Zagubiona nieśmiertelnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maksymilian Bron

Zagubiona

nieśmiertelność


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2016

Maksymilian Bron „Zagubiona nieśmiertelność”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Maksymilian Bron, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

może być reprodukowana, powielana i udostępniana w

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Maksymilian Bron i Robert Rumak

Korekta: Paweł Markowski

Ilustracje na okładce: © luzitanija – Fotolia.com

ISBN: 978‒83‒7900‒488‒1

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Dla moich synów:

Jeremiego i Leonarda

CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział I
ŚCINANE GŁOWY

To, że w Głowaczewie, który kiedyś nosił nazwę Głowościn, ścinano głowy tym, którzy zagrażali chwiejnej równowadze Polaków, Żydów i Niemców żyjących razem w tej mieścinie, wiedzieli ci, którzy je nadal mieli. Szacunek, jaki mieli włodarze do rzeczy, które robili ich antecesorzy sprawiał, że również w II Rzeczypospolitej praktykowali tę tradycję. Wszystkie egzekucje odbywały się za willą należącą do miejscowego proboszcza i tylko na niektóre z nich, dla przestrogi, dopuszczani byli gapie. Niektóre odbywały się w tajemnicy.

15 sierpnia 1939 roku piętnastoletni Albert po raz pierwszy doświadczył, że życie toczy się krwią. Pod toporem Niemca Wursta spadła głowa żydowskiego złodzieja Nimra, a z trawy podniósł ją ksiądz Badowski. Głowa powędrowała do jednego z kilku stawów, położonego w wielkim sadzie, gdzie jabłka prześcigały się z gruszkami w sokach spływających na jaśniejącą w promieniach trawę.

Od tej pory, właśnie krew i woda (ta z procentami), będą znaczyć buty Alberta i prowadzić go przez życie. Po skończonym widowisku pobiegł prędko do warsztatu ojca i opowiedział mu co widział. Ojciec zawsze tłumaczył mu świat:

– Czasami jedna głowa ratuje tysiące.

Chłopak urodził się w polskiej rodzinie. Ojciec był krawcem, a matka rodziła dzieci przez 10 kolejnych lat.

Co rok prorok. Albert był najmłodszy wśród 6 synów państwa Jeremickich. Często dojeżdżał do Warszawy, oddalonej od Głowaczewa o kilkadziesiąt kilometrów, żydowskim autobusem, którego brodaty kierowca nieraz widział nóż pod swoją szyją trzymany przez młodych polskich gapowiczów. Albert natomiast budził swoimi błękitnymi oczyma takie zaufanie, że nieraz w życiu udało mu się wyjść cało z niejednej nożowej sytuacji. Zaufanie odwzajemniał również kierowca Jach, który woził chłopaka za darmo.

– Wchodzi. Siadaj Albercik – mówił uśmiechając się.

– Znów do wuja jedziesz?

– Tak.

Brat ojca, Zbigniew, był lekarzem w szpitalu dzieciątka Jezus i Albert pomagał mu w remoncie domu. Następnie załatwił mu pracę w niemieckiej firmie remontowej. Dojeżdżał więc pięć dni w tygodniu wożony przez żydowskiego kierowcę, aby pracować u niemieckiego pracodawcy.

Soboty zazwyczaj spędzał na włóczeniu się z kolegami i zbieraniem jabłek z cudzych sadów. Wszyscy uwielbiali dreszcz pachtowania oraz ewentualną ucieczkę przed właścicielem jabłoni.

– Nazywacie to pachtą, a trzeba nazwać to po imieniu – krzyczał ksiądz na kazaniu. – To kradzież. Jak długo będziemy zatruwać nasze życie eufemizmami? Zabójstwo to zabójstwo, zdrada zdradą, a kradzież kradzieżą. A nie pachta pachtą. Do jasnej…

Najsłodsze jabłka rosły za plebanią. Chłopak zakradał się tam od czasu do czasu. Ale ostatnio zamiast szukać tych najczerwieńszych, miał przed oczyma jedynie czerwień trawy, której kolor zmieniła spadająca głowa złodzieja.

Postanowił wejść do sadu od strony lasu. Z łatwością przeskoczył przez drewniane ogrodzenie. Zerwał gruszkę.

Sad był ogromny i ciągnął się przez kilka hektarów, więc Albert miał w czym wybierać. Oparł się o drzewo, a cień padający na niego dał mu małą ulgę od upału, który powodował na jego jasnej skórze zaczerwienie. Usiadł i zasnął. Obudziły go jakieś odgłosy znad niewielkiego stawu. Zakradł się i zobaczył jak proboszcz Badowski bierze od tyłu Salę, szarpiąc ją za włosy i wyzywając ją od żydowskich kurew. Kiedy skończył, padł na trawę jak wykończony hipopotam wpadający z impetem w rzekę po stosunku. Był zmęczony, czerwony i z wielką winą wypisaną na twarzy. Dziewczyna nałożyła suknię i pobiegła szybko do ojca, który czekał dwadzieścia metrów dalej. Albert kolejny raz poradził się ojca.

– To się nazywa równowaga – wyjaśnił mu dość niejasno.

Niedziela oczywiście oznaczała kościół. Jeremiccy szli całą familią na sumę, którą zazwyczaj prowadził proboszcz. Albert nie mógł wytrzymać w świątyni. Z upału, z moralizowania hipopotama. Zakaszlał i wyszedł. Kiedy wrócił po 10 minutach, usłyszał szept dwóch kobiet w średnim wieku w przedsionku kościoła.

– Wie, co mówi, gdy głosi, że nie ma idealnego człowieka na świecie – powiedziała jedna.

– Tak. Już za Żydówki się wziął. My mu nie wystarczamy – żachnęła się druga.

Rozdział II
MARINA

Wojna skończyła już swą drugą wiosnę, kiedy siedemnastoletni Albert kopał kolejną studnię. Mieszkał u wuja w Warszawie i sześć razy w tygodniu dojeżdżał do Kanic, gdzie pracował przy kanalizacji. Obsługiwał łopatę, ale szybko się nauczył, że gówno, podobnie jak perfumy, jest ważną częścią naszego istnienia. Niemcy wysiedlili całą wioskę i urządzili w niej swój nazistowski obóz wojskowy. Nad każdym barakiem powiewały flagi. Węgierska, szwedzka, ukraińska, austriacka, włoska, niemiecka i jeszcze kilka, których nie rozpoznał. Jedynymi, którzy nie zostali wysiedleni z Kunic byli Niemcy mieszkający tu przed 1 września 1939. Volksdeutsche wcale nie cieszyli się, że zostali Herrenvolk, gdyż pamiętając Wielką Wojnę wiedzieli, że zapłacą cenę za marzenia narodowych socjalistów, aby wszyscy Europejczycy stali się Thorami. Radość sprawiała im jedynie budowa kanalizacji, a to czy łopatą machał Polak, czy Niemiec, mieli głęboko.

– Ej! – usłyszał, kiedy wpatrywał się w swojego kolegę Stanisława, który oddawał mocz do wykopanej dziury. Chciał złośliwie zakrzyknąć, że budowa kanalizacji nie polega na sikaniu przed jej montażem, ale kobiecy głos zdziwił go, gdyż naprawdę rzadko widywał w Kunicach kobiety. Odwrócił się i zobaczył, że przy zielonym płocie stała około czterdziestoletnia kobieta o rudych, kręconych włosach, ubrana w wiśniową sukienkę z żółto niebieskimi kwiatami.

– Tak proszę pani? – wydusił.

– Jesteś… taki jak Henryk – podeszła do niego i przejechała mu ręką po policzku. Zrobiła to teatralnie niczym Marlena Dietrich.

– Chodź zrobię ci herbatę.

Spojrzał na Stasia, który stał z otwartą buzią, zapinając rozporek, a następnie wytarł dłonie wraz z kropelkami moczu w brudne spodnie. I poszedł za nią. Trochę przypominała mu matkę. Tylko ta sukienka, makijaż i to, w jaki sposób poruszała biodrami… Cały parter w jej domu pomalowany był żółtą farbą. Złociły się na niej wpadające promienie słońca. Na kredensie dojrzał zdjęcie jej i męża w wojskowym mundurze oraz dwóch synów. Wszyscy mieli lekko uśmiechnięte twarze. Dobry obserwator zauważy sztuczny uśmiech na potrzebę chwili lub szczęście rodzinne, które trwa cały czas. Zdjęcie prawdziwej miłości rodzinnej będzie wyglądać cały czas tak samo. Tak właśnie wyglądało zdjęcie w ciemnobrązowej ramce.

– Henryk to mój młodszy syn – wyjaśniła Marina. – Jego i Patryka wzięli do armii. Męża mi już zabili. Teraz nic nie wiem o synkach. Tylko to, że poszli na wschód. A stamtąd się nie wraca.

Albert nie wiedział co powiedzieć. W takich sytuacjach przytakują idioci. Dialog prowadzą egoistyczne, przemądrzałe maminsynki. Mężczyzna milczy. Człowiek milczy. Tak uważał. Tak usłyszał od swego ojca.

Kobieta podeszła do niego blisko. Tak blisko, że ich usta się prawie złączyły. Matczynym ruchem dłoni przeczesała jego ciemnoblond włosy.

– Wydajesz się być dobrym młodym chłopakiem… mężczyzną – poprawiła się. Jej kolano powędrowało między jego nogi, kiedy przycisnęła go do ściany.

– Byłeś kiedyś z dziewczyną? Byłeś kiedyś w dziewczynie?

– Nie, proszę pani.

Dotknęła go między nogami i wyczuła, ze jest podniecony. Rozpięła mu spodnie i podciągnęła suknię. Odwróciła się. Robił to jak proboszcz. Szarpał za jej rude włosy i bił po tyłku. Doszedł bardzo szybko. Poszły mu łzy. Kobieta przytuliła go. Nie wiedział czy płacz jest wynikiem radości, czy że tak brutalnie potraktował mamę Henryka i Patryka. Nie wiedział jak się ma zachować w jej ramionach. Było mu i głupio i niebiańsko.

– Mam teraz tyle życia w sobie od ciebie – pocałowała go w szyję wciąż przytulona. – Wiem, że moi chłopcy już nie wrócą. Teraz to ty musisz być dla mnie mężczyzną. A ja muszę mieć to dziecko – pokazała na swój brzuch.

Chłopak zakochał się po raz pierwszy w życiu. Wujek od razu rozpoznał ten uśmiech, ale pozostawił swoje postrzeżenie dla siebie. Mężczyzna ma dużo robić, nie gadać. Ma się drzeć, a nie płakać. Tak usłyszał od swojego ojca. Tak również przekazał swojemu synowi. Po co mówić o uczuciach, kiedy popełni się jeszcze jeden grzech przeciw męskości i się chłop rozpłacze. Nie, do tego stary lekarz, nie chciał dopuścić. A na pewno nie przed metą swojego życia. Musiał na nią dotrzeć bez skazy. Wolał zamiast gadki o uczuciach zapytać bratanka o kał, mocz i jego przepływ. – Jak tam… Stasiu?

 

Od poniedziałku do piątku, w przerwie na obiad, szedł do Mariny i kochali się. Już nie kochał się z nią w pozycji na proboszcza. Uczyła go dłuższej przyjemności. Po każdym stosunku palili papierosa. Poznał smak seksu i tytoniu. Po dwóch tygodniach kobieta przywitała go pijana.

– Chodź do mamusi – zarzęziła.

Spiął się. Jego członek opadł momentalnie. Dziwnie się poczuł, ale podszedł. Kochał ją przecież najbardziej na całym świecie. Przytuliła go i gładziła po włosach, a następnie pocałowała.

– Zabrali mi ich. Zabrali mi ich na zawsze – płakała. – Nigdy nie rozumiesz, nigdy nie zrobię dla nich śniadania. Nie powiem im dobranoc. Nie poczuję ich pocałunku na policzku. To są moje dzieci – wydarła się. – Mojeee…!!

Niewiele się zmieniło podczas następnych dwóch tygodni. Marina wlewała w siebie alkohol, więc i on zaczął pić. Dla towarzystwa. Choć tak naprawdę z miłości. Trzydziestego pierwszego dnia alkoholizowania wyszła na balkon. Był gorący dzień i wszyscy robotnicy, więźniowie oraz żołnierze przeklinali upał, tak jak zimą kurwowali na śnieg. Miała na sobie ciemno bordową suknię, jej kolor zlewał się z winem, które sączyła. Albert kopał w pobliżu. Wody gruntowe były w tym miejscu wysokie i mimo gorąca sięgały na dwa i pół metra pod ziemią.

– Wy kurwysyny! – wydarła się. Podniósł głowę do góry, gdyż myślał, że to było adresowane niego. Ale Marina darła się po polsku do przechodzących niemieckich żołnierzy – zabraliście mi męża, dzieci. Ten wasz wódz doczeka się piekła, jak i wy.

Porucznik Helrod zatrzymał się. Albert znał go dobrze, gdyż zawsze przychodząc, powtarzał pod nosem coś o słowiańskich niewolnikach.

– I co morderco? Myślisz, że ciebie sprawiedliwość nie dosięgnie? Poczekasz rok, dwa, dziesięć, ale zdechniesz i to w męczarniach za to, co tu robisz – darła się. – A twoja matka? Czy ona…

Usłyszał strzał. Chwilowy huk. Zamarł krzyk. Kobieta osunęła się i upadła na beton balkonu.

– To wariatka – zaśmiał się Helrod i schował pistolet. Odwrócił się do Alberta i Stanisława.

– Właśnie wykopaliście dla niej mogiłę – powiedział patrząc na dół, przy którym stali. – Wrzućcie ją tutaj.

Ojca nie było w pobliżu. Stasiu stał z otwartą buzią. W uszach Alberta rozbrzmiewało niekończące się echo strzału. Potem kompletna cisza. Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, zobaczył, że Helrod włożył swojego Lugera w rozdziawione usta jego przyjaciela i momentalnie odzyskał słuch.

– Raz, dwa – zaczął odliczać.

– Chodź – Albert krzyknął do Stasia. Szybko pobiegli po ciało jego ukochanej. Kiedy wbiegł na balkon chciał ją pocałować, chciał zapłakać, chciał wydrzeć się i w najbardziej brutalny sposób zemścić się na niemieckim poruczniku.

– Szybciej! – usłyszeli z dołu.

Chwycił ją za dłonie. Stasiu trzymał nogi. Dotargali ją nad wykopaną dziurę i wrzucili na wodnistą glinę. Była cała czerwona. Kolor wina zmieszał się z jej sukienką i krwią.

Rozdział III
MILCZĄCY ROSJANIN

„Co nim Stasiu. Aby zamęczyć się, aby nie myoś mu wtedy pękło pod czaszką” – mówił śleć o Niej, aby po prostu zajebać się (zapracować się jest za lekkim słowem) pracą tak mocno, żeby nawet przed snem nie mieć siły wspominać. Oprócz kopania studni i grobów, zaczął czyścić niemieckie Messerschmitty. Niestety, Stanisław niczym cień poszedł za nim. Zaczęli pracować wraz z dwoma rosyjskimi więźniami. Albert lubił pracę z Wladimirem. On przeciwieństwie do Stasia, który nawet podczas picia wody oznajmiał, że właśnie pije wodę, lubił milczeć. Był bardzo skrupulatny w sprzątaniu. Godzinami potrafił czyścić kokpity, aż strażnicy musieli go z nich wykopywać, lecz on nie złościł się na nich. Tylko uśmiechał się pod nosem.

– Mój ojciec opowiadał mi raz, bardzo cicho, szeptem, że kto był na zachodzie, nawet jako jeniec, ginął na zawsze jak powrócił do ojczyzny. Wiele wujków i przyjaciół walczyło w Hiszpanii. Powrócili i… zniknęli – zaczął raz, kiedy pomarańczowe promienie padały na jego czoło.

– Więc lepiej trzymaj z Niemcami do końca życia – skwitował Stasiu.

– Mam syna. Dziecko. Rozumiesz?

– Ja nie mam…

– Więc nic nie rozumiesz – podniósł głos – To krew. z serca mnie woła. Moja własna w jego… Dla niego zrobię wszystko. Upodlę się, dam się zgwałcić i zabić. I dla niego wrócę.

Albert zastanawiał się wielokrotnie czy wraz z Mariną nie zakopał czasami własnego dziecka. Własnej krwi. Wmówił sobie to tak bardzo, że modlił się przed snem o spotkanie z synem Jankiem. Tak dał mu na imię. Kiedyś. Kiedyś się spotkają. A że dni były długie, a serce bolało, więc znalazł na swój ból antybiotyk – alkohol. Po małym. Jedna setka na razie starczyła mu, aby w umiarkowanym spokoju wyczekiwać na upragnione widzenie. Nie tylko w snach, gdzie syn rósł, dojrzewał, stawał się mężczyzną, a on obserwował to niby z trybun z księżycowym uśmiechem.

Następnego dnia jak zwykle kopali w ziemi, a potem, po wskoczeniu do jasnobrązowej rzeki, szli czyścić samoloty. Dzień jak co dzień. Słońce, lekki wiatr, Wladimir pucujący kokpit, strażnicy, którzy po obiedzie stawali się bardziej ospali i w niczym nie przypominali rasy panów, Stasiek, który paplał (tym razem o swej nikłej wierze w teorię Kopernika). I wtedy nagle usłyszeli warkot silnika. Mimo, że wszyscy momentalnie zbudzili się ze swojej sjesty, to nikt się nie ruszył. Nawet wiatr jakby przestał smagać łydki i policzki. Strażnicy zdobyli się tylko na podniesienie karabinów. Nie oddali jednak żadnego strzału. Wladimir odleciał. W kierunku proletariackiej ojczyzny. Tylko Igor zaczął się śmiać.

– Pilotem był i dali mu sprzątać samoloty. Niemieckie durnie.

Helrod przybiegł na miejsce ucieczki. Zaczął kląć, choć język niemiecki ubogi jest w przekleństwa w porównaniu z polskim. Ciągle powtarzał szajse. Szajse to, szajse tamto. Szajse Ruski.

– Napisz w papierach, że się spalił… wybuchł… – poinformował swojego adiutanta – Musi być jakaś sprawiedliwość na tym świecie… Może nie doleci – powiedział cicho do siebie.

Rozdział IV
SEKS WIĘZIENIE

Warszawa była przesiąknięta od lat obcymi językami i obcymi bagnetami, więc chyba przywykła do tego. Albert nie potrafił jednak zapomnieć o Marinie i Janku, więc dla niego stolica i ludzie ją zamieszkujący byli poza spojrzeniem, które wbite było w chodniki. Zaczął się garbić. Ludzie wokół niego natomiast zastanawiali się, jak długo potrwa ten okres i jaki będzie następny zabór. Jednak Albert czuł, że jest poza nawiasem tych trupów, kiedy w sercu i przed oczyma miał jej suknię w kolorze wina i krwi. Powroty z pracy zawsze łączyły się z zachodem słońca, którego tu w Warszawie pełnej wysokich budynków oczywiście nie widział. A kiedyś, latem w Głowaczewie, kiedy skończył siódmy rok życia, po prostu musiał zobaczyć codziennie jak słońce ucieka mu za las, pozostawiając na chmurach pomarańcz, fiolet i róż. A same chmury były niczym pióra gołębia. I wtedy czuł, że piękno istnieje. I chociaż nie dotyczyło jego, to wiedział, że warto iść do przodu, bo kiedyś je posiądzie. Tak właśnie myślał. Że mimo, iż nie uda mu się wejść po drabinie na księżyc, który unosił się nad oborą Waldowskich, to znajdzie coś równie cudownego.

– Du bist Jude?– wycedził przez zęby Niemiec. Grupa żandarmów kazała zatrzymać się mężczyźnie po drugiej stronie ulicy.

– Nein – zaprzeczył wystraszony.

Żołnierz bagnetem wskazał, że mężczyzna ma rozpiąć rozporek. Ten wyjął swoją męskość i położył ją na bagnet, tak jak chciał hitlerowiec. Żandarm uśmiechnął i powiedział z satysfakcją:

– Du bist Jude.

Wyciągnął pistolet i z uśmiechem na ustach strzelił.

Godzinę później

– To nie o to chodzi. Nie chodzi o to, że go nie znaliśmy, ale o to, że… jeśli nie zadziałamy teraz, za takie morderstwo dla zabawy, jeśli nie zadziałamy w tej małej sprawie, to nigdy nie stworzymy… nie zadziałamy w dużej. Pełno małych spraw tworzy dużą. I wówczas mamy szansę. Albo niewolnicy u Szwabów i Ruskich, albo wolni. Albert? Co o tym sądzisz? – powiedział rozemocjonowany Tadeusz. Jego ojciec Zbigniew zabronił mu surowo angażowania się w jakiekolwiek organizacje podziemne.

– Żaden honor, sprawiedliwość czy wolność nie są warte utraty życia. A już w ogóle najgorsze co może spotkać człowieka, to stanie nad grobem własnego dziecka – powiedział raz synowi.

– Jesteś egoistą. Dlatego, żebyś ty nie czuł bólu po ewentualnej mojej śmierci, nie mam walczyć za nasz kraj, za Polskę.

– Polska zawsze będzie. Bo będziemy my, Polacy. Nieważne, co mówią atlasy geograficzne.

– Hitler chce nas wytępić…

Tak toczyły się dyskusje przy kolacji. Jednak mimo wielkiej chęci, Tadeusz posłuchał ojca i nie przystąpił do żadnej organizacji. Od 9 do 17 pomagał w szpitalu i na tym kończyła się jego pomoc. „To i tak bardzo dużo. Zobacz ilu ludziom pomagamy razem” – mówił mu ojciec. Stary lekarz oczywiście nigdy nie powiedział synowi, że ściśle współpracuje z Armią Krajową. Tadeusz znalazł w piwnicy kilka sztuk broni, granaty i amunicję, ale wytłumaczył to sobie prosto – jakie czasy, takie zapasy.

– Nie chciałem się angażować – odpowiedział mu cicho Albert.

– Ale?

– Ale… naprawdę nie obchodzi mnie czy mamy taki rząd, czy inny… Czy rządzi Piłsudski, czy Witos. Wolność jest w mojej głowie. Tu się zaczyna, ale… zakończyła się, kiedy ta kurwa zabiła ją… Jedyne, czego nienawidzę to nienormalność. A to, co oni robią tutaj jest szczytem nienormalności.

– Chcesz to zrobić?

– Zrobię to – odpowiedział pewnie, ale z obojętnością.

Deszcz zalewał stolicę. Ludzie mimo to nie chowali się pod parasolami, jakby chcieli się obmyć ze zła, jakie ich otacza. Albert, Stasiu i Tadeusz mieli przy sobie Walthery P38. Jedynie pierwszy z nich miał dwa granaty. Niebo było szare i coraz bardziej ciemniało, a burdel, do którego wszedł zabójca tego Żyda jaśniał na tle innych budynków. Kamienica miała dwa piętra. Na parterze załatwiało się wszystkie formalności, a kopulowało się na pierwszym piętrze. Na drugim piętrze znajdowało się małe seks więzienie. Na pierwszym były prostytutki wolne i swawolne. Na drugim niewolnice i oporne. A że większość mężczyzn bardziej podnieca druga opcja, więc wolne i swawolne nienawidziły tych z góry, bo przez nie traciły zarobek. Oczywiście te u góry nie dostawały żadnej zapłaty, ale te z pierwszego nie wiedziały o tym i tylko czerwieniały z gniewu, kiedy słyszały ryk wypróżniającego się Pana. Oczywiście chłopcy wiedzieliby o tym, gdyby byli wyedukowani przez organizacje podziemne. Ale nie byli. Działali jak nastolatki uważające się już za dorosłych w czasie pokoju. Byle zrobić burdel. W tym wypadku burdel z burdelu. Czterech Niemców w mundurach raczyło się kawą oraz alkoholem, kiedy Albert wrzucił do pomieszczenia dwa granaty. I ta kawa pomieszana z alkoholem rozpierdoliła ich wszystkich na parterze. Nie wiedzieli jednak, że ten, którego szukali, gwałci w pokoju na drugim piętrze żydowską aktorkę, którą przywlókł wczoraj z getta. Wiedzieliby to, gdyby zrobili rozpoznanie. Uciekli nerwowo, ciesząc się, pijąc kawę i alkohol, podczas gdy morderca więził tę kobietę przez następne dwa lata.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?