Nie opuszczam rąk

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria BEZ POŚPIECHU

Jacek Kleyff Rozmowa

Dariusz Zaborek Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską

Katarzyna Kubisiowska Rak po polsku. Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem

Paweł Smoleński Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

Marcin Rotkiewicz Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Olga Święcicka Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem

Małgorzata Czyńska Moje królestwo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem

Jakub Banasiak 15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem

Irena Cieślińska Pani inżynier od życia. Rozmowa z Magdaleną Fikus

Marek Radziwon Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

Katarzyna Bielas Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

Copyright © by Małgorzata Czyńska i Leon Tarasewicz, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Joanna Bernatowicz, Patrycja Pączek

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-342-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

W gminie Leon, w cerkwi Leoncjusz

Kredki z wiatrakiem

Wojskowe porno

Alfabet koloru

Waliły. Tam i z powrotem

Pan profesor tańczy

Kamyk Nowosielskiego

Król kur

Ikona na drogę

Kolofon

W gminie Leon, w cerkwi Leoncjusz

Ciągle jesteś w rozjazdach między Waliłami a Warszawą. Gdzie będziemy rozmawiać?

Może w samochodzie? Jeśli ci zapach kurzego gówna nie przeszkadza. Robię jakieś sto dwadzieścia tysięcy kilometrów rocznie. Co tydzień jadę dwieście czterdzieści kilometrów z domu do zakładu pracy, czyli Akademii Sztuk Pięknych, i z powrotem. I na wystawy. I gdzie mnie rzuci. Z kurami i po kury. Po całej Europie – wczoraj wróciłem spod Wiednia. Zadzwonił znajomy hodowca, że ma dla mnie odłożone jaja. Wsiadłem w nocy w samochód i pojechałem. Jajka już poszły do inkubatora, a ja znowu w auto. Włączam audiobooka i jadę.

Czyli zaczęliśmy rozmowę od kur.

Chciałaś zacząć od malarstwa?

Jak to z malarzem.

Powiem ci, że najgorzej to próbować rozmawiać z malarzem o jego malarstwie.

Kurze gówno nie najlepiej mi się kojarzy.

To jak wolisz. W Warszawie możemy gadać po kawiarniach.

Po kawiarniach i po polsku. Pierwszy raz w życiu żałuję, że nie znam białoruskiego.

Ty się nie tłumacz, bo niejeden Białorusin swojej mowy nie zna, albo nie uznaje, albo udaje, że nie zna, i nie uznaje. Ja w swoim czasie tak się wyćwiczyłem w polskim, że gdy szedłem na studia, to mówiłem płynnie, bez akcentu. Teraz to już gorzej, co zresztą słychać. U nas, na Białostocczyźnie, białoruska mowa była naturalna. Tutaj przed wojną sąsiedzi, oficerowie Piłsudskiego, także mówili po białorusku. Od małego słyszałem, jak sąsiad wołał owce po białorusku, a jak widział, że ktoś obcy idzie, przechodził na polski. Ostatnio jeden pan, który na emeryturę przyjechał do Gródka, w sklepie zwrócił kobietom uwagę, że tu jest Polska i po polsku trzeba rozmawiać. Kobiety się odwróciły i mówią do niego: „A ty, kurwa, z jakiej dziury wylazłeś?”. Dały mu jazzu tak, że szybko poszedł.

Inna sprawa, że w czasach mojego dzieciństwa i młodości z językiem białoruskim wiązało się poczucie jakiegoś strachu i wstydu. Nie do pomyślenia było, żebyśmy na ulicy w Białymstoku mówili po naszemu. Ludzie się bali. Pamiętam, jak miałem piętnaście lat i siedziałem na Barbakanie na Starym Mieście w Warszawie: podszedł do mnie starszy chudy pan z długimi siwymi włosami, w garniturze i sandałach. Ciągnął za sobą pudla, który nie chciał podążać w tę samą stronę co właściciel. I ten pan zagadnął mnie po białorusku. To był fotograf i aktor Witold Dederko. Oczy mi latały na prawo i lewo, taki byłem zdziwiony. Te jego długie włosy też mnie zadziwiły, jakieś takie niespotykane na Białostocczyźnie. Usłyszał mnie, zorientował się, skąd jestem. Znał białoruski, bo Dederki pracowali na Białorusi jako zarządcy majątków. Ostatnio przed wojną, w Królowym Moście, to piętnaście kilometrów od mojej Stacji Waliły; wtedy to był Annopol. Witold tam mieszkał. Dopiero gdy zbankrutowali, przenieśli się do Warszawy, gdzie otworzyli zakład fotograficzny.

W Królowym Moście byłem ze trzy, cztery lata temu na odpuście. Pojechałem zobaczyć, jak wygląda potańcówka. Zabawa była dobra, chociaż powiem ci, że najlepsza była po odpuście w Pieszczanikach. Gdy w 2007 roku kolega Janek Karpowicz, z którym w młodości grałem na weselach, odchodził na emeryturę, zrobił pożegnalny koncert. Duża impreza, na przyczepie sprzęt muzyczny, deski do tańca, ławeczki. Janek poprosił, żebym zagrał. Nawet białostockie radio reklamowało, że Tarasewicz zagra na perkusji. Jak wypiłem więcej, to i zaśpiewałem chyba ze trzy piosenki. Wiadomo – po białorusku też. W czasach mojej młodości dziewięćdziesiąt procent repertuaru musiało być po białorusku.

W szkole mówili, że białoruski przeszkadza w nauce rosyjskiego, nauczycielka straszyła, że będą problemy na egzaminie. Rodzice musieli co roku pisać oświadczenie, że zgadzają się na nauczanie dziecka języka białoruskiego. Białoruski był nieobowiązkowy; pokaż mi chłopaka, który chciałby zostawać w sobotę na dodatkowe lekcje, kiedy koledzy już kopali piłkę. Uprosiłem matkę, żeby mnie wypisała z białoruskiego.

Inna sytuacja, z okresu studiów, kiedy już budowałem w sobie białoruską tożsamość, uczyłem się czytać i pisać tymi krzesełkami, działałem w Białoruskim Zrzeszeniu Studentów: jadę pociągiem i rozmawiam po białorusku z Walentym Selwiesiukiem (był wtedy przewodniczącym Zrzeszenia). Żeby było śmieszniej, pociąg relacji Warszawa–Białystok nazywa się Pogoń. Drzwi przedziału stuknęły raz, drugi, trzeci. Ludzie po kolei ostentacyjnie wychodzili. W końcu zostaliśmy w przedziale tylko my i jedna pani, która patrzyła tępo to w drzwi, to w okno, i widać było po niej, że się denerwuje. W pewnym momencie nie wytrzymała i mówi do nas, że zachowujemy się niekulturalnie. To ja się pytam: „Dlaczego niekulturalnie?”. Na to ona, że nie rozmawiamy po polsku. Ja: „Możemy i po angielsku rozmawiać, to wtedy będzie kulturalnie?”. Ona się trochę speszyła. „A pani z jakiej wsi Białostocczyzny?” – pytam. „Dlaczego ze wsi?” Ja: „Bo słyszę, jak pani »ę«, »ą« wymawia, Polacy tak nie wymawiają”. Długo milczała, trawiła, w końcu mówi: „Wie pan, gdzie jest Sofipol?”. A to jedenaście kilometrów od mojej Stacji Waliły. Ja: „A wie pani, ile kilometrów z Sofipola do Pierejmy?”. I przed wojną, i teraz miejscowi nazywają Sofipol Pierejma. Wtedy zrobiła się czerwona.

Była taka bariera, rozumiesz, poczucie gorszości. Język jest jak obowiązująca waluta. Identycznie zachowują się Polacy w Anglii czy w każdym innym kraju.

Opowiem ci jeszcze o moich kontaktach z Tadeuszem Konwickim. Najpierw myślałem, że to taka wielka osoba, z którą nie sposób porozmawiać. Potem przełamałem to onieśmielenie i chciałem go zaprosić na nasz Trialog Białoruski, doroczne spotkanie twórców różnych dyscyplin zaangażowanych w działania na rzecz kultury białoruskiej i polskiej. Okazało się, że nie ma mowy o przyjeździe do Krynek, ale na rozmowę się zgodził. Było upalne lato, mieliśmy nagrywać wywiad po białorusku na wideo. Usiedliśmy w kawiarni na Foksal, a on mówi: „Spróbujmy rozmawiać po polsku, bo byłoby niekulturalnie, gdybyśmy przy większości rozmawiali po białorusku”. Dla Polaka jest nie do pojęcia, że on gdzieś tam w sobie ciągle nosił ten świat i język z Wilejki.

Wojujesz o język białoruski.

O ten mój język wybuchło już tyle afer, że trudno by zliczyć. Gdy w 1990 roku w głównym wydaniu Wiadomości mówiłem po białorusku i leciały polskie napisy, to cały Białystok był w ciężkim szoku, jakby zarobił policzek. Potem swoim stosunkiem do języka polskiego zszokowałem wszystkich w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

 

Czym ich obraziłeś?

Gdy w 1996 roku mój obecny zakład pracy chciał mnie zatrudnić, dali mi do wypełnienia wielką ankietę personalną. Chyba im te formularze zostały w spadku po szczęśliwie minionym ustroju. Była tam między innymi rubryczka „nagrody i odznaczenia”.

Akurat tych masz wiele.

No tak, ale wtedy wpisałem tylko srebrny Order Świętego Sergiusza Radoneżskiego, patriarchy, za zasługi dla prawosławia, i dorzuciłem odznakę Wzorowy Żołnierz, którą za młodu dostałem w wojsku. W rubryce dotyczącej znajomości języków wschodnich i zachodnich wpisałem, że z języków zachodnich to język polski bardzo dobry, angielski dobry.

Śmiejesz się, jak o tym opowiadasz. Robiłeś sobie jaja.

Trzeba było podejść ironicznie i z humorem do tego wszystkiego. Przy językach wschodnich wpisałem, że bardzo dobry białoruski, dobry rosyjski i dostateczny ukraiński. Co pokrywa się z rzeczywistością. Oczywiście, odrobina kpiny w tym była, ale prawda też. Przecież ja się polskiego uczyłem dopiero w podstawówce. Na przerwach i tak gadało się po białorusku.

Mówisz o sobie: Białorusin z polskim obywatelstwem. Za granicą funkcjonujesz jako polski artysta czy, jak wolisz mówić, artysta z Polski?

Wiesz, ja już teraz macham na to wszystko ręką. Raz mi Anda Rottenberg opowiadała, jak w Paryżu próbowała objaśniać, kto ja jestem. Mówię jej: „Pewnie tylko czas zmarnowałaś, co?”. Nie ma po co strzępić języka. Nie obchodzi ich to ani tego nie zrozumieją. Taki przykład: mój przyjaciel, pisarz Sokrat Janowicz, jeszcze przed rozpadem Związku Radzieckiego próbował wytłumaczyć komuś na Zachodzie, że jest Białorusinem, używając określenia White Russian. Tamten się zdziwił: „Pan taki młody i białoarmiejec?”.

Daleko nie trzeba szukać: moi polscy znajomi nie rozumieli, o co mi chodzi z białoruskością. Marta Tarabuła z krakowskiej Galerii Zderzak wygłosiła nawet referat, jak to Leon Tarasewicz buduje image prawosławnego Białorusina – przybiera taką pozę artystyczną.

Jestem Białorusinem, mieszkam w Waliłach. Nie mam swojego państwa, bo Republika Białorusi nie jest przecież żadnym autonomicznym państwem, tylko rosyjską atrapą.


Na torach kolejowych pomiędzy Białymstokiem a Baranowiczami, 2002 rok, fot. Grzegorz Dąbrowski

Archiwum Leona Tarasewicza

Wrócę jeszcze do tego strachu, wstydu czy poczucia gorszości, które siedzi w ludziach i pokutuje w kolejnym pokoleniu. Jak się patrzy na te pochody nienawiści ONR-u w Białymstoku czy marsze w Hajnówce poświęcone „Buremu”, to trudno się dziwić, że ludzie się kryją ze swoją narodowością, że Białorusin odgrywa Polaka. Znam takich, co podczas spisów ludności dla bezpieczeństwa podają, że ich dzieci są dwojga imion – bo u nas w cerkwi daje się jedno, więc jeśli ma dwa, to od razu wygląda na Polaka.

Urodziłeś się w Stacji Waliły w gminie Gródek. Jesteś chłopak ze wsi.

Stacja Waliły to miejscowość robotnicza, coś takiego jak podwarszawski Rembertów, tylko że mniejsza. W jednej wsi prawosławni i katolicy. Paru sąsiadów miało gospodarstwa rolne, ale większość już wyszła z roli, ludzie pracowali w przemyśle, na budowie, na kolei. Mój ojciec w czasie wojny uczył się na szewca, w domu zostały mu narzędzia. Jako dzieciak bawiłem się z nim w rzeźbienie. Szewcem jednak nie został, robił na budowach w Białostockim Przedsiębiorstwie Budownictwa Miejskiego. Mama była szwaczką w Zakładach Przemysłu Dziewiarskiego „Karo” w Gródku.

To w podaniach miałeś słuszne pochodzenie, robotniczo-chłopskie.

No tak. Oboje rodzice byli ze wsi, z naszych okolic. Ojciec ze Słuczanki, matka z Mieleszek. Wszyscyśmy z terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

W 2007 roku napisałeś o tych Mieleszkach piękny tekst do albumu fotograficznego Pawła Grzesia. Tak piękny, że, proszę, zacytujmy: „Mieleszki – arkadio naszego dzieciństwa – już nigdy nimi nie będziecie. Na zawsze pozostaniecie jedynie idyllą. Idyllą dzieciństwa, które niczego złego nie zapamiętuje. Ach, ten zapach w sieniach chaty dziadka Michała! Minęło już tyle lat, a on wciąż mnie nie opuszcza. Doszło do mnie całkiem niedawno, że to przecież zapach rozlanego sfermentowanego mleka, przesiąknięty aromatem świeżo zebranego siana ze stodoły. Identyczny zapach czuło się od watówki – kufajki dziadka, kiedy przytulony jeździłem z nim na żeleźniaku na pole do Rabinouki. Na prawo i na lewo mijaliśmy antyczne szczyty mieleszkowskich chat i kolorowe georginie w ogródkach. Za krzyżami, wygonem, Setami, wynosiło nas latem w górę ku skowronkom na horyzoncie, a nisko uwijali się w skwarnym słońcu chłopi, przemieniający żyto w chleb. A chleb miał u mej babci swe święte miejsce – leżał na stole, przykryty białym ręcznikiem, jak jeszcze jedna ikona. Ikona wiejskiej chaty, sens życia. Bo ikonostas świętych rozświecał swymi złotymi promieniami tylko w niedziele i święta, ale to za bagnami – w gródeckiej cerkwi. A tu, w żniwnym polu, w przerwie na posiłek wszyscy siadali w cieniu rabinouskiej jabłoni wokół rozesłanego na trawie obrusa – jak na Ostatniej Wieczerzy. Ziemia dzieliła się z nami tym, co mogła, a nie tym, co namalowano na ikonie”.

Napisałem to po białorusku. Kiedy Gienia, moja siostra, przeczytała przekład, stwierdziła: „Wiesz, po polsku to już nie to…”.

„I jeszcze ta mowa, która dźwięczała wszędzie wokół. Wydawało się, cały świat tak rozmawia, nawet Matka Boska z Chrystusem. Pod jastrzębimi skrzydłami »Arła« prosta mowa z Mieleszek stała się antyczna na równi z innymi… Tak jak proste może stać się wielkim, a wielkie prostym”. Kim był „Aroł”?

Ściapan Piatelski, pseudonim „Aroł”, był białoruskim poetą, który w latach 1909–1918 drukował swoje wiersze w wileńskiej „Naszej Niwie”.

„Zastygły w czasie i »letaś«, i »łoni«, i »lizyny«”. Co znaczą te słowa?

„Letaś” znaczy „tego lata, w tym roku”; „łoni” – „w ubiegłym”. „Lizyny” to jęzory śniegu nawiane na drogę.

Piękne słowo, zapomniane. No właśnie, śnieg i wspomnienia. A Boże Narodzenie?

U nas to Kalada, święto zimowego przesilenia, od dwudziestego czwartego grudnia do szóstego stycznia. Chrześcijanie nam w tę datę weszli. Jak widać, w Kościele rzymskokatolickim nadał się dwudziesty czwarty grudnia, a prawosławiu przypasował szósty stycznia.


Od lewej: Nadzieja (Nadzia), Bazyl (Waśka), Eugenia (Gienia), Leon (Lonik), Halina (Gala) przed domem rodzinnym na Wysrance, gmina Gródek, około 1963 roku, fot. Anatol Tarasewicz

Archiwum Leona Tarasewicza

Jak się świętuje w twojej okolicy?

Standard: przyjeżdża rodzina. Teraz telewizja ma przeogromny wpływ na przebieg świąt. Kiedy nie było telewizji, jako dzieciaki drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia chodziliśmy po sąsiadach z gwiazdą. Zbierały się grupy biznesowe, każdy miał przydzielony rejon, starał się zebrać jak najwięcej pieniędzy. To, cośmy uzbierali, dzieliliśmy między sobą. Gwiazda musiała się kręcić. Sami ją robiliśmy: sito na drewnianym bębnie, wszystko oklejone bibułką. I ten bęben się kręcił. W środku była świeca, jeszcze nawet nie żarówka.

Byliśmy zgraną grupą. Razem kradliśmy jabłka, paliliśmy papierosy. Razem kolędowaliśmy, chodząc od domu do domu. Czasami dostawaliśmy nie pieniądze, a trunek. I nasze kolędowanie kończyło się tak, że ledwo szliśmy. Nawet mróz nie trzeźwił, choć zwykle było gdzieś minus trzydzieści stopni.

Później, nawet nie wiem kiedy, spopularyzowała się szopka. Wcześniej nikt u nas nie wiedział, co to szopka. Telewizja to wprowadziła. Szopka wyparła gwiazdę; zaczęliśmy chodzić z szopką. Telewizja przyniosła bardzo dużo takich zmian. To dzięki niej na stół wjechał nam karp.

Wcześniej nie było u was karpia?

A skąd! Karp to był, ale we dworze przed wojną. U nas – smażony śledź. Wiele tradycyjnych biednych potraw poznikało z naszych stołów, bo konkurencja smaku z telewizora okazała się zbyt wielka. Tradycyjnie jedliśmy kisiel z owsa, lecz z czasem znajdowało się na niego coraz mniej chętnych i zaniknął. Kisiel z żurawin został. Zawsze była kutia, barszcz grzybowy (mama mówiła „kwas hrybowy”, bo u nas „kwas” to „barszcz”), grzyby smażone w cieście, no i śledzie smażone w cieście. Śledź – symbol biedoty, można powiedzieć. Na drzewku i na świątecznym stole paliły się woskowe świeczki. I zawsze gdzieś tam po włosach anielskich ogień poszedł i u kogoś wybuchał pożar. Nie było świąt bez pożaru. Siano pod obrusem – to też wtórne, z telewizji przyszło. Zresztą choinka to dziewiętnastowieczny wymysł, wcześniej wystarczał snopek stawiany w rogu izby.

Na drzewku obowiązkowo wisiały jakieś cukierki. Wtedy atrakcją było spanie w pokoju, gdzie stała choinka, żeby po kryjomu je zajadać. A w miejsce cukierka wsadzić do celofanu czy w papierek jakiś wypełniacz ze skrawka gazety, kawałka drewna, żeby wyglądało, że nieruszone. Każdy miał jakieś sposoby. Tylko głupio było potem samemu trafić na kawałek zwiniętej gazety zamiast słodkości. Czasami padało się ofiarą własnego sprytu.

W czasach mojego dzieciństwa słodycze nie były tak powszechne jak dziś, kiedy dzieci już nawet nie chcą ich jeść, bo mają przesyt. Czekało się na choinkę. Siostra mi przypomniała, jak stawaliśmy w trójkę – mam dwie siostry, Gienię i Halinę – przed choinką, ja na stołku, i śpiewaliśmy do drzewka jakąś piosenkę. Akurat to mi się na „twardym dysku” nie zapisało. I tak wyglądały te święta Bożego Narodzenia w naszej Stacji Waliły.

Warto wspomnieć jeszcze, że święta poprzedzał rytuał bicia świni. Dwa razy do roku to się odbywało, przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą.

Brzmi jak z Hrabala.

No tak. Jako dzieci z fascynacją obserwowaliśmy to morderstwo, uchodzące za rytuał. Ale morderstwo to morderstwo. Trzeba było świnię zabić, potem osmalić słomą. Teraz się parzy wrzątkiem – kiedyś nie do pomyślenia. Dla nas to była wielka atrakcja. Świńskie uszy zastępowały nam gumę do żucia.

Surowe uszy?

Takie przysmalone. Smakołyk. Nie znasz? Mogę ci takie przywieźć, popróbujesz. W Białymstoku w litewskim sklepie sprzedają przywędzone uszy zapakowane próżniowo.

Raczej podziękuję. Co dalej z tym świniobiciem?

Z przysmaków na szybko to oczywiście był móżdżek z jajkiem. Jadłaś kiedyś móżdżek?

Raz w życiu, w dzieciństwie, nad rzeczką pod Krakowem. Po pływaniu miejscowe dzieci poczęstowały mnie pyszną kanapką. Chleb przełożony był masą, którą wzięłam za jajecznicę. A to był móżdżek. Do dzisiaj pamiętam ten smak.

Teraz ludzie się wzdragają, tego nie jedzą, tamtego nie… Na wsi nic się nie marnowało, ani ze świni, ani z innego zwierzęcia. Bo to nie tylko chłopska oszczędność i zaradność, ale też szacunek dla zwierzęcia. Wracając do świniobicia: przetwarzanie prosiaka trwało dwa, trzy dni. Istny terroryzm, życie było ustawione tylko pod to. W domu wszystko przeorganizowane, pozbierane potrzebne naczynia. Jeden kawałek się topiło na smalec, drugi kroiło – na kaszankę, na podgardlaną. Oczy wykorzystywano, żołądek szedł do salcesonu. Masa na kiełbasę nie była mielona przez maszynkę, tylko cięło się mięso, doprawiało czosnkiem i czarną gorczycą. A potem dwa tygodnie czekania, aż wisząca nad piecem kiełbasa się podsuszy i będzie gotowa do jedzenia. Odkrawało się kawałek – delicje… Co ci będę opowiadał, w sklepie takiej się nie znajdzie.

Siostra czasami ma ochotę na powrót do przeszłości i własnoręcznie robi kiełbasę. Ja też raz, w stanie wojennym, urządziłem kuchenny poligon. Zdobyłem dwie szynki, dwa kilogramy boczku, czosnek był w domu. Tylko czarnej gorczycy nie mogliśmy dostać, ale mój kolega Grzesio Jarosz przeszedł się po sąsiadach i wspomogli. Rozpoczęliśmy produkcję. Trzech nas było, na trzy deski do krojenia działaliśmy. Wódka na stół, od razu smażyliśmy pod nią skwarki.

Miałeś przepis na kiełbasę?

Wszystko odbyło się pod uważnym okiem instruktorki. Pytam: „Mama, ile tego czosnku?”. „Tak, kab raboje było” (tak, żeby było pstre). No dobra, dużo to dużo. Pytam: „Ile soli?”. „Żmieńka”. Ja na to: „Twoja garść a moja garść to jest różnica”. Jakoś poszło. Soli się masę, trzeba przemacerować i zostawić na noc. Dopiero na drugi dzień wpycha się ją w kiszkę. Nigdy już nie powtórzyłem robienia kiełbasy, ale gdyby zaszła potrzeba, to mogę.

Powrót do smaków dzieciństwa.

Mam to szczęście, że od kilku lat mieszka ze mną siostra. Gienia lubi gotować, lubi nasze tradycyjne jedzenie. Ma przy domu ogródek, uprawia warzywa. No i żyjemy rytmem pór roku. Jak siostra mówi „ciepło”, to wiem, że przerzucamy się na chłodnik. Tylko nie taki kolorowy jak ten w Warszawie – niektórzy mówią, że litewski…

 

A to nie litewski?

Chuj, nie litewski. My robimy tak: ogórki i cebulę kroi się w kostkę, dodaje się takie szorstkie liście chwastu, który rośnie w ogrodzie, a nazywa się ogórecznik, ewentualnie koper. Śmietanę rozcieńcza się przegotowaną wodą, do tego łyżka soli i ważna rzecz: łyżka octu. Takim chłodnikiem w Warszawie się nie uraczysz.

Żadnych buraków?

Broń cię Panie Boże. Więc latem ten chłodnik, ziemniaki gotowane, skwarka, zsiadłe mleko – i mógłbym tak ciągnąć aż do momentu, kiedy muszę zdjąć przewiewne buty, te siateczki za dwanaście czy czternaście złotych, bo okazuje się, że za oknem już listopad. Tylko teraz trudno kupić mięso na skwarki.

Dlaczego problem? Mało mięsa u rzeźnika?

Co to za mięso? Mięso jest tym, co zwierzę je. A wiesz, czym je karmią? Czasami tak się fatalnie trafi, tak w domu śmierdzi ta wędlina, że się jeść odechciewa. Chcesz skwarek, a skwarki skaczą po patelni.

Źle, jak skaczą?

Źle, wiadomo, że jeżeli coś skacze, to jest woda. Dobrze mieć dostawcę, który handluje pomiędzy mordercą a tobą, wtedy ta podstawowa potrzeba żywieniowa może zostać zaspokojona bez uszczerbku na zdrowiu. Pochodzimy z ubogiej rodziny, w której jedzenie dostosowywało się do stanu posiadania. Mama nawet raz spróbowała ugotować zupę, jak to się teraz nazywa – ekologiczną, z pokrzywy, ale tego ojciec już nie zdzierżył. Jego ojciec, a mój dziadek, kasę wprawdzie zarabiał, ale szybko ją zamieniał na płynny towar i babcia miała problem z wykarmieniem szóstki dzieci. Sześć otworów pokarmowych – wyobraź sobie, jak to wtedy na wsi bywało. Dawała im do jedzenia wynalazki na zielsku, więc mój ojciec miał uraz. Pamiętam, raz wrócił z pracy po południu i gdy tylko wszedł do domu, poczuł specyficzny zapach. Podniósł pokrywkę, a w garnku była właśnie zupa z pokrzywy. Powąchał, popatrzył i wykonał bardzo zdecydowany ruch: otworzył drzwi i szurnął na podwórko garnek z zawartością. Ekologiczna breja kojarzyła mu się z tym jego biednym dzieciństwem.

Ten dziadek, ojciec ojca, jest ważną postacią. Można powiedzieć, że on pierwszy w naszej rodzinie wykonał ruch w kierunku kariery zawodowej.

Awans społeczny?

Właśnie, awans społeczny. Dziadek zaczął pracować na kolei, był dróżnikiem. Jego ojciec miał gospodarstwo, ale on wolał kolej.

Jak dziadek miał na imię?

Po polsku Jan. A u nas Wańka. Postać romantyczna, że tak powiem. I wysoki był, gdzieś pod metr dziewięćdziesiąt. Bo ci Tarasewicze w ogóle nie mogli narzekać na wzrost. Jednego dziadka ciotecznego nazywali Wańka Douhi, czyli Janek Długi, miał dwa metry pięć centymetrów wzrostu.

Rzeczywiście, kawał chłopa.

Ja jestem Tarasewicz potrójnie skrócony, bo mam tylko sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Praprababka była krótka, babka niska i moja mama też. Króciaczki. Czasami jeszcze się zdarzy w rodzinie niespodzianka i ktoś mocno wyskoczy. Ludzie się dziwią, skąd to nagle takie wysokie, a to geny wybiły. Fizycznie jestem podobny do ojca. W latach licealnych wiele osób podchodziło do mnie na ulicy i pytało, czy ja czasami nie jestem Waśki synem. Waśka to Bazyl.

I co było z tym Wańką dalej?

Zaczął pracować na kolei, był dróżnikiem na moście na Supraślu. Śmieję się, że to jest ten moment, kiedy moją rodzinę łączy wspólna historia z rodziną prezesa Kaczyńskiego. Kolej tutaj to jest odcinek między Białymstokiem a Baranowiczami. Od 1927 roku dziadek Lecha i Jarosława Kaczyńskich był zawiadowcą węzła kolejowego w Baranowiczach, a mój dziadek codziennie pilnował tego mostu, po którym jechały pociągi w kierunku Baranowicz i z powrotem. Na dole stał drewniany dom, gdzie mieszkała rodzina.

Zatem to, że dziadek Jan został dróżnikiem, zmieniło życie rodziny.

Absolutnie zmieniło. Mój ojciec jest z 1921, rok wcześniej przyszedł na świat jego brat Mikołaj. Ojciec urodził się w Słuczance, tam gdzie mieszkał i uprawiał rolę pradziadek Adam i prapradziadek Tomasz. Dlatego nas nazywali tam Adamowy, czyli linia od Adama. Obok domku dróżniczego znajdowała się wieś Straszewo, więc i na ten domek mówili Straszewo. I tam mieszkał dziadek. Jedenaście dusz w jednym domku ich tam było. Obok mieszkali Karpiuki, rolnicy. Mieli lepszą pozycję ekonomiczną. Przyszły pisarz Aleksiej Karpiuk uczył się w gimnazjum w Wilnie. O tym gimnazjum można przeczytać w jego książce Danuta, autobiograficznej opowieści o białoruskim chłopcu, lewaku, który zakochuje się w córce polskiego dowódcy. Napisał też książkę Raj w Wierszalinie, której akcja toczy się niedaleko Krynek.

Osadę Wierszalin założył w latach trzydziestych XX wieku Eliasz Klimowicz, znany jako prorok Ilja. Miał swoją grupę wyznawców. Uważał Wierszalin za nową stolicę świata, ściągali tu licznie pielgrzymi z Nowogródczyzny i Wołynia. Później stworzył oddział partyzancki imienia Konstantego Kalinowskiego, czyli dowódcy powstania styczniowego na terenach dzisiejszej Litwy i Białorusi.

À propos Kalinowskiego: na naszych oczach domyka się historia. Tydzień temu przenoszono jego szczątki. Powstańcze hasło i odzew Kalinowskiego brzmiały: „Kogo kochasz? Kocham Białoruś”. Ważna postać, białoruski bohater! Został powieszony 22 marca 1864 na placu Łukiskim w Wilnie, ale miejsce pochówku przez wiele lat pozostawało nieznane. Nie tak dawno temu, bo w 2017 roku, na Górze Zamkowej w Wilnie odnaleziono szczątki jego, Zygmunta Sierakowskiego, również dowódcy powstania, oraz osiemnastu żołnierzy. Wrzucono ich do dołu w ziemi ze związanymi rękoma. Teraz spoczęli na wileńskim cmentarzu Na Rossie. Kalinowski urodził się we wsi Mostowlany, oddalonej ledwo osiemnaście kilometrów od mojej Stacji Waliły.

Wracając do Karpiuka: po wojnie świadomie został w Grodnie, po drugiej strony granicy, i tam pisał książki po białorusku. Społecznie zaangażowany, zdziałał dużo dobrego, dbał o rozwój języka polskiego, pomagał ludziom. Spotkałem się z nim raz w 1988 roku, gdy miałem wystawę w Grodnie. Opowiadał mi, że z moim ojcem bawili się na torach kolejowych. Zabawa polegała na tym, żeby przebiec jako ostatni przed czołem pociągu. Trudno mi było w to uwierzyć, bo w naszej rodzinie tylko ojciec uchodził za spokojnego. Ale może się mylę, może jako dziecko miał fantazję. Robił też to, co potem ja z kolegami: kiedy zbliżał się pociąg, biegliśmy pod żelazny most. Wszystko się trzęsło i łomotało, uszy bolały od hałasu, a dla nas to była zabawa.

Frajda i adrenalina.

Tak. W Raju w Wierszalinie Karpiuk opisał, jak to miejscowe dzieciaki znajdowały na torach coś niezidentyfikowanego, o dziwnym kolorze, pomiędzy czerwienią a żółcią. Strasznie im to pachniało. Wiedziały, że bogate dzieci z pociągów to jedzą, a kawałki wyrzucają przez okno. Spróbowały i okropnie się dziwiły, że to takie gorzkie. Chodziło o pomarańcze.

Na torach pewnie lądowały skórki pomarańczy.

Skórki. Specjalnie nie mówię, że w kolorze pomarańczowym, bo wtedy nikt nie wiedział, co to jest kolor pomarańczowy.

Jak dalej potoczyły się losy twojej rodziny?

W 1933 roku dziadek wynajął dom w Gródku, przy samym rynku, blisko synagogi. Obok, przy rzece, była mykwa. I tak do 1939 roku tam żyli. Ojciec opowiadał, że rozwijał dziecięcy biznes, paląc w piecach w żydowskich domach w piątek na szabas.

Był szabes goj.

Dokładnie, szabes goj. Dalej było tak, że w 1939 roku dziadek kupił dom od Żyda. Ten dom przeniósł potem w inne miejsce, niedaleko torów kolejowych, w sosnowy zagajnik, gdzie stoi do dziś. Ludzie tam budowali wtedy nowe domki – biedadomki, z trocin, z desek. Wujek Wańka Douhi, pradziadek Ignacego Karpowicza, też miał tam kawałek ziemi i domek. Tę okolicę nazywano Wysranka. Inicjatywa międzywojennego premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego, który walczył o poprawę zdrowotności i świadomości higienicznej polskiego chłopstwa, jeszcze się wtedy nie upowszechniła. Zanim zaczęto budować słynne sławojki, czyli zamknięte wychodki z serduszkiem albo kółeczkiem, to ludzie biegali do tego zagajnika, żeby tam się załatwiać. Nic dziwnego, że potem kolonia domków została tak ochrzczona. Ja zresztą ciągle używam tego terminu. Jak w 1987 roku, podczas pobytu w Stanach, wysyłałem pocztówkę z Nowego Jorku, zaadresowałem ją tak: „Tarasewicz Nadzieja, Wysranka, 16-040 Gródek”. Pod spodem: „Poland”. Już wtedy uprawiałem taki neopatriotyzm. Wiadomo było, że i tak dojdzie. Pisałem do mamy po białorusku łacińskimi literami, krótkie i zrozumiałe zdania, że jestem w Nowym Jorku, mam wystawę, a dalej: „Pozdrawiam was, dziewczyny na poczcie, które czytacie tę pocztówkę”.

Z kolei domek moich rodziców był maleńki, dziesięć na sześć metrów. Ręką sięgałem do belki sufitu. Pamiętam – miałem chyba z pięć lat, a może mniej – jak akurat składali ten domek. W głowie został mi obrazek strużek z hebla: na piasku, na podłodze. Nie spodobało mi się to. Powiedziałem, że to nie jest mój dom. Obrażony pobiegłem do tego, w którym się urodziłem, ale nie dobiegłem, bo wpadłem do dołu wykopanego na zdechłą krowę. Długo tam siedziałem, zasikany ze strachu, chrychałem i płakałem. Wszyscy mnie szukali. W końcu sąsiadka dosłyszała mój płacz i wyciągnięto mnie z tego dołu.

Mniej więcej w tym samym czasie ojciec dał mi bilet na pociąg. Codziennie jeździł na budowę do Białegostoku, a ja mu strasznie tych podróży pociągiem zazdrościłem. Podał mi go, żartując: „Masz bilet, to sobie pojedziesz”. Po dwóch godzinach znaleźli mnie spacerującego wzdłuż peronu z biletem w ręku. Czekałem na pociąg. Chciałem odbyć podróż.

Jak rodzina przeżyła wojnę?

Bardzo różnie. Po pierwsze nie wiem, co masz na myśli, mówiąc „wojna”. Bo te wojny były zupełnie inne. U nas nie było 1 września. Tu Misza Siemion, muzykant i miejscowy aktywista Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, wraz z grupką działaczy, Białorusinów i Żydów, przyszedł do gminy i powiedział: „Dajcie broń, będziemy bronić ojczyzny”. Oni na to: „Nie ma sprawy, przyszykujemy. Przyjdźcie jutro”. I gdy się zjawili następnego dnia, to już czekała podstawiona ciężarówka, na którą ich załadowali. Siedzieli tam też zarządca majątku w Waliłach, Niemiec Wasbach, i jego żona. Jeszcze paru niemieckich mechaników zabrano z tartaku i wszystkich wywieziono do Berezy Kartuskiej. Dziś można powiedzieć, że pozbyto się inteligencji technicznej. U nas Bereza Kartuska była postrachem, tam lądowali wszyscy działacze z naszej gminy.