Zwyczajny facet

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zwyczajny facet
Zwyczajny facet
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59  47,20 
Zwyczajny facet
Zwyczajny facet
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata Kalicińska
Zwyczajny facet


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Połamanym sercom na pociechę


CZĘŚĆ I. MAZURY

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

URLOP

Mówiło się zawsze, że wrzesień, październik to złota polska jesień, a tu leje, leje, leje! Urlop czy wakacje? No… formalnie urlop, ale słowo „wakacje” ma w sobie smak lata i beztroski, a „urlop” jest takie… drewniane, sztywne. Wakacje oznaczały zerwanie się z łańcucha, zapomnienie o szkole, obowiązkach – to był zapach lasów i pól, pastwisk, wolności i kwaśnych jabłek, i gacie rozdarte na płocie sąsiada, gdy się po te jabłka wdrapywałem.

Kiedy to było…? O, dawno. Bardzo dawno. Ciągle jeszcze czuję to ssanie w brzuchu na przednówku, wiosną, gdy tak się każdemu z nas chciało owoców! Byle co dojrzało na krzaku, drzewie – nie czekaliśmy, jedliśmy zielone, niedojrzałe jabłka, porzeczki kwaśne jak zbójecki ocet, rabarbar maczany w cukrze, morwy…

Dzisiaj dzieciaki mają owoce cały rok, i to takie, o których ja w dzieciństwie nie słyszałem nigdy – banany, mango, pomelo, grejpfruty, kiwi… Popatrzyłem z ciekawością w samochodowe lusterko, a nuż pokaże mnie tamtego – chudego piegusa z odrapanymi kolanami? No, nie. To ja dzisiejszy – pięćdziesięciolatek, z posiwiałą przedwcześnie głową, poszarzałymi oczami, stary, jak mi się zdaje, i zmęczony nieludzko. Czym? A przede wszystkim tym, co się wydarzyło ostatnio.

Dostałem wolne we wrześniu. Tak napisałem w deklaracji urlopowej – September, żeby się załapać bez problemu, bo większość facetów z naszej stoczni, tych młodszych, wybiera się na wypoczynek latem, szczególnie ci, co mają dzieci. Ja nie mam małych dzieci, właściwie rodziny też. Od jakiegoś czasu jestem już sam. Ciężko to sobie uświadamiać, ale jakby nie było, paradoksalnie sam tego chciałem.

Od kilku lat pracuję za granicą, w Finlandii, w stoczni, w Turku. Tak wyszło. Stocznie w Polsce to ropiejący wrzód na naszych sercach. Kurczę! Porty, stocznie to okno na świat! Mamy tyle linii brzegowej morza, a stoczni nie umieliśmy utrzymać, powyzdychały jedna za drugą na wstyd i sromotę. Szlag by to trafił! Tylu nas wyleciało na bruk… Stąd moja emigracja zarobkowa, praca w Finlandii ciężka, ale satysfakcjonująca, bo w zawodzie. I teraz radość, że w końcu na urlop jadę do Polski. Wreszcie wakacje! Ech! Zapomnieć o wszystkim!

W Finlandii też jest piękna jesień, podobna do naszej. Jest ładnie, ciepło i w tym roku nie pada tak jak tu, ale… Polska to Polska, tu mogę do każdego się odezwać, wiem, co i jak, jestem u siebie. W Finlandii – ciągle nie. Niby już sporo rozumiem, niby znam przepisy, obyczaje, w końcu mieszkam już parę lat, ale… to nie mój kraj. Wciąż czuję się obco. Nie wiem, czy nauczę się jak Karol, mój najbliższy tam kumpel, Polak, być „obywatelem świata”. Na razie przyjechałem do kraju i oto jestem!

Lubię wrzesień w Polsce. Lubię go tym bardziej, że będzie mniej ludzi wszędzie. U Ali, do której jadę, podobno w ogóle jest tylko jedna osoba, bo pada i ma padać, ludzie odwołali rezerwację. Szkoda, że tak leje, ale może przestanie i będą grzyby.

Zatrzymałem się na kilka dni u mamy i Krysi, na Śląsku, ale nie chciałem im siedzieć na głowie. Pobyłem z mamą, pogadałem z Grześkiem, siostrzeńcem, fajny chłopak z niego wyrósł, spędziłem z Maćkiem, mężem Kryśki, wieczór na „nocnych Polaków rozmowach”, popijając znakomitą palinkę. Pojadłem domowych dań, głównie barszczu ukraińskiego i maminych pierogów, i wycałowałem na pożegnanie każdą z osobna – mamę i Kryśkę.

– Cześć, siostra, dzięki, że się tak mamą zajmujesz.

– Daj spokój, Wiesiek, mama martwi się o ciebie. Sam tak będziesz żył na obczyźnie? Nie masz tam nikogo?

– Nie mam, Krysiu. Nie jest mi źle. Patrz, jestem zdrów i zadbany, praca jest, i to zaledwie o kilkanaście godzin jazdy samochodem stąd, jeśli nie liczyć promu, jakoś sobie radzę. Fińskiego wciąż nie znam, ale sporo rozumiem, zresztą w stoczni mówi się dużo po angielsku. Mama mnie nauczyła przyszywać guziki, prać, prasować też umiem, więc nie zginę.

Radziłem sobie dotąd, to i dalej poradzę. No, pa! – westchnąłem i wsiadłem do samochodu.

Chyba jesteśmy jako rodzeństwo bliżej niż kiedyś. Więcej wiemy o życiu, o sobie, od kiedy jest internet, pisujemy do siebie co jakiś czas szczere maile. Trochę wspieram Krysię finansowo. Nie jest jej łatwo, bo mama wymaga rehabilitacji po wylewie. Taki lajf… Do mamy pisuję zwykłe, papierowe listy. Mama niby umie klikać w klawiaturę, ale woli papier. Jest trochę staromodna.

Na Mazury jechałem od nich przez Warszawę. Olga, moja przyjaciółka z Finlandii, Białorusinka, dała mi paczkę i list dla młodszej siostry Ludoczki, pracującej jako tancerka w Warszawie, i do przyrodniego brata – Oresta. Zakotwiczył się w Polsce od ponad roku. Rzeźbi ołtarz dla kościoła gdzieś koło Ornety. Jeszcze do tego wrócę…

***

Z Ludą umówiłem się w Warszawie przed knajpą „Sofia”, w której pracuje. Czekała na schodach. Ze zdjęcia poznałem ją natychmiast. Śliczna, zgrabna, długowłosa blondynka, z twarzy podobna do Olgi, tylko szczuplejsza. Szczerze mówiąc, wygląda na jej córkę. W lokalu jeszcze pustawym, ciemnym wypiłem z nią kawę i pogadałem chwilę po polsku. Zaciągała z rosyjskim akcentem. Jest poważna, żadnej kokieterii, same konkrety – zawodowa uprzejmość? Lekko spięta, miła. Nie zatrzymywała mnie, podziękowała za fatygę i odprowadziła na parking, pytając, co u Oli.

– A ty i u Oresta budiesz? – spytała mnie obojętnie i dodała jakby dla wyjaśnienia: – To moj dwojurodnyj[1] brat, mówiła Ola?

– Mówiła – zapewniłem ją. – Dała mi dla niego przesyłkę. Spędzę teraz urlop na Mazurach, a on pracuje gdzieś tam niedaleko. Odwiedzę go, tylko później.

– Odwiedź, on jest bardzo miły, dobry. – Luda uśmiecha się i tłumaczy: – Zapraszał mnie, ale wiesz, cziasu mało. Ja dużo pracuju. Pozdrów go. My do siebie piszem maile – dodała po chwili.

– No to będę jechał, do widzenia! – pożegnałem Ludę, całując ją w dłoń, co w widoczny sposób ją skrępowało. Lekko się zmieszała i pobiegła do lokalu, machając mi na odjezdne.

Z trudem wyjechałem z tego potwornego miasta. Nie mógłbym tu mieszkać. W domu zaś, w moim małym, nadmorskim mieście, nie mam czego szukać. Syn mieszka w Trójmieście i pływa, nie ma go aktualnie w kraju. Córka też ma swoje sprawy, właśnie jest na wakacjach w Chorwacji.

Choć Krysia nalegała, żebym u niej został dłużej, nie chciałem, wolałem pojechać gdzieś, gdzie się wybyczę i jakoś pozbieram, bo ostatnio wzięło mnie na użalanie się nad sobą i w klatce piersiowej coś ciaśniej mi bywa… Muszę odpocząć, pomilczeć, pomyśleć. Założyłem, że w starym, znanym mi miejscu na Mazurach będą wolne pokoje. Okazało się, że są i to dużo, z powodu wrednej aury.

Dawno temu, po ślubie, jeździliśmy z Aśką do kurortów, na wczasy. Później znaleźliśmy to mazurskie letnisko u pani Aliny. Dzisiaj jest to pensjonat o nazwie „Pod Dębem”. Przypomniałem sobie Alę. Znamy się bardzo długo. Niemożliwe, że aż tyle! Mój Boże! Jeździliśmy do niej przez wiele lat, jak jeszcze dzieci były małe, Joanna milsza… Ala młodsza… Pamiętam jej męża Zygfryda. Zmarł dość młodo na wylew. Ala już tyle lat we wdowieństwie, ciągnie pensjonat sama z bratem Mietkiem – niemową.

Za późno wyjechałem z Warszawy! Ściemnia się i jeszcze ten deszcz. Żebym tylko nie przegapił skrętu z głównej szosy. Radio mnie wkurza. Rozprasza. To nie moja muzyka! Stara dobra Trójko – wróć! Gdzie jesteś, panie Kaczkowski, z Minimaxem? Gdzie są przeboje z dawnych lat? Posłucham Pink Floydów. Moje lata…! Moja młodość! Wish You Were Here – acoustic.

Jestem sam. Facet z odzysku. Singiel. Modne określenie kogoś, kto żyje samotnie. Oczywiście dorabia się do tego teorie, że to samotność z wyboru, że sam nie oznacza samotny… Tere-fere. Czasem ta samotność aż boli, gdy nie ma z kim pogadać. Przyjaciele to za mało. Pusty dom, cisza rozganiana muzyką, nikogo, kto by tę ciszę zburzył, zachwiał codzienną rutyną, coś mówił, robił inaczej niż ja. A tak… mam swoje rytuały, powtarzane do znudzenia, „Dzień Świstaka”… Ale i tak lepsze to niż sceny, jakie robiła Aśka, awantury, które męczyły, zostawiały przykry osad, gorycz, żal. Ech…

O, jasna cholera! Pojechałem za daleko. Zamyśliłem się, zagapiłem. Przewaliłem o jakieś dziesięć kilometrów! Zaufałem pamięci, zamiast zdać się na GPS-a. Muszę zawrócić. Pada i pada. Robi się ciemno. U Ali walnę się spać i będę kimał dwa dni! W pokoju, po kąpieli, heineken zrobi swoje. Mam prawie całą skrzynkę w bagażniku. Nikt już mi nie będzie jeździł po głowie i sumieniu, że wpadam w alkoholizm, niszczę rodzinę i swoje zdrowie. Szklanica albo dwie dobrego piwska w knajpie z Karolem albo z Olgą, z kolegami. Okazjonalnie szklaneczka rudej, czyli whisky. Też mi alkoholizm!

Jest zjazd w lewo. OK. Ależ tu się pozmieniało! Byliśmy tu ostatni raz razem… dziesięć lat temu. Sądziłem wówczas, że to miejsce, wspomnienia, wakacje, Ala i jezioro uleczą moją złośnicę, że uratujemy nasz związek. Optymista! Po kilku zaledwie dniach podczas jakiejś rozmowy Aśka obraziła Alę i po totalnej awanturze musiałem ją odwieźć na przystanek PKS. Zaparła się i… wróciła do domu sama. Karała mnie za to, że stanąłem po stronie Ali. Głupi temat – dzieci i ich wolność. Argument Aśki, że Ala nic nie wie, bo nie jest matką i… się rozkręciła, rzucała ostre argumenty, krzyczała, obrażała. Niepotrzebnie jak zawsze.

 

Na przystanku PKS dostałem taką musztrę, że okolica słyszała. Z użyciem słów ostatecznych: „Jak śmiałeś mnie ośmieszać?!”, „Naturalnie ja już nic dla ciebie nie znaczę!”, „Wracaj sobie do swojej Aluni, skoro to taka wyrocznia!”.

– Aśka, zmiłuj się. Uważam, że Alka ma rację. Dorosłe dzieci nie wymagają aż takiej kontroli i już. Zdania nie zmienię, ale czy trzeba się o to tak awanturować?!

– Awanturować?! To ja się awanturuję? Ja się tylko bronię, bo zdanie matki już się nie liczy! A ja jako matka wiem, co mówię! – I terkot, że ona wraca sama i mam się jej nie pokazywać na oczy!

Wtedy, wieczorem, stara Alunia siedziała ze mą na werandzie i kiwała głową.

– Moim zdaniem, Wiesiek, to ona jakaś ranna na duszy jest.

– Ranna?! – zamyśliłem się. – Może masz rację, ale ja mam już dość. Pół życia walczyłem z tymi jej skokami nastrojów, emocjami. Namawiałem na specjalistę, na jakąś terapię. Sam bym z nią poszedł. Może faktycznie coś z nią nie tak, ale wbrew niej samej, no powiedz. A może ja jestem jakiś popaprany?

Siwa, stara Ala pogładziła mnie po głowie i westchnęła.

– Albo wam niepisane… Nie ta kobieta, Wiesiu… Jak ty to wytrzymujesz? – dziwiła się. – Ona tak często?

Machnąłem ręką. Nie chciałem o tym rozmawiać, wydawało mi się, że nie wypada obgadywać Joanny za jej plecami.

Gawłowo już za mną, zaraz będę na miejscu! Kościół… o, chyba odnowili. Wymurowali niskie ogrodzenie. W skrzynkach pełno tych, no… Nie cierpię ich zapachu! Pelargonii. Nawieszane na tym murku jak na majówki. I latarnie. Kiedyś nie było. A za Gawłowem już brak oświetlenia. Teraz muszę uważać na skręt w polną drogę, koło wielkiego dębu i kapliczki. Na polach ciemno, już po żniwach, ziemia po zbiorach, gdzieniegdzie po orce, w ogóle już ciemno. Dżdżysto, mglisto, wzrok już nie ten!

Kiedyś do Gawłowa jeździliśmy rowerami, często wracaliśmy z wycieczek nocą, bez problemu, a teraz oczy mi łzawią, gdy próbuję wypatrzeć w ciemnicy kapliczkę. Była biała, zawsze się rzucała w oczy. Jest! Szara. Chyba nikt jej nie malował od dawna. Polna droga, kręta jak sznur od telefonu, poprowadzi mnie już do Ali, nad jezioro. Jak dobrze, bo jestem potężnie zmęczony.

Alusia powitała mnie siwa i mniejsza, niż ją pamiętałem, postarzała się bardzo. Popłakała się na mój widok, ze wzruszenia. Jej brat, głuchy Mietek, poznał mnie, nawet przywitał z lekkim uśmiechem i podał rękę. Na dachu ich domu zobaczyłem talerz.

– O, Alu! Satelitę masz? – komentuję nową zdobycz.

– No. Teraz Miecio ma to, co lubi! Sporty se różne ogląda, zwierzaki… no!

Uśmiecha się już prawie bezzębna, chyba ciut zażenowana, ale wyraźnie rada.

– Jak interes, Alu? Mówiłaś, że mało masz ludzi we wrześniu.

– Mało, Wiesiu. Latem to było! A teraz nie mam dużo. Tylko jedna pani jest, to nie gotuję w pensjonacie. Wpadaj, zawsze talerz zupki ci dam, bo pitraszę dla mnie i Mietka. Śniadania i kolacje rób sobie sam, w kuchni, na parterze, co? Ona, ta pani, sama się obsługuje. Zresztą prawie nic nie je i nie widać jej. Mów, co u ciebie, u dzieciaczków.

Pogadałem z Alą, skąpo opowiedziałem, co u mnie. Kiwała głową.

– No, to sobie odpocznij, masz tu klucze na górkę.

W apartamencie na pięterku, na które się wchodzi zewnętrznymi schodami, walnąłem się do spania, ukojony piwem i męczącą drogą. Deszcz bębnił miarowo o blachę na dachu, było mi ciepło i wszystko jedno, niech pada… Mam nadzieję, że jutro przestanie i pójdę sobie na grzyby za Czarcią Górkę, pooddycham lasem i pomyślę. O czymkolwiek, ale teraz – nie. Teraz spać, a… „budzikom śmierć”!


[1] Dwojurodnyj (ros.) – cioteczny.

PENSJONAT „POD DĘBEM”

Rano obudził mnie pęcherz. Poranek był chyba wczesny, szary, cichy. Poszedłem do łazienki. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na nowe kafelki i wystrój. Czysto, ładnie, łazienka powiększona o przygórek pod dachem.

Wracając do łóżka, usłyszałem pianie koguta. Fantastyczne! Zapomniałem o istnieniu czegoś takiego jak kogut. Ala mówiła, że one w deszcz nie pieją. Czyżby? Eeee. Patrzę na zewnątrz. Mży… O, Ala idzie do stodoły z Mietkiem.

Wstać? Nie? Ot, dylemat…

Obudziłem się ponownie. Teraz na pewno słyszałem koguta. O! Jeszcze raz! Już chyba południe, bo jaśniej. Jezuuuuuuu! Jak mi dobrze. Co za cisza! Mimo koguta. Głód wypędził mnie z legowiska. Nie golę się. Wakacje mam, a poza tym Karol zawsze namawiał mnie na lekki zarost. Jest okazja – zapuszczę się. W jadalnym pusto. Poszedłem do kuchni.

Przy stole, tyłem do mnie, stała kobieta. Może to jest ta Gienia, która kiedyś pomagała Ali? Czajnik właśnie się wyłączył.

– Dzień dobry – powiedziałem z całym urokiem. – Dostałbym kawy?

Kobieta nawet się nie odwróciła.

– Nie jestem tu personelem. Musi pan sobie sam radzić – oznajmiła sucho i nalała wrzątku do kubeczka. Odchodząc, rzuciła: – Tam w szafce jest kawa…

Poczułem się głupio. Jasne, że to nie Gienia. Ala mówiła, że nie ma gości, to i Gieni nie zatrudniła. Dureń! Trochę szkoda, bo nie chciało mi się gotować. Marzyłem o pełnym luzie, a tu, widzę, trzeba będzie jak w domu – gotować, zmywać… Na obiad to chyba skoczę do Gawłowa, albo zaraz! Przy głównej szosie, niedaleko stąd widziałem jakąś knajpę.

Włoska? Węgierska? Dam sobie radę, ale szkoda, że nie ma posiłków na stołówce. Dobre były. Kiedyś.

Podszedłem do Ali, wieszającej pranie w ogrodzie.

– Alu, daj kosz, pójdę za Czarcią Górkę.

– A, tam masz, koło tego snopa stoi! Się tylko nie zdziw, bo przed Czarcią, po lewej, las wycięli. Oczyszczalnia będzie.

Patrz. Przeciera się! No, z Bogiem! Idź, idź!

Pensjonat Ali jest stary, ale jak widzę, ładnie odnowiony. Góra w szachulcu, jak ongiś. Ktoś, kto ocieplał, zachował styl. Dostałem jak zawsze ładny apartament z dwoma pokojami na górce. Na przygórku Ala zrobiła jeszcze jedno pomieszczenie – sypialenkę dla dzieci. W dużej sypialni stoi wielkie łóżko, w łazience nowa kabina. Miło i czysto. Dla mnie samego za obszernie, ale co tam! Gości nie ma. No, tylko ta opryskliwa lejdy.

Do jeziora żabi skok, widać z okna wielką taflę okoloną lasem, dalej polami i zakręt. Za zakrętem jest mała wyspa, na której z dzieciakami paliliśmy ogniska. Kiedyś, pamiętam, dopłynęliśmy z Joaśką do niej łódką. Mała ta wysepka i tak ładnie porośnięta szuwarami dookoła, a w środku trawa szmaragdowa, gęsta. Krzewy kruszyny i dzikich róż, olszyny wysokie, z ptaszyskami. Joanna wyciągnęła się na trawie obok mnie. Chłonęliśmy słońce. Kasia i Tomek poszli z Mietkiem na ryby, a więc mieliśmy chwilę wytchnienia. To tam Joanna pierwszy raz, sama z siebie zrobiła mi loda. Wtedy mówiło się „strzelić francuza”. Latami nie mogłem jej namówić. Zastanawiałem się, skąd ten pomysł. Gdy już złapałem oddech i wróciły mi zmysły, spytałem zdyszany:

– Joaśka?!

Uśmiechnęła się filuternie.

– Oglądałyśmy u Ninki na urodzinach Emmanuelle. Namówiła mnie, żeby spróbować, bo oni z Zygmuntem…

Joanna zmrużyła oczy. Ruszyłem do boju. Powoli i delikatnie zdjąłem jej majteczki od kostiumu, wycałowałem po napiętym, ślicznym brzuchu, a po upojnej, miłej chwili doprowadziłem do szczytu. Długiego i głośnego. Kwiliła cały czas, zachwycona nową formą zabawy, ale na końcu tak nią szarpnęło, że spłoszyła te ptaszyska, siedzące wysoko na gałęziach. Było bosko! Moja złośnica zachwycona, różowa i szczęśliwie patrząca mi w oczy. Ależ ja ją kochałem! Bywaliśmy szczęśliwi. Wtedy – bardzo.

Rozmyślając o tej boskiej chwili, zaszedłem aż za sad starego Mieczkowskiego. Kiedyś kupowaliśmy u niego jabłka, śliwki uleny, gruszki pełne soku. Teraz widzę resztki ogrodzenia, trawę wysoką na metr i zdziczałe drzewa. Chałupa chyba opuszczona… Znalazłem jakieś jabłka na drzewie, chyba kosztele. Lekko zdziczałe, ale pyszne. Twarde, takie jak lubię. Zabrałem do kosza kilka, także trochę gruszek, wielkich i ciężkich klapsów, i poszedłem na grzyby. Dalej, za zakrętem, rzeczywiście wycięty kawał lasu i plac budowy. Skręciłem w kierunku Czarciej Górki. A za nią, proszę! Las wyrósł nieco, znaczy się, zestarzał. Ja też jestem starszy. Cóż począć.

Życie.

Popatrzyłem w niebo. Nie zanosi się na deszcz, ale ładnie, słonecznie też nie jest. Ważne, że ciepło, grzyby to lubią. Las jest cichy i ciut obcy. Inaczej go zapamiętałem. Poznaję drogę, ale tu był taki młodniaczek, a w nim maślaków zatrzęsienie! Tak było… Łaziłem długo, bo szukałem starych ścieżek, znanych miejsc. W koszu znalazły sobie miejsce koźlaki, kilka prawdziwków, jakieś gąski i podgrzybki. Zielonek nie zbierałem. Nie lubię.

Kilka razy siadałem na pniach i wciągałem zapach mokrego lasu, mchu, grzybni rozszalałej jesiennie. Od dawna nie byłem w lesie. W Turku, naprzeciw naszego domu rośnie mały lasek, ale to bardziej park niż las. Pobliskie lasy są inne, pagórkowate, sporo w nich skał, mało ścieżek, jakby ludzie niespecjalnie tam chodzili. To nie to, co nasze polskie, mokre, pachnące lasy. A może przesadzam?

Dobrze mi tu, staremu wilkowi. Trochę melancholijnie, ale dobrze. Jak to mi Kerstin napisała już po tym, jak się wyniosła: „Pozwoliłeś, żeby samotność rozciągnęła ci pajęczynę w sercu”. Ale tekst! Ładny, prawdziwy. Czy faktycznie umarłem uczuciowo? Chyba tak, bo jakoś nie czuję w sobie niczego, co byłoby choć podobne do stanów zakochania się, nawet zainteresowania kimś. A może nie spotkałem właściwej osoby? Czytałem gdzieś takie zdanie: „Przez zamknięte okno motyl nie wleci”.

Jabłka i gruszki zjadłem. Pora będzie na jakiś obiad, chyba. Zegarek zostawiłem na szafce. Po co mi on tu?

Ala przywitała mnie radośnie jak zawsze.

– Pokaż. O! Nawet, nawet! Poradzisz sobie? Ja dopiero co z Gminy wracam. Zawracanie głowy z tymi dotacjami!

Zostawiłem grzyby w zlewie. Zrobiłem się głodny, więc wybiorę się do Gawłowa. W pokoju zobaczyłem, że już prawie czwarta. Czas mi uciekł dzisiaj po cichu.

Gawłowska gospoda podupadła. Owszem, zjadłem kawał kiełbasy z grilla i małosolnego ogórka, ale to wszystko, co było w karcie. Kiedyś, pamiętam, bywała tu znakomita wątróbka, stek zamówiony na zawołanie, żurek zawsze pachniał czosnkiem… Ach! Gdzie te niegdysiejsze śniegi! Z atrakcji – czterech pijanych dziadygów, powtarzających słowo-wytrych: kurrrrwa. Może innych nie znają? Swoją drogą, dawniej nie do pomyślenia, żeby tak kląć bezkarnie. Nie żebym był jakąś dziewicą, w pracy też zdarza nam się bluzg, i to w kilku językach, ale w knajpie? Tak bez żadnych oporów? Barmanka oczywiście nie reaguje… Przykre.

Weszło kilku młodziaków, bez pytania odpalili radio i tym już skutecznie mnie przegnali. Jutro sprawdzę tę restaurację przy szosie albo spenetruję Olsztynek.

W sklepie koło przystanku kupiłem janka wędrowniczka! Musiał się tu biedak nastać. Sklepowa starła z butelki wieloletni kurz fartuchem i podała mi go w papierze. Elegancko!

Po powrocie usiłowałem coś poczytać. Literki uciekały i nie tworzyły jakiejś logicznej całości. Próbowałem się skupić na wywiadzie z Markiem Kondratem. Fajny z niego gość, ale świadomość, że są wakacje i niczego już nie muszę, wpłynęła obciążająco na moje powieki i zwyczajnie przysnąłem.

Obudziło mnie miarowe łupanie za oknem. To Mietek rąbał drewno. Jego święte prawo. Zresztą, ile można spać. Nie zaśpię wszystkich moich myśli. A właśnie zaczynają się pojawiać. Na ile jestem już stary?

Zszedłem na podwórko i stanąłem koło Mietka. Pokazałem mu na migi, żeby mi dał siekierę. Rany! Jak ja dawno nie rąbałem. Jaka to radość rozwalać siekierą kawały drewna. Czułem, że mam mięśnie na klatce piersiowej, w udach i brzuchu. Resztki bicepsów przypomniały sobie, co to znaczy napiąć się i zadać cios.

Rewelacja! Mietek poszedł po Alę i teraz razem stali, przypatrując się, jak inspektor od statków robi za drwala. Zdjąłem polar i łupałem jak najęty. Zgrzałem się potężnie, więc ściągnąłem koszulę. Sterta drewienek rosła, a ja poczułem się jak młody bóg.

 

Zza obórki wyszła ta jedyna tu wczasowiczka. Minęła nas owinięta w kolorową chustę, nie widząc chyba nikogo. Dopiero Ala ją zastopowała:

– Pani Beatko! Pani zobaczy, jak się to pan Wiesiek rozbuchał! Na co dzień statki buduje, a tu… o! Jaki mężczyzna!

Kobieta przystanęła i popatrzyła na mnie niewidzącym wzrokiem. Nawet jej usta nie drgnęły.

– Witam! – powiedziałem, wyprostowałem się i sapnąłem radośnie.

Patrzyła na mnie, myśląc chyba o czymś odległym, bo po chwili uśmiechnęła się do Ali smętnie i poszła do siebie. Staliśmy, nic nie mówiąc. W końcu Alusia szepnęła do mnie:

– Łazi taka zamyślona i często płacze. Coś kiepsko z nią… A ty ubierz się, bo jak spoconego zawieje, lumbago jak w banku! Dość na dziś! Eee! Wiesiek! Postawię ci w kuchni garnek smalcu, mam świeży! Ze skwareczkami!

– Dzięki, Alusiu! Łapki ci pocałuję, jak wrócę! Teraz idę nad jezioro. Muszę się schłodzić.

Smalec! Ach! Moja mama robiła smalczyki doskonałe! Jak bywało w domu biednie, mama kupowała podgardle i smażyła smalec, taki do chleba. Z różnymi dodatkami, z cebulą, jabłkiem, czosnkiem, ale ja najbardziej lubiłem taki zwyczajny, bez dodatków.

No, mi też wychodzi nie najgorzej. Czasem uruchamiam małą produkcję na nasze potrzeby. Karol go nawet uwielbia.

Wpada z rudą i pijemy ją do chleba ze smalcem. A jak któryś z nas zakisi ogórki, to do szczęścia już… niczego!

Finlandia jest miłym i dobrym krajem. Ciemne pieczywo mają pyszne. Śledzie fantastyczne! Te na słodko też polubiłem. Ale ogórki tylko nasze własne nam smakują. Mnie i Karolowi. Takie na polską nutę, kwaszone po domowemu.

Nad jeziorem owionął mnie miły wietrzyk. Łaziłem po ścieżce biegnącej tuż przy brzegu, wzdłuż trzcin, gapiłem się na pomosty – puste i osamotnione. Żadnego wędkarza? Niesamowite. Kiedyś wszyscy wczasowicze od Ali, starego Kierdy, Wiśniewskiego, Roguca i z ośrodka, tego po prawej, za lasem, siadali na pomostach z kijami. Tyle tu ryb było, że nawet Tomek i Kaśka łowili jakieś płotki. Ala je smażyła na kolację, bo Joanna się brzydzi sprawianiem ryb.

Taka teraz tafla jeziora spokojna i cisza wokół. Jesień. Była taka piosenka Czerwonych Gitar. Aśka ją uwielbiała. Klenczon śpiewał, a ona klaskała i śpiewała:

Jesień, liść ostatni już spadł.

Jesień, deszcz zmył butów twych ślad…

Wczoraj

Minął miesiąc, jak list

Przyniósł mi listonosz,

A dziś niesie tylko liście i wiatr…[2]

Czasem mi się ckni do tamtych czasów. Jestem jednak zwierzakiem domowym, stadnym, rodzinnym, ale jak mawiają Czesi: To se ne wrati. Dziś jestem samotnikiem. Trudno.

C’est la vie… Poczułem głód. Cóż taka kiełbaska w gospodzie? Mało, jak dla drwala!

W kuchni rzeczywiście zastałem na stole gliniany garniec.

Co za zapach! Nalałem sobie szklanicę heinekena, posmarowałem chleb Alusinym smalcem i zabrałem się do czyszczenia grzybów. Smętna Beata weszła do kuchni i nastawiła wodę. Stała znów tyłem do mnie, patrząc w okno. Nagle się odezwała:

– Proszę sobie mną głowy nie zawracać. Jakby mnie nie było.

– Ale pani jest – mruknąłem.

Nie odpowiedziała. Nalała sobie herbaty.

– Może kanapkę ze smalcem? Może napije się pani piwa? – spytałem.

– Dziękuję – rzuciła oschle i wyszła.

„Dawać i prosić to już za wiele” – zacytowałem w myślach Karola.

Grzyby oczyściłem starannie, nie myjąc ich, bo miały być z patelni. Smażone, nie duszone. Znalazłem patelnię, nabrałem łychę smalcu i rzuciłem na nią. Z warkocza urwałem cebulę i pokroiłem w piórka i na tłuszcz, jak się zaczęła szklić, wrzuciłem na nią grzyby w wielkich kawałkach. W szafce znalazłem liść bobkowy i ziele. Coś śpiewałem, gwizdałem… Uwielbiam tak podane grzyby! Nawet jak czasem zachrzęści piasek w zębach, choć mnie się to prawie nie zdarza. Drewnianą łopatką przewracałem delikatnie, żeby się nie porozwalały. Co za zapach! Porządnie przysmażone, pikantne od pieprzu, zaległy górką na wielkim talerzu. Gęba mi się zaśmiała. * Marek Gaszyński, Bogdan Loebl, Jesień idzie przez park.

Piwo spieniło się w szklance, gdy nagle żal mi się zrobiło tego, co jeszcze zostało na patelni. A! Niech tam! Zapukałem do naszej smętnej.

Otworzyła zdziwiona, chyba zaryczana.

– Pani… Beato, proszę do kuchni. Usmażyłem pyszne grzyby! Nie chce mi się samemu ich jeść. Zapraszam! Zapraszam serdecznie.

Zgodnie z przewidywaniami odmówiła:

– Nie, dziękuję. – Zaraz jednak chrząknęła, chyba z poczucia przyzwoitości, i rzuciła: – Dobrze. Dobrze, ale ja zaraz… chwilę, proszę. – I zamknęła drzwi.

Przyszła po tej chwili umyta i sztuczna. Usiadła jak marionetka i popatrzyła bezradnie. Postawiłem przed nią talerz mojej dumy.

– A… trujące? – chciała zażartować.

– Dwa, no, może trzy dla smaku – odpowiedziałem w konwencji i nalałem jej piwo.

Nie zareagowała, wzniosła szklankę jak do toastu, ale nic nie powiedziała, tylko upiła. Otarła pianę spod nosa i próbowała się uśmiechnąć. „Kura troska – pomyślałem. – Może i niebrzydka, ale smętna jak… dym. Dym, też coś”. Niewielka, znaczy niewysoka, dość szczupła, ale nie przesadnie. Włosy zwinięte w coś tam, niby bez ładu, ale ujdzie. Jakie? Rudawe? Rudawoszare. I cała taka… szara mysza.

Jadła, a właściwie ledwo dziubała. Miała chyba ściśnięte gardło. Mówiłem coś o sposobie smażenia, puszyłem się wiedzą, gdy nagle zadzwoniła jej komórka.

– Przepraszam. – Wstała i wyszła przed kuchnię, na podwórko.

Słyszałem tę jej rozmowę. Nic nie poradzę, stała blisko uchylonych drzwi.

– Przemek, Przemek, proszę cię, nic nie rozumiesz!… Nie, nie zgadzam się. Prze… Nie! Ale czemu mnie nie słuchasz?! Przemo! Nie może tak być, daj spokój! Przemek!

Cisza. Popatrzyłem przez kuchenne okno. Nie było jej.

Chyba czmychnęła do swojego pokoju. Zaniosłem jej talerz z grzybami i piwo, stukałem, ale mi nie otwierała. Trudno!

[2] Marek Gaszyński, Bogdan Loebl, Jesień idzie przez park.