Zbieracz Burz, tom 1

Tekst
Z serii: Zastępy Anielskie #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zastępy Anielskie

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Maja Lidia Kossakowska

Karta redakcyjna

Okładka


Zastępy Anielskie

1 Żarna niebios

2 Siewca Wiatru

3 Zbieracz Burz – tom 1

4 Zbieracz Burz – tom 2

Mojej Matce

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


rew.

Zapach krwi. Smak krwi. Gorąca, pulsująca, lepka czerwień.

Która płynie. Która barwi myśli. Przynosi ulgę. Oszałamia.

Na Jasność, ależ oszałamia.

Niezbyt odpowiednia pobudka dla anioła, fakt. Nawet chwilowo bezrobotnego Abaddona, Tańczącego na Zgliszczach.

Daimon stał pośrodku ringu, dysząc ciężko. I uśmiechał się. Paskudnie. Naprawdę paskudnie.

Miał dziś niezły dzień. Pełen parującego szkarłatu, potu i zwycięstwa. Właśnie cztery rosłe dżinny zwlekały z areny ośmionogiego centaura. Dziewiątego pokonanego przeciwnika pod rząd. Jeszcze jeden i będzie dosyć. Umiar, przyjaciele. Porządny skrzydlaty we wszystkim musi zachować umiar. To złota zasada Królestwa. No nie?

Frey poruszył opuchniętymi, poobijanymi palcami, zacisnął dłonie w pięści.

Spokojnie. Spokojnie. Jest dobrze. Ten ostatni zaraz wyjdzie na ring. Już za chwilę zmażesz mu z gęby butny wyraz, zmienisz ją w kawał świeżego befsztyka, rozmażesz po ścianach i udekorujesz wybitymi zębami. A potem postarasz się opanować. Zdusisz palący się pod żebrami ogień, zalejesz go falą krzepnącej krwi, zmęczenia, euforii po skończonej walce. Uda ci się. Zawsze się udaje. Więc nie myśl o tym teraz. Nie teraz. Za jakiś czas. Kiedy już wyniosą kolejnego dupka z połamanymi kośćmi i zmasakrowanym pyskiem. Dzielnego idiotę, który ośmielił się stanąć do walki z Aniołem Zagłady.

Kiedy ochłoniesz.

Dżinny wreszcie zdołały wspólnym wysiłkiem ponieść bezwładne cielsko centaura. Nogi zakończone szerokimi racicami sterczały do góry niczym kołki połamanego płotu, gęste kudły, zrudziałe od stygnącej posoki, szorowały po podłodze wysypanej grubą warstwą trocin. Wywrócone białkami oczy oglądały już krajobraz po drugiej stronie tęczy.

Daimona nie obchodziło, czy przeciwnik się wyliże, czy umrze, ale rzadko się zdarzało, że pozbawiał kogoś życia. Nie przyszedł tu przecież zabijać. Tylko zgasić ten wszechwładny pożar, to szaleństwo, które kazało mu krzyczeć w nocnych koszmarach, a milczeć i zaciskać zęby za dnia. Moc Burzyciela Światów, która ocknęła się, zatliła, lecz nie przepełniła go potęgą Pana, nie znalazła ujścia od czasu sławnego starcia z Siewcą Wiatru.

Frey był teraz naczyniem gniewu, a to naczynie w każdej chwili mogło pęknąć, wylewając niszczycielską zawartość na każdą przypadkową krainę Kosmosu.


Dlatego brał udział w nielegalnych walkach za pieniądze w dalekiej, zakazanej dzielnicy Stref Poza Czasem.

Starcie, potyczka, konfrontacja, bijatyka na pięści trochę pomagały. Trochę.

Stanął w lekkim rozkroku, wstrząsnął skrzydłami, ponownie rozprostował i zacisnął palce. Gotów. Był gotów do kolejnego spotkania.

Tymczasem pod szarą plandeką namiotu, wielkiego jak sala audiencyjna w Pałacu Tronu, oszalały z emocji tłum wrzeszczał, wiwatował, klął i stawiał zakłady. Geniusze w pasiastych tunikach krupierów krążyli wśród publiki, potęgując zamieszanie. Licytator niezmordowanie wykrzykiwał stawki ochrypłym głosem wrony. Gnomy gestykulowały zaciekle, krzywiąc brzydkie trójkątne pyszczki. W wąskich, małpich łapkach ściskały pliki banknotów lub wielkie kamienie szlachetne najlepszej wody. Geniusze sypali czystym regenckim srebrem, wprost z mennic Królestwa. Fauny i koboldy na ogół w ogóle nie miały pieniędzy, ale wydzierały się głośniej niż inni. Kilku Dewich stawiało piękną starożytną biżuterię i zdobione gemmy. Dżinny targowały miedziakami lub, zależnie od statusu, porządnym złotem rodem z Otchłani. Liczni Głębianie niskich kast starali się przekrzyczeć zgromadzonych na trybunach nieskrzydlatych, oferując wszystkim wokół wyzwiska i podfałszowane oficjalne szekle Lampki.

Panował chaos gorszy niż w Czasach Ostatecznych.

Daimon nie zwracał uwagi na wrzaski. Chciał się bić. Po to tutaj przychodził, tylko tego szukał. Zapomnienia. Ukojenia. Walki.

– Koniec zakładów! Koniec zakładów! – ryknął wreszcie licytator, a Frey poczuł uderzenie tętna.

Bęgggg! – zaśpiewał gong.

Łup, zawtórowało serce anioła.

Natychmiast pod kopułą namiotu zaległa całkowita cisza. Zapowiadało się niezwykłe starcie. Jak zawsze, gdy do walki stawał sam Daimon Frey, Anioł Zagłady. Oczywiście tutaj nie używał swego imienia ani oficjalnych tytułów, jednak każdy ze zgromadzonych na trybunach wiedział, kim jest ten czarnowłosy, mroczny skrzydlaty.

Tłum rozstępował się, przepuszczając na ring zwalistego, rosłego mężczyznę z rudymi włosami i brodą. Towarzyszyły temu pełne zadowolenia i podniecenia pomruki publiczności, oznaczało to niewątpliwie, że przeciwnik Abaddona też okazał się nie byle jaki.

Ktoś ze starych bogów, pomyślał Daimon. Dziwne, rzadko się tu pojawiają.

Zawodnik wkroczył na arenę, zajął pozycję, a w tym samym momencie Frey rozpoznał szare oczy i znajome rysy twarzy dawnego wikińskiego bóstwa.

I roześmiał się. Dosłownie parsknął śmiechem.

Ależ długi musiały przycisnąć tego starego drania, pomyślał. Co za spotkanie. Nie wierzę. Nie wierzę, cholera! Na Jasność, jego lanista ma poczucie humoru. Albo nierówno pod sufitem.

Ruszyli ku sobie po łuku, ostrożnie, jak dwa rozwścieczone i zaprawione w bojach smoki. Zaciśnięte pięści Asa już zapłonęły bladymi czerwonymi płomieniami zaklęcia wspomagającego siłę, otaczając dłonie kłębem widmowego ognia. Frey nie zniżał się do używania magicznych rękawic. Sama moc destruktora starczała, żeby ręce nawykłe do dzierżenia Gwiazdy Zagłady, miecza burzącego światy, poznaczone bliznami i sinymi nitkami tatuaży, zapłonęły zimnym, niebieskim blaskiem.

Krążyli wokół siebie, a lodowe błyskawice i ogniste smugi co chwila biły w piach areny, podrywając w górę tumany trocin i drobin kwarcu. To rudowłosy zaatakował pierwszy. Runął na Daimona z rozwartymi ramionami, jakby pragnął go uściskać. Widocznie chciał wykorzystać swoją posturę i od razu zwalić szczuplejszego przeciwnika z nóg. Frey wyskoczył w górę, nawet nie używając skrzydeł, i wyprowadził serdecznego kopa, wywołując błękitną fontannę wyładowań. Lecz starożytny, cwany wiking przewidział ten manewr i zdołał zrobić unik. Anioł opadał już na arenę z mocą, która zatrzęsła drewnianymi ławkami trybun, gdy rudy podciął mu nogę. Ale Daimon się nie przewrócił. Wystarczyła drobna korekta skrzydłami, szybki zryw i znów pewnie stał na wysypanym trocinami ringu, tylko widzowie siedzący w pierwszych rzędach zbierali z podłogi nakrycia głowy strącone powiewem anielskich lotek. Mógł co prawda poderwać się w górę i kontynuować starcie z powietrza, bo tutaj wszystkie chwyty były dozwolone, ale nie miał zamiaru wykorzystywać tej przewagi. Poza tym latanie zwykle kończyło zabawę. Przeciwnik psuł się za szybko.

Dawny bóg warknął ze złością. Frey pokazał mu w uśmiechu zęby. Znów stali naprzeciwko siebie, dysząc lekko.

No, chodź, Panie Krętaczu, pomyślał Anioł Zagłady. Zobaczymy, co wykombinujesz tym razem.

Rudy znów ruszył pierwszy, zwalając się na skrzydlatego jak taran. Daimon śmignął pod płonącą pięścią wielkości kafara, ale obracając się, stracił na moment równowagę i wylądował na lewym kolanie. Starożytny natychmiast wyprowadził kopnięcie na twarz, lecz Frey błyskawicznie schwycił i wykręcił stopę przeciwnika. Wikiński bóg upadł ze stęknięciem, roztrzaskując kamienną bandę, strącając część publiki z siedzeń i osmalając kilka najbliższych ławek, ale poderwał się niemal tak szybko jak Abaddon. W powietrzu śmignęła chmura trocin, ciśnięta wprost w oczy Daimona. Anioł targnął głową, a wtedy ryży skoczył do zwarcia. Frey uchylił się w ostatniej chwili, pięść przeciwnika minęła o włos jego gardło i opadła po skosie w dół. Nagły ból przeszył obojczyk i bark Burzyciela Światów, zaś między zaciśniętymi palcami rudzielca błysnął srebrzyście polerowany metal.

 

Maleńki, lecz piekielnie ostry nóż kastetowy.

Źrenice anioła, ogromne jak lufy colta magnum, pełne kosmicznej czerni, zwęziły się groźnie.

Tymczasem starożytny odskoczył na bezpieczną odległość, szykując się do kolejnego cięcia. Ani lanista Daimona, ani nikt z publiczności nie mógł dostrzec ukrytej w jego pięści broni i krzyknąć, żeby zakończyć walkę. Rudy dobrze o tym wiedział. Teraz jego usta rozciągnęły się w leciutkim drwiącym uśmieszku.

Nie miał jeszcze pojęcia, jak poważny błąd popełnił.

Bo Daimon się wkurzył. Wkurzył się naprawdę.

Na ringu można było robić wszystko. Wydłubywać oczy, urywać uszy, wyrywać żebra, gruchotać kości, skręcać karki czy kopać w krocze. Ale pod żadnym pozorem nie wolno było posłużyć się jakąkolwiek bronią, choćby znalezionym pod nogami kamieniem. Nigdy.

Jeśli ktoś złamał tę zasadę, nie mógł liczyć na żadną litość. A już na pewno nie na litość Anioła Zagłady.

Żarty się skończyły. Teraz miał się zacząć prawdziwy, porządny oklep. I nikt nie zasłużył na niego bardziej niż Pan Krętacz we własnej osobie.

Daimon napiął mięśnie, czekając, aż As znów wystartuje do boju. Ułamek sekundy, zaciskające się palce przeciwnika, jeden głębszy haust powietrza. Teraz. Starożytny uderzył, lecz zanim zdołał postąpić krok i odchylić ramię do ciosu, Frey runął na niego. Potężne kopnięcie prosto w odsłonięty mostek posłało rudzielca na ziemię. Trzask pękających żeber zabrzmiał sucho jak odgłos łamania drewnianej szczapy. Twarz wikinga z miejsca zrobiła się szarozielona, rozwarte wargi z trudem łapały oddech.

Impet znów zdruzgotał bandę, zatrząsł trybunami, posyłając na ziemię kolejnych gapiów. Kamienny ring pękł z hukiem, wokół strzeliły płomienie magicznej osłony i chmura zmieszanych z piachem trocin. Wydawało się, że nad areną wstała trąba powietrzna.

Ale to tylko Anioł Zagłady spadł na powalonego, lecz już dźwigającego się z wyraźnym wysiłkiem Asa, jak wielki, szalony kruk. Pięść rannego, okręcona płomieniem, zbrojna w stalowe żądło, wystrzeliła w górę, godząc w bok szyi Daimona. Lecz ostrze nie zdążyło nawet drasnąć skóry w okolicy tętnicy, gdy lewa ręka Burzyciela Światów zacisnęła się na ręce wroga, miażdżąc mu palce. Widmowa czerwień ognistej rękawicy splotła się z błękitem i przygasła zduszona. Ostrze przebiło na wylot dłoń skrzydlatego, okrwawiona stal poszorowała po kościach, przecięła skórę, rozdzierając skomplikowane zawijasy magicznego tatuażu. Czerwień popłynęła ciężkimi kroplami na piach, natychmiast ciemniejąc.

Ani jeden z walczących nie wydał choćby jęku. Ścierali się zaciekle w całkowitym milczeniu.

Prawa ręka Freya sięgnęła do gardła przeciwnika, lecz rudy zasłonił się ramieniem, równocześnie kopiąc kolanem w splot słoneczny anioła. Zadudniło, jakby ktoś walnął młotem w beczkę. Daimonowi pociemniało przed oczami, a wtedy starożytny wyprowadził cios, który trafił anioła pod brodę. Snop iskier ciągnął się za Abaddonem niczym ogon komety. Być może złamałby kark słabszemu skrzydlatemu, lecz nie Tańczącemu na Zgliszczach.

Siła uderzenia znów tąpnęła ringiem, targnęła Freya w bok, sprawiła, że zwolnił nieco uścisk. Potrząsnął głową, spluwając gęstą, gorącą krwią. Ryży natychmiast wykorzystał sytuację. Wyszarpnął prawą rękę, pogłębiając ranę w dłoni anioła, i zamachnął się do kolejnego ciosu.

Dość! – pomyślał Daimon. Czas cię zgasić, kolego.

Odbił ramię napastnika, czując, jak ostrze broni tnie rękaw i kaleczy skórę, jednocześnie łokciem drugiej ręki z całej siły uderzył w pierś dawnego boga.

Zimne, niebieskie płatki płomieni rozkwitły niczym lodowa orchidea. Uderzenie wgniotło Asa w ziemię, między płyty połamanej areny. Wiking zawył z bólu. Nawet nie spróbował oddać ciosu. Dłoń z kastetem opadła bezwładnie, magiczne rękawice dopalały się z sykiem. Wyglądał jak trup, któremu nie udało się wydostać spod szczątków rozbitego sarkofagu. Ale ruszał się jeszcze, pojękując głucho, kaszląc, smarkając krwią i wypluwając białe, kościane kamyki zębów, a to oznaczało, że sprawa nie została ostatecznie zakończona. Tak zaś pozostać nie mogło. Jeśli się coś przedsięweźmie, trzeba to zrobić porządnie. Kolejna podstawowa zasada rodem z Królestwa.

Frey poprawił trzema krótkimi, brutalnymi uderzeniami w okoloną czerwoną brodą twarz i było po walce.

Dawny bóg leżał na ringu, blady niczym mgła nad Walhallą.

Daimon wstał z wysiłkiem, ostrożnie poruszył palcami poharatanej ręki. Bolało jak diabli, ale chyba nic nie było poważnie uszkodzone.

Grube czerwone krople, ciężkie jak rubiny gnomów, padały na arenę u stóp anioła.

W ustach czuł żelazisty smak i ciepło, więc splunął czerwienią i grudkami skrzepu. Szyja mu sztywniała, szczęka puchła, pocięty bark i przedramię paliły, jakby je pogryzła gorgona, a pod mostek, pomiędzy żebra, ktoś wetknął chyba zaostrzony kołek na wampiry.

Publiczność wyła, klaskała i gwizdała wściekle. Licytator ochrypłym wrzaskiem ogłaszał zwycięstwo skrzydlatego wojownika. Sypały się na przemian przekleństwa i gotówka.

Frey zbliżył się do powalonego przeciwnika, schylił z trudem i podniósł porzucony wśród trocin nóż. Szare, pociemniałe z bólu oczy patrzyły na niego nieprzytomnie.

Wargi Daimona wykrzywił brzydki uśmieszek.

– Hej, Loki – powiedział cicho. – Słyszałem, że podobno próbujesz mnie zastąpić. Nic z tego, bracie. Zapomnij. Nie ta liga.

Bóg Oszustów jęknął głucho i zamknął powieki.

Wyliżesz się, pomyślał Frey. Jak zawsze. Taki z ciebie fartowny skurwysyn. Masz to we krwi.

Odwrócił się, żeby zejść z ringu, gdy nagle poczuł, że wszystko wokół szarzeje, zastyga niczym tężejący klej. Czas spowalnia, zatrzymuje się, gaśnie. Powietrze gęstnieje jak rozlana żywica, rozpycha mu płuca, przy każdym oddechu eksploduje w piersi niczym mała raca.

W głowie zrodził się nagle nieznośny ucisk, jakby dziecko olbrzyma zapragnęło zgnieść ją w palcach niby orzech. W jednej chwili Daimon stracił wzrok. Błękitny płomień wypełnił przestrzeń, nie pozostawiając nic prócz zabójczej, niebieskiej jak milion błyskawic jasności.

I wniknął w niego, wlał się, spłynął niczym potworne wyładowanie elektryczne, budząc w sercu, niegdyś przebitym mieczem egzekutora, nieprzytomny, niemożliwy do zniesienia ból.

Wydało mu się, że za moment blask go rozerwie, podrze na strzępy, rozszarpie, a ognista kula, tak brutalnie wepchnięta pod żebra, eksploduje z siłą rodzącej się galaktyki.

Krzycząc ochryple, strasznie, zwalił się na kolana. Rozczapierzone palce darły piach i trociny, twarz, biała jak całun trupa, wykrzywiła się w nieludzkim cierpieniu.

Umieram. Znowu umieram, zdołał zrozumieć, zanim błękitna jasność wypaliła wszelkie myśli.

Poczuł, jak stara blizna na piersi rozdziera się powoli, niczym za mocno naciągnięty materiał i szalone światło strzela z niej nieprawdopodobnie jaskrawą wiązką, jakby połknął biały, oślepiający reflektor. I ten słup płonącego blasku naparł na niego, zmusił, żeby się wyprostował, wciąż na kolanach, odrzucił głowę do tyłu, rozwarł ramiona, niczym w oczekiwaniu na cud objawienia, oszalałą epifanię męki.

Krew ciekła z dłoni zranionej przez Lokiego, płynęła także z rozdziawionej jak roześmiane usta blizny na drugiej ręce, sączyła się gorącą strugą z piersi, otwartej niczym koperta ze złamaną pieczęcią szramy.

Sterczał na środku areny, nawleczony na wiązkę światła niby niedźwiedź na rohatynę, konając, krzycząc i płacząc, i wtedy właśnie światłość zechciała do niego przemówić.

Słuchał głosu w głowie, huczącego niby płomień w Morzu Ognistym, i krzyczał, i konał, i szlochał, lecz tym razem z niedowierzania i lęku.

Ale głos był bezlitośnie obojętny.

Konkretny. Konkretny niczym polecenie dowódcy.

Wypowiadał rozkaz swemu Abaddonowi, Burzycielowi Światów, Tańczącemu na Zgliszczach, a rozkaz ten był nieodwołalny.

– Nie! – jęczał Frey, dygocząc z męki.

Ale blask nie słuchał.

Powtarzał tylko swoją wolę, tak długo, aż cierpienie przekroczyło wartość krytyczną i umysł Daimona wyłączył się jak przegrzany bezpiecznik.

Po erupcji obezwładniającego blasku ciemność okazała się tak zaskakująca i głęboka, że aż sprawiała ból.

Frey zapadł w nią niczym w bagno, a potem po prostu przestał istnieć.


– Na Jasność, Frey! Nie możesz tak po prostu wyjść! O mało nie umarłeś! Miałeś jakiś atak czy coś w tym rodzaju. Nie pamiętasz? – Askalis, drobny, niemłody geniusz dreptał wzdłuż progu, zasłaniając rozłożonymi ramionami drzwi.

– Doskonale pamiętam. Aż za dobrze – warknął Daimon, obwiązując chustką skaleczoną rękę. – A teraz przepuść mnie albo przetrącę ci kark, kurduplu!

Był blady jak dym, cały unurzany w zakrzepłej krwi, jakby tarzał się w rzeźni. Czarne źrenice wydawały się martwymi dziurami prowadzącymi do samego piekła, tylko fosforyczne zielone otoczki płonęły szaleństwem.

– Mowy nie ma! – wrzasnął geniusz. – Po moim trupie. Nie pozwolę! Musi cię obejrzeć lekarz. Powinieneś leżeć, odpoczywać, a nie miotać się po przebieralni z tymi wilczymi ślepiami i wściekłym wyrazem pyska, wszystko wokół mażąc krwią. Jeszcze mi tu wyciągniesz kopyta i jak ja się potem wytłumaczę regentowi, co?

– Do cholery, Askalis, jesteś moim lanistą, a nie niańką! – wrzasnął wkurzony na dobre Frey. – Więc się łaskawie odpieprz. Zamknij się i nie rób trudności. Nic mi się nie stało. Wychodzę. To wszystko.

– Akurat nie stało! Padłeś jak podcięty, wyjąc, jakby cię topili w Jeziorze Płomieni, i strzelając we wszystkie strony strugami krwi, niczym pierdolony stygmatyk z Głębi, potem zrzygałeś się skrzepami i czymś, co przypominało twoje własne flaki porozrywane na kawałki, a na koniec zwaliłeś się bez przytomności. Nie ma co, pięknie to wyglądało. Jak rzeźba z fontanny samego Beliala. Brakowało ci tylko trąbki wystającej z pyska, żeby strumień posoki ładniej wystrzelał w górę. Rany, co za panika wybuchła. Połowa publiki pomyślała, że to jakaś egzotyczna zaraza. Druga, że zaraz wybuchniesz, rozpieprzając całe Strefy Poza Czasem. Ale był bal. Parę osób tłum zadeptał na śmierć. Ciągle broczysz posoką jak chimera, co ją Pan Gabriel miał fantazję upolować w zeszłym roku. Więc nie sadź się przede mną i nie strugaj bohatera. Nigdzie nie pójdziesz.

Daimon poczuł się nagle zmęczony jak Noe po ukończeniu arki. Usiadł ciężko na drewnianej, nieheblowanej ławie pod ścianą.

W garderobie było ciemnawo, na hakach wbitych w ściany wisiały nieświeże łachy, wokół walały się rozrzucone worki treningowe, w półmroku przypominające wołowe tusze, w kącie stał dzban z wodą i misa do mycia. Obok w krzywej szafce pozbawionej drzwiczek stały w obitych flakonikach mikstury leczące rany i uśmierzające ból. Kłęby brudnawych bandaży nieprzyjemnie przywodziły na myśl wnętrzności wyprute z jakiegoś zwierzęcia. Śmierdziało zastarzałym potem, pleśnią i nacieraną tłuszczem surową skórą. A nad tym wszystkim, niczym tajemna nuta w znanych perfumach, unosił się jak widmo słaby siarczany aromat uryny.

– Askalis, ja muszę. No, rozumiesz? Muszę iść. Stało się coś ważnego. Bardzo ważnego. I obawiam się, że sam Pan Gabriel, zamiast polować na chimery, powinien zaraz coś w tej sprawie zrobić. Dotarło?

Geniusz westchnął.

– Tak to jest, gdy nieskrzydlaty na stare lata zada się ze Świetlistym. Same kłopoty. Chyba mi rozum odjęło, że zgodziłem się zostać twoim lanistą.

Frey uśmiechnął się krzywo.

– Ale zarobiłeś nieźle na tym zaćmieniu umysłu, co, bracie? Starczy na porządną emeryturę.

– Albo na ładny nagrobek. Zresztą mnie się tam do emerytury nie spieszy. Więc mówisz, że nadchodzi jakaś rozróba, co? Mam zwijać interes, skitrać oszczędności czy wydawać wszystko lekką ręką w oczekiwaniu na zbliżający się koniec?

Daimon wzruszył ramionami.

– Skąd mam niby wiedzieć. Jestem tylko skrzydlatym, który lubi się bić. I tyle.

Wodniste, blade oczy Askalisa patrzyły drwiąco i serdecznie.

– Akurat uwierzę, Aker, czy jak tam każesz się zwać. Nikt tu nie ma wątpliwości, kim naprawdę jesteś. No to jak, co mi poradzisz? Uciekać? Inwestować? Ładować forsę w nieruchomości czy do słoja z odpowiednio wkurzonym dżinnem?

 

Anioł Zagłady poprawiał prowizoryczny bandaż na prawej dłoni. Rana rozharatana na lewej przez Lokiego już krzepła, ale ze starej blizny wciąż sączyła się krew.

– Nie wiem. Nie pracuję w finansach, jak sam się domyślasz. Tu, głęboko w Strefach Poza Czasem, nic nie powinno ci grozić, stary.

Askalis skinął głową.

– Aha, czyli draka wybuchnie w Królestwie.

– Nie, do diabła! Nic nie wybuchnie. A ty zrobisz lepiej, jeśli będziesz siedział cicho. Bardzo cicho i bardzo spokojnie.

Lanista zmierzył skrzydlatego bacznym spojrzeniem.

– Jak tam chcesz. Ja kłopotów nie lubię. W przeciwieństwie do ciebie, panie Aker – ostatnie słowo wymówił z naciskiem. – Źle wyglądasz. Obiecaj mi chociaż, że odwiedzisz jakiegoś lekarza, co?

Daimon zobaczył przed oczami pociągłą, chudą twarz Razjela, maga i Księcia Tajemnic.

– O tak, z pewnością – mruknął cierpko. – I to nie raz.

– Jak się trochę uspokoi i chłopcy rozliczą utarg, przekażę ci twoją część wygranej.

Anioł machnął lekceważąco ręką.

– Nie trzeba. Zatrzymaj sobie tę forsę. Na pamiątkę.

– Dobra, skoro taka twoja wola. Nie będę się spierał. Ale czekaj, mam coś dla ciebie.

Askalis sięgnął za pazuchę, pogrzebał chwilę, a potem wyciągnął zmiętą, brudnawą szmatkę wielkości pudełka zapałek.

– Masz – wyciągnął ją w stronę anioła.

– A to niby co? – sarknął Frey. – Fragment całunu potartego o tyłek Zgniłego Chłopca, tak na szczęście w hazardzie?

Lanista wyszczerzył w uśmiechu zęby.

– Taaaa, żarty się ciebie trzymają, Abaddonie, znaczy Aker, przepraszam! To dywan. Latający, tak dla ścisłości. Nosiłem go przez lata przy sobie, na wszelki wypadek, gdyby trzeba było szybko wiać. Skoro nie przydał się do tej pory, nie przyda się i potem. No bierz. Przecież nie mogę cię w tym stanie puścić w drogę do Królestwa. Skrwawisz się jak zbiegłe z jatki prosię, zanim dotrzesz do najbliższego szlaku. Albo znów złapie cię ten dziwaczny paralusz, czy co to za cholerstwo było. Nie daj się prosić. Bierz.

Daimon uniósł ze zdumienia brwi, ale przyjął strzępek dywanu.

Askalis był lanistą, w dodatku geniuszem. Nigdy nikomu nic nie dał. Widocznie zarobił na walkach Freya więcej, niż przyznawał. A może naprawdę polubił mrocznego skrzydlatego z wilczą gębą i talentem do bójek?

Jasność tylko wie.

Burzyciel Światów wstał, obrócił w palcach brudny skrawek materiału.

– Dzięki, Askalis. Porządny z ciebie chłop, jak na lanistę.

Geniusz uśmiechnął się smutno.

– To co? Znaczy mam szukać sobie innego zawodnika, tak?

Wąskie usta Daimona wykrzywił gorzki grymas.

– Ano, na to wygląda, stary. Trzymaj się. Dobrze się z tobą pracowało.

– Ja też nie narzekam. Do zobaczenia, Aker.

– Moc! – powiedział dobitnie Abaddon.

Nie minęło więcej niż mgnienie i lanista został sam w garderobie.

– Uważaj na siebie, przyjacielu – szepnął. – Cokolwiek żeś tam usłyszał, na ringu, i cokolwiek zamierzasz zrobić, coś mi się widzi, że przyda ci się odrobina szczęścia. Niech cię Światłość prowadzi, Aniele Zagłady.


Gdy wylądował w ogrodzie własnego pałacu, poczuł się, jakby nagle znalazł się wewnątrz pięknej, lecz banalnej pocztówki. Nie był w domu od bardzo dawna, a i tak na widok znajomych murów i zakątków nie poczuł teraz żadnej radości.

Domostwo wydawało mu się puste i obce. Kwiaty, ścieżki, krużganki, mozaiki. Naprawdę kiedyś kazał to wszystko zbudować? Doglądał starannie każdego detalu, baseniku z fontanną, klombów, tarasów. Czy to możliwe, że kiedykolwiek zajmowały go klomby? Teraz było mu wszystko jedno, co zakwitnie w ogrodzie, byle nie były to wetknięte na tyki głowy ściętych skazańców.

Wszedł do środka budynku, kroczył po puchatych jak mech dywanach, mijał obite skórą kanapy i fotele, eleganckie komody i biurka. Ze ścian spoglądały na niego ulubione obrazy.

Na cholerę mi to wszystko? – myślał zdumiony. Naprawdę kiedyś mi na tym zależało?

Brudny, skrwawiony, osłabiony walką i eksplozją mocy Jasności, czuł się tutaj wyjątkowo nie na miejscu. Jak obleziony przez muchy ochłap mięsa na wykwintnie zastawionym stole.

To przecież mój dom. Mój własny dom, nie mógł zrozumieć. Czy aż tak bardzo się zmieniłem? I kiedy, na litość pańską?

Ale teraz nie to było najważniejsze. Potrzebował odpoczynku. Miękkiego łóżka, czystej pościeli. I wanny. Przede wszystkim wanny.

– Plesitea! – krzyknął ochrypłym, dobrze znanym całej służbie głosem.

Wystraszona skrzydlata wbiegła do komnaty i krzyknęła, zasłaniając usta dłonią. Jej oczy zrobiły się okrągłe z niedowierzania i zgrozy.

Pięknie muszę wyglądać, nie ma co, pomyślał cierpko.

– Przygotuj mi kąpiel. I przynieś wina. Nie, raczej piwa. Zimnego. Nie mam ochoty truć sobie żołądka kwasem z winogron Gabriela. Aha, i jakieś ubranie. A te szmaty wywal. Już się nie dopiorą.

– Witaj, panie. Tak, panie. Już przynoszę.

Plesitea ukłoniła się i uciekła, jakby zastała w pokoju nie chlebodawcę, lecz Kruka z Harap Serapel.

Daimon podszedł do okna i zapatrzył się na dachy i kopuły Hajot Hakados, najbardziej luksusowej dzielnicy Szóstego Nieba. W słońcu południa lśniły złotem, purpurą, szkarłatem i kobaltem, aż bolały oczy.

Czy ten przepych, zastanowił się ze smutkiem, to szaleństwo architektury, portyki z marmurów białych jak chmury, złote dachówki, ulice brukowane półszlachetnymi kamieniami, fontanny tryskające słodkim winem, te cholerne putta, chimery, skrzydlate lwy i smoki, stiuki, pilastry, gzymsy i attyki są nam naprawdę potrzebne? Czy wille, ogrody, parki, pałace budują potęgę i prestiż Królestwa, czy tylko odzwierciedlają rozdętą jak pęcherz Lewiatana pychę i próżność Świetlistych? Rany, jak możemy spokojnie kroczyć po bruku z agatów, onyksów, jaspisów i jadeitu? Przecież to chore. Chore jak cholera.

Uśmiechnął się gorzko, przypomniawszy sobie, że niegdyś uważał swój pałac za nieduży i skromny. Pałac i skromny. Dobre sobie.

– Taki sam z ciebie skurwysyn jak cała reszta – szepnął. – Rycerz Miecza. Abaddon. Akurat. Dworak przywiązany do zbytku i luksusów.

Weszła Plesitea ze szklanką piwa na srebrnej tacy. Frey sięgnął po naczynie, krople krwi pociekły na puchatą biel dywanu. Daimon podążył za wystraszonym wzrokiem służącej i spostrzegł, że cała podłoga jest przeszyta czerwonym ściegiem posoki.

– Natychmiast każę posprzątać, panie. Nie zostanie nawet plamka – zapewniła anielica.

Abaddon machnął ze zmęczeniem ręką.

– Nie trzeba. Wyrzuć ten dywan i kup inny. Jakikolwiek. Wszystko jedno. Wybierz sama. Jak tam kąpiel?

– Gotowa, panie.

Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Plesitei. Tym razem było pełne jawnego przerażenia.


Leżał w wannie, bezwiednie muskając palcami długą bliznę na piersi. Piekł go rozcięty bark i pokaleczone ręce. Od ciepła i wilgoci rany zaczęły znów nieznacznie krwawić. Ledwo się zanurzył, woda przybrała brudnoróżowy odcień, ale nie dbał o to.

To Pan, pomyślał. Pan do mnie przemówił. Ożywił we mnie siłę Burzyciela Światów. Wydał rozkaz. Lecz co to za rozkaz, do diabła! Na Siedem Nieb Królestwa, bodajbym go nigdy nie usłyszał. Czy to w ogóle możliwe, żeby Jasność oszalała? Postradała rozum niczym marcowa chimera? Na to wygląda. Do cholery, właśnie na to. Bluźnię. Jasne, że bluźnię. Ale co mam innego robić?

To przecież był głos Pana! Rozpoznałem natychmiast. Tknięcie Jasności. Dość burzliwe. Dość bolesne, w porządku, przyznaję. Cięższe niż kiedykolwiek. Ale z pewnością pochodzące ze strony Blasku. Dobra Światłości, nie mogło być inaczej! Nie pomyliłem się. Nie byłbym zdolny aż tak się pomylić. Tak nie mógł się odezwać Antykreator. To nie on się objawił. Wiem. Czuję to. Przecież dotykałem Cienia, walczyłem z nim. Rozpoznałbym tę mroczną, zabójczą, ciężką jak wieko od trumny moc Siewcy Wiatru. Teraz przemówił do mnie blask Pana. Sama Jasność. Tyle że chyba całkiem ześwirowana.

Słodka Światłości, co ja mam zrobić? Co zrobić, do wszystkich diabłów?!

Objął rękami głowę, ścisnął mocno. Mokre czarne włosy przylepiły mu się do twarzy.

Dopiero teraz, powoli, zaczął do niego docierać straszliwy sens rozkazu.

Nie mogę, pomyślał w popłochu. Nie zrobię tego. Za żadną cholerę. To obłęd. Coś się zepsuło na łączach. Na pewno chodziło o inny świat. Rany Pańskie musiało chodzić o inny. Czegoś nie zrozumiałem. Coś przeoczyłem. Popełniłem błąd w odczycie intencji Jasności. Nie ma innego wyjścia.

Ale zaraz potem przypomniał sobie ten huczący jak płomień głos bez głosu, ten przekaz czytelny i ostry jak miecz wbity w serce.

Nie, nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości. Pan objawił swą wolę. I nic już nie pozostało do gadania.

Nic.

Dobra Matko! To koniec. Ostateczny, zabójczy cios. Hasta la vista, baby!

Taniec Abaddona na zgliszczach.

Daimon zanurzył się głęboko w wannie, pozwalając, by woda zamknęła się nad nim, unosząc długie, falujące wodorosty włosów.

No i pięknie, pomyślał. Amen. Stało się. Pan wreszcie przemówił. Cieszcie się, głupie gnojki. Bo ja jakoś nie mogę. Na wszystkie pieprzone planety Kosmosu, ależ mam teraz przesrane! Na całej linii, aż po horyzont.


– No proszę! Kogo to ja widzę. Daimon! Syn marnotrawny wreszcie powrócił do Królestwa! Hosanna! Co cię sprowadza, bracie? Forsa ci się skończyła? Łachy wydarły? Potrzebujesz kompleksowej opieki medycznej? Wpadłeś wyciągnąć starych kumpli na piwo?

Gabriel siedział za biurkiem, obracając w palcach pierścień regenta. Aniołowi Zagłady wystarczył rzut oka, by zorientować się, że przyjaciel jest wściekły. Zmrużone oczy Pana Objawień miały teraz barwę jadowitej zieleni.