Każdy wschód słońcaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Każdy wschód słońca
Każdy wschód słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,90  40,72 
Każdy wschód słońca
Każdy wschód słońca
Audiobook
Czyta Klaudia Kulejewska
24  16,80 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Małgorzata Klunder

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcia na okładce

http://pl.depositphotos.com/ quadrio

http://pl.depositphotos.com/ Maugli

http://pl.depositphotos.com/ Loraliu

Skład, łamanie, wersja elektronichna

Maciej Martin

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-367-7

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Ojcu Janowi

Kirkcaldy 1

W czwartek trzeciego lipca dwa tysiące czternastego roku (dokładnie o godzinie jedenastej czterdzieści) dwaj księża podążali wijącym się a niekończącym korytarzem edynburskiego lotniska. Jeden z nich, starszy, odziany był w garnitur i księżowską koszulę z koloratką. Drugi, młodszy, występował w pełnym służbowym rynsztunku. Oglądało się za nimi całe lotnisko i trzeba sobie wprost powiedzieć, że ten starszy, czyli ksiądz Tadeusz Wieczorek, miał już wszystkiego powyżej uszu.

Cyrk zaczął się jeszcze na Ławicy, kiedy bramka zadzwoniła na przechodzącego przez nią Jana Peregryna, co spowodowało ożywioną interwencję celników. „Żeby tylko go nie zapytali, czy nie ma czegoś niebezpiecznego, bo ten mały drań gotów sobie zrobić benefis z wykorzystaniem mojej anegdoty!” – pomyślał z niepokojem proboszcz. „Trzeba było łobuzowi za dużo nie opowiadać!” A tak się składało, że w kieszeni sutanny, a więc poniżej pasa, miał Janeczek wetknięty mu w ostatniej chwili przez mamę srebrny różaniec po prababci Kotoń. Przez Janka jeszcze nie używany1.

Różaniec włożono do skrzyneczki, ale pana celnika to nie satysfakcjonowało.

– Proszę zdjąć wierzchnie okrycie! – oznajmił surowo.

– Proszę? – zdziwił się grzecznie Jasiek. – Co mam zdjąć? – Fakt, było ciepło i kurtek żadnych na sobie nie mieli, jechały w bagażu nadawanym.

Celnik pokazał palcem. Dziwny jakiś był, chyba nie wiedział, jak takie coś się nazywa.

– Nie mogę – powiedział rozkosznie Janeczek.

– Co znaczy, nie może pan?! – najeżył się celnik. Aha, jak „pan”, to dużo wyjaśnia.

– Nie wolno mi zrzucić sutanny – odpowiedział Jasiek, uśmiechając się pogodnie. W sumie racja, ale w znaczeniu przenośnym, czego jednakże celnik nie wiedział. W odróżnieniu od księdza Tadeusza, w którym wszystko zaczęło się gotować. Perswadował swojemu wikariuszowi, żeby w czasie podróży ubrał się na krótko, ale on oczywiście zaczął się stawiać i zrobił po swojemu.

– W takim razie przechodzimy do rewizji osobistej! – zagroził celnik.

– My? – zdumiał się Janek. Otaksował celnika od góry do dołu i uśmiechnął się słodko. – Proszę bardzo!

„Od kogo on się nauczył takich tekstów?” – pomyślał wkurzony ksiądz Tadeusz. „Od ojca czy szwagra? A może od obydwóch?” – Jak widać, na weselu Bachów została mu opowiedziana ze szczegółami historia spisywania protokołu przedślubnego.

I w tym momencie, o dziwo, celnik się poddał. Być może miały na to wpływ rozbawione spojrzenia kolegi od taśmy i koleżanki-celniczki. Przegonił tylko ponownie Jaśka przez bramkę, która tym razem zajarzyła się na zielono, i dał spokój.

Wtedy przyszła kolej na proboszcza, któremu zakwestionowano zawartość saszetki podręcznej w postaci insulinówek. Jasne, ksiądz Tadeusz jako terrorysta żgający insulinówką stewardessę w oko… Sam miód! Teraz dla odmiany Jasiek popatrzył sobie z satysfakcją; ostrzegał szefa, żeby strzykawki przewozić w bagażu odprawianym, ale ten się bał, że zginą, że polecą innym samolotem i co on potem zrobi. No to teraz ma i musi się gimnastykować z zaświadczeniem lekarskim (wraz z jego wersją angielską sporządzoną przez tłumacza przysięgłego). I tak dobrze, że w związku z koniecznością zdobycia tegoż zaświadczenia został zmuszony do osobistego pofatygowania się przed oblicze doktora, czego dotąd unikał jak mógł, odświeżając sobie tylko recepty.

W samolocie sutanna Jaśka zadziałała zgodnie z wykładnią Cejrowskiego, że ksiądz poprzez strój służbowy winien prowokować sytuacje misyjne. Mianowicie dosiadł się do nich pewien Niemiec, z którym wikary pogawędził na tematy wyższe. Po niemiecku, tylko gdzieniegdzie sztukując sobie wypowiedź angielskim, jak stwierdził z podziwem i odrobiną zazdrości proboszcz. On sam z innych języków nowożytnych mógłby spróbować swoich sił jedynie w rosyjskim. Włoski w seminarium szedł mu jak z kamienia…

Wyszli przed terminal i utknęli. Nigdzie nie było tabliczki pick up zone. Ksiądz Tadeusz postanowił pokazać smarkaczowi, że też umie się obrócić, i swobodnie zagadnął do taksówkarza o drogę. Niestety, jego miłość własna została pohańbiona, bo w odpowiedzi usłyszał tylko coś całkowicie niezrozumiałego. Zażenowany wbił w Jaśka oczekujące spojrzenie.

– On mówi w Scots, proszę księdza – pośpieszył z wyjaśnieniami Janek. – Ja też mam problemy, a to dopiero przedsmak, czyli wersja Lallans. Jakbyśmy się przejechali do Aberdeen, to dopiero by się ksiądz poczuł jak w Norwegii! Zero zrozumienia!

Coś tam jednak chyba zrozumiał, bo pociągnął proboszcza na zadaszony parking. Faktycznie, tak jak się umawiali, czekał tam na nich ksiądz Błażej od salwatorianów, jeden z dwóch, którzy zostawali w Kirkcaldy w parafii świętego Niniana. Księża Wieczorek i Niziołek mieli posługiwać w St Marie’s z doskokiem do St Pius.

Gospodarz, odziany po cywilnemu, przyjrzał się im, a szczególnie Jankowi, z sympatią i lekkim pobłażaniem.

– Od razu można poznać, że jesteście z Polski – powiedział wesoło. – Tutaj poza kościołem nie widuje się księdza w sutannie.

Janeczek już otwierał gębę, ale proboszcz całkowicie w stylu don Camilla kopnął go pod osłoną wkładanej właśnie do bagażnika walizki i łobuz się przymknął. Do czasu.

Przy przejeździe przez zatokę ksiądz Tadeusz zajął się podziwianiem znanego mu z internetu Forth Bridge, przez co Jasiek mógł bezkarnie dorwać się do głosu. Z prowadzonej przez całą drogę dyskusji wynikało, że faktycznie w pewnych dziedzinach życia czeka ich jeśli nie szok kulturowy, to twarda adaptacja.

„Narobi sobie kłopotów, cholerny uparciuch” – pomyślał z obawą proboszcz. Brzydkie słowo niech mu będzie wybaczone przez wzgląd na ojcowskie uczucia do podwładnego.

W Kirkcaldy ksiądz Błażej zajechał pod małą, sympatyczną restaurację i zaprosił ich na lunch. Przyjęli propozycję z radością; byli już solidnie głodni, wydawało im się, że od ostatniego zjedzonego na Jarosławskiej śniadania minęły wieki całe.

Gospodarz nie męczył ich długaśnym menu i od razu zadysponował spécialité de la maison w postaci fish and chips. Jak się okazało, każdy znał tu każdego, a uśmiechnięty od ucha do ucha kelner, najwyraźniej uprzedzony o ich przyjeździe, próbował konwersować po polsku: najpierw zebrał staranny wywiad, jak w języku gości mówi się delicious, a potem począł zachwalać, że danie jest „pyszny”.

Rzeczywiście, ryba była pyszna. Najwspanialsza, jaką ksiądz Tadeusz jadł jeżeli nie w życiu, to na pewno przez ostatnie półtora roku, kiedy to pani Teresa raczyła ich wyłącznie łososiem gotowanym w folii. Każdy, kto dania takiego próbował, wie, jak smakuje. I każdy, kto był na Wyspach Brytyjskich lub choćby dysponuje wyobraźnią, potrafi porównać je z porządnym fish and chips…

Jan Peregryn, człowiek może i lekko szalony, lecz dobry i odpowiedzialny, a proboszcza, jak wiemy, szczerze noszący w sercu, przeżywał straszliwe męki. Tona panierki. Frytki i danie główne smażone w głębokim oleju. A szef pożera to wszystko jak wołoduch, tylko oczy mu się śmieją.

– Szczepił się ksiądz? – wyszeptał najdyskretniej jak mógł kącikiem ust. W odpowiedzi proboszcz tylko radośnie przytaknął. „Szczepić się” oznaczało w ich domowym języku oczywiście wstrzyknięcie insuliny, co delikwent uczynił przy okazji wizyty w kibelku.

– Może dokładkę? – zapytał promiennie ksiądz Błażej, zadowolony, że gościom tak smakuje.

Proboszcz zaczerpnął oddechu.

Janeczek pierwej by się własnym językiem udławił, niżby publicznie zwrócił uwagę starszemu, że ma sobie dać już spokój, i w dodatku, że jest wstrętnym obżartuchem. Poza tym, jak wiemy, odrobinkę się szefa bał. Na domiar złego obaj siedzieli twarzami do gospodarza, a bokiem do siebie, więc wszelkie sygnały wzrokowe odpadały. „Rany boskie, cukier mu skoczy na trzysta albo i więcej!” – pomyślał ze zgrozą.

Na szczęście układy pomiędzy obu panami były, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, prawdziwie partnerskie. Ksiądz Tadeusz również szanował i szczerze lubił swojego wikarego, a także odrobinkę się go bał. W końcu obaj wzajemnie mieli nad sobą spowiedziową jurysdykcję, czyli mówiąc wprost, jeden drugiemu mógł przywalić taką pokutę, że buty spadają, o czym czytelnik doskonale wie. Poza tym proboszcz był świadomy, że Janeczek ma talenty nie tylko muzyczne, ale i aktorskie, i w razie czego gotów jest odstawić atak wyrostka robaczkowego lub coś w tym rodzaju, byleby do repety nie doszło.

– Nie, dziękuję, powinienem przestrzegać diety – odpowiedział z uśmiechem ku niebywałej uldze Janka.

 

Rozmowa potoczyła się na tematy służbowe; w St Marie’s odprawiane były w niedzielę trzy msze, w tym jedna po polsku, i postanowili podzielić się nimi tak jak w Poznaniu, to znaczy Jasiek zdeklarował się na poranną i rzecz jasna na wieczorną w świętym Piusie. W tygodniu w obu kościołach msze były o dziesiątej. „Kto na nie przychodzi, emeryci?” – zastanowił się przelotnie ksiądz Tadeusz.

Zostali potem zawiezieni do swojej nowej siedziby, Bank West przy Reminder Street, tuż obok kościoła. W hallu czekały kartony z całym ich dobytkiem.

„Niechby ten przemiły ksiądz Błażej już sobie poszedł, muszę koniecznie położyć się choć na pół godzinki” – pomyślał całkiem jak pan Łęcki ksiądz Tadeusz. „Maksymalnie godzinę! A potem pomogę Jankowi to wszystko porozkładać…”

– Mam prośbę: czy zawiózłby mnie ksiądz jeszcze tylko do świętego Piusa i pokazał wszystko? – zapytał dokładnie w tym samym momencie Janek. – Ksiądz proboszcz ma coś do załatwienia, a my przez ten czas obrócimy…

„Wie, jak zawsze” – pomyślał z uśmiechem w duszy ksiądz Tadeusz. „I przetrzyma go tam nie godzinę, ale dwie! Będzie opowiadał o mszy trydenckiej i owinie go sobie dookoła małego palca…”

Proboszcz też dużo wiedział o swoim wikarym, bo wszystko odbyło się dokładnie jak przewidział, a nawet lepiej, bo trwało nie dwie, lecz trzy godziny. W tym czasie starszy z księży odpoczął i nawet zdążył rozpakować jeden karton (ten z powieściami fantasy), a młodszy otrzymał dokładną, wyczerpującą instrukcję co do posługi u Piusa. W niedzielę mógł startować sam.

Zaraz następnego dnia odbyli maleńką dyskusję dotyczącą sposobu przemieszczania się. Samochodu oczywiście nie mieli, volkswagen został zabrany przez nowego właściciela w przeddzień ich wyjazdu; mieli zamiar coś tu sobie na miejscu kupić, ale to musiało odrobinę potrwać. Wobec tego przez najbliższy, powiedzmy, tydzień, może dwa, wikary skazany był na własne nogi. Ksiądz Tadeusz usiłował mu zatem perswadować, żeby na trasie z St Marie’s do St Pius sutannę niósł w torbie, a nie na grzbiecie. Jasiek… cóż, czytelnik doskonale wie, co powiedział Jasiek. Przyciskany zaś, zadeklarował rozkosznie:

– Mogę jeździć na rowerze, kupię sobie damkę!

Na takie dictum proboszcz machnął ręką, wyimaginowawszy sobie bowiem Janeczka pedałującego po Kirkcaldy z rozwianymi połami sutanny jak skrzyżowanie don Camilla z ojcem Mateuszem, uznał, że z dwojga złego wersja per pedes jest lepsza.

W niedzielę o dziewiętnastej msza trwała długo, jak to msza łacińska, ze śpiewami, do których wszyscy włączali się ochoczo; kazanie w sumie było najkrótsze, chociaż dwujęzyczne, po polsku i angielsku. Potem Jasiek jeszcze gadał na schodkach z wychodzącymi, przeciągnęło się to przez kolejną godzinę i w rezultacie dopiero po wpół do dziesiątej ruszył z powrotem na Reminder Street. Z Piusa było raptem półtorej mili, czyli niecałe dwa i pół kilometra, ruszył więc nieśpiesznie w dół, napawając się długim, ciepłym wieczorem. Nie doszedł nawet do pierwszego skrzyżowania, kiedy stanęła mu na drodze wataha napitych, a może i naćpanych chłopiąt z sąsiedniego klubu, przypierając go do murka flankującego przystanek autobusowy. Co gorsza, byli to rodacy, bo odezwali się w rozczulającym ojczystym narzeczu:

– Patrz, k…., aż tutaj za tobą ten czarny k…. przylazł! Z…… mu w ryj?

Jasiek obejrzał ich sobie dokładnie, ocenił szanse i westchnął w duszy: „Święci patroni, pomóżcie, bo sam nie dam rady!”.

Na tak szczerze wyrażoną prośbę wszyscy święci Janowie, od Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty począwszy, na Janie Pawle skończywszy, pospołu ze świętym Peregrynem i sługą Bożym Jordanem, zareagowali w trybie natychmiastowym, podsuwając mu pod rękę połamany zderzak, który w normalnych warunkach absolutnie nie miałby prawa się poniewierać na schludnej uliczce w wypielęgnowanym miasteczku. Janek zrobił zamach jak Farloon w Najlepszym, usłyszał analogiczny wrzask, a potem już niczego nie analizował i nie oglądał się za siebie, dziękując patronom także za sprawność nóg, nabytą od czasu, kiedy pozbył się motoru, a która teraz dawała mu niewątpliwą przewagę przed osiłkami w stanie nieważkości. W Bank West był w dziesięć minut zamiast w pół godziny, co było czasem bardzo dobrym, zważywszy na poruszanie się w stroju służbowym.

Ksiądz Tadeusz zdumionym wzrokiem zmierzył zdyszanego wikarego. Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy Jasiek, wyskoczywszy z sutanny, wrzucił ją do pralki, a potem sam zniknął w łazience, dokonując tajemniczych ablucji. Gdzie się tak utytłał, podczas odprawiania starej mszy u świętego Piusa?

Ale kiedy Jasiek z miną niewiniątka usiadł do kolacji, szef już wiedział, co się stało: właśnie to, czego cały czas się bał, bo trudno było nie zauważyć podrapanego policzka i pozdzieranych do krwi kostek u rąk Janeczka.

– Synu?… – powiedział z naciskiem. Więcej nie trzeba było, wbrew pozorom wikary idiotą nie był.

– Miałem dyskusję światopoglądową z młodzieżą – odpowiedział beztrosko.

– Janku, ale mówiłem, przestrzegałem!… – uniósł się proboszcz. – Inny kraj, inne obyczaje! Swoim zachowaniem prowokujesz tutejszych łobuzów!

– Proszę księdza, to byli nasi…

– Co takiego?

– No, Polacy. Trudno powiedzieć, co próbowali sobie odreagować.

– Bez różnicy, gdybyś dostosował się do lokalnych zwyczajów, nie byłoby tego! Słyszałeś, co mówił ksiądz Błażej, tu ludzie nie są przyzwyczajeni do widoku księdza w sutannie. Twoja ostentacja jest niestosowna!

– Przepraszam bardzo, proszę księdza, ale niech ksiądz, z całym szacunkiem, powtórzy to jeszcze trzy razy, tylko powoli. Ostentacja? Niestosowna? Zachowuję się niestosownie, bo noszę strój duchowny? Jestem ostentacyjny, bo wypełniam zobowiązania nałożone na mnie podczas obłóczyn?

– Janku, krótki strój tych zobowiązań nie łamie! Czy ja ci bronię chodzić w koloratce? Jeszcze raz powiem: tu wszyscy księża, anglikańscy też, noszą garnitury, bo nie chcą być demonstracyjni.

– „Tu” to prezbiteriańscy – mruknął pod nosem Janeczek. – Poza tym ja już nie umiem chodzić w garniturze – dodał głośniej. – Nigdy nie umiałem. Na występach w muzycznej strasznie się w nim męczyłem. Ostatni raz założyłem garnitur właśnie na obłóczyny, po to, żeby go natychmiast zdjąć. A w ogóle dlaczego nie można być demonstracyjnym?

Księdzu Tadeuszowi opadły ręce.

– To nie tak, że nie można. To jest trochę związane z obyczajowością Brytyjczyków, jak by tu powiedzieć?… Nie wypada, jest w złym tonie, jest nachalne. Koloratka jest wystarczająco zauważalna. Nie chodzi o religię, tylko o obyczaj ogólny, rozumiesz?

– Nie – powiedział z uporem Jasiek. – Czador jest nachalny, a mnie nie przeszkadza. Oczekuję symetrii.

– To sobie oczekuj! – rozgniewał się proboszcz. – Będziesz miał symetrycznie obitą gębę! Albo gorzej!

– Jestem żołnierzem i sutanna to mój mundur – odpyskował Janek. – I’ll give you my uniform when you take it off my cold, dead body!2

Ksiądz Tadeusz, jak wiemy, nie był tak dobry w angielskim, jak jego wikary, przykładowo przerastały go niekiedy tajniki stosowania odpowiednich czasów, ale tym razem zrozumiał wystarczająco dużo, żeby wkurzyć się maksymalnie, szczególnie że rozszyfrował źródło. Dość, nie będzie tolerował tego absurdalnego uporu!

– Proszę księdza, niech ksiądz przestanie dyskutować i zastosuje się do polecenia! – powiedział z całym służbowym chłodem i stanowczością, na jakie było go stać.

Janeczek uśmiechnął się pod wąsem, rozsiadł wygodnie w fotelu, zakładając nogę na nogę, i zapytał bezczelnie:

– Od kiedy mówi pan do mnie „Potter”, panie profesorze?

Proboszcz zamarł zdruzgotany. Jego upodobanie do fantasy było w środowisku księżowskim tajemnicą poliszynela, ale nie obnosił się z tym bynajmniej, był dyskretny, a publikował pod pseudonimem. Przy tym przyznawał się wyłącznie do literatury może nie tyle poważniejszej, ile… jak by to ująć… namaszczonej towarzysko: Tolkien, Pratchett, Wiedźmin… Cóż, nikt nie jest doskonały, a profesor Gąsowski z Szatana z siódmej klasy też się wstydził, że czyta Hrabiego Monte Christo. Aż do chwili obecnej wydawało się zatem księdzu Tadeuszowi, iż fakt skrupulatnego przeczytania całego siedmioksięgu Harry’ego jest jego słodką tajemnicą. Przeczytania z satysfakcją, trzeba dodać; bawił się świetnie i odmłodniał przy tym jak Róża Niziołek.

„Jak ten mały drań się domyślił?!” – bezradnie zapytał samego siebie. „Kilka cierpkich słów pod adresem Tekielego, dawno temu… Nie, to nie może być to. Kilka jeszcze bardziej cierpkich słów pod adresem kolegi po fachu, ojca Posackiego… Ale to trzeba by być geniuszem, żeby wychwycić, że chodziło mi o Pottera!… Kiedyś opowiadał o siostrze, jak niechcący uśmierciła szwagra. Zaśmiewaliśmy się wtedy obaj, może zorientował się, że jestem za bardzo, hm, kompetentny?…”

Nagle przyszło olśnienie, które spowodowało tak raptowny rumieniec na jego twarzy, że aż odwrócił się do okna, żeby go ukryć. To było wtedy, kiedy przyszły dwa mandaty: jeden za jazdę sto dwadzieścia po trasie katowickiej, drugi za przejechanie na tak zwanym późnym żółtym, czyli de facto na czerwonym na skrzyżowaniu Jana Pawła z biskupa Baraniaka. Janeczek wyczuł pismo nosem, pewnie chciał zapłacić, wetknął sobie mandaty do kieszeni, a on wtedy powiedział:

– Zostaw, synu, te wyjce, ja to załatwię!

Jedno słowo nie w porę i taka dekonspiracja, połączona z całkowitym upadkiem autorytetu!…

Jak on ma teraz cokolwiek mu nakazać? Będzie łaził po swojemu i go zatłuką!…

Przypomniał sobie epizod sprzed półtora roku, kiedy ledwo żywego Janka przynieśli na plebanię, i poczuł niemęską słabość. „Muszę wziąć leki” – pomyślał.

Wtedy poczuł, że mały drań całkowicie przedsoborowo całuje go w rękę ze słowami:

– Przepraszam! Niech ksiądz będzie spokojny, od jutra chodzę w garniturze!

Żeby chodzić w garniturze, trzeba było go sobie najpierw kupić. Jak bowiem Jasiek powiedział, założył po raz ostatni swoje maturalne ubranie na obłóczyny. Figura się wprawdzie księdzu Niziołkowi nie zmieniła, na przekór proroctwu książkowego imiennika („Ja już nie urosnę, chyba że wszerz”), ale garnitur wisiał w szafie na Pamiątkowej ku wiecznej pamiątce.

Janek zatem, założywszy koszulę z koloratką i czarny polar, udał się do tesco przy Hunter Street, ale na widok wystawionego tam asortymentu doznał wstrząsu. „Jak już mam paradować w takim czymś, niechby to było chociaż porządne” – pomyślał sobie całkiem praktycznie jak na księżyka-pięknoducha. Oj, narrator przeprasza za tę kąśliwość. To miał być akt obiektywizmu, ale przecież nieraz było powiedziane, że ksiądz wikary był i do różańca, i do tańca.

Obiekt naszych zainteresowań skręcił tedy w Kirk Wynd, wypatrując sklepów z odpowiednią konfekcją. Ani chybi pierwszy raz w życiu absorbowały go takie czynności. Do tej pory, jak czegoś potrzebował, wpadał do sklepu, brał, co było, i znikał, bo twierdził, że mu w marketach duszno, całkiem jak Davidowi. W takim samym stylu zresztą kupował też Jasiek sutannę: ekspresowo, bez grymasów, w Paramentum na Tumie, przy czym raz pozwolił sobie przy rodzinie ponabijać się z kolegów-kleryków, którzy sutannę szyli na zamówienie u specjalnego krawca, a asystowały przy tym przejęte matki. Swojej rodzicielce Janeczek w każdym razie oszczędził czy też pozbawił ją, zależy jak na to spojrzeć, tychże przyjemności. Ciekawe, czy spowiadał się z kpin wobec kolegów albo własnej abnegacji, też zależy, jak spojrzeć…

W śródmiejskich sklepikach dla odmiany odrzuciły Jaśka ceny. Spowodowało to szybką rewizję planów; postanowił kupić tylko marynarkę, w końcu spodnie miał, i to w rozrzutnej ilości par trzech: na niedzielę, na co dzień i na wyciery. Postał chwilkę przed sklepem z kiltami zaraz na początku High Street, przyglądając się im z upodobaniem.

„Co by powiedział ksiądz proboszcz, gdybym sprawił sobie kilt z Polish tartan i do tego marynarkę Argyll?” – pomyślał z satysfakcją. „Plus koloratka, rzecz jasna! Może w tym i byłaby odrobina ostentacji, ale za to całkowicie zgodnej z lokalnym obyczajem! Zresztą kilt w barwach Fife też mi przysługuje…”

Porzucił ze smutkiem te kuszące myśli i ruszył dalej. W połowie ulicy jego uwagę przykuł mały, sympatyczny sklepik z ciemnoszarą marynarką na wystawie. Jasiek nie miał pojęcia, jak się nazywa materiał, z którego była uszyta, ale wydał mu się na oko przyjemnie miękki. Ceny nie było, postanowił zaryzykować i wszedł do środka.

Nieco speszony zaczął tłumaczyć, o co mu chodzi, a wtedy pani sprzedawczyni odezwała się w te słowa:

– Ale dlaczego ksiądz do mnie po angielsku mówi? Jestem Mariola, znam księdza ze świętego Piusa.

 

Janeczek się ożywił, już bez krępacji wyłożył swój problem, pani podeszła do niego z dużym zrozumieniem i przystąpiła do działania.

– Ta z wystawy będzie na księdza za duża, zaraz wyszukam mniejszy rozmiar… o, proszę. Idealnie, jak na księdza szyta! Może przydałoby się odrobinę skrócić rękawy, gdyby ksiądz poczekał, zajmie to nie więcej niż pół godziny. Proszę tu spocząć, czego się ksiądz napije?

Oszołomiony jej operatywnością i gościnnością Janek poprosił o herbatę. Pani Mariola zasiadła do maszyny, opowiadając mu jednocześnie swoją historię.

W Kirkcaldy mieszkał jej syn, który tutaj znalazł sobie dziewczynę i ożenił się. To samo uczynił w Polsce mąż pani Marioli, to znaczy znalazł sobie dziewczynę i ożenił się, oczywiście uprzednio się rozwiódłszy. Jaśkowi już w tym momencie wszystkie wątpia przewróciły się na lewą stronę, bo pomimo trzyletniej księżowskiej praktyki, no, dwuletniej, odjąwszy rok pobytu na cmentarzu, podczas której nasłuchał się i napatrzył sporo, nie mógł się jakoś uodpornić na takie casusy. Może zawiniło tu za dobre wychowanie i zbyt pozytywne wzorce, jak by powiedziała ciotka Anioł. W każdym razie ksiądz Niziołek, mając przed oczami swojego własnego tatę (plus dziadków, wujów rodzonych i przyszywanych w osobie Brendana i pana Szczęsnego oraz szwagrów) z jednej strony, a pana Nowaka, ojca Wioli, z drugiej, na temat powinności małżeńskich poglądy sprecyzował sobie bardzo dokładnie. Gdyby mu przyszedł do spowiedzi niecnota, który porzucił żonę z dzieckiem, i to niepełnosprawnym może na dodatek, na bank nie dostałby rozgrzeszenia. No, ale tacy osobnicy do spowiedzi raczej nie chodzą.

Problem pani Marioli dotyczył jednakże innej materii.

– Jacek to dobry chłopak – opowiadała, terkocąc maszyną – tyle że przestał chodzić do kościoła jeszcze w liceum. Co ja się naprosiłam, natłumaczyłam! W końcu dałam spokój, pomyślałam: jesteś dorosły, bierz odpowiedzialność za siebie. Jego żona też przemiła dziewczyna, ale chyba nawet niechrzczona, nie wiem, nie pytałam. Ślub był tylko cywilny, bo jakby inaczej, skoro Jackowi nie zależało. A teraz ma się urodzić dziecko. No i mój Jacuś przychodzi do mnie i powiada: a może by mama tak po cichu je ochrzciła? Na co ja kategorycznie powiedziałam nie, bo dziecko musi być chowane w wierze przez rodziców. Ale już sama nie wiem, proszę księdza, dobrze zrobiłam?

– Dobrze – odpowiedział stanowczo Janek. – Niech pani przy nim trwa, niech pani będzie dla niego cały czas jak latarnia morska. Trzeba wierzyć, że przemyśli i dojrzeje.

Pani Mariola westchnęła i podała mu marynarkę.

– Proszę teraz przymierzyć… Doskonale! Ale wie ksiądz co? Niech ksiądz się nie obrazi, ale te spodnie do niej nie pasują.

– Nie?… – speszył się Janek, popatrując na swój codzienny przyodziewek, do tej pory zawsze ukryty pod fałdami sutanny.

– Zaraz coś dopasujemy, proszę poczekać. O, te będą dobre, może ksiądz przymierzy.

Janek pokornie zniknął za zasłonką, by po chwili zaprezentować się w całej krasie.

– Idealnie! – ucieszyła się pani Mariola. – Ociupinkę tylko ściągnę po bokach, bo ksiądz to chyba nie ma czasu na jedzenie, co?

Jasiek zarumienił się, zniknął na powrót w przymierzalni, przekazał pani Marioli spodnie do przeróbki, a podczas następnych dwudziestu minut, popijając dla odmiany kawę, wysłuchał opowieści numer dwa, o starszym synu.

– Jurek to znowu zakochał się w Angielce i świata poza nią nie widział, też się chciał żenić, ale ona nie chciała i było po herbacie. Jakby się wystraszyła deklaracji! A Jurek zapomnieć nie może, nie pogadasz z nim, nie przetłumaczysz. Kompletnie nie do życia! Ja bym już, proszę księdza, ucieszyła się, jakby mi nawet i czarną przyprowadził! Co się stało, oparzył się ksiądz o dzbanek?

– Nie, nie, nic mi nie jest – pośpieszył zapewnić Jasiek, bohatersko przygryzając język, żeby nie parsknąć śmiechem.

– Proszę teraz założyć całość – rozkazała pani Mariola. – Pięknie! Niech ksiądz tak zostanie, spakuję stare rzeczy. Trzewiki jakieś ksiądz ma?

– Co takiego? – spłoszył się Janek. Na co dzień chodził w swoich ulubionych, czarnych nubukowych butach á la MacGyver.

– Półbuty, proszę księdza. Mogę podać adres bardzo dobrego sklepu…

– Nie, dziękuję, nie trzeba – zapewnił szybko Jasiek. Do niedzielnej posługi zakładał obuwie z Ecco, nawiasem mówiąc prezent dziadka Niziołka, który tak jak niegdyś swego syna, tak teraz wnuka zaopatrzył odpowiednio, zgodnie z dewizą, że biedny na butach oszczędzać nie może.

– Ale wie ksiądz co? – Pani Mariola miała ostatnie słowo. – Ta flanela jest ładna, tyle że dobre to na lato. Ja zamówię dla księdza porządny wełniany garnitur, będzie jak znalazł, kiedy się zrobi zimniej.

Jak to mówią, trafił swój na swego.

Jest taki dość niewybredny Polish joke: ten Johnny z drugstore’u to prawdziwy as! Nawet Polakowi sprzeda szczoteczkę do zębów!

Pani Mariola była lepsza: w ciągu godziny sprawiła, że abnegat ksiądz Niziołek wyszedł od niej w ciuchach, co do których jeszcze poprzedniego dnia zarzekał się, że nigdy ich na grzbiet nie założy. Ba, zamówił dodatkowo drugi komplet! Poza tym całkowicie z własnej inicjatywy przyrzekł spotkać się z Jackiem, a może i z Jurkiem, jakby się dało, w celach reedukacyjnych.

Ale to jeszcze nie koniec. Kiedy Jasiek wrócił do Bank West, księdzu Tadeuszowi na jego widok wymknęło się spontaniczne:

– Janku, jak ty ładnie wyglądasz! – przy czym proboszcz siłą powstrzymał się, żeby po babsku nie pomacać nowego ciucha, bo wydawał się taki kusząco miękki i miły w dotyku… Dodał więc tylko:

– Zaprowadziłbyś mnie do tamtego sklepu? Też bym sobie kupił takie ubranie.

W taki oto sposób na dobry początek polscy księża nabyli mundurki służbowe ze szkockiej wełnianej flaneli u polskiej mistrzyni marketingu, przeradzając się w jej stałych klientów.