Droga do AchtotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Droga do Achtoty
Droga do Achtoty
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,90  43,12 
Droga do Achtoty
Droga do Achtoty
Audiobook
Czyta Klaudia Kulejewska
24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Małgorzata Klunder

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-20-6

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

Ewie,

bo bez niej by tego nie było,

a przynajmniej nie takie samo



Who is who


czyli alfabetyczna repetycja znanych już osób, z pominięciem postaci trzecioplanowych i epizodycznych


• babcia Kotoń – mama Róży;

• babcia Niziołek – mama Roberta;

• Beata Anioł – siosxtra Róży, ma męża Michała oraz synów Rafała i Gabriela;

• Brendan Bach – Walijczyk, odwieczny przyjaciel Roberta, mąż Jennifer, ojciec Davida i Uny;

• David Bach – syn Brendana, z którym Ela odbyła szaloną i chyba owocną pod każdym względem podróż po Szkocji;

• Elka – czyli Elanora Pulcheria Niziołek, córka Roberta i Róży, siostra Janka;

• Gośka – starsza siostra Eli, żona Freda Podgórnego;

• Fred – mąż Gośki;

• Jagódka – Jagoda Aurelia, córeczka Gośki i Freda;

• ksiądz Janek – ksiądz Jan Peregryn Niziołek, syn Roberta i Róży, stuknięty jak jego rodzice, choć niekoniecznie na tle Władcy Pierścieni;

• ksiądz Tadeusz Wieczorek – proboszcz parafii na Krzesinach;

• Marek Kotoń – brat Róży, ma żonę Edytę, synów Miłosza i Herberta oraz córkę Wisię; na pocieszenie dodaje się, że Robert był jedynakiem, więc oszczędza to czytelnikowi krewnych po mieczu;

• Merry i Wiola Szczęśni – odwieczni przyjaciele Janka;

• Robert Niziołek – tata Gośki, Janka i Eli;

• Róża Niziołek – mama powyższych osobników.

Rozdział I

Na dobry początek

Kolejne dwa tygodnie po urodzeniu dzieciny przeleciały bardzo szybko. O dziwo, kiedy tylko przeszedł pierwszy wstrząs, będący reakcją na pojawienie się Jagody Aurelii w miejsce planowanego Boromira, Róża zachowywała się całkiem sensownie. Każdego ranka meldowała się u Gośki i mówiła:

– Wykorzystaj matkę, póki ma wakacje! Co mam robić? Sprzątać, iść po zakupy czy zająć się małą, żebyś ty się mogła wyspać?

Doskonale sama pamiętała, jak to przy pierwszym dziecku wszystko leciało jej z rąk, w chacie był burdel, bo z niczym nie mogła nadążyć, a w dodatku lewitowała z niewyspania. Jagódki nie zabierało się jeszcze na spacer, wystawiali ją tylko na balkon, więc Gośka przeważnie szła się zdrzemnąć, chociaż lubiła też sobie od czasu do czasu skoczyć na zakupy. Wtedy zaczynały działać mama z młodszą córką: jedna zajmowała się dzieciątkiem, całkiem spokojnym zresztą – mama twierdziła, że to zbawienny wpływ pampersów; Gośka i Pip w zwykłych tetrowych pieluchach ponoć nie byli tacy grzeczni – a druga sprzątała i gotowała obiad. Tak niepostrzeżenie zrobił się dwudziesty piąty sierpnia.

A następnego dnia miał przylecieć David.

Rodzice cały czas nie kojarzyli związku przyczynowo-skutkowego, polecili tylko Elce wysprzątać apartamencik gościnny po Gośce i Fredzie i pościelić łóżko. Tata zapytał w przelocie:

– O której David przylatuje? Tak jak zawsze po jedenastej? – A na potwierdzenie córeczki dodał: – Wyjdziesz po niego, prawda? Ja będę w domu dopiero koło czwartej, a mama ma radę pedagogiczną. Spotkamy się na obiedzie.

„Spotkamy się, spotkamy”… – pomyślała Ela.

Nieszczęśni rodzice nie byli świadomi precyzyjnego planu swojej najmłodszej latorośli: podpuściła Gośkę, żeby pierwszy raz wyjechała z Jagódką i razem z Fredem przyszła na Pamiątkową na obiad. Wolała mieć wsparcie w postaci ukochanej siostry i ulubionego szwagra.

W poniedziałek panna Niziołek wyszła po Davida na Ławicę, przy czym należy nadmienić, że oboje skrzętnie wykorzystali lotniskowy klimat, aby powitać się w sposób, który nikogo nie będzie tam szokował. Następnie cały czas zgodnie z planem ruszyli prosto na giełdę kwiatową na Bema. Tam David wybrał snopek metrowych czerwonych róż, a usłyszawszy cenę, skomentował:

– Tanio tu u was!

Cóż, w Cardiff za dziesięć funtów, czyli nasze pięćdziesiąt złotych, takiego bukietu by nie kupił. Pewnie dlatego, żeby nie wyjść na skąpiradło, kupił w drodze do domu czerwone wytrawne wino, które dwukrotnie przebiło kwiaty. Jak szaleć, to szaleć.

Czas do szesnastej wcale się Eluni i Davidowi nie dłużył. Nie, nie, niech czytelnik nie dostaje momentalnie robaczywych myśli. To nie było tak, jak sobie wyobraża. Powiedzmy, nie do końca. Przez większą część czasu Ela robiła ekstraobiad, a David myszkował na półce z angielskimi książkami taty. Kretyni, pomyśli czytelnik. Ależ skąd, stosowali tylko w praktyce zapis o unikaniu okazji czy jak to tam brzmi. I powiedzmy, że im się to prawie udało.

Wreszcie rodzice wrócili. Przywitali się z Davidem serdecznie, acz z lekkim roztargnieniem – tata błądził myślami przy tłumaczonym właśnie przez siebie szkockim kryminale, mama natomiast jedną półkulą mózgową była w Marii Magdalenie, gdzie wyjątkowo dołożyli jej klasy matematyczno-fizyczne, a drugą z punktu zaabsorbowała Gośka z Jagódką.

Elka pogoniła ich wszystkich do stołu. Na widok białego obrusu, wina i widelczyków od Thorina Dębowej Tarczy rodzice nieco oprzytomnieli.

– O, jak ładnie – zdziwił się tata. – A z jakiej to okazji?

Wtedy w drzwiach pojawił się David, dzierżąc bukiet, ukryty wcześniej w Komórce Pod Schodami. Nie miał na sobie maturalnego garnituru jak Wolfi i nie rzucał się na kolana, ale i tak zbijał z nóg. David, nie bukiet, chociaż bukiet też.

– Uncle Robert, aunt Rose – odezwał się uroczyście – mam zaszczyt prosić was o rękę Elanor. – Na moment zawahał się, komu ma wręczyć kwiaty, zupełnie jak Baltona oświadczający się o Patrycję, wreszcie wepchnął je w ręce mamy. Wepchnął, bo mamę zamurowało. Oderwanie jej od Marii Magdaleny i Gośki z dzieckiem było brutalne.

Pierwszy ochłonął tata.

– Bardzo nam miło – wyrzekł kurtuazyjnie. – Chyba macie nam dużo do opowiedzenia, siadajcie, proszę, do wieczora daleko…

Faktycznie, przez następne kilka godzin Ela i David opowiadali o wyprawie po Szkocji i jej konsekwencjach. Najmłodsza Niziołkówna miała satysfakcję jak stąd do Wodogrzmotów Rauros – nareszcie wszyscy słuchali jej z zapartym tchem.

– Uzgodniliśmy wstępnie – mówił ze swadą David – że wzięlibyśmy ślub w przyszłym roku w czerwcu, jak tylko skończę studia. Elanor będzie wtedy po drugim roku i tak pokombinujemy, żeby mogła przenieść się do Newport School of Art, Media and Design.

W tym momencie tata powiedział coś do Davida po walijsku, co piętrową składnią i długością wypowiedzi przypominało nieco słynne zaklęcie użyte w konwersacji ze szpitalem w Cardiff. Gośka, która walijski miała w małym palcu, zacisnęła z całej siły usta i pod pretekstem, że musi nakarmić Jagódkę, wyniosła się do pokoju siostry. Ela z kolei wymruczała, że zrobi herbaty, i ruszyła za nią.

– Co tata powiedział?! – O cóż innego mogła nieszczęsna zapytać.

Gośka zachichotała.

– Że jak ci zrobi krzywdę, to on mu wybije wszystkie zęby i zamiecie na szufelkę – zaraportowała ochoczo.

Co takiego?!

– I dobrze – odezwał się z progu Fred i wyszczerzył niewybite zęby. – Też mu tak chciałem powiedzieć, ale musiałbym poszukać sobie paru słów u wujka Google.

Ela miała bardzo, ale to bardzo jednoznaczny wyraz twarzy, bo starsza siostra się nad nią ulitowała.

– No co ty, żartuję. Tata powiedział coś w rodzaju „mazeł tow”.

Żartowała wtedy czy żartuje teraz?! Elunia wcale nie była tego pewna.

Wróciła do dużego pokoju. Nie mogła zostawiać Davida starszym na pożarcie. O dziwo, ten radził sobie bardzo dobrze, opowiadając o swojej praktyce wśród zebranych z całego Cardiff elementów podatnych na drugs and alcohol. Na widok ukochanej uśmiechnął się radośnie.

– Skoro ciocia i wujek nie mają nic przeciwko, chciałbym jeszcze dzisiaj w waszej obecności wręczyć to Elanor – powiedział i wyjął pudełeczko z pierścionkiem. Niedużym, ale z brylancikiem.

Klamka zapadła, zanim się kto obejrzał.

Tyle że od następnego dnia rodzinka zmieniła taktykę. Tak jak przedtem to Ela musiała za nimi łazić i prosić się o chwilę uwagi, tak teraz oni na chwilę nie zostawiali jej sam na sam z gościem. Dobra, z narzeczonym, niech będzie.

Tata oznajmił, że ma mnóstwo pracy przy tłumaczeniu, i zasiadł do swojego domowego komputera. Gośka oświadczyła, że teraz już nie potrzebuje tyle pomocy, bo coraz lepiej radzą sobie sami. W związku z czym mama wsparła tatę w trzymaniu straży. Za każdym razem, kiedy Elka wracała z Davidem do domu, czujna obecność rodzicieli była dla nich aż nadto namacalna.

 

Najgorzej było wieczorami. Ile razy Ela przechodziła do łazienki, której drzwi, jak pamiętacie, znajdowały się tuż obok apartamentu gościnnego, momentalnie albo mama, albo tata wystawiali głowę na korytarz. A raz, kiedy siedziała sobie z Davidem w dużym pokoju, słuchając Koncertu brandenburskiego, najpierw wszedł tata i zaczął pilnie szukać czegoś między słownikami, a zaraz potem mama wzięła się do układania w szafie wyglancowanych szklaneczek do drinków.

„No kurczę blade!” – pomyślała z furią Elka. „Czy oni sobie nie zdają sprawy, że tak to zachowywał się Pawlak w Nie ma mocnych?!”

Wtedy po raz pierwszy miała okazję zobaczyć Davida w akcji. Jej najdroższy facet wstał, uśmiechnął się pod wąsem i wyłożył swoją kwestię bezpośrednio i łopatologicznie:

– Tato, mamo… Mogę chyba już tak mówić? – To był ukłon cudzoziemca wobec polskich zwyczajów, w Wielkiej Brytanii mówi się do teściów po imieniu. – Nie bójcie się o Elanor. Nigdy bym nie nadużył gościnności i waszego zaufania. W Szkocji mieliśmy sto i jedną okazję do grzechu, a dostaliście córkę nietkniętą z powrotem. Ja też uważam, że panna młoda powinna być dziewicą w dniu ślubu.

Krótko, zwięźle i bez krępacji. Ach, ci Brytyjczycy. Komuż by u nas taka kwestia przez usta przeszła? I do tego to „też” specjalnie podkreślone z jakimś leciutkim akcencikiem, bo ja wiem, kpiny?

Trzeba oddać mamie i tacie, że umieli się znaleźć, roześmieli się oboje, uściskali młodzież, to jest, hm, narzeczonych, i więcej im się już nie naprzykrzali. Było jeden zero dla Davida.

A Elka zaczęła się zastanawiać.

Co miało znaczyć to „też”? Do czego David robił aluzje? O czym takim wiedział, czego nie wiedziała ona? Czy coś mu powiedział ojciec? Co to takiego mogło być? To, że mama i tata byli dla siebie pierwszą dziewczyną i pierwszym chłopakiem, wiedziała doskonale, bo nie robili z tego tajemnicy. Ale czy czasami jednak, niech czytelnik wybaczy, nie pobłądzili przed ślubem? A Brendan mógł mieć jakieś przecieki od przyjaciela…

Tylko gdzie oni to pobłądzenie mogli uskuteczniać? Nie u Kotoniów przecież, bo tam zawsze byli na głowie albo Beatka, albo Mareczek. Na żadne praktyki razem nie wyjeżdżali. No to ewentualnie u taty na Poznańskiej, kiedy babcia z dziadkiem poszli na brydża, a chadzali często…

W każdym razie rodzice dali młodym spokój i tylko co najwyżej doradzali, jak mają zorganizować sobie przyszłość. O dziwo, nie padły żadne propozycje w stylu „a może byście poczekali, aż Elcia zrobi chociażby licencjat”. Mieli siebie samych przed oczami, ot co. Trzeba uczciwie przyznać, że Ela doceniała ich powściągliwość, bo przecież w perspektywie mieli samotny pobyt w stumetrowym mieszkaniu pełnym książek: córki wydane, syn księdzem…

W piątek rozanielona para narzeczonych pojechała do Jaśka na Krzesiny, bo ksiądz wikary właśnie tego dnia miał wrócić ze swoimi uczniami z wędrówki po Beskidzie Żywieckim. Elkę zżerała ciekawość, czy temu zwierzęciu bezkomórkowemu rodzinny wywiad zdołał donieść o ostatnich wydarzeniach. Okazało się, że zdołał. Cóż, chyba jednak Janeczek musiał się złamać i komórkę sobie sprawić, chociażby ze względu na proboszcza.

Jasiek wyszedł przed próg, uściskał swoją małą siostrzyczkę, potem podał po męsku rękę szwagrowi in spe…

I wtedy Ela z osłupieniem zobaczyła w oczach księdza Niziołka dwie siekiery, a na czole wypisaną groźbę: „Spróbuj ją zawieść, to powieszę cię na twoich własnych flakach!”.

On też?!

„E, chyba mi się tak tylko wydawało…” – pomyślała optymistycznie Elka.

Towarzystwo weszło do środka, na dowcipasy z suchymi wafelkami wedle znanej już czytelnikowi receptury Jasiek widocznie nie miał humoru, i rozpoczęła się konwersacja na tematy, jak przystało na miejsce, religijne. Mianowicie David zwrócił się do fachowca, jak powinni z Elą załatwić wszystkie formalności związane ze ślubem.

Ukochany braciszek słodkiej narzeczonej, zamiast powiedzieć krótko i zwięźle, a z właściwą sobie beztroską: „Załatwi się!”, zaczął coś truć o zezwoleniu biskupa, przy czym Ela miała oświadczyć, że „jest gotowa odsunąć od siebie niebezpieczeństwo utraty wiary”.

Elunia pomaleńku zaczęła mutować w tygrysa szablastozębnego.

„Co za głupoty! Jakie niebezpieczeństwo?! Z Davidem, który tak specjalnie wycelował w tym Ullapool, żebym tylko zdążyła na mszę?!” – oburzyła się. Jeszcze w duchu. „Że co ten baran ględzi? Dzieci mają być ochrzczone po katolicku? No przecież jasne, David właśnie tak mówił!”

– A czy ja będę mógł przyjąć na mszy komunię? – zapytał nagle David.

I znowu, zamiast odpowiedzieć jak człowiek, przedstawiciel kleru rozpoczął wykład, z którego Elka zrozumiała tylko tyle, że ich małżeństwo w ogóle nie powinno zostać zawarte na mszy. Naprawdę mówił to ten sam Jasiek, który zawsze najpierw robił, a potem pytał? Nie, nie, to źle powiedziane, Janek nigdy lub prawie nigdy nie pytał i najwyżej po fakcie pokornie przyjmował reprymendę. A teraz co?!

Zęby tygrysa wydłużyły się ponad wszelkie prawa gatunkowe, nawet machajrodonów. Za chwilę miała polać się krew.

Jednakże David miał refleks i zdołał uprzedzić działania gwałtowne:

– Ciężkie u was te formalności… – powiedział w zamyśleniu.

W oczach Jasieńka jego siostra ujrzała już z całą pewnością nie po jednej, ale po dwie siekiery.

– …trzeba by to jakoś uprościć… – ciągnął David, jakby nie zauważył niebezpieczeństwa.

Siekiery zamieniły się w zestaw toporów bojowych krasnoludów, w lewym oku Thorina, w prawym – Gimlego. Oj, niedobrze!

– …więc przejdę na katolicyzm! – ogłosił David.

Topory bojowe zredukowały się do jednego w każdym oku.

– Przez dziewięć miesięcy będę miał dosyć czasu, żeby to zrobić porządnie – dodał jeszcze narzeczony.

Topory zamieniły się w znaki zapytania, ale w końcu Jasiek uznał, że „dziewięć miesięcy” wystąpiło w tej wypowiedzi li tylko przez przypadek.

I wtedy nareszcie w oczach swojego najdroższego brata Ela zobaczyła stary, znajomy, dobry uśmiech. Wrócił do normy, drań. I na co było to wszystko?!

Dwa zero dla Davida. Błyskotliwie wygrał z dwoma kochanymi mężczyznami swojej wybranki i zdobył dla siebie odpowiednią pozycję.

W drodze powrotnej do domu Ela zahaczyła go o tę konwersję.

– Twój tata nie będzie miał nic przeciwko temu? – spytała otwarcie. Zaczynała doceniać walory rozmowy po angielsku, kiedy to pewne kwestie wygłaszało się z dużo większą swobodą niż w języku ojczystym.

– E, nie – zapewnił ją David. – Tata już od jakiegoś czasu był wkurzony na naszego pastora, bo mieszkała na plebanii ze swoją kochanką i jeszcze się z tym obnosiła.

Elę zatkało. Przez moment zawahała się, czy aby dobrze zrozumiała. Ale przecież she, her i mistress usłyszała doskonale!

– Może zrobię w chacie wyłom i wszystkich sprowadzę – dorzucił jeszcze lekko David.

„No, ładnie” – pomyślała Elka. „Jak w dziewiętnastowiecznym romansie!”

– A Brendan wiedział, po co jedziesz? – zapytała jeszcze.

– Tak – powiedział z uśmiechem David. – Ale prosiłem, żeby nie kablował twojemu tacie, dopóki sam wszystkiego nie załatwię.

– Lubisz go – wyskoczyła Elka tak po prostu. Chyba zaczynała przejmować sposób bycia swojego ukochanego mężczyzny.

– No pewnie, że lubię, starszy jest w porzo gość – odpowiedział ukochany z właściwą sobie dezynwolturą. – Ale ty też lubisz swojego, i brata tak samo. Widziałem, jak na niego patrzyłaś. Cholernie ci zależało, żeby mnie wreszcie zaakceptował.

„Wszystko rozumie!” – westchnęła sobie w duchu Elka z satysfakcją z jednej strony i motylim trzepotem serca z drugiej.

Rozmowa w sposób naturalny zeszła na Janka: Elka potoczyście opowiedziała o braterskich ciągotach do mszy trydenckiej, przy czym zauważyła, że Davidowi jej gadanina bardzo przypadła do gustu. W ogóle Bach junior wydawał się taki jakiś dużo bardziej konserwatywny od niejednego polskiego katolika. Wobec tego Ela z rozpędu opowiedziała mu historię kompatybilną, o mniejszym jednakże ciężarze gatunkowym:

– Janek uważa, że ksiądz powinien chodzić cały czas w sutannie, a kiedy naprawdę jest mu niewygodnie, to przynajmniej w koloratce. Mówi, że to jak obrączka żonatego mężczyzny, jakby ją zdjął, to byłby sygnał, że chce robić skok w bok. – David z aprobatą potakiwał. – No i jak szedł ze swoimi uczniami po górach, to tak samo. A w schroniskach, kiedy szli spać, zamiast góry od piżamy zakładał T-shirt z napisem: JESTEM KSIĘDZEM! – Zaśmiała się, bo wyobraziła sobie Janka na Rysiance w kolejce pod prysznic, z rozczochranymi hobbickimi włosami, w krótkich spodniach i koszulce z takim nadrukiem. David jej zawtórował.

Chyba zaczęły mu chodzić po głowie jakieś plany.

Chwilowo postanowił zdobyć trzeci przyczółek. Mianowicie na kolejny dzień zaawizował się do Podgórnych.

Gośka i Fred przyjęli ich gościnnie, uprzejmie, bez broni zaczepno-odpornej w oczach. Może tylko Elka by wolała, żeby jej siostrzyczka powarczała na nich po swojemu, zamiast uśmiechać się tak ulepkowato; Fred natomiast mógłby opowiedzieć jakiś dobry kawał. A stał tylko w kącie i przyglądał się.

David podszedł do wózeczka, w którym leżała Jagódka.

– Hello, Goldberry, River-woman’s daughter! – powiedział i swobodnie, jakby wychował piątkę własnych dzieci, podniósł ją na ręce, zgrabnie przytrzymując główkę. A Gośka tak się bała na początku trzymać małą w pionie i zawsze prosiła mamę o pomoc!

Nie trzeba dodawać, że po chwili siedzieli we czworo w świętej zgodzie przy stole, pytlując zawzięcie o polityce. Można by rzec: gdzie się podziały te brytyjskie konwenanse? I nie tylko brytyjskie, polskie też. David dopytywał, co szwagrostwo sądzą o katastrofie smoleńskiej, więc Gośka z Fredem uświadomili go tak ochoczo i tak skrupulatnie, że wyszedł z Elką od nich o pierwszej w nocy, żegnany czułymi „see you!”

Trzy zero.

Wracali powolutku po nocy na Pamiątkową, a Ela uprzytomniła sobie, że przez cały wieczór nie dostała ani jednego esemesa w rodzaju „o której wracacie?”. Mało tego, mama i tata nie czekali na nich, światło mieli zgaszone i żadne nie wyjrzało na korytarz w celu skontrolowania sytuacji, to jest czasokresu[1] mówienia sobie dobranoc.

Veni, vidi, vici.

Żeby nie te obietnice, psiakrew! A tak cóż, język nie cholewa…

Ale Davidowi było mało, widocznie postanowił mieć taki wynik, jak przed wiekami polska reprezentacja w meczu z Haiti. (Było to bardzo, bardzo dawno temu, w zamierzchłych czasach dzieciństwa Elkowych staruszków, ale często jej o tym opowiadali i jeszcze o jakimś Wembley).

Babcię Niziołkową na samym wstępie ujął wygłoszonym po polsku powitaniem; co prawda Ela zamarła, czy aby nie dołoży do niego frazy, której nauczył się od niej pod Applecross, ale na szczęście poprzestał na „dzień dobry, bardzo mi miło”. Potem zebrał sobie w oczach babci maksa, bo z żołnierskim apetytem, nieomalże jak Marcinek z Harpii, zjadał wszystko, cokolwiek przed nim postawiła: nadziewaną paprykę, faszerowane jajka, frankfurterki (delicious!), surową szynkę z chrzanem (!), dwa rodzaje tortów i sałatkę owocową, popijając to jednocześnie kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym. Na sam widok małojadce Eli robiło się słabo, ale babcia była zachwycona, co potem dyskretnie wyszeptała w korytarzu wnusi do ucha.

Z kolei z babcią Kotoń poprowadził David może nieco kulawą, z uwagi na konieczność usług translatorskich w wykonaniu Eluni, ale gorącą dyskusję na temat jakichś kompletnie przedpotopowych aktorów. Elka nie bardzo wiedziała, czy chodziło o Filipa Gerarda czy też może odwrotnie, za to była pewna co do aktorki Hepburn dwojga imion, Katharine Audrey. Babcia wyciągnęła albumy z fotosami filmowymi i oboje z Davidem cmokali z zachwytem, aż Ela przyrzekła sobie w duchu podciągnąć się z tych staroci.

Z wujkiem Markiem umówili się na Tumie, po którym miał ich fachowo jako historyk oprowadzić. Tym razem David zasłużył się tym, że znał datę chrztu Polski i wymawiał zupełnie prawidłowo „Mieszko” i „Bolesław”, nie wspominając już o Jordanie czysto po polsku przez jot. Doprawdy nie wiadomo, jak on to robił, Eli nie pytał, nie prosił o kursy wymowy; musiał szukać sobie w internecie, ale że mu się tak chciało! Czytelnik zapewne się domyśla, że tym razem Elka postanowiła poduczyć się historii Walii i poprosić Gośkę o kilka lekcji „walijskiego dla idiotów”. Jak to miłość znakomicie wpływa na intelekt, nieprawdaż?

 

Na sam koniec David zostawił sobie Aniołów. Znał ich już przecież, pomieszkali u jego rodziców w warunkach ekstremalnych, kiedy ważyły się losy Rafała, ale mimo to, a może właśnie dlatego poprosił:

– Pojedziemy do Gołuchowa, dobrze?

Pojechali następnego dnia autobusem, w południe dotarli na miejsce. Do wuja Michała i ciotki Beaty, którzy mieszkali w pofolwarcznych zabudowaniach, bardzo fajnych, szło się przez park. Dla Elki był to widok znany od najmłodszych lat i przywykła uważać to miejsce za najnormalniejsze w świecie. Teraz spojrzała na Gołuchów, park, zamek i całą resztę oczami Davida i stwierdziła, ku własnemu zaskoczeniu: Jak tu ładnie! Dlaczego właściwie Rafał tak wyrywał się w świat, skoro miał szczęście dorastać w takim cudownym Tajemniczym Ogrodzie? Ciągoty plenerowe Davida rozumiała doskonale i, jak czytelnik wie, podzielała co najmniej od miejscowości Callander; podczas jego pobytu w Poznaniu też łazili choćby na Dębinę czy do ogrodu botanicznego, byle nie męczyć się w mieście. A Rafał zupełnie odwrotnie…

W domu zastali tylko Rafała i ciocię, bo jej lektoraty na wydziale zamiejscowym UAM w Kaliszu zaczynały się dopiero w październiku. Wujek i Gabriel byli na wykopaliskach w Kościelnej Wsi i mieli wrócić po południu. I wtedy David zadysponował:

– Porozmawiaj sobie z ciocią, opowiedz jej o wszystkim, a ja się przejdę z Rafałem!

Elka była na takim etapie zakochania, że do głowy jej nie przyszło dyskutować. Całkowicie niegenderowo uznała, że panowie mają jakieś swoje męskie sprawy, więc ona nie będzie się wtrącać. Och, co ta miłość robi z człowiekiem…

Usiadły na werandzie, Ela bez odrobiny znudzenia opowiedziała wszystko dokładnie po raz piąty czy może szósty, a potem rozkrochmaliła się ciotka. Że Rafał jest nie do życia, że nie widzi przed sobą przyszłości, że… Tu Beacie głos zadrżał, a bystra siostrzenica domyśliła się w lot, o co chodzi: o to samo, co i ona, jak Scarlett O’Hara, odsuwała od siebie, póki się dało.

David i Rafał wrócili równo z wujkiem i Gabrielem; Rafał był całkiem do rzeczy, nawet śmiał się i pokpiwał, że starzy kumple Robert i Brendan postanowili swoje latorośle wyswatać.

„Kretyn, nie wie, co gada!” – pomyślała z wyższością Ela. Ale jakieś tam ziarnko niepewności kuzyn posiał jej w duszy. O czym ojcowie gadali wtedy na Skypie? Nie, niemożliwe, tata nie umiałby zagrać takiego doskonałego zaskoczenia!… To może sam Brendan namotał intrygę? A, nawet jeżeli tak, to niech mu na zdrowie będzie!

Kiedy wracali do domu pociągiem z Pleszewa – wuj ich podrzucił – David powiedział:

– Przepraszam, że cię zostawiłem i tak długo gadałem z Rafałem. Ale trzeba było. – Pomyślał trochę i dodał: – Wiesz, nie chciałem cię w to mieszać, wiedziałem, że rozmowa będzie trudna. No i jemu było łatwiej w cztery oczy.

– Ja rozumiem! – zapewniła Ela. I zupełnie niespodziewanie dla samej siebie, szczerze do bólu, zupełnie jak uczniowie Jaśka na religii, zapytała: – On się boi, że ma przed sobą dwadzieścia lat, prawda?

David spojrzał na nią krótko.

– Tak – odpowiedział. – Ale doszliśmy w końcu do porozumienia. Opierniczyłem go i powiedziałem, że jeżeli tak uważa, to nie ma gnić, tylko brać się do roboty. Szkoda czasu.

– I co?

– I spakuje manatki, przyjedzie do nas do Cardiff, w końcu będziemy teraz rodziną. Powiedziałem, że mogę mu załatwić zlecenie na dokumentację fotograficzną wybrzeża aż do Bangor. Kupi sobie takiego grata jak mój i będzie powolutku jeździł.

Elka osłupiała.

– Rany, co ciotka z wujem na to powiedzą?!

– Jeżeli są mądrymi ludźmi, a chyba są, to zrozumieją.

Chyba tak… To znaczy są mądrzy, więc chyba zrozumieją.

Ile to już było? Siedem zero? Jak w meczu z Haiti.

Ale, jak się okazało, David miał w planach jeszcze puentę. Mogła się była Elka domyślić, co zamierza, bo całkiem wyjątkowo pojechali do ścisłego centrum. Tam David wcisnął ją do Omnibusa na Świętym Marcinie pod hasłem „kup sobie coś ode mnie na urodziny”, a sam podskoczył do Copyshopu, gdzie uskuteczniał jakieś tajne machinacje. Też chyba to wyszukał w internecie, no bo jak inaczej!

W niedzielę poszli do Janka na mszę po angielsku. Trochę się Ela bała, żeby jej rozkoszny braciszek znowu z czymś nie wyskoczył, a drań to widział i usta mu drżały, ale sobie darował i tylko kazał swoim dzieciakom pomodlić się za narzeczonych i zakochanych. No, dobra, niech będzie. Odprowadzili go na plebanię, a David zagadnął:

– To cześć, stary, jutro lecę! Jakbyś na przyszłe lato planował z uczniami jakąś większą wyprawę, to proponuję Szkocję, Elanor ci wszystko zaplanuje i da namiary na git schroniska. – Jasiek popatrzył na siostrę w skupieniu, ale chyba znaków zapytania w jego oczach tym razem nie było. – A to dla ciebie, gdybyś się zdecydował. – I David podał mu metalową puszkę. – Otwórz, otwórz! – dodał radośnie.

Weszli do kuchni, Janek sięgnął po otwieracz, trochę się pomęczył, bo puszka była solidna, wyciągnął zrolowany kawałek materiału, rozpostarł… i oczom wszystkich obecnych, łącznie z proboszczem, który zajrzał ciekawie, słysząc śmiechy, ukazała się biała koszulka z napisem: I’M A PRIEST!

David był lepszy od polskiej reprezentacji w Monachium.

„I jak ja mam teraz wytrzymać bez niego tyle miesięcy?!” – pomyślała w popłochu Ela.

[1] Że co, że nie mówi się „czasokres”? To zajrzyjcie sobie do rozdziału trzynastego. Ale nie teraz, potem, przyjdzie na to czas! Nie okres.