że jest szczęśliwy i dziękuje za to Bogu?!

Kiedy wrócili na Calder Court, Philip nie krył satysfakcji.

– Zobacz! – mówił z ukontentowaniem. – Ze dwa razy więcej ludzi niż w zeszłym roku!

Ryana aż ręce zaświerzbiły, żeby tak przyłożyć mu prosto w gębę.

– Phil – powiedział twardo. – Przecież to nie nasze dzieło. Ludzie dla niego przyszli, nie dla nas! Myśmy tylko próbowali zdyskontować jego zasługi, ale pokazano nam, i słusznie, gdzie nasze miejsce. On tu był i jest gospodarzem!

Philip tylko prychnął, ale Ryan był już górą, trzymając współbrata na uwięzi surowym spojrzeniem, jak nigdy, bo dotąd zawsze zostawała dla niego pozycja tego gorszego, słabszego.

– Może masz rację – mruknął wreszcie Philip, spuszczając oczy.

Nie dane było im się wyspać, bo w południe Alexander przyszedł z tuzinem innych i zażądał – tak właśnie, zażądał! – wystawienia Najświętszego Sakramentu, bo oni chcą czuwać. A tym razem nawet Phil nie protestował i nie truł, że adoracja to zbyt ważna rzecz, żeby ją robić na gwizdnięcie.

Do wieczora przez kaplicę przewinęły się dziesiątki zupełnie mu nieznanych osób, on z Philipem zmieniali się co dwie godziny. Wreszcie koło wpół do jedenastej zadzwoniła komórka Alexandra; nikt się nie zgorszył, tylko wszyscy z napięciem patrzyli i słuchali, jak ten mówił do aparatu: „tak, rozumiem”, a potem pokiwał głową.

Czy to wtedy właśnie poczuł, że jest przypisany do tego miejsca, że dostał zadanie na całe życie? Że zaciągnął dług, który postara się spłacać, ile sił wystarczy?

Tydzień szybko minął, wszyscy krzątali się wokół pogrzebu, a on ciągle zbierał się w sobie i nie wiedział, od czego zacząć. Może następnego dnia powiedzieć na kazaniu coś o księdzu Tadeuszu? Coś od serca? Tylko jak?

Wtedy usłyszał warkot wjeżdżającego na podwórze samochodu, a po chwili dzwonek do drzwi. Poszedł otworzyć.

W progu stał ten porąbany father John z St Marie’s, przyjaciel proboszcza.

– Chciałem prosić o spowiedź – powiedział bez żadnych wstępów.