Powroty nad rozlewiskiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fartuszek z satyny,czyli „hrabianka!”


Do gimnazjum jeździłam do Biskupca. Oczywiście z Wandą.

Naturalnie musiałyśmy mieć fartuchy — jak wszystkie. Mama stwierdziła, że bardziej opłaci się uszyć samemu, niż jeździć i kupować.

Zamiast identycznych, jak wszystkie, workowatych i niezgrabnych, uszyła nam ładne. Rękawki namarszczone w ramionach, lekkie zaszewki na rosnące piersi i w talii. Kieszenie w szwach, schowane, i kołnierze białe, owszem, jak wszyscy, ale z monogramem.

Z miejsca zostałyśmy nazwane „hrabiankami”. Pierwszy raz w życiu boleśnie zetknęłam się z taką niesprawiedliwością! Jakie z nas hrabianki?! Mieszkamy na wsi, pracujemy w gospodarstwie, czasem ciężko jak chłopy, a tu nagle — za zaszewki i monogram — hrabianki! Nie pomogła próba tłumaczenia, bo wychowawczyni była zawzięta i wygłosiła na godzinie wychowawczej całe przemówienie, jak to niektórzy lubią się wyłamywać, podkreślają swoją odrębność, a przecież idea socjalizmu jest jasna — wszyscyśmy równi!

Chciałam wstać i powiedzieć, co myślę, ale Wanda złapała mnie kurczowo za fartuch i błagalnym spojrzeniem osadziła w ławce.

Z czasem jeszcze zauważyłyśmy, że Lilka Cukier, córka wdowy po krawcu, ładna Żydówka, też jest izolowana, nielubiana i spotyka się ze złośliwościami. Stworzyłyśmy trójkę przyjaciółek. Lilka zaraz nam wyjaśniła, że nie ma co walczyć, udowadniać swego, bo jej starsza siostra już przeszła tę drogę krzyżową u pani Kozioł.

— Załatwimy ją naszym dobrym samopoczuciem! — zaproponowała.

Nie było to łatwe. Owszem, byłyśmy uśmiechnięte, ale czasami nasza wychowawczyni przyprawiała nas o łzy. Połykałyśmy je dzielnie. Powoli reszta dziewcząt z klasy zaakceptowała nas, zrobiło się normalnie, tylko kilka pozostało wiernymi słuchaczkami i potakiwaczkami pani. Wiedziałyśmy, że podsłuchują i donoszą, bo na godzinach wychowawczych wałkowano tematy, o jakich rozmawiałyśmy między sobą w tajemnicy. Pani żądała samokrytyki, bicia się w piersi za to, co potajemnie mówiłyśmy sobie w łazience, aż wkrótce nauczyłyśmy się totalnej mimikry. Oświeciła nas pani od biologii:

— Wiecie, co to jest mimikra?

Pokręciłyśmy głowami i pani kazała nam przygotować na następną lekcję wypracowanie z przykładami. Lekcję poprowadziła bardzo poważnie i mówiłyśmy oczywiście tylko o świecie zwierząt.

W domu opowiedziałam mamie o niej, a ona uśmiechnęła się tylko i podrapała mnie po głowie.

— Takie czasy, rybko! — powiedziała i pokiwała głową. — Ta biologia to niegłupia wiedza!

Lubiłam te lekcje. Pani była bez reszty zapatrzona w świat roślin i zwierząt i opowiadała o nim z ogromną swadą, zaangażowaniem, miłością. Gdy mówiła o pionierach ziem wulkanicznych — porostach, aż miło było słuchać, bo traktowała te porosty jak ludzi, a ich wysiłek, żeby się zakorzenić, zdobyć wodę, żywność, utrzymać się na spopielałym gruncie, to był obraz naszych rodziców, walczących o przetrwanie po pożodze wojennej. Postanowiłam, że będę zdawać na biologię.

Zbliżyłyśmy się trochę — ja i moja pani. Zostawała dla mnie po lekcjach, wertowałyśmy książki i rozmawiałyśmy.

— Masz talent i powinnaś studiować nauki biologiczne. To wielka przyszłość! — mówiła.

U niej zawsze miałam piątki. Nauka szła mi dość lekko, ale dojazdy, częste zarywanie nocy, bo wracałam późno od koleżanek, męczyło. Chorowałam rzadko.

Z czasem mój fartuszek ledwo się już na mnie dopinał. Urosły mi piersi, zaokrągliły się biodra. Miesiączka stanowiła zmorę, bo była bolesna. Pabialgina nie pomagała. Bywało, że rano w autobusie nagle zieleniałam i mdlałam. Mama zaniepokojona zawiozła mnie do Biskupca do znajomej lekarki — Rosjanki. „Pani Marina” — jak się do niej zwracałam, zbadała mnie, popytała o to i owo i poszeptała z mamą.

Od tamtej pory, gdy wstawałam rano, już czując napięty, bolesny brzuch, mama brała metalowe pudełeczko wygotowane i zamknięte szczelnie, naciągała szklaną strzykawką czegoś z fiolki, którą tłukła dokładnie i wrzucała do pieca. Robiła mi zastrzyk w pupę i… puszczało!

W szkole byłam obecna, chociaż słabsza i z bólem głowy. Dopiero po maturze dowiedziałam się, że to papaweryna ułatwiła mi kobiece życie.

Gimnazjum wspominam niechętnie. Od drugiej klasy mama zapisała mnie do internatu, ale ja przeżywałam boleśnie takie rozstania. Po roku — razem z Wandą — wróciłyśmy do dojazdów, chociaż pożerały mnóstwo czasu. A miałyśmy jeszcze dużo pracy w obejściu. Nie zapisałyśmy się do żadnej z wymaganych organizacji. Nasza pani była oburzona i rozczarowana, czemu dawała często wyraz. Popołudniami, jeśli już zostawałyśmy dłużej w Biskupcu, wolałyśmy siadywać w domu u Lilki i czytać na głos książki z biblioteki jej matki, niż chodzić na zebrania, zbiórki...

Mama Lilki była osoba fantastyczną. Miała na imię Sara i popełniła w życiu straszny mezalians, bo wyszła za mąż z miłości. Za biednego krawca. Tylko jej babka była za nią i dlatego rodzina jej nie wyklęła, a nawet dała poważny posag (nie bez fochów) w postaci mieszkania.

Okazało się, że mąż był zdolny i powodziło im się nadzwyczaj dobrze. Sława jego jesionek, garniturów, fraków, surdutów sięgała daleko, miał coraz więcej klientów i musiał nająć kilku chłopaków do pomocy. Czasem też żona pomagała mu wykańczać pilne prace, więc siłą rzeczy ona sama też stała się krawcową. Teraz, po śmierci męża, zarabiała szyciem. Przed zagładą uratowała je uroda. Nie były zbyt semickie, a wojnę spędziły w odległym przysiółku pod Wielbarkiem.

Bardzo lubiłam siadywać u nich w domu, w bibliotece. Mieszkały na przedmieściu, blisko szpitala. Ich dom był… dostojny, choć już bardzo ubogi. Mama dystyngowana, szczupła i spokojna. Bardzo dowcipna. Zawsze dostawałyśmy podwieczorek, żebyśmy nie wracały głodne. Było u nich biednie, ale małe kanapeczki z marmoladą podawano wykwintnie, jak ciasto, a kawę zbożową — w filiżankach.

U Lilki nie rozmawiało się o polityce ani nie krytykowało się szkoły. Nie, żeby matka Lilki była taka spolegliwa. Bała się o nas, powtarzała, że „ściany mają uszy”.

— Kto wie — mówiła — w jakim świecie przyjdzie wam żyć? Lepiej się dostosować. Milczeć. Myśli się cichutko, a gada głośno, mimikra.

Taką wyznawała filozofię.

W sześćdziesiątym dziewiątym roku wyjechały do Izraela… Starsza siostra Lilki pracowała na uniwersytecie w Gdańsku, a tam nie było za wesoło. Brała udział w wystąpieniach studenckich — jako „szeregowiec” — ale i tak relegowano ją z uczelni.

Kiedy byłam uczennicą gimnazjum, zmarł tatko.

Naturalnie był to dla mnie wstrząs, ale dość szybko się pozbierałam. Czesia Karolakowa pomogła przy myciu i ubieraniu tatki. Ona z mężem zajęli się tatusiem, a ja — przybraniem trumny. Już wiedziałam, jak to się robi, i Hanka była bardzo zaskoczona, że dałam radę.

Mama bardzo się postarzała, skurczyła, posmutniała. Był jej wielką miłością. Spełnionym marzeniem, troskliwym i oddanym mężem. Tylko my — ja i Kaśka trzymałyśmy ją przy życiu. Byli bardzo zżyci, rozumieli się bez słów. Zresztą tatuś nie był gadatliwy. Był jak uśmiechający się kot z Alicji w krainie czarów. Jego uśmiech został z nami na długo. Patrzył spod białych brwi błękitnymi oczyma i uśmiechał się. Takiego go pamiętam.

Na pogrzebie Piotr podtrzymywał mamę. Była złamana nieszczęściem. Później na listy od Hanki i Piotra czekała niecierpliwie. Hance opisywała swoją wielką za tatką tęsknotę i ból. Mnie tego oszczędzała, ale ja to widziałam.

Mnie też brak było taty. Jego zapachu. Zawsze ogolonego, zawsze czyściutkiego staruszka z wąsami. Od wybuchu wojny bardzo się postarzał — mówiła mama. Był jednak najdroższym tatuńciem, opoką i spokojem. Tyle rzeczy mógłby mi jeszcze opowiedzieć! Nauczyć. Teraz to wiem… W szkole uczono nas wykrzywionej historii. Takie czasy! Miał wielką wiedzę i powściągliwość w ocenianiu rzeczywistości. Pięknie tłumaczył, czym jest Ojczyzna, Obowiązek Patriotyczny, Miłość do własnego kraju — niezależnie od formacji politycznej.

— Kapitan się zmienia, a łódź płynie — mawiał. — Krzykacze, ludzie podli, nie powinni rzutować na to, co czujesz do własnego kraju, dziecinko. To przejdzie, a twoje serce ma pozostać piękne. Ucz się pilnie. To najmądrzejsze, co możesz zrobić.

Obiecałam ojcu rzetelne wykształcenie.

Mam mało wspomnień ze szkoły. Nauka, szykany naszej wychowawczyni, obowiązująca ideologia, dojazdy, nauka, nauka, nauka. Mama też twierdziła, że tylko dzięki niej uzyskam wolność, niezależność.

— Poszerzaj, dziecko, horyzonty! — mówiła. — Nikt nie zabierze ci tego, co umiesz, co masz w głowie. To twoja wolność, mądrość. Wytrzymaj!

Była też miłość.

W trzeciej klasie spotykałam się z chłopcem z Biskupca.

Przychodził pod naszą szkołę. Czekał na mnie. Chodziłam z nim na spacery, ale krótkie, bo Wanda czekała na przystanku i wracałam wzdychać nad rozlewisko.

Janek, przystojny (jak mi się wydawało), średniego wzrostu, nieśmiały, ale mądry i pracowity okularnik, przyjeżdżał czasami do mnie autobusem. Miał szorstkie dłonie i dość ostre rysy. Krótko się strzygł i był aż za spokojny… Taki naukowiec.

Bardzo mi to imponowało. Nie lubiłam hałaśliwych kolegów, popisujących się i dokazujących na naszych oczach. Byli za głośni, obcy mi i zwyczajnie nie lubiłam ich dogadywań, zaczepek.

— Czy panienki pozwolą odprowadzić się do przystanku?

— Nie, dziękujemy!

— O! Jak obcesowo! A może jednak?

— Nie rozmawiamy z nieznajomymi!

— Ejże! Ale przecież my się znamy?

— Zapewniam pana, że nie!

 

— Heniek jestem, a kolega Zygmunt! Miło nam! Czy teraz pozwolą panie towarzyszyć sobie w kroku?

Zrobiłam się purpurowa ze złości, a Wanda ciągnęła mnie za rękaw, szepcząc:

— Baśka, błagam cię, nie rób skandalu na ulicy!

Zrobiłam. Odwróciłam się i uśmiechnęłam się do tego krzykacza, podeszłam blisko i… trzasnęłam w gębę z całej siły. W szkole miałam awanturę, bo widziała to wszystko pani z komitetu rodzicielskiego, przyjaciółka naszej wychowawczyni. Na dodatek okazało się, że ów adonis, Henryk — cham, jest synem miejscowego wicesekretarza partii.

Na lekcji wychowawczej dowiedziałam się, że zachowałam się jak ulicznica i skalałam dobre imię szkoły. Czekał mnie sąd koleżeński…

Wezwano mamę, która została w gabinecie z panią dyrektor sam na sam, i gdy wyszła — dyrektorka ściskała jej serdecznie dłoń i żegnała mile.

— Mamo? — spytałam w domu. — Co jej powiedziałaś? Sąd odwołano... Powiedz?

— Powiedziałam, że skoro całe zajście widziała pani z komitetu wraz z mężem, to dlaczego nie stanęli, jako dorośli, w obronie waszej czci?

— I tylko tyle?

— Tylko. A trzebaż więcej?!

Uwierzyłam jej. Mama ma moc mówienia prawdy każdemu, w taki sposób, że prawda, jak oliwa, pozostaje na wierzchu. Po prostu z mamy argumentami nikt nie wygrał. Nigdy! Jest jak ksiądz w spódnicy. Nasz pastor, Otton Wittenberg, mówił zawsze:

— Pani jest prawym człowiekiem, pani Bronisławo — jak pani imię!

A jemu trzeba wierzyć!

Miało być o miłości…

Jak widać, miałam pewien kłopot z zawieraniem znajomości z chłopakami, aż tu pojawił się Janek. Przyniósł naszej pani od biologii kilka preparatów formalinowych — dar jakiegoś instytutu dla szkół. Centralnie rozdzielono to na nasze gimnazjum i męskie. Poznaliśmy się na kółku biologicznym, gdy on te preparaty ustawiał na regale.

— Co kolega tu robi? — spytałam, gdy weszłam na zaplecze.

— Witam. Nazywam się Jan Borowiec — mówiąc to, zszedł z krzesła i ukłonił się dość staromodnie. — Przyniosłem koleżankom preparaty formalinowe. Pięknie wykonane! Proszę zobaczyć — tu anatomia ptaka z naklejonymi cyferkami i opisem na zewnątrz. A tu — żaba…

— Może to królewna żabka? — zażartowałam, a on niezdarnie poprawił okulary, nie mając na twarzy nawet cienia uśmiechu… Odprowadził mnie po zajęciach na przystanek i już byłam zakochana! On też, ale o tym dowiedziałam się później. Z liściku, który znalazłam w kieszeni, z wymiętym bukietem pachnącego groszku. Chudy był ów bukiecik, ale jak wiele mówiący!

A list!

Droga Basiu!

Nigdy nie spotkałem tak spontanicznej i miłej dziewczyny, która podzielałaby moje pasje i dawała zrozumienie zagadnieniom biologii. Nadto była tak koleżeńska, miła i ładna. Myślę o Tobie dniami i nocami i wiem, że moje serce należy już do Ciebie. „Całuję Twoją dłoń, madame” — jeśli pozwolisz.

Kreślę się z szacunkiem — Janek

Nie deklarowałam mu swoich uczuć, ale gdy następnego dnia czekał na mnie pod szkołą, uśmiechnęłam się szeroko i puściłam rękę Wandy, która wróciła do domu wcześniejszym autobusem. My włóczyliśmy się, rozmawiając o… teorii Darwina.

Byłam zachwycona!

Janek nosił wełniane spodnie i dzianą kamizelkę na koszulę i wydawał mi się taki „miastowy”. Wiedziałam, że miał astmę i taki specjalny inhalator ze szklaną końcówką, rurką i pompką. Gdy miał atak, wkraplał tam lekarstwo i pompował, wdychając ustami. Szalenie mi się to podobało! Taka aura tajemniczości, choroby dodawała Jankowi uroku.

Jego ojciec pracował w szpitalu jako lekarz, a mama jako dentystka.

Zdarzało się, że przyjeżdżał do nas nad rozlewisko. Siadywaliśmy pod piecem, speszeni obecnością rodziców, i wtedy mama z ojcem wychodzili do saloniku, gdzie tatko czytał, a mama stawiała pasjansa. Wtedy Janek przerywał jakiś wywód o genetyce i dotykał moich palców, patrzył mi w oczy. Albo szliśmy na spacer w stronę lasu i tam odważnie brał mnie za rękę. Co za przeżycie! Czułam się taka dorosła, trzepotało mi serce, ale stale myślałam, czy Janek zdąży na ostatni autobus.

Opowiadał mi o różnych ciekawostkach ze świata medycyny, o badaniach, doświadczeniach, wynalazkach. Czasem milkł i się uśmiechał.

Któregoś razu odprowadzałam go do przystanku i koło starej jabłoni Janek pocałował mnie pierwszy raz! Sam był chyba nieźle podenerwowany, bo drżały mu ręce, kiedy zatrzymał się i odwrócił do mnie. Wziął moją twarz w dłonie i się nachylił. Powoli dotknął swoimi wargami moich i chwilę miękko po nich wodził. Na koniec przycisnął mocniej i już!

Byłam oszołomiona i szczęśliwa. Nie mogłam spać i rano wszystko opowiedziałam Wandzie. Wanda parsknęła i pogratulowała mi, bo ona już dawno całowała się z Albinem, swoim chłopakiem, którego nie lubiłam, bo był mrukiem.

Albin był z Pasymia, ale mieszkał na drugim końcu miasta. Przyjeżdżał do Wandy rowerem i woził ją na ramie. Wpadali po mnie, ale jakoś nie chciało mi się z nimi jeździć po lesie, bo wiedziałam, że chcą być sami. Wolałam mojego nudnego i nieśmiałego Janka.

Później mój amant zdał maturę i znikł mi z oczu. Pojechał na studia do Gdańska, a listów pisać nie umiał albo nie chciał. Chyba nie byłam aż tak zakochana, bo jakoś „rozeszło się po kościach”. Niestety, Wanda źle ulokowała swoje uczucia, bo na jakimś wiejskim weselu, na które Albin ją zaprosił do Trelkówka, spił się i zgwałcił ją w stodole. Niby poszła tam z nim, na przytulanki, ale posunął się za daleko.

Wiesiek, jak wyszedł z wojska, oczywiście obił mu pysk, ale Wanda zamknęła się w sobie. Wkrótce zresztą oboje wyjechali do Pruszcza Gdańskiego.

Zdałam maturę.

Zmarł Stalin.

Mama sprzedała ojcowe konie i wpłaciła mi pieniądze na książeczkę, żebym miała „na Warszawę”. Rok później zdałam na studia i wyjechałam z domu do Warszawy, po nowe życie. Biedna mama! Została sama z Kaśką.

Po wiedzę, po nowe


Wyjazd do Warszawy był mniej uciążliwy. Już nie tak gorąco, droga znana mi i oswojona. Wzięłam sobie podręcznik, przypomniałam sobie wszystko, czego nauczyłam się w szkole, i czasem gapiłam się przez okno, rozmyślając, czy poradzę sobie w tej Warszawie, gdybym oczywiście zdała. Samo miasto już mnie deprymuje.

Wszyscy w tej Warszawie przyjezdni i jakby swoi. Trafiłam do ciotki od razu, bez błądzenia, tak się ta Warszawa zmienia! To nasza jedyna krewna z rodziny mamy. Stara pani z pretensjami i zmysłem do interesu — prowadziła stancję dla studentów w ocalałym po wojnie wielkim mieszkaniu. Przywitała mnie niezbyt przychylnie.

— A, to ty. No, co tam u Bronki?

— Wszystko dobrze, ciociu.

— Wiesz, dziecko, jakoś nie widzę możliwości, żeby cię zameldować na stałe, mam tu samych chłopaków!

— Mówiła ciocia poprzednio…

— Mówiłam, mówiłam! Skoro Bronka prosiła, ale tylko na te egzaminy. Bo… jakżeż potem ty to sobie wyobrażasz? Z chłopcami? W pokoju? Ja celowo tylko chłopakom odnajmuję pokoje, bo z nimi mniej ceregieli, żelazka prawie nie używają, wody mniej niż panny i wiesz, kłopotów mniej z tym… no wiesz… — zniżyła głos do szeptu.

— Z czym, ciociu? — spytałam też szeptem.

— Panienka, a nie wie! — sarknęła.

— A! Co miesiąc?

— Ciiii — położyła palec na ustach. — Więc widzisz… Nie! No, jak ty to sobie wyobrażasz?

— Ciociu, obiecała ciocia! Jeszcze nic nie wiadomo, bo egzaminy przede mną… Po obcych mam się tułać?

— Zdasz, zdasz! — wstała, machając ręką tak, jakby te egzaminy to była czcza formalność. — Dobrze, że Bronka te wasze papiery zagubiła we wojnę i że niby ty wieśniaczka jesteś — władza ludowa ci nieba przychyli! — zaśmiała się diabolicznie, teatralnie.

— Może ciocia choć sąsiadki spyta? Dużo pieniędzy to my nie mamy, ale mama zawsze kurę, jajek da...

Ciotka zapaliła papierosa w długiej tutce i zmrużyła powieki.

— Kurę, jajka… — mruknęła kpiąco.

Siedziałam cicho, modląc się, żeby jednak coś wymyśliła. Jak ja mam łazić po tym wielkim mieście i szukać kąta? A w autobusie mówili, że Warszawa naszpikowana ludźmi, co do niej wrócili ze świata. Po Hitlerze pusta była jak pustynia. Teraz szpilki nie ma gdzie wcisnąć! Widać ciotce jednak skalkulowały się mamine jajka i kura, bo zaciągnęła mnie za kuchnię i pokazała zawalony gratami mały składzik.

— Tu przed wojną była służbówka. Ordynans wuja tu sypiał i buty czyścił. Posprząta się i… możesz spać. Obok kuchni masz służbową ubikację z umywalką. Ja z niej korzystam, więc podzielimy się, bo duża łazienka jest całkiem ichnia — męska! Chcesz tak?

— Jasne, ciociu. U rodziny lepiej!

Tak oto kostyczna ciotka przyjęła mnie na stancję. Po egzaminach wyjechałam do domu, a teraz, po otrzymaniu pisemnego zawiadomienia, że jestem studentką Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Nauk Biologicznych, mama spakowała mnie, postawiła krzyżyk na czole i pożegnała.

Jadę już pewniej. Znam trasę i nie boję się miasta. Czytam sobie książkę — ja, Pani Studentka! Wiem, gdzie wysiąść, którędy iść na uniwersytet i jak trafić do ciotki. Przywitała mnie wręcz entuzjastycznie, patrząc na torbę ze śmietaną, jajkami i sporą gęsią:

— Aaaaa, więc jesteś… — i zawołała w głąb mieszkania: — Panowie, proszę ściszyć radio! — a do mnie: — No, dobrze, chodź!

Mój pokój miał powierzchnię sporej trumny. Okienko maleńkie, pod sufitem. Pokoik wyczyszczono z gratów i odmalowano! Stało tam też moje nowe łóżko — czyli poustawiane skrzynki od owoców, a na nich materac. Taki, jaki znaleźliśmy po wojnie w naszym nowym domu. Taboret, kilka półek na ścianie i skrzynka drewniana, z nabitą drewnianą stolnicą, robiła za biurko.

Zamieszkałam u ciotki jako jedyna panna. Chłopcy grzeczni. Czasem zbyt głośno się zaśmiewali, ale na co dzień uprzejmi, częstowali jabłkiem, któryś przywiózł, albo cukierkami. Nie przeszkadzaliśmy sobie. Zresztą, oni głównie studenci politechniki. Ja — uniwersytetu.

To nie były dobre czasy.

Owszem, niby żyło się normalnie, ale wkoło było coś nienormalnego. Zresztą po takiej mieścinie Warszawa mnie przytłoczyła. Nie zapisywałam się do organizacji i znów nie podobało się to moim wykładowcom. Te wiece, zebrania i okrzyki pełne udawanego entuzjazmu mierziły mnie. Wkrótce jednak, dla świętego spokoju, zapisałam się do ZMP. Wszystko udawałam, pałałam miłością do ludowej ojczyzny, jak chcieli, chodziłam na czyny, ale spałam na zebraniach, bo mnie to wszystko nie obchodziło. Czułam, że to dęte, napuszone i wiedziałam od mamy, że żyć można cicho, bardzo porządnie, chociaż bez sztandarów, zebrań i zobowiązań. Mimikra się przydała.

Ciotka traktowała mnie po macoszemu, ale jednak miałam gdzie mieszkać!

— Przyzwyczaj się, dziecko, że tu mieszkają chłopcy i że ja ich traktować umiem, a z pannami nie miałam w życiu doświadczenia, więc mogę być obcesowa. Wybaczysz mi tedy?!

— Jasne, ciociu! Niech się ciocia nie przejmuje! — starałam się być zadowolona z tego, co mam, ale czasem płakałam po nocach z tęsknoty za mamą. Za bezpieczeństwem, które czułam zawsze w naszym domu. Za zapachem mydła i lawendy w łazience, za gorącym mlekiem od naszej krowy, które wieczorem dostawałam do łóżka. Nawet, jak byłam już dorosłą pannicą. Bo to mleko to był taki pretekst, by pogłaskać mnie po policzku, przytulić, wysłuchać, jak coś miałam „na wątrobie”. W Warszawie nikt mi mleka nie przynosił…

Warszawa mnie przeraziła swoją wielkością. To już nie był Biskupiec ani nawet Olsztyn. Dużo chodziłam pieszo i oglądałam. Wystarczyło jednak kilka miesięcy, żebym opanowała główne trasy, obyczaje, rozkład tramwajów. Właściwie rzadko z nich korzystałam. Z Mokotowskiej na Oboźną chodziłam pieszo.


Musiałam nagle stać się dorosła, samodzielna. Sama.

Na krótko.

U ciotki zobaczyłam w kuchni asystenta z uniwersytetu, z mojego wydziału! Był taki piękny, że nie wierzyłam własnym oczom, gdy tydzień później podszedł do mnie na Krakowskim Przedmieściu i spytał o godzinę. Stałam i mrugałam powiekami jak idiotka. Wyglądał jak gruziński książę, tylko w szarym swetrze zamiast książęcych szat. Ujął moją dłoń i spojrzał na zegarek:

— Ach! Już czwarta! Pani w którą stronę? Zaraz, zaraz… pani mieszka u pani Foryś? Prawda? Przecież znamy się z widzenia!

 

— Ja... Nowym Światem idę… zawsze… i mieszkam u cioci — wyjąkałam nieskładnie.

Zaprosił mnie do jakiejś kawiarni po drodze. Piliśmy herbatę i jadłam pączka, wpatrzona w niego jak w obraz.

Staszek Goldbaum. Moja wielka miłość. Właściwie Staszek to było jego „polskie” imię, jak mi się przyznał. Dawid — było zbyt oczywiste, semickie. Skrywane. Wydało mi się piękne. Jak Dawid Michała Anioła. W Biskupcu matka Lilki pokazywała nam książkę z jego rzeźbami.

Mój Dawid! Najczarniejsze oczy świata, najjaśniejsza dusza! Niewysoki, drobny, ale pięknie zbudowany, o przenikliwym spojrzeniu, nostalgicznym uśmiechu, takim czułym i dobrym! Miał takie same zmarszczki w kącikach oczu jak mój tatko, gdy się uśmiechał. Cichy, dobry mój Dawid… Tylko gdy byliśmy razem, używałam jego prawdziwego imienia.

Pojęcia nie mam, jak to się stało, że zaliczałam kolejne kolokwia, że słuchałam wykładów, skoro najważniejszy był on. Fakt, uczyliśmy się jak szaleni. On przepytywał mnie z materiału, a ja, żeby nie wyjść na głupią i naiwną idiotkę, byłam pilna i radośnie przynosiłam mu piątki z kolejnych zaliczeń. Dla niego, jak zdobycz!

Miałam ten swój pokoik, wyznaczony mi przez ciotkę. Ślepą służbówkę w korytarzyku prowadzącym do kuchennego wejścia. Miejsce małe, ale niezależne i oddalone od pokoi innych studentów.

Staszek mieszkał z kolegą, w pokoju przed kuchnią. Kiedy tylko kolegi nie było, siedzieliśmy u nich, bo ich pokój był jaśniejszy. Z oknem. Poza biologią uczyłam się też poezji. Stach recytował mi wiersze i kiedyś zaczął, siedząc blisko mnie, bez kartki, książki, tak z głowy:

— Powiedz mi, jak mnie kochasz.

— Powiem.

— Więc?

Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.

Kocham cię w kapeluszu i w berecie.

W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.

W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.

I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.

(słowa: K.I. GAŁCZYŃSKI)

A gdy powiedział cały wiersz do końca, zamilkł.

Moje serce trzepotało w środeczku zamknięte, oniemiałe z zachwytu. Kto tak pisze? On? Dla mnie?

— To… ty tak piszesz? — spytałam.

— Nie, mróweczko moja. To Kostek Gałczyński — Anioł Zakochanych. Nie znasz jego poezji?!

Zrobiło mi się przykro i głupio. A ja już myślałam, że Dawid tak właśnie postanowił mi powiedzieć, że też mnie kocha. Też, bo ja nocami śniłam tylko o nim. W głowie miałam jego oczy, tembr głosu, sposób, w jaki nachyla się, żeby mi wytłumaczyć działanie mitochondrium…

— Mitochondrium to taka elektrownia, mróweczko…

Teraz patrzył na mnie poważnie, wcale nie kpił, że nie znam tego… Gałczyńskiego, i powiedział:

— Nie umiem, mróweczko, tak mówić o miłości jak on, więc go zacytowałem. Ja cię tak kocham. Każdy twój kosmyk włosów i to, jak je poprawiasz, kocham te niecierpliwe minuty, które dzielą nas od spotkania, twoje paluszki zimne i wszystko, o czym mówisz — kocham.

Patrzył spokojny, bo widział w moich oczach, jak bardzo czekałam na to wyznanie. Dotknął moich palców, oczywiście lodowatych, bo moje krążenie stanęło w miejscu, serce przestało bić...

Potem dotknął mojej brody i się nachylił. Nasze nosy dotykały się jak u Eskimosów. Czułam jego ciepły oddech i bałam się, że słyszy, jak głośno już tłucze się moje serce, jak pulsuje krew. Nigdy dotąd nie całowałam się tak „na poważnie”, tyle co z Jankiem… Teraz byłam z mężczyzną moich marzeń i właśnie on dotykał swoimi wargami moich… A później było coś dziwnego, poczułam jego język.

Kiedy w gimnazjum dziewczyny opowiadały, że tak to wygląda — nie wierzyłam. Jak można, myślałam, czerpać przyjemność z dotykania cudzego języka?!

Można. Można! Był delikatny. Chyba się domyślił, że całuję się pierwszy raz, bo zaraz objął mnie mocno i nawet gdybym zemdlała, leżałabym w jego pewnych ramionach. A ja bojąc się, że skończy za szybko, a przecież tak długo czekałam na tę chwilę, dotknęłam jego szyi i głaskałam go po włosach. Patrzył na mnie i uśmiechał się. Jego oczy się uśmiechały.

— Jeszcze — szepnęłam, i później: — Nie zostawisz mnie nigdy?

— Nigdy — skłamał.

Wyjechał rok później. Do rodziców do Izraela — oficjalnie…

Zanim to się stało, przeżyłam wszystko to, co się nazywa miłością. Każda sekunda nią była. Każdy oddech, wspólne smarowanie kanapek, czytanie i rozmawianie o cyklu rozwojowym mchów. Byliśmy nierozłączni.

Ciotka tylko raz powiedziała mi coś w rodzaju:

— Tylko mi tu wstydu nie narób! Pilnuj się i szanuj, bo ja za tobą chodzić nie będę ani do matki pisać! Sama dbaj o reputację!

— Ależ, ciociu, ja… — byłam czerwona jak burak i nie wiedziałam, co powiedzieć.

— Goldbaum jest z dobrej, przedwojennej rodziny i porządny jest. Znałam jego rodziców przed wojną. Ja tam wam dobrze życzę, ale uważaj!

Pierwszy raz w życiu nie chciało mi się wracać do domu na święta. Pękało mi serce, że zostawiam mojego księcia z bajki na Mokotowskiej.

W domu chciałam wszystko zrobić szybko, jakbym przez ten pośpiech przegoniła czas, jakby te święta mogły zlecieć szybciej.

— Dokąd cię tak gna?

Mama spokojnie ucierała mak w makutrze. Kaśka rozgarniała węgle w piecu chlebowym, bo piekłyśmy ciasta.

Cicho grało radio.

Na zewnątrz była zadymka. Niesamowita, taka jak w bajkach. Wiatr szalał, wzbijając w górę lekki śnieg i tworząc z niego małe leje, trąby powietrzno-śniegowe. I do tego ten świst! Z lasu dobiegał hałas rozkołysanych drzew. Nawet domu Bujnowskiej nie widać było przez tę zamieć. Gdy poszłam z Kaśką do obory i popatrzyłam wkoło, że nasz dom taki na odludziu, taki sam pośród pól, jak okręt na wzburzonym morzu, to aż mi się tak jakoś dziwnie zrobiło, jakbyśmy były same na świecie, a przecież gdzieś jest pokój z moim Dawidem! Jego biurko i książki, pasiasty kilimek na ścianie, i zielona wyliniała otomana. Poczułam nagły niepokój — a jeśli to tylko moja projekcja? Marzenie?

Może przez tę zadymkę już nigdy nic nie zobaczę? Warszawy, Dawida — nigdy? Pada i pada, a wietrzysko, wyjąc, rozrzuca śnieg na dachy, pola, zasypuje odśnieżone podwórko i szarpie nasze chustki i swetry.

Zaśniemy pod tym śniegiem jak niedźwiedzie i odnajdą nas dopiero wiosną…

Ale w kuchni, z mamą, poczułam się spokojna.

— Basiu? Śpisz? — szturchnęła mnie mama, bo nie odpowiedziałam na jej pytanie.

— Nie… Nie śpię, myślę… — rzeczywiście myślałam gorączkowo, co by tu mamie odpowiedzieć. Przecież nie powiem nic o moim chłopaku. Jakoś nie! Nie chciałam jeszcze. — Myślę o tym… mamo, co robi Wanda, Wiesiek — odpowiedziałam półprawdą.

— Wiesiek chyba w wojsku zacznie robić karierę. Wysyłają go tam do szkół, już zrobił jakieś kursy, a teraz ponoć ma studiować na jakiejś uczelni wojskowej, morskiej?

— Świetnie! — powiedziałam machinalnie, bo kompletnie mnie nie obchodziło, co zamierza Wiesiek. Za to myślałam, co robi teraz mój ciemnooki książę.

Pewnie leży w swoim pokoju, słucha radia i czyta. Tak! Na pewno czyta, mój intelektualista, naukowiec! Przypomniały mi się nasze pocałunki i aż westchnęłam głębiej z uśmiechem na twarzy, bo fala podniecenia, zachwytu, nie wiem, czego jeszcze — chlusnęła we mnie tu, w kuchni mamy. Co ja bym dała za jego ramiona! Za to, żeby zamiast w naszej ciepłej kuchni siedzieć z nim na wytartej otomanie ciotki i czuć go blisko, najbliżej. Jak mnie gładzi po twarzy, lekko gryzie w ucho i mruczy najczulsze słowa świata.

Pierwszy raz nie cieszyłam się ze świąt. Zastanowiłam się — czy to grzech?

Czy Bóg gniewa się na mnie, że zamiast z radosnym kwileniem miesić ciasto, wyjadać orzechy, tęsknię do zapachu Dawida, do jego oczu, rąk, słów.

„Nie będziesz miał…”

— Panie Boże — modliłam się wieczorem, klęcząc koło łóżka. — Przecież nie mam żadnego Boga przed Tobą, ale teraz mam taką chwilę w życiu, że kocham pierwszy raz tak bardzo, tak mocno! On jest Żydem, to prawda, ale i Chrystus nim był — no tak? Widzisz, jaki z niego dobry człowiek! Widzisz! Tak go kocham! Tęsknię. Przecież to dobrze tak kochać przeczystą, piękną miłością — prawda?

W radiu ktoś ślicznie grał na fortepianie. Ja — klęczałam w uniesieniu modlitewnym, patrząc przez okno w niebo, jakby w ten sposób moja strzelista modlitwa szybciej miała szanse dotrzeć do Pana Stworzenia.

Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, poczułam Jego rękę na głowie, jak ciepłą rękę taty. Poczułam się dobrze i spokojnie. Jak po nabożeństwie. Pierwszy raz od dawna modliłam się głęboko i poważnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?