W ziemiańskim dworzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Autorzy i wydawnictwo dziękują pani Indze Malbord za nieocenioną pomoc w pozyskiwaniu materiałów źródłowych, a także pani Helenie Chądzyńskiej i panu Michałowi Stefanowskiemu za udostępnienie fotografii rodzinnych.


Projekt graficzny okładki i wnętrza, skład i łamanie: Zbigniew Karaszewski

Wydawca: Joanna Egert-Romanowska, Monika Kalinowska, Dąbrówka Gujska

Redakcja merytoryczna: Agnieszka Betlejewska

Korekta: Agnieszka Betlejewska, Joanna Egert-Romanowska

Wybór zdjęć: Jan Łoziński

Dział Ilustracji, Kartografii i Archiwum Elektronicznego: Barbara Chmielarska-Łoś

Reprodukcje: Piotr Jacek Jamski

Produkcja: Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN: Michał Latusek

Partnerem wydania jest Narodowe Archiwum Cyfrowe


Copyright © for the text by Maja Łozińska, Jan Łoziński, Warszawa 2020

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2020

Źródła zdjęć:

Zdjęcie na I s. okładki: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego: s. 17, 28, 29, 30–31, 34, 35, 36–37, 55, 57, 58, 61, 62, 63, 86, 115, 116, 119, 120, 124, 126, 129, 135, 136, 137, 138, 139, 141, 142, 146–147, 148, 154, 155, 156, 157, 158, 160, 161, 163, 164, 166, 176, 180, 183, 184, 185, 187, 189, 190, 196, 197, 198, 205, 208, 209, 214, 215, 216, 218, 220, 223, 224, 228, 229, 241, 242, 244, 246, 249, 251, 253, 254, 257, 258-259, 261, 262, 264, 266, 267, 268–269, 271, 272, 273, 274–275, 276, 277–278, 290–291, 292, 293–294, 296, 306, 205, 306, 307, 309, 310, 312, 313, 314–315, 316, 318, 326–327, 331, 335, 336, 341(dół), 338–339

Zdjęcia ze zbiorów prywatnych Pani Heleny Chądzyńskiej: s. 52–53, 67, 98–99, 101, 111, 181, 182, 193,1 94–195, 200–201, 202, 206–207, 210, 211, 212–213, 230–231, 232, 234, 236, 239, 281, 282, 283, 308, 311, 321, 328, 341

Zdjęcia ze zbiorów prywatnych Pana Michała Stefanowskiego: s. 168, 170, 171, 204, 238

Zdjęcia ze zbiorów autorki: s. 20, 39, 41, 69, 82, 87, 88, 90, 91, 93, 96, 100, 153, 226, 265, 303, 323, 343

Reprodukcje wykonane przez Piotra Jacka Jamskiego: s. 6, 11, 14, 18, 20, 23, 26, 43 ,44, 71, 73, 77, 108, 112, 113, 149, 173, 174, 177, 178, 185, 186, 219, 221, 237, 248, 250, 256, 263, 276, 285, 286, 288, 299, 300, 322

Rysunki ziół: H. Rembertowicz-Szymborska: s. 334, 340 (góra), T. Kossak: s. 337, 340 (dół), 341

ISBN 978-83-01-2176-0

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2020r. (wyd. II, zmienione)

Warszawa 2020


Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia: 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl

www.pwn.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

ZIMA

Przygotowania do świąt

Polowania na śniegu

Wigilia

Boże Narodzenie

Ogrzewanie domu

Ubranie na zimę

Wyjazdy do miasta

Karnawał

W gospodarstwie

Wieczory

Światło w domu

WIOSNA

Wielki Post

Wiosenne porządki

W kuchni

Wielka Sobota

Wielkanoc

Folwark

Konie

Zielony karnawał

LATO

Szkolne wakacje

Gościnność

Pensjonat we dworze

Żebracy i kuglarze

Ogród

Żniwa

Domowy teatr

JESIEŃ

W polu

Spiżarnia

Sezon myśliwski

Śluby

Domowa medycyna

Listopadowe nastroje

Wróżby

Bibliografia

O Autorce


Napoleon Orda (1807–1883), Równe, dwór Lubomirskich na Górce, około 1870

W STARYM DWORZE…

W starym dworze, modrzewiowym dworze,

Wszystko dzieje się na stary ład

Nic tradycji gwałcić praw nie może,

Choćby tego żądał modny świat…

W alkierzyku, sionce i komórce

Wszystko stoi, jak za dawnych lat,

Tu kantorek, tam dębowe łoże,

A na oknie kwitnie fuksji kwiat…

Wszystko stoi, jak niegdyś stało,

Na pamięci wiecznotrwałej znak

Tylko tam, gdzie ścianę izby białą

Gobelinu zdobi zblakły szlak

Wieje pustka przeminioną chwałą –

Karabeli i ryngrafu brak

Wiktor Dzierżanowski, „Wieś i dwór”, 1913

Wstęp

W ziemiańskim dworze to opowieść o życiu codziennym, obyczajach, świętach i zabawach w przedwojennej Polsce. Podporządkowanie konstrukcji książki cyklowi zmieniających się pór roku podkreśla naturalny i nierozerwalny związek z przyrodą wiejskiego życia we dworze, toczącego się wokół prac rolniczych i w rytmie dorocznych świąt.

Książka opowiada o zajęciach ziemiaństwa: dbałości o dom, sprzęty, ziemię i zwierzęta, o przygotowywaniu posiłków i zapasów na zimę, ale także o obyczajach świątecznych, o rozrywkach, balach i wizytach gości, zjazdach familijnych, polowaniach, uprawianych sportach.

Część wykorzystanych w pracy wspomnień i materiałów dotyczy życia w majątkach należących do najzamożniejszej grupy ziemian – arystokracji, którą od przeciętnych obywateli ziemskich odróżniały stan majątkowy, styl życia, międzynarodowe koligacje i koneksje. Jednak często różnice między zamożnym dworem a skromnym pałacem nie były tak oczywiste, a jednych i drugich potomków polskiego rycerstwa i szlachty, pamiętających obowiązującą w dawnej Rzeczypospolitej zasadę, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, łączył wspólny los „przedsiębiorców rolnych”, związanych sercem i pracą z ziemią, zwierzętami i swoimi wiejskimi siedzibami.

Bogaty materiał źródłowy wykorzystany w pracy pochodzi przede wszystkim z dwóch wyraźnie wyodrębniających się okresów. Pierwszy to czas między zniesieniem pańszczyzny a wybuchem I wojny światowej, drugi to dwudziestolecie międzywojenne. Źródła starsze przytaczane są sporadycznie, dotyczą czasów zgoła odmiennych, w których gospodarka rolna szlacheckich dworów rządziła się jeszcze zasadami typowymi dla epoki feudalnej.

Zmiany, jakie przyniosły ze sobą ustawy uwłaszczeniowe (najwcześniejsza w należącej do Prus Wielkopolsce w 1823 roku, kolejna w Galicji w 1848 roku, wreszcie najpóźniejsza w Królestwie Kongresowym w roku 1864), postawiły właścicieli majątków ziemskich przed niezwykle trudnym zadaniem dostosowania się do zasad rządzących gospodarką kapitalistyczną.

 

Zdecydowanie najkorzystniejszy przebieg miały reformy w zaborze pruskim. Dały one szansę rozwoju rentownej gospodarki rolnej, pozwoliły na powstanie nowoczesnej warstwy ziemiańskiej, korzystającej w pełni nie tylko z naturalnego bogactwa wielkopolskich gleb, ale także z bliskości zaawansowanej technologicznie Europy Zachodniej. Inaczej było w Galicji i Królestwie, gdzie źle przeprowadzone reformy pogłębiły tylko zacofanie większości majątków ziemskich, doprowadzając często do zadłużenia ich właścicieli, a nawet do upadku gospodarstw.

Mimo tych różnic życie dworów w oddalonych od siebie zakątkach dawnej Rzeczypospolitej łączyła wspólna przeszłość, poczucie przynależności narodowej, język, kultura, a często więzy rodzinne: „We wszystkich dawnych trzech zaborach ziemiaństwo różniło się sposobem bycia, zwyczajami, stosunkiem do ludu, wreszcie pewnymi naleciałościami wypływającymi z warunków ekonomicznych i politycznych różnych u każdego zaborcy. Niemniej jednak wszystkich nas ziemian łączyła jakaś tajemna siła, która szła z ziemi, z gospodarstwa, ze starych ścian dworów i wspólnej tradycji szlacheckiej” – pisał Mieczysław Jałowiecki we wspomnieniach Requiem dla ziemiaństwa.

W zaborze rosyjskim zmiany ustroju gospodarczego zbiegły się w czasie z klęską powstania styczniowego, represjami władz carskich wobec ziemian, konfiskatą prawie dwóch tysięcy majątków należących do uczestników buntu, poważnymi utrudnieniami w obrocie ziemią. „Smutek i przygnębienie popowstaniowe były ogólne. Żałoba narodowa nadawała upiornie ponure piętno całemu otoczeniu pierwszych lat mojego dzieciństwa. Matki nasze i babki w czarnych sukniach, a często i w kwefach. Ojcowie i dziadowie w wielu domach poubierali czamary. Mój dziad Podleski i mój ojciec do końca życia już je nosili” – wspominał Marian Rosco-Bogdanowicz drugą połowę lat sześćdziesiątych XIX wieku.

Tym, którym w zmienionej popowstaniowej, pouwłaszczeniowej rzeczywistości przyszło gospodarować rozległymi, najczęściej niedoinwestowanymi majątkami rolnymi, życie nie wydawało się łatwe, a myślom o przyszłości towarzyszyły lęk i niepewność. Narzekali na brak pieniędzy, rąk do pracy, niewygodę wiejskiego życia, izolację od „wielkiego świata”. Wiedzieli, że systematycznie kurczy się wielka własność ziemska pozostająca w rękach potomków polskiej szlachty. Mieli świadomość, że należą do klasy, której rola we współczesnym społeczeństwie powoli maleje.

Jednocześnie z zewnątrz, z perspektywy rozwijających się miast, ziemiaństwu wciąż zazdroszczono prestiżu i spokojnego, zdrowego życia na wsi. „Czy może być szczęśliwsze stworzenie na świecie od obywatela wiejskiego? Mieszka sobie we własnym dworze, sam jeden, jak jaki król, albo prezydent republiki… nie zna co to płacić komorne, nie wie co to znosić niewygody sąsiednich lokatorów, brzęczenie fortepianu, tupanie w karnawał, suszenie bielizny na wspólnej górze, zatargi ze sługami etc. Nie zna taki szczęśliwiec, co to zimno albo gorąco. W piecach pali ile chce, bo ma las darmo… w lecie drzewa cień mu dają i nie ma rozpalonego bruku… a jaki wikt ma, mój panie… to palce lizać i tyle. Same frykasy… zwierzyna swoja, ryby swoje… nowalie, najświeższe jarzyny… owoce prosto z drzewa, wszystko mu samo w gębę leci!” – pisał Julian Wieniawski, prozaik i komediopisarz, dyrektor Towarzystwa Wzajemnego Kredytu w Warszawie, brat Henryka, słynnego skrzypka, w Listach Jordana do Pana Jana wydanych w 1894 roku.

Owo spokojne wiejskie życie przerwała I wojna światowa. Z jednej strony niosła ze sobą nadzieje niepodległości, szczególnie rozbudzone w Galicji, z drugiej – oznaczała przetaczające się fronty, obowiązkowe dostawy dla armii, pobór do wojska, zniszczenia. Wojna, rewolucja w Rosji, wreszcie kolejna wojna – młodego państwa polskiego z bolszewikami – najbardziej dotknęła rozległe tereny Kresów Wschodnich, dla setek ziemiańskich rodzin oznaczając całkowitą utratę majątków, zsyłki, rozdzielenie rodzin, zniszczenie domostw, plonów i dróg…

Demokratyczny ustrój Drugiej Rzeczypospolitej stawiał ziemiaństwo połączonych na powrót w jedną całość ziem polskich w nowej, wcale niełatwej sytuacji – gwarantował równość praw wszystkim obywatelom, znosił wszelkie tytuły i przywileje, jeszcze wówczas nazywane „stanowymi”, wreszcie uchwałą Sejmu z lipca 1919 roku zapowiadał przeprowadzenie reformy rolnej. I choć przez cały okres dwudziestolecia tylko nieznaczna część wielkich majątków została rozparcelowana, to jednak proces uszczuplania własności ziemiańskiej postępował dalej. Jednocześnie zła koniunktura, niskie ceny produktów rolnych, brak kapitałów niezbędnych do modernizacji gospodarstw dodatkowo dotknęły ziemiaństwo. Podobnie jak w okresie po powstaniu styczniowym, również teraz nastąpił upadek wielu niegdyś bardzo zamożnych gospodarstw.

Rzecz jasna, nie wszędzie sytuacja wyglądała tak źle, nieliczna grupa ziemian umiała przekształcić tradycyjny szlachecki majątek w rentowne, nowoczesne przedsiębiorstwo rolne. Tam, gdzie umiejętnie prowadzone majątki ziemskie przynosiły znaczne zyski, zmieniał się poziom życia całej społeczności wiejskiej. Zamożne dwory oferowały lepiej płatną pracę, niekiedy organizowały spółdzielnie rolnicze, do których należeli miejscowi chłopi. Prowadziły też działalność charytatywną – zakładały ochronki dla dzieci, wspomagały szkoły, a nawet fundowały stypendia umożliwiające naukę najzdolniejszej młodzieży.

W zmieniającej się rzeczywistości lat dwudziestych i trzydziestych świat polskiego ziemiaństwa, z jego tradycyjną obyczajowością i systemem wartości, powoli stawał się jednak irracjonalnym anachronizmem, który coraz trudniej było pielęgnować i chronić. Spadkobiercy i potomkowie polskiego rycerstwa i szlachty próbowali trwać niezmiennie w utrwalonej przez stulecia hierarchii, premiującej stary, solidny pień drzewa genealogicznego, rodowe koligacje i zapisane w dziejach herbu zasługi dla ojczyzny. Kataklizm II wojny światowej i geopolityczne zmiany, jakie ona przyniosła, położyły całkowity kres temu trwaniu. Spośród dwudziestu tysięcy dworów, jakie dotrwały do końca Drugiej Rzeczypospolitej, większość uległa zniszczeniu, te zaś, które przetrwały, były najczęściej już tylko martwymi, zrujnowanymi budynkami. Potrafiliśmy odtworzyć architektoniczny kształt wielu z nich. Coraz trudniej jest nam jednak wyobrazić sobie życie, jakie się w nich niegdyś toczyło. Jaki kolor, smak i zapach miały kolejne dni następujących po sobie zim i wiosen…

Jan Łoziński

Zima


Henryk Uziembło (1879–1949), Brama do dworu, przed 1939

ZIMA

A jeżeli z kolei odwiedzi mię zima,

Zniosę ją, bo mię krótkim więźniem w domu trzyma,

Znoszę, bo tu mniej sroga, a kiedy jej władza

Ścina nurty i ślizkie drogi mi ugładza,

Dzięki jej, że te dęby, olbrzymy w mych borach,

Bez szwanku po ubitych zstąpią na brzeg torach,

Że silne dawszy barki pod mej roli płody,

Morze pływającymi będą dziwić grody,

Dzięki jeszcze i za to, że w krótkim przechodzie,

Oszczędza drzew w mych sadach i krzewów w ogrodzie,

A wychowańców słońca mniej przeraża trwogą,

Że w przybranej ojczyźnie swobodnie żyć mogą.

Kajetan Koźmian, Ziemiaństwo Polskie, 1839


Dwór, w którym urodził się Tadeusz Kościuszko, Mereczowszczyzna na Polesiu, ilustracja Zygmunta Glogera, 1903

Przygotowania do świąt

„Zima tego roku wcześniej zapadła i trzymała bez odelgi, tak że w połowie grudnia mało co czarnego było już na świecie, wszystko pod śniegiem. Dachy siedzib nosiły kołpaki olśniewająco białe, zaledwie o zachodzie rumiane; pagórkowate pola i nawet jeziora zastygły jednym, miękko falistym rozłogiem, po którym jeździć mogłeś bezpiecznie sankami, gdzie cię ochota niosła, śmigać od miejsca do miejsca, skróconą drogą, gdy kraj znałeś. Czerniały tylko lasy, ale i te skrócone od ziemi przez zaspy, konarami zaś, również ośnieżonymi, zlewając się z białym niebem”. Tak na początku XX wieku Józef Weyssenhoff w Sobolu i pannie opisywał zimowy, kresowy pejzaż.

Mrozy i śniegi, które przychodziły po jesiennych błotach, całkiem odmieniały wiejskie życie. Dobra sanna pozwalała na wyjazdy do miasta po sprawunki lub do teatru, na wizyty u bliższych i dalszych sąsiadów, przyjmowanie gości. Bywało, zwłaszcza na Kresach, że dopiero pierwszy śnieg umożliwiał dotarcie do dworu odciętego od reszty świata przez nieprzejezdne, grząskie od błota drogi. „Głębokie śniegi w ogrodzie rozczyszczano trójkątem z desek, zaprzężonym w kasztankę (…); drogi były rozjeżdżone chłopskimi jednokonnymi saniami, trzeba więc było zaprzęgać koń przed koń, a wymijanie innego zaprzęgu było trudną operacją, konie wpadały w kopny śnieg po brzuchy i sanie łatwo się przewracały zjeżdżając z ubitego wysoko toru” – wspominała Maria Czapska zimy na Ukrainie.

Szczególnie niecierpliwie wypatrywano najbliższych przed nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia. Młodzież wracała do rodzinnych dworów, korzystając z zimowej przerwy w nauce w szkołach i na uniwersytetach. Pojawiali się dawno niewidziani krewni mieszkający w mieście, gdzieś w odległych stronach, za granicą. Przyjeżdżały dorosłe już dzieci ze swoimi rodzinami. Podróż zwykle była długa i wyczerpująca, nawet tam, gdzie już kursowała kolej. Stanisław Stempowski, który w latach osiemdziesiątych XIX wieku ze szkoły w Krzemieńcu wracał na ferie do rodzinnego dworu Huta w powiecie lityńskim na Podolu, zanotował w pamiętnikach: „Najczęściej jeździliśmy z bratem pocztą do Płoskirowa (95 km), a stamtąd koleją do naszej stacji Wołkowiniec. Konie pocztowe wzięte z Krzemieńca zmienialiśmy (…) mniej więcej co 20 km. O ile zastawało się na stacjach wolne konie i nie trzeba było czekać, a sanna była dobra, cała podróż z przesiadaniami i rozgrzewaniem się herbatą trwała 12 godzin, a że dzień zimowy krótki, jechaliśmy tedy po ciemku”. Jeśli jednak koni nie było, podróżnych czekała mało komfortowa noc w gościnnej izbie na stacji pocztowej.


Julian Fałat (1853–1929), Przeprawa przez roztopy

Rozwój kolei w drugiej połowie XIX wieku zrewolucjonizował podróżowanie. Kajetan Kraszewski, najmłodszy brat pisarza Ignacego Józefa, zanotował w 1873 roku, że jazda z Romanowa na Podlasiu do Dołhego na Litwie skróciła się do 9 godzin. Była to ogromna zmiana, gdyż wcześniej, „całe życie nasze”, podróż z jednego rodzinnego dworu do drugiego, oddalonych od siebie niewiele ponad sto kilometrów, trwała dwa i pół dnia, z dwoma noclegami u krewnych. „Ułatwienie to wielkie owa kolej żelazna” – przyznawał Kraszewski, choć nostalgia za dawnym obyczajem kazała mu dodać: „ale podróż traci wiele na uroku i dzieci nasze już tych wrażeń podróży znać chyba nie będą, a one są w dziecinnym wieku bardzo zajmujące – ba i w późniejszym podróż taka obok niedogodności ma też i powaby, zwłaszcza, że w kraju swoim, gdzie się ma po drodze krewnych i znajomych, i jedzie się, jak mówiono, rzemiennym dyszlem, tu i ówdzie wstępując, jak to nasz śp. Ojciec lubił zawsze robić”. Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się na długo przed tym, zanim pierwsi goście zjawiali się we dworze. Z początkiem adwentu, który trwał cztery tygodnie, licząc od 25 listopada, cichły bale, nie urządzano wesel ani hucznych zabaw, nie słuchano skocznej, wesołej muzyki, poszczono. Cała wieś, zwłaszcza kobiety i dzieci, uczestniczyła w roratach, nabożeństwach błagalnych o przyjście Zbawiciela Świata, odprawianych tuż przed wschodem słońca. „Rano widać było wśród bledniejących mroków, jak drogą za stawem długim rzędem idą ludzie na roraty. Latarnie i kaganki, które nieśli, rzucały długie czerwone smugi poprzez staw, aż prawie do okien dworu. I wielkie cienie kroczyły również do kościoła” – taki obraz zapamiętała Maria Dąbrowska z dzieciństwa spędzonego w podkaliskim majątku Russów, którym administrował jej ojciec.

 

Dla dzieci uczestniczenie w roratach należało do niezapomnianych przyjemności okresu przedświątecznego. „Wstawaliśmy bardzo wcześnie, chyba o piątej rano, i na czczo wyruszali piechotą do odległego o kilometr Belska” – wspominał Zdzisław Morawski z Małej Wsi. „Szło się drogą pod lipami, po rozjaśniającym ciemność śniegu, lekko i radośnie. Kościół rzęsiście oświetlony, pełen był zawsze starych kobiet i dzieci. Mieliśmy w tym kościele swoją kolatorską pierwszą ławkę (zarezerwowaną dziedzicznie dla nas, z tytułu opieki świadczonej kościołowi) po prawej stronie. Wciskaliśmy się tam wszyscy z Mamą, a nieraz też z wychowawczynią, i śpiewali z przejęciem «godzinki». (…) Po roratach, już za dnia, wracało się pędem do domu i razem z Mamą siadało do śniadania, rozgrzewając zmarznięte ręce o kubki z kawą”.

Już w pierwszych dniach grudnia dzieci zabierały się do przygotowywania choinkowych ozdób. Pracy było sporo, bo tylko bombki, anielskie włosy i srebrny proszek do posypywania gałęzi kupowano w mieście – pozostałe zabawki i świecidełka robiono samemu. Długie zimowe wieczory na wsi sprzyjały takim wspólnym zajęciom, w których dzieciom towarzyszyli rodzice, nianie lub guwernantki. „Klajstrem z żytniej maki kleił się pasek do paska” – wspominała Dąbrowska. „Żółty z fiołkowym, czerwony z granatowym, zielony z szafirowym, srebrny ze złotym. Długie szeleszczące łańcuchy zarzucaliśmy sobie na szyje i siedzieliśmy dumni przy stole niby królowie dzikich plemion”. Łańcuchy klejono także z kolorowych bibułek i słomek, złotą farbką malowano szyszki i włoskie orzechy, z wydmuszek jaj wyczarowywano aniołki i ptaszki, wycinano z papieru gwiazdy. Do zawieszenia na choince przygotowywano także polskim zwyczajem rozmaite smakołyki – oprócz orzechów jabłka, figi, cukierki w błyszczących papierkach, pierniki, ciasteczka, czekoladki i marcepany.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku ogromną wagę przywiązywano do kultywowania i budowania narodowej tradycji w każdej dziedzinie życia. Oficjalna propaganda nawoływała do unikania importowanych towarów i surowców przy przygotowywaniu świątecznych potraw. Nawet prezydent Mościcki swojemu kucharzowi na Zamku Królewskim w Warszawie wydał kategoryczny zakaz używania jakichkolwiek zagranicznych produktów w zamkowej kuchni. I choć sam obyczaj ustawiania w domu na Boże Narodzenie świerkowego lub jodłowego drzewka przejęliśmy od Niemców dopiero w pierwszej połowie XIX wieku, to uważano, że ozdoby choinkowe koniecznie powinny być „krajowe”. „Ziemianka Polska”, miesięcznik Zrzeszeń Ziemianek Wszystkich Ziem Polskich, w grudniu 1927 roku upominała czytelniczki: „przede wszystkim starajmy i pilnujmy tego, by na choince nie było żadnej ozdoby pochodzącej z zagranicy. Strójmy naszą polską choinkę piernikami upieczonymi w domu, z miodu z własnej pasieki, jabłkami rumianymi z naszych wzorcowo prowadzonych sadów, świecidełkami ze złota pszennej słomy naszych łanów polskich, drobiazgami wykonanymi u nas w kraju”.


Odśnieżanie drogi, fotografia z 1929 roku

Bardzo tradycyjnym staropolskim obyczajem było wykonywanie ozdób świątecznych z opłatków. Podobnie jak sam opłatek i zwyczaj dzielenia się nim w wigilijny wieczór, nieznane nigdzie poza Polską. Ten delikatny półprzezroczysty materiał łatwo się barwił i sklejał za pomocą śliny. Wykrawano z niego gwiazdki, krzyżyki, krążki, trójkąty i inne figury geometryczne, by później konstruować z nich najbardziej wyszukane przestrzenne kompozycje, tak zwane światy, tak lekkie, że przy lada ruchu powietrza obracały się na lnianych niciach czy końskim włosiu, na których były zawieszone.

Opłatki dostarczano z plebanii do dworu już w połowie grudnia. W Russowie, gdzie urodziła się Dąbrowska, przynosił je organista w ogromnym wiklinowym koszu i rozkładał na stole w jadalnym pokoju. „Najpierw była gruba paczka dla rodziców, a złoty pasek papieru wyciskanego w gwiazdki przewiązywał ją na krzyż. Na skrzyżowaniu jaśniała wielka gwiazda złocista, siedmioramienna. Środek był z żelatyny, pod którą widniała betlejemska stajenka, ustawiona z papierowych figurek. A po wszystkich rogach miała ta paczka złote gwiazdki i aniołki, podparte jedną rączką na obłoku. Potem wydobywał pięć paczek dla dzieci. Były to małe opłatki na specjalnej formie robione. Wierzchni opłatek ozdobiony był także gwiazdkami i aniołkami, ale nie taki już paradny. Wreszcie była paczka dla służby. Ale obowiązkowo musiały być we wszystkich paczkach opłatki kolorowe: żółte, niebieskie i czerwone – na światy i gwiazdy choinkowe”. Opłatków było tak dużo, że dzieci jadły je, przypiekając nad lampą naftową – takie były najsmaczniejsze – przez całe święta.


Alfred Wierusz-Kowalski (1849–1915), Szlichtiada

Dzień przed Wigilią, a nawet w samą Wigilię przywożono do dworu choinkę – jodłę, świerk albo sosnę. Ustawiano ją najczęściej w jadalni lub salonie. Musiała być ogromna, do sufitu, pachnąca i świeża. W niektórych dworach, na Ukrainie i Wołyniu, istniał zwyczaj przygotowywania kilku choinek – po jednej dla każdego dziecka i gościa. W Małej Wsi na Mazowszu, jak wspominał Zdzisław Morawski, „wyładowywano z wozu olbrzymie drzewo i wciągano je przez okno na pierwsze piętro do jadalnego pokoju. Ustawiano choinkę pod ścianą ukazującą panoramę XVIII-wiecznej Warszawy, uważając, aby niczego nie zawadzić po drodze. Sięgała sufitu, a cały dom pachniał od niej igliwiem – zapachem świąt. Ubieraliśmy ją wspinając się po dwóch drabinach przynoszonych specjalnie z magazynu. Zainstalowanie gwiazdy na czubku drzewa wymagało prawdziwej ekwilibrystyki. Bombki i srebrzyste łańcuchy przechowywane były na strychu z pokolenia na pokolenie, łańcuchy z kolorowego lśniącego papieru robiliśmy co roku nowe. Ojciec przywoził z Warszawy anielskie włosy, czyli srebrzyste nitki, a także świeczki, które nigdy nie chciały trzymać się prosto w metalowych lichtarzykach. Świeczki zapalało się tylko raz albo dwa razy knotem na długim kiju, takim, jakiego używano w kościele. Wielkie drzewo groziło bowiem pożarem. Zimne ognie wieszane na choince paliły się tylko raz – w czasie wigilijnego wieczoru. Pod choinką stawała szopka z drewnianymi, kolorowymi figurkami, a w dniu Wigilii pojawiały się też obok zapakowane prezenty”.

Przygotowanie świątecznych podarunków – obdarowani musieli być nie tylko wszyscy domownicy, ale też służba we dworze i mieszkańcy folwarku – rozpoczynano na długo przed Wigilią. W wielu dworach sporządzano w tym celu szczegółowe spisy służby folwarcznej. W Przyłukach Czapskich zajmowali się tym ekonomowie. Zapisywali imiona i wiek wszystkich dzieci do lat czternastu. „Szyto dla nich w domu: sukienki, spodenki, koszule, kurtki, przeważnie barchanowe albo perkalowe; dla niemowląt były czepki włóczkowe naszej fabrykacji. To wszystko wiązano w paczki, składano do koszów i rozsyłano po folwarkach. Zdaje mi się, że nie popełniano po drodze żadnych nadużyć” – o ostatnich latach XIX wieku opowiadała Maria Czapska. „Cała służba domowa i stajenna dostawała po worku z bakaliami, a ponadto prezent indywidualny, zawsze coś z ubrania, dla kobiet materiał na suknię lub bluzkę, szalik albo pończochy, dla mężczyzn: koszula, rękawiczki, skarpetki itp.”


Michał Elwiro Andriolli (1836–1893), Organista z opłatkiem

Pierwsze podarki dzieci z ziemiańskich rodzin dostawały 6 grudnia, w dniu świętego Mikołaja. We dworze w Tarnawatce Jan Tyszkiewicz wraz z rodzeństwem czekał z niecierpliwością na dużego brodatego Mikołaja, wspartego na lasce, z wielkim workiem prezentów na plecach: „Zastanawialiśmy się, skąd tak dobrze zna nasze imiona i skąd wie, że byliśmy grzeczni. Dużo później dowiedziałem się, że świętym Mikołajem był Tata”. W Małej Wsi Morawskich dzieci znajdowały prezenty już z samego rana. Święty Mikołaj zostawiał na podłodze koło ich łóżek paczki ze słodyczami – były tam kawowe cukierki Wedla, kolorowe owoce z marcepana, a także, przypominające w smaku landrynki, ogromne wałki z cukru nazywane „pędzlem Matejki”. „Na co dzień unikano w naszym domu słodyczy” – wspominał Morawski. „Wystarczał deser na obiad i posłodzona kawa rano. Żadnych sklepów, gdzie moglibyśmy zobaczyć cukierki, a tym bardziej je kupić, nie było na wsi. Tylko z okazji dnia świętego Mikołaja, Wielkanocy i dwóch odpustów mogliśmy objadać się słodyczami do woli”.

W dworskiej kuchni świąteczne przygotowania rozpoczynano już z początkiem grudnia. Zwykle w pierwszej kolejności, zaraz po przedświątecznym świniobiciu, zajmowano się obróbką mięsa, gotowaniem i wędzeniem wędlin, przyrządzaniem pasztetów. „Przypomina mi się wędzarnia stojąca na środku folwarku” – pisała o rodzinnym majątku Bojary Joanna Krasińska-Głażewska. „Mała budowla w kształcie stożkowatej wieży, kryta gontem i wkopana tak, że ognisko było już pod ziemią, tam dorzucano trociny i jałowiec, dym uchodził spod gontu. Po drodze wypełniał wnętrze, gdzie wisiały polędwice, karpie, kiełbasy różnego typu lub cały wieprzowy boczek”. Wędzono nie tylko wieprzowe, ale też wołowe i baranie szynki czy ozory. Za wyjątkowy przysmak uchodziły ozory marynowane i wędzone w kiszkach w dymie z zielonych gałązek jałowca. O smaku mięsa i kiełbas decydował rodzaj użytego w wędzarni drewna. Najwyżej ceniono twarde gatunki, najlepiej świeżo zebrane, które dawały więcej dymu, takie jak dąb czy buk. Do ognia dodawano także dębowe liście, jagody jałowca oraz – rozmaryn, miętę pieprzową, liście bobkowe.

Dość wcześnie zabierano się za pieczenie pierników, ciasteczek na choinkę, nieco później makowców, strucli i pozostałych świątecznych ciast. Do kuchni zaglądały wówczas dzieci, którym pozwalano oblizywać łyżki z resztek lukru, czekolady czy żółtek ucieranych z cukrem, wyjadać rodzynki, figi i migdały, a czasami wyganiano za zbytnie łasowanie i przeszkadzanie zapracowanej kucharce.

Kucharkę lub, co uchodziło za znacznie elegantsze, kucharza zatrudniano w każdym, nawet niezamożnym dworze. „Zbankrutowany szlachcic dopóki się dało, trzymał dobrego kucharza, a kucharz wychodził ze dworu dopiero wtedy, kiedy już fornalki, woły, a nawet i krowy zostały sprzedane”, jak zauważał z przekąsem Kazimierz Chłędowski w swoich Pamiętnikach. Jeśli na święta spodziewano się bardzo wielu gości, do pomocy ściągano jeszcze jednego, a czasem dwóch dodatkowych kucharzy. Czyniono tak nie tylko przed Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą, ale również przed hucznie obchodzonymi we dworach imieninami, większym balem lub przyjęciem. Kucharz miał we dworze wysoką pozycję, od jego talentów zależał towarzyski prestiż państwa. Najbardziej ceniono kucharzy francuskich lub takich, którzy doskonale opanowali zasady francuskiej kuchni. Było ich jednak niewielu, więc otrzymywali świetnie płatne posady tylko w najzamożniejszych domach. Większość dworów musiała się zadowolić zwyczajnym „parzygnatem”, który w prostszych pracach, takich jak siekanie czy obieranie jarzyn, wyręczał się pomocnikami – kuchcikami i „dziewkami kuchennymi”. Częstym problemem było pijaństwo kucharzy (z tego powodu Karolina Nakwaska radziła zatrudnianie kobiet, które rzadziej ulegały alkoholowym pokusom) i ich nieuczciwość. W powieści Na pańskim dworze Adolfa Dygasińskiego kucharz oskarża robotnicę z folwarku o nieróbstwo i nadużycia, ta zaś nie pozostaje mu dłużna: „Cóż to jegomość baje o folwarku?… Widzicie go! Jeszcze my nic nie robimy! A wy co tu robicie, próżniaki?… Ho, ho, Wiem ja, co się święci, chociaż nie gadam, nie wyzwierzam języka!… Kto słoiki konfitur posyła propinatorce za gorzałkę? Czy może idą z folwarku – hę?… Kto świeżutkie masło całymi łyżkami wrzuca pod blachę, żeby się ogień zajął – co?… No, a słyszał kto kiedy, żeby na folwarku ptasie piórko zginęło? Kto ma zastanowienie takie rzeczy powiedzieć?… Czy to ja nie spotkałam kiedyś na drodze kuchcika, jak wynosił pod kurtą szparagi do ekonoma? Czy to ja nie wiem, ile się z folwarku posyła kurcząt, ile kapłonów, ile wszystkiego? Kajże to się podziewa – co? Czy może hrabstwo zjadają?”.