Żarna niebiosTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żarna niebios
Żarna niebios
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Żarna niebios
Żarna niebios
Audiobook
Czyta Krzysztof Wakuliński
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zastępy Anielskie

Światło w tunelu

Dopuszczalne straty

Sól na pastwiskach niebieskich

Zobaczyć czerwień

Kosz na śmierci

Smuga krwi

Żarna niebios

Wieża zapałek

Gringo

Beznogi tancerz

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Maja Lidia Kossakowska

Karta redakcyjna

Okładka


Zastępy Anielskie

1 Żarna niebios

2 Siewca Wiatru

3 Zbieracz Burz – tom 1

4 Zbieracz Burz – tom 2

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Światło w tunelu

Nie zapamiętał uderzenia ani wstrząsu. Pamiętał zbliżający się z szaloną prędkością samochód, który po prostu nie miał prawa znaleźć się nagle na prawym pasie, jadąc w przeciwnym kierunku, niż powinien. Eryk zdążył tylko pomyśleć, że to naprawdę nie w porządku. Wydawało się, że nadjeżdżająca maszyna zdaje sobie z tego sprawę, bo w wytrzeszczonych ślepiach reflektorów zobaczył poczucie winy. A może tak mu się zdawało. Samochód sunął prosto na niego, a potem zapadła ciemność, jakby ktoś wyłączył światło.

Eryk ocknął się na poboczu, w rowie. W powietrzu unosiła się przykra listopadowa mżawka. Karetka migała wściekłym błękitem, jakby sugerowała, że jest ekspresem prosto do nieba. Sanitariusze ostrożnie ładowali ciało na nosze. Wokół stała grupka gapiów. W polu, niczym martwe zwierzęta, leżały dwie kupy zgniecionej blachy. W jednej z nich Eryk rozpoznał swój samochód.

Z jękiem zajechał wóz policyjny, zahamował ostro. Mundurowi wyskoczyli z wnętrza jak diabełki z pudełka.

Sanitariusze pakowali ofiarę wypadku do karetki. Dziwny niepokój kazał Erykowi spojrzeć w twarz rannego. Przysunął się bliżej, zajrzał przez ramię lekarza i poczuł lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Na noszach, zakrwawiony i umazany błotem, leżał on sam. Niemożliwe, jęknął w duchu. Kuli się przecież w porywach jesiennego wiatru, mżawka tnie go w policzki i nos. Spojrzał na swoje buty. Były przemoczone i oblepione ziemią. Stał w końcu po kostki w błocie. To jakieś szaleństwo!

Wyciągnął rękę, dotknął ramienia lekarza.

– Panie doktorze – powiedział – ja jestem tutaj.

Brzmiało głupio, ale niczego lepszego nie wymyślił. Lekarz nie zareagował. Eryk zacisnął palce, szarpnął mocno.

– Hej, czy pan mnie słyszy?

Nic na to nie wskazywało. Lekarz pozostał niewzruszony. Majstrował coś przy masce z tlenem nałożonej ciału Eryka. Sanitariusze zatrzasnęli drzwi, zanim Eryk zdążył zrobić cokolwiek. Chciał wsiąść do karetki, ale nie zdążył. Furgonetka zawyła przeraźliwie i pomknęła w listopadowy zmierzch.

Eryk został na poboczu w mokrych butach, z uczuciem całkowitej bezradności. No dobra, umarłem, pomyślał. I co dalej? Przypomniał sobie mgliście zasłyszane kiedyś opowieści o doznaniach z pogranicza śmierci, ale nic tam nie było o ciałach odjeżdżających w dal karetką. Czuł się zawiedziony i w jakiś sposób oszukany. Nie miał pojęcia, co robić.

Rozejrzał się. Na szosie zdążył już powstać spory korek. Policjanci starali się regulować ruch, ale zdaniem Eryka tylko potęgowali zamieszanie. Mrugając żółtymi światłami, zajechał samochód pomocy drogowej, podobny do wielkiej głębinowej ryby. Kiedy pracownicy zabrali się do wywożenia resztek jego peugeota, Eryk, nie wiedzieć czemu, poczuł się naraz strasznie samotny. Szybko jednak to uczucie przerodziło się w złość. Stał w rowie, na deszczu, zmarznięty i przemoczony, a przecież umarł, do cholery! Ktoś tam, z góry, powinien się nim zająć, a przynajmniej pokazać mu drogę. Wcisnął ręce w kieszenie i ruszył przed siebie poboczem, bo najbardziej na świecie nie chciał zostać sam na miejscu wypadku, gdy policja odjedzie, a gapie się rozejdą. W ten sposób miał przynajmniej wrażenie, że podejmuje jakąś decyzję.

Szedł, z każdą chwilą bardziej rozgoryczony i wściekły, a wiatr zawodził paskudnie. Wył i świstał nie do wytrzymania głośno. Dźwięk narastał. Hałas ogłuszył Eryka, zmusił do zatkania uszu dłońmi. W końcu mężczyzna zatrzymał się, a potem poczuł, jak przemożna siła wyrzuca go w górę. Świst ucichł, zmienił się w ciche mruczenie. Wokół Eryka utworzył się obszerny tunel z gęstej mgły mieniącej się kolorami tęczy. Niewidzialna ręka pchała go wyżej i wyżej, ku światłu. Było olśniewająco białe, kojące, cudowne. Eryk wyciągnął ramiona. Poczuł gwałtowną falę radości i spokoju. Płynął do światła.

Powoli w cudownej jasności zaczęły majaczyć postacie. Z początku małe i niewyraźne, ale z chwili na chwilę większe. Na spotkanie Eryka kroczył anioł, sylwetka z wyciągniętymi rękami i rozpostartymi skrzydłami. Eryk uczuł, jak ogarnia go głębokie, mistyczne wzruszenie. Zrozumiał, że zapewne widzi swego anioła stróża.

– Jaki piękny! – wyszeptał.

Postać skąpana w blasku zbliżyła się znacznie. Eryk był w stanie dokładnie zobaczyć krótką burą tunikę, jaką miała na sobie, i dostrzec oblicze, szczerze mówiąc, całkiem przeciętne. Lekkie rozczarowanie wynagrodził mu za to widok drugiej osoby, drobnej staruszki z trójkątną twarzą okoloną chmurą białych loczków, które upodobniały ją do kalafiora.

– Babcia! – krzyknął radośnie.

Starsza pani z uśmiechem pomachała ręką.

– Witaj, zbłąkana duszo! – zawołał anioł, cokolwiek namaszczonym tonem. – Oto przybyłeś do Królestwa Światła... Auuu!

Ostatni okrzyk nie należał do przemowy. Anioł wydał go mimowolnie, zgiął się wpół i upadł, kopnięty w brzuch, a następnie grzmotnięty w kark przez trzecią postać, której gwałtowne pojawienie się przerwało ceremonię powitania. Eryk zobaczył jeszcze, jak babcia małymi piąstkami tłucze napastnika w plecy, gdy nagle ktoś przyskoczył do niego z boku, narzucił mu na głowę ciężką, cuchnącą kurzem tkaninę. Eryk szarpnął się rozpaczliwie, próbując się wyrwać. O Boże, pomyślał w panice. Porwały mnie diabły! To koniec! Trafię do piekła! Młócił rękami na prawo i lewo, ale strach osłabiał go, zamiast motywować. Poczuł silne uderzenie w głowę i zapadł w cuchnącą kurzem ciemność.

Ocknął się z paskudnym bólem głowy. W ustach czuł nieprzyjemny słony posmak. Ktoś klepał go po twarzy, niezbyt łagodnie, ale z pewnością nie po to, żeby zrobić mu krzywdę. Przez zmrużone powieki widział tylko rozmazane cienie. Przezornie nie otworzył oczu, udając, że wciąż jest nieprzytomny.

– Po coś go tak grzmotnął w łeb? – usłyszał zirytowany głos. – Z tobą tak zawsze! Niczego nie zrobisz porządnie.

– Wyrywał się, co niby miałem wymyślić innego? – odpowiedział drugi, a klepanie w twarz ustało.

– Właśnie – sarknął pierwszy. – Myślenie, czyli coś, co ci zdecydowanie nie idzie. Teraz się na pewno nie zgodzi. I wiesz co, braciszku? Mamy przechlapane.

– Czekaj! A może oblać go wodą? – doznał olśnienia drugi.

Eryk uznał, że teraz warto już otworzyć oczy. Przekonał się, że siedzi oparty o ścianę w jakimś brudnym zaułku. W pierwszej chwili pomyślał, że znalazł się w zapuszczonym skansenie, bo budynki były krzywe, zbite z grubych bali uszczelnionych słomą. Uniósł wzrok i jęknął. No pięknie, wstrząs mózgu jak nic! Widział podwójnie. Dwie pochylone nad nim postacie były zupełnie identyczne. Zobaczył takie same rozczochrane czupryny grubych, jasnych włosów, dwie pary szarych oczu osadzonych trochę za blisko nosa, wydatne, kwadratowe szczęki. Obie twarze różnił tylko jeden szczegół. Na policzku tej z lewej widniała długa, brzydka blizna.

To bliźniacy, pomyślał Eryk. Oczywiście, jeśli bliźniakami mogą być anioły. A obaj panowie z całą pewnością byli aniołami. Świadczyły o tym niezbicie duże, trochę brudnawe i przyżółcone skrzydła.

– Ocknął się – powiedział ten bez blizny.

– Co za światła uwaga, Uwabriel – warknął drugi. – Jestem pod wrażeniem.

Twarz ofukniętego anioła zasnuła się smutkiem, aż Erykowi zrobiło się go szkoda. Blondyn z blizną oblizał wargi.

 

– No, tego – zaczął wyraźnie zmieszany. – Nie bój się, synu Adama, nie zrobimy ci krzywdy.

Eryk poczuł, że ogarnia go złość.

– Zbędne zapewnienia – wychrypiał przez wyschnięte gardło. – Już zrobiliście.

Odkaszlnął i splunął na ziemię. Po ubitym niedbale klepisku snuła się samotna kura.

– Co to za miejsce, do diabła? – spytał odruchowo.

– No, Limbo – powiedział anioł z blizną. – A co ma być?

Uwabriel wzruszył ramionami.

– Przecież on nie ma pojęcia, co to znaczy – rzucił.

– No tak – mruknął pierwszy. – Nieważne. Później ci to wyjaśnimy, synu Adama. Teraz pójdziesz z nami.

Eryk z wysiłkiem dźwignął się na nogi, nie przyjął wyciągniętej w pomocnym geście ręki Uwabriela. Zauważył, że prawa dłoń anioła jest owinięta brudnym bandażem. Otrzepał pomięte ubranie.

– Nigdzie nie pójdę – oświadczył ostro. – I nie jestem synem Adama, tylko Aleksandra.

– Ale człowiekiem, nie? – Anioł z blizną odsłonił w uśmiechu duże, mocne zęby.

– A wy aniołami, jak widzę! – rzucił ze złością. – Ładnie to porywać ludzi? Zasuwajcie świadczyć dobre uczynki i śpiewać, a mnie odstawcie do raju, czy gdzie tam trzeba.

– Do jakiego raju, misiu? – Twarz anioła wykrzywił grymas politowania. – Nie rób z siebie durnia, dobra? No chodź, szkoda czasu. Załatwimy sprawę i będziesz wolny.

Złapał Eryka pod ramię i pociągnął za sobą jak worek. Był co najmniej o głowę wyższy od człowieka, szeroki w ramionach i zwalisty. Eryk mógł najwyżej wić się w uścisku skrzydlatego jak robak w dziobie wróbla.

– No co ty robisz? – Uwabriel rozłożył ręce. – Będziesz go tak wlókł przez pół Limbo? Trzeba człowiekowi coś wytłumaczyć, nie?

Anioł z blizną niechętnie poluzował uścisk.

– Ja się nazywam Uwabriel – powiedział drugi skrzydlaty. – A to mój brat Parmiel. Wybacz mu grubiańskie maniery. Jest zdenerwowany, bo wpadliśmy w poważne kłopoty...

– Nie zapomnij dodać, kto nas w nie wpakował – mruknął pod nosem Parmiel.

Uwabriel ciągnął niezrażony:

– ...i potrzebujemy fachowej pomocy. Niestety, możemy jej oczekiwać tylko od człowieka o pewnych szczególnych kwalifikacjach. Dlatego pozwoliliśmy sobie postąpić dość, eehmm, radykalnie.

– I po prostu mnie porwać, tak?

Uwabriel westchnął.

– Nie było innego wyjścia. Twój stróż nie pozwoliłby nawet z tobą pogadać. Stróże to straszni służbiści. Betony, prawdę mówiąc. A my mamy nóż na gardle. Musieliśmy tak postąpić.

Eryk spojrzał w szczere szare oczy anioła. Poczuł się mile połechtany, że został wyróżniony jako ktoś szczególny. Co nie znaczyło, że zamierzał dać się bezwolnie prowadzić cholera wie dokąd. Może bracia żywili złe zamiary. Czemu miałby im ufać? W końcu go porwali. Postanowił udawać, że się zgadza, a w sposobnym momencie spróbować ucieczki.

– Czyli jestem kimś w rodzaju wybrańca? – spytał.

Uwabriel skinął głową.

– No, w pewnym sensie.

– To jak, idziesz po dobroci? – zagadnął milczący dotąd Parmiel. W szarych tęczówkach czaiła się podejrzliwość.

– Tak.

– No to już, tylko spokojnie.

Wzięli Eryka między siebie i poprowadzili wąskimi uliczkami. Zaułki były brudne i wyludnione, budynki niskie, często zapadnięte ze starości, drewniane. Z wolna jednak okolica zaczęła się zmieniać. Uboga dzielnica nabierała miejskiego charakteru. Domy stawały się większe, bardziej zadbane, często trafiały się kamienne podmurowania czy podcienie. W dużych oknach zamiast szmat czy rybich pęcherzy lśniły szyby, pojawiały się kolorowo malowane balkony i mansardy. Nawierzchnię ulicy pokrył bruk. Pojawiło się więcej przechodniów. Smagły dżinn o drapieżnych, pięknych rysach twarzy prowadził na złotym łańcuszku małą chimerę. Odziany w błękitną szatę i turban wydawał się cudowną fatamorganą. Wyzywająco ubrana skrzydlata kobieta mrugnęła do Eryka zalotnie. Miała złotą skórę i cudowne, wykrojone jak migdały oczy. Ciemne skórzaste skrzydła wieńczyły matowo połyskujące haki jak u nietoperza. Domyślił się, że widzi żeńskiego demona. Istota minęła ich, kołysząc biodrami.

W podcieniach kamienic mieściły się sklepy, na ulicach stały stragany, przechodniów kręciło się coraz więcej, ale żaden nie był człowiekiem. Eryk rozpoznawał dżinny, skrzydlate demony, anioły i chochliki, malutkie stworzenia o złośliwych pyszczkach buszujące w rynsztokach. Nie wiedział natomiast, kim byli pozostali. Niewysokie, ciemnolice istoty o bardzo chudych twarzach i wydatnych nosach, eteryczne piękności o bladej cerze i zielonych włosach, niscy, miedzianoskórzy łucznicy z kołczanami na plecach i grzebieniami płomiennych włosów, zdających się sypać iskry, ubrani w czerwienie i pomarańcze, oraz cała masa innych dziwnych stworzeń. Uwabriel pochylił się ku niemu.

– Jesteśmy w Limbo. To rodzaj pasa ziemi niczyjej, okalającego równocześnie Królestwo i Głębię. Dlatego widzisz tu aniołów i Głębian spacerujących zgodnie. Głębianie to po waszemu, zdaje się, demony. Te zielonowłose ślicznotki to sylfy, duchy powietrza, a kolesie z ognistymi czuprynami to salamandry, duchy ognia. Przyjrzyj się dobrze, bo salamandry rzadko goszczą w Limbo. Odkąd archanioł Gabriel, regent Królestwa, dał duchom żywiołów, dżinnom i geniuszom autonomię, salamandry siedzą na pustynnym skrawku ziemi głęboko w Strefach Poza Czasem i udają, że są okropnie niezależni. Aha, popatrz, ci ciemni, ubrani w brązowe szaty, to geniusze. Są cwani. Często zajmują się medycyną, magią, edukacją albo finansami. Zadzierają nosa, chociaż jak wszyscy nieskrzydlaci podlegają skrzydlatym i Głębianom.

– Zaraz – Eryk się pogubił. – Co to znaczy skrzydlaci?

– No, aniołowie – wyjaśnił Uwabriel. – Wszystkie duchy żywiołów, dżinny, geniusze i stworzenia ze Stref Poza Czasem nazywają się nieskrzydlatymi i stoją w hierarchii niżej od nas. I Głębian, czyli demonów, oczywiście. Widzisz, hierarchia u nas to ważna rzecz. Aniołowie też się dzielą na klasy. I chóry. Wszystko zależy od urodzenia. Są aniołowie służebni, którzy stoją najniżej, aniołowie stróże, aniołowie służący w Zastępach, to znaczy w regularnej armii, urzędnicy, zarządcy Domów i tak dalej. Wszystko w granicach pierwszego chóru, właściwych aniołów. Potem są archaniołowie i kupa innych, aż do cherubinów i serafinów. Arystokraci Królestwa nazywają się Świetlistymi, a głębiańscy Mrocznymi. Rozumiesz?

– Tak, chyba tak – wymamrotał Eryk.

Od nazw, kast, widoków i zdumiewających stworzeń, które mijał, zakręciło mu się w głowie.

– Nie czaruj tak, Uwabriel – odezwał się Parmiel. – Wytłumaczysz człowiekowi w kilku zdaniach całą strukturę Królestwa i Głębi? Daruj sobie.

Uwaga anioła przywołała Eryka do rzeczywistości. Zamiast gawędzić i podziwiać otoczenie, powinien szukać sposobności do ucieczki. Wyszli na rozległe kamienne nabrzeże. Widok dosłownie zapierał dech w piersi. Szeroka, połyskująca srebrem rzeka znajdowała ujście w ogromnej zatoce, której zielone i błękitne wody wyzłacało złotą smugą niskie, chylące się ku zachodowi słońce. Dalej rozpościerał się bezkres granatowej, oszronionej pianami fal wody. Na przeciwległym krańcu zatoki leżał port. Smukłe żaglowce o dziwacznych kształtach kołysały się w objęciach wiatru. Wyglądały tak pięknie, że aż chciało się rozpłakać z zachwytu. Na bulwarze ciągnącym się wzdłuż brzegu kłębił się kolorowy tłum.

– Piękne, co? – zagadnął Parmiel. – To Zatoka Zmierzchu. Za nią rozciąga się już tylko Praocean. A rzeka, która do niej wpada, to Strumień Czasu. Powiadają, że każdy, kto wrzuci monetę do wody, kiedyś tu wróci.

Eryk, nie odrywając wzroku od horyzontu, nerwowo przeszukiwał kieszenie.

– Masz jakieś drobne? – spytał z nadzieją.

Anioł roześmiał się i wyciągnął dłoń z małą miedzianą monetą. Napisy i rysunki były wpółzatarte, ale ledwo widoczne litery nic Erykowi nie mówiły. Cisnął pieniążek w wodę. Topiel pochłonęła go natychmiast.

Parmiel położył człowiekowi rękę na ramieniu.

– Jeśli chcesz zobaczyć coś jeszcze lepszego, spójrz za siebie.

Eryk odwrócił się. Daleko za kręgiem zabudowań Limbo, na otwartej przestrzeni, ciągnął się pierścień gigantycznych, oślepiająco białych murów. Zatłoczone trakty, niczym kolorowe krajki, wiodły do szeroko rozwartych, zdobionych bram. Mury otaczały gigantyczną, jakby utkaną z błękitnej mgły górę, wysoką na pół nieba. Erykowi zdawało się, że widzi miasta wyczarowane ze światła, unoszące się w przestworzach złote wieże lśniące w promieniach słońca, pałace kruche jak ozdoby z cukru, ażurowe konstrukcje mostów, wiszące w powietrzu ogrody. Wokół leniwie płynęły obłoki. Widok nie mógł być rzeczywisty. Pochodził wprost ze snów, miraży i marzeń. Erykowi omal serce nie pękło z tęsknoty. Mógłby spędzić wieczność, po prostu patrząc na ten żywy cud.

– Co to? – wyszeptał wstrząśnięty.

– Królestwo, synu Adama – powiedział Parmiel. W głosie anioła dźwięczała duma.

Eryk stał wpatrzony, a obłoki leniwie przesuwały się po błękicie.

– No chodź już – szturchnął go Parmiel. – Nie możemy tu sterczeć w nieskończoność.

– Nie chcę – wymamrotał Eryk.

Anioł bezceremonialnie wpakował mu łapę pod ramię.

– Idziemy, i to już! Mamy niedaleko.

Powlókł Eryka przez bulwar. Niedaleko, uświadomił sobie więzień z niepokojem. Jeśli miał spróbować ucieczki, to teraz. Mijali rozstawione wzdłuż nabrzeża stragany.

– Zobacz, jaki piękny sztylet! – zawołał naraz Uwabriel, zatrzymując się przy stoisku płatnerza.

– Daj spokój! – stęknął Parmiel. – Spieszymy się.

Ale brat nie miał zamiaru stracić okazji.

– Ile to kosztuje? – spytał, potrząsając sztyletem.

Parmiel zaczął go odciągać od straganu. Kupiec wykrzykiwał cenę, anioł się targował. Eryk, korzystając z zamieszania, postanowił dać nogę. Rzucił się w tłum.

– Oż, ty bydlę! – usłyszał ryk Parmiela.

Biegł, roztrącając przechodniów. Nie myślał na razie, dokąd pójdzie, jeśli ucieczka się uda. Zagadnie jakiegoś anioła i już. Ale nie udała się. Poczuł nagle silne szarpnięcie za ramię, zobaczył wykrzywioną ze złości twarz z blizną na policzku.

– Co ty wyrabiasz, misiu? – warknął wściekle anioł.

Eryk spróbował się wyrwać i omal nie wyłamał sobie ręki. Chwyt Parmiela był silny jak imadło. Za chwilę dołączył Uwabriel.

– Puszczajcie mnie! – wrzasnął na cały głos Eryk. – Bandyci! Cholerni porywacze! Na pomoc!

Kilku przechodniów odwróciło głowy, ktoś się zatrzymał.

– Ratunku! – ryknął Eryk.

– Zamknij się, idioto! – Parmiel próbował zatkać usta szarpiącemu się mężczyźnie.

Eryk ugryzł go w rękę.

– Auuu! – wrzasnął skrzydlaty.

– Co tu się dzieje? – odezwał się z tyłu władczy głos.

Trójka walczących zamarła. Wysoki anioł o surowym wejrzeniu i ciemnoniebieskich włosach wyglądał na kogoś ważnego.

– Porwali mnie! – zawołał Eryk, ale urwał z okrzykiem bólu, bo Uwabriel wykręcił mu palec.

– To zbiegła dusza, panie! – powiedział szybko Parmiel. – Właśnie udało nam się ją schwytać.

Wysoki anioł zmarszczył czoło.

– Nie słuchaj ich! – wrzasnął więzień, ale tym razem Uwabriel skutecznie zatkał mu usta.

– Zawsze tak mówią. – Parmiel pokręcił głową. – Zaraza z tymi duszami.

Niebieskowłosy anioł machnął ręką.

– Dobrze już. Zabierzcie go, dość tego zamieszania.

Odwrócił się, żeby odejść. Eryk wydał okropny ryk, lecz aniołowie szybko odwlekli go w stronę najbliższej przecznicy.

– No co ty wyrabiasz, misiu? – sarknął Parmiel. – Niezłego stracha nam napędziłeś.

Trzymali teraz Eryka pod ręce, w ciasnym uścisku między sobą. Obrażony, nie odpowiedział. Minęli jeszcze kilka uliczek, domki znów zrobiły się nędzne i małe, choć murowane. Zatrzymali się przed kamienną komórką zaopatrzoną w solidne drzwi. Parmiel wyciągnął zza pazuchy klucz, obrócił w zamku. Aniołowie wepchnęli Eryka do wnętrza. Pomieszczenie było wielkości sporego pokoju, z małymi okienkami umieszczonymi przy suficie. W środku znajdował się długi drewniany stół, ława i kilka zydli. Pod ścianami stały prycze i prowizoryczne półki. W sumie całość wyglądała jak karcer albo tymczasowy areszt.

Uwabriel zaryglował drzwi. Parmiel wskazał Erykowi ławę.

– Siadaj. Musimy pogadać.

– Chyba tak – mruknął więzień cierpko, ale posłusznie usiadł.

– Naprawdę nie chcemy zrobić ci krzywdy. Rozpaczliwie potrzebujemy pomocy, to wszystko.

 

Anioł spojrzał na brata.

– Uwabriel, dawaj szkło. Ja tego na trzeźwo nie zniosę.

Na stole znalazły się szybko trzy szklanice z grubego zielonkawego szkła i pękata flaszka. Parmiel rozlał do naczyń ciemny, czerwonawy płyn, który pachniał korzennie.

– Golnij sobie – mruknął anioł. – Nie bój się. Jest mocne, ale dobre. Nazywa się „Łzy jednorożca”. W sam raz na stypę. No, to za Królestwo!

Bracia wychylili po pół szklanki od razu. Eryk spróbował ostrożnie. Skrzydlaty miał rację. Trunek był przedni.

– Który zacznie? – spytał Uwabriel. Parmiel machnął ręką.

– Dobra, mogę ja. – Zmierzył Eryka uważnym wzrokiem. – Posłuchaj teraz spokojnie, bo musimy ci parę rzeczy wyjaśnić. Jak wiesz, jesteśmy bliźniakami. Aniołami, oczywiście. Może nie bardzo dobrze urodzonymi, ale czystej krwi. Uwabriel służy pod Sarkamiszem, przy trzeciej godzinie nocy, a ja pod Wegnanielem, przy trzeciej godzinie dnia. Parszywa fucha, co tu gadać, ale taki los. Dwie doby temu wracaliśmy obaj z szynku, bladym świtem. To nie był nasz szczęśliwy dzień, synu Adama.

Szare oczy anioła patrzyły ze smutkiem i jakąś straceńczą desperacją. Wspomnienie niedawnych zdarzeń powróciło z niezwykłą wyrazistością.

Było zimno. Niebo szarzało, lecz nie strząsnęło jeszcze okruchów bladych gwiazd. Bracia wracali na kwaterę podchmieleni, ale nie pijani. Chłodne powietrze otrzeźwiło ich niemal zupełnie. Parmiel narzekał, że spóźni się na wachtę, a Uwabriel miał już dyżur za sobą.

Limbo o tej porze było puste i uśpione. Szynki właśnie zamknięto, bywalcy rozeszli się do domów. Mieszkańcy, kupcy i rzemieślnicy, smacznie chrapali w łóżkach. Kroki aniołów niosły się cichym echem między kamiennymi murami. Czarne strzępy cieni zalegały w bramach i zaułkach.

– Hej, co to za szmer? – spytał naraz Uwabriel.

– We łbie ci szumi i tyle – zaśmiał się brat.

Uwabriel zatrzymał się, nasłuchiwał.

– Nie, czekaj! Nic nie słyszysz?

Stali przez chwilę w milczeniu i do Parmiela także doszedł nikły chrobot. Anioła przeszedł dreszcz.

– Lepiej stąd chodźmy. Cholera wie co się włóczy po Limbo o takiej godzinie.

– Aleś wymyślił! – fuknął oburzony Uwabriel. – Przez takich jak ty panuje ogólna znieczulica, a bandyci czują się bezkarni. Może ktoś potrzebuje pomocy?

Parmiel wzruszył ramionami.

– Pewnie okaże się, że my – burknął.

Uwabriel nie słuchał. Wolnym krokiem ruszył w stronę pobliskiego zaułka.

– Gdzie leziesz? – syknął brat.

Anioł uspokajająco machnął ręką.

– Dźwięk dochodzi stamtąd. Tylko sprawdzę.

Parmiel wzniósł oczy do nieba, ale podążył za bratem. Uliczka wybrukowana była kocimi łbami. W słabym świetle przedświtu migotały niewielkie, ciemne kałuże. Uwabriel przypadkiem wdepnął w jedną z nich i szybko cofnął nogę. Parmiel przełknął ślinę. Przyklęknął ostrożnie. Ciecz była gęsta, lepka i cuchnęła krwią. Podniósł wzrok na brata.

– Spadamy stąd, stary.

Twarz Uwabriela pokryła się bladością, ale anioł potrząsnął głową.

– Nie. Tam może być ktoś ranny.

– Oszalałeś?! To paskudna sprawa. Nie mam zamiaru się w to mieszać!

W oczach Uwabriela zalśniła niezłomność.

– A ja tak! W końcu jestem skrzydlatym, poddanym Jasności. Zachowam się jak anioł. A ty jak chcesz! Idę, Parmiel. Muszę sprawdzić, czy nie ma tam rannych potrzebujących pomocy.

– Czekaj! – jęknął Parmiel, ale brat wkroczył już w zaułek. Nie zostało mu nic innego jak pójść za nim.

Za rogiem istotnie byli ranni, ale nic prócz cudu nie mogłoby im pomóc. Obaj leżeli w kałużach krwi, a obok, jak małe księżyce, lśniły dwa noże. Ciemnowłosy, barczysty Głębianin półsiedział oparty o mur. Głęboka czerwień barwiła mu ubranie, twarz i ręce. Przypatrywał się aniołom spod zmrużonych powiek, a wielki, pokraczny pistolet w jego dłoni wlepiał w braci cyklopie ślepie. Pod murem, w zasięgu ręki Głębianina, leżał elegancki srebrzysty neseser.

Gdyby Parmiel ośmielił się poruszyć, skułby bratu gębę aż miło. A nie mówiłem! – wył wewnętrzny głos w głowie.

Aniołowie stali bez ruchu, ze ściśniętymi gardłami i pobladłymi twarzami, a ranny mierzył ich wzrokiem. Cisza się przedłużała. Uwabriel spróbował zrobić pół dyskretnego kroczka w tył.

– Ani drgnij! – wykrakał chrapliwie Głębianin.

Pistolet w jego ręce podskoczył lekko. Zabije nas, pomyślał z niedowierzaniem Parmiel. Zabije jak nic. Z trudem przełknął ślinę.

– Posłuchaj – wymamrotał. – Jesteś ciężko ranny. Potrzebna ci pomoc. Zostanę z tobą, a mój brat pójdzie...

– Nie! – Palec na spuście osunął się niebezpiecznie.

– Nie ruszam się! – krzyknął rozpaczliwie Parmiel. – Stoję w miejscu!

Głębianin ze świstem wciągał powietrze.

– Ciszej – wychrypiał.

Boi się, że przyprowadzimy żandarmów, pomyślał anioł. Nie pozwoli nam odejść. Załatwi nas. Popatrzył morderczo na brata. Zaraza na twoje miłosierdzie, Uwabriel! Oblizał suche wargi.

– Pozwól się chociaż opatrzyć...

– Precz! – warknął ranny. – Nie zbliżać się, bo zabiję!

Cwaniak, przeszło przez myśl aniołowi. Wie, że jeśli dopuści nas do siebie, rzucimy się i spróbujemy zabrać mu broń. Rozejrzał się ostrożnie wokoło. Nie załatwi nas bez koniecznej potrzeby. Boi się, że przypadkowy patrol usłyszy huk wystrzału. Dlatego walczył na noże. Jest już prawie rano, zaraz zacznie się ruch. Na co liczy? Może na kogoś czeka? Parmielem wstrząsnął dreszcz. Tak czy inaczej, żywych nas nie wypuści.

Czas sączył się jak krew z rany. Aniołowie stali nieporuszeni, niczym osobliwe identyczne posągi, niemi strażnicy Głębianina i walizki. Świt powoli różowił niebo. Z zimna i strachu szczękały zęby. O Jasności, Jasności, błagam, wyciągnij nas z tego, bezgłośnie modlił się Parmiel. W końcu był tylko zwykłym skrzydlatym. Nie znał się na broni, ciemnych interesach i sposobach wybrnięcia z gardłowych sytuacji. Całe jego doświadczenie bojowe ograniczało się do kilku niewinnych w sumie bójek w knajpach. Uwabriel stał obok, blady i jakiś dziwnie obcy. Czas płynął, a Parmielowi powoli zaczynało się chcieć płakać. Przecież mogli sterczeć w tym zaułku do skończenia świata.

O Panie, szeptał do siebie, błagam, niech coś się stanie! Niech nas zabije albo wypuści, byle zaraz. Nie zniosę dłużej czekania!

Czas płynął. Niebo pokryło się błękitem, ciepłe palce słońca ślizgały się po dachach. Parmiel słyszał trzask podnoszonych w sklepach żaluzji, brzękanie odsuwanych rygli. Po ulicy przejechał wóz.

W bezokiennym zaułku panował półmrok i groza.

Oczy demona wpatrywały się w aniołów nieruchomo jak ślepia gada. Lśniły szkliście, zimno.

– Uwabriel – szepnął Parmiel głosem cichym jak tchnienie – on chyba umarł.

Uwabriel rozdziawił usta. Parmiel zrobił maleńki kroczek w przód. Głębianin nie drgnął. Jeszcze jeden kroczek. Nic. Skoczył gwałtownie i wyrwał rannemu pistolet. Głębianin osunął się na bok.

– Chodu! – krzyknął Parmiel i rzucił się do ucieczki, nie czekając na brata. Za sobą słyszał kroki galopującego Uwabriela. Brat dopadł go, szturchnął w plecy.

– Schowaj to! – wysapał, nie zwalniając biegu.

Parmiel nie bez zdziwienia zauważył, że wymachuje zabranym demonowi pistoletem. Biegnąc, upchnął broń za pazuchę.

Przez najbliższą bramę bracia wpadli do Pierwszego Nieba. Roztrącając spieszących do pracy aniołów służebnych wpadli do Domu Siedemdziesiątego Szóstego przy Bramie Krogulców. Zaryglowali drzwi swojej kwatery i dysząc, padli na podłogę. Dopiero wtedy Parmiel zauważył, że Uwabriel zaciska palce na rączce srebrnego neseseru.

– Na Otchłań! – wrzasnął. – Po coś to zabrał?!

Uwabriel rozgarniał mokre od potu włosy.

– Ktoś oddał za nią życie. Może być ważna.

– Natychmiast odnieś walizkę! – zażądał Parmiel.

Brat popatrzył na niego krzywo.

– Pewnie już go znaleźli. Zaułek roi się do żandarmów. Odniosę, jeśli pójdziesz ze mną i wytłumaczysz, skąd ją mamy.

Parmiel zaklął.

– No dobra – mruknął. – Pora zobaczyć, co jest w środku.

Położył walizkę na kolanach. Była ciężka. Uwabriel pochylił się ciekawie.

– Magiczny zamek! – powiedział.

Parmiel parsknął z pogardą.

– Nie widziałem jeszcze takiego magicznego zamknięcia, na które nie pomógłby dobry scyzoryk.

Wyciągnął nożyk z kieszeni, majstrował chwilę. Wieko odskoczyło z trzaskiem.

– O dupa! – powiedział i gwizdnął przez zęby.

Uwabriel poszarzał na twarzy.

– Pięknie, co? – warknął wściekle Parmiel. – Ważne rzeczy. Ano pewnie. Koniec z nami, braciszku. Czas odśpiewać rekwiem. Bo o te twoje ważne rzeczy z pewnością ktoś się upomni.

Neseser wypełniały fiolki z brązowym lub przezroczystym płynem i paczuszki z czymś, co wyglądało jak siano.

– Co było w walizce? – Eryk nie potrafił ukryć podekscytowania.

Parmiel popatrzył ponuro.

– Prochy, misiu.

Eryk się żachnął.

– Co ty, robisz ze mnie głupka? Jakie prochy? Przecież aniołowie nie ćpają!

– Jeszcze jak! – mruknął skrzydlaty. – Od dobrych paru wieków. Coś złego stało się ze światem, synu Adama. Kiedyś wszystko opromieniała Chwała Jasności. Każdy mógł z niej czerpać do woli. Od pewnego czasu coś się jednak popsuło. Światłość przygasła, przestała przetykać każdy zakątek wszechświata. Wielu skrzydlatych cierpi z tego powodu. Stracili kontakt z Jasnością, źródło życia, siły i wiary. Szukają sobie namiastek. Zwracają się przede wszystkim w stronę Królowej, ale i jej błogosławione, słodkie światło zanika. Zostają miejsca i rzeczy, które nasyciła swą mocą na Ziemi. Wiesz, miejsca objawień, święte źródła, obrazy. Góra potępia to w czambuł. Za handel lub używanie zakazanych substancji można przez wieki nie wyjrzeć z lochu. Za przemyt grozi nawet czapa. Łapę na zbycie i zyskach trzymają głównie Głębianie. Widzisz, w co się wpakowaliśmy? Jakbyśmy zadarli u was z mafią kolumbijską, rozumiesz?