3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Takeshi. Taniec tygrysa

Tekst
Z serii: Takeshi #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Takeshi. Taniec tygrysa
Takeshi. Taniec tygrysa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Takeshi. Taniec tygrysa
Takeshi. Taniec tygrysa
Audiobook
Czyta Jarosław Tomica
39,90 
Szczegóły
Takeshi. Taniec tygrysa
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Spis cyklu

Fumiko i księżyc

Oczami psa

Jeszcze więcej szkarłatu

Święty Bandito

Złote Jabłko i Największy Pies w Stadzie

Księżyc Zmiennego Szczęścia

Przedmiot, w którym mieszka bóg

Zwierciadło krwi

Ryk Jaguara

Krzyk jastrzębia

Pieśń miecza

Krzyki, westchnienia i kłamstwa

Pan Wielki Pies

Święto gniewnych duchów

Taniec Tygrysa

Kropla trucizny

Dodatek

Maja Lidia Kossakowska

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Karta redakcyjna

Okładka


Spis cyklu:

Takeshi. Cień Śmierci

Takeshi 2. Taniec Tygrysa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Fumiko i księżyc

Noc była czarna i pusta. Taka sama mroczna nicość wypełniała duszę damy Fumiko. Na niebie wisiał obojętny księżyc. Biały, fosforyczny. W kolorze śmierci. Jasne promienie pełni wszystkiemu nadawały tę barwę. Kości. Śniegu. Mgły. Rozpadu i martwoty.

Wysłanniczka Uśpionej Wierzby nie rozpaczała. Po prostu istniała pośród tej zimnej, ­samotnej nocy.

Musiała podjąć decyzję. Ważną decyzję. Najważniejszą w życiu.

I patrząc w tarczę księżyca, podjęła ją.

Nie mogła dysponować swobodnie swoją osobą. Gdyby odeszła, podążając za Takeshim, zdradziłaby Zakon. A przecież należała do niego. Była jego częścią. Gałęzią Uśpionej Wierzby. Gałąź oderwana od pnia umiera. Okaleczając drzewo.

Zacisnęła usta.

Tak, zostanie. To będzie jej kara i pokuta.

Skupi się na pracy. Na pracy i niczym więcej. Bo przecież taką ma naturę. Czyż nie?

Białą pełnię zastąpił biały świt, gdy pani Fumiko powróciła do obowiązków.

Będzie służyć Omurze, zrobi wszystko, czego oczekują mistrzowie, odda im na zawsze całą duszę i serce, wierna aż do śmierci.

Ponieważ nic innego jej nie pozostało, prawda?


Rei odszedł z domu pana Omury nieżegnany przez nikogo. Blask, ukryty w podróżnym kiju, ciążył mu bardziej niż najgorszy dług karmiczny.

Przed opuszczeniem rezydencji wędrowny mnich przejrzał skromny dobytek przyjaciela, lecz nie znalazł tam niczego, co mogłoby stanowić pamiątkę po Takeshim. Oprócz miecza oczywiście. Nie łudził się, że kiedykolwiek odda go właścicielowi. Nić życia pękła. Człowiek zwany niegdyś Cieniem Śmierci wkroczył między szprychy odwiecznego koła przemian. Lecz z pewnością pragnął, aby jego broń potraktowano z szacunkiem i należną miłością.

Rei zamierzał złożyć Blask w odległej, górskiej świątyni jako pewnego rodzaju relikwię po zmarłym przyjacielu. To miejsce promieniowało mocą i spokojem. Kami miecza będzie tam mogło odpoczywać wsłuchane w ciszę, póki świat nie dobiegnie kresu.

Spokój.

Wędrowny mnich bardzo tego pragnął, lecz w jego duszy wył teraz wicher i szalała zawierucha. Rei spróbował recytować święte sutry, ale powtarzanie mistycznych tekstów w stanie niemalże szaleństwa z rozpaczy i poczucia winy okazało się zbyt bliskie świętokradztwu.

Szedł więc przed siebie, w milczeniu, stary, pusty i skurczony w środku, niczym wyschnięty orzech. Czuł się tak, jakby stracił bliźniaczego brata. Połowę serca. Światło słońca.

Jeszcze nigdy nie był taki samotny.

Podążał za swym przeznaczeniem, spowity cieniem, a był to ciemny, gęsty i tchnący chłodem cień śmierci.

Ranek rozbudził się już całkowicie. Ptaki dnia nawoływały się śpiewnie, jasne plamy blasku połyskiwały na ścieżce niby rozsypane przypadkiem złote monety.

Pogrążony w ciężkich, ołowianych myślach, Rei z początku nie zwrócił uwagi na dziwne drgnienie w umyśle. Nie uczucie, raczej ślad uczucia. Słaby odblask dawnej więzi. Szept. Muśnięcie świadomości. Przebudzenie, które natychmiast zmieniło się w zamieranie.

Takeshi! – pomyślał, głęboko zaskoczony.

Zatrzymał się, zamknął oczy i wsłuchał w wewnętrzny głos.

Ale to była tylko mglista, odległa nieobecność.

Wtedy zrozumiał, a serce ścisnęło mu się z żalu i grozy.

Ten dziwny przebłysk, chwilowy powrót zerwanego kontaktu, mógł oznaczać tylko jedno. Jego przyjaciel, jego brat, jego towarzysz z Czarnej Wody nie zaznał spokoju po śmierci. Rei znał go doskonale, wiedział, że w gruncie rzeczy Takeshi był dobrym człowiekiem o czystej duszy, choć jego karmę plamiło wiele krwawych uczynków. Żywił nadzieję, że jasność przeważy, a koło wcieleń okaże się łaskawe dla tego, któremu nadano przezwisko Cień. Łudził się jednak.

Takeshi nie oblecze kolejnego ludzkiego ciała. Odradza się właśnie jako Ashura, wojowniczy demon, który będzie nieustannie ginął i powstawał z martwych tylko po to, żeby znów stawać do walki.

A Rei, właśnie Rei, nie kto inny, przyczynił się do tego, że przyjaciel przedwcześnie zboczył ze ścieżki swych dni i nie miał czasu świątobliwym życiem zasłużyć sobie na szansę oczyszczenia karmy.

Pusty orzech pękł, jakby został przypadkiem nadepnięty i zdruzgotany. Rei upadł na ziemię, złamany rozpaczą.

Oto, jak się przysłużył człowiekowi, który wielokrotnie uratował mu życie. Z powodu swoich żałosnych, szalonych przeczuć strącił go w otchłań piekła.

Niebo, które zdawało się przypominać chłodne, niebieskie oko, ze zdziwieniem przypatrywało się wędrownemu mnichowi, skulonemu na skraju drogi i szlochającemu jak zagubione dziecko.


Oczami psa

Rzeka była rozległa, szara, szeroka niczym pas od kimona. Rozlewała swoje wody zamaszyście, wcinając się głęboko w mulisty brzeg, świadoma własnej potęgi. Wydawała się gęsta od niesionego nurtem błota, ale parła ostro do przodu, uparta i silna jak wodny wół.

Po jej powierzchni krążyły liczne barki, motorówki i prymitywne tratwy, podobne do rojących się owadów. Śmierdziało przepaloną biomasą, rybami i zgnilizną.

A samym środkiem koryta, niby bestie z podwodnych krain, płynęły ciężkie, ciemne, ogromne pnie grotników cibolijskich, najdroższego, najwytrzymalszego drzewa, jakie znał świat. Oślizgłe, mokre, czarne bogactwo Antilii, wydarte prosto z trzewi dżungli.

Zmordowani, brudni, spoceni flisacy walczyli z opornymi tramami, tak wielkimi, że przy nich ludzie wydawali się mali jak zapałki. Od świtu starali się zakotwiczyć partię drewna przy tymczasowej zaporze, zbudowanej w odnodze rzeki, żeby ocenić, przejrzeć i posortować towar. Wieczorne słońce barwiło już niebo na czerwono, a im daleko jeszcze było do końca pracy. Obłe, ostro zakończone pnie grotników zdawały się świadomie stawiać opór. Nie poddawały się, nawet powalone, martwe już, odbywające ostatnią podróż do stolicy kraju. Nawet drobny błąd mógł się skończyć dla robotników zmiażdżeniem. Pracowali więc starannie, uważnie, mimo zmęczenia, choć na brzegu kusiły światła rybackiej osady, muzyka dobiegająca z tawerny i zapach smażonego mięsa.

Wioska była brzydka. Rozrzucone wzdłuż rzeki baraki, magazyn z blachy, który służył aktualnie za sklep, byle jak sklecone domki z tarasami podtrzymywanymi przez pale wbite w muliste dno i jedna wielka, krzywa knajpa, a właściwie wiata z wyszynkiem, pochylona nad wodą, ubrana w strzechę liści niczym niechlujną spódnicę.

 

Klienci tawerny, rybacy, flisacy i kabokle, hałaśliwi, podpici, z oczami błyszczącymi jak nocne niebo, szukali zapomnienia w tutejszym trunku, ukochanej sancta aqua, pędzonej z trzciny i szczególnego gatunku liany, zawierającej łagodnie halucynogenne alkaloidy. Wieczór był parny i gorący. Muzyka z gospody, wesoła, wrzaskliwa i tandetna, wydawała się unosić nad osadą niczym para, zagłuszając tajemnicze, dzikie odgłosy nocnego lasu. Mężczyźni śmiali się i pili, kobiety tańczyły, klaskały i też nie wylewały za kołnierz. Wszędzie kręciły się półnagie dzieciaki, podkarmiające ukradzionymi ze stołu kęsami domowe bicho, małe wodne drapieżniki, trzymane w gospodarstwach i wytresowane, żeby napędzały ryby do sieci. Pod barem i tarasem knajpy przechadzały się szukające okruchów kurczaki, okrągłe, nastroszone głucholoty, hodowane dla smacznego mięsa, oraz jama, błękitnosrebrne jaszczurki, długie jak ludzka noga.

Na ruszcie skwierczało leśne mięso, czyli to, co udało się upolować dzisiaj w dżungli.

Czy w podobnym zamieszaniu ktoś mógł zwrócić uwagę na sporego, białego psa w brązowe łaty, który leżał w cieniu pod barakiem? Jasne, że nie. Kundel jak kundel. Zawsze się jakieś kręcą przy ludziach.

Ale pies obserwował wszystko.

Nazywał się Shibu i przybył dawno temu z Wakuni. Mimo że tęsknił za domem, nie spodziewał się tam szybko powrócić. Miał do wykonania misję.

To właśnie ona zaprowadziła go tutaj, na skraj cibolijskiej dżungli. Jeszcze dzisiejszej nocy ruszy dalej, w głąb tropikalnego lasu. A na razie pospaceruje i przyjrzy się wszystkiemu uważnie. Poważnymi, brązowymi ślepiami psa.

Oczami szpiega.

Robotnicy upijali się, śpiewali, rozrabiali, kłócili, kochali z kobietami, aż w końcu kładli spać, a Shibu oceniał ich liczbę, wydajność pracy, ­jakość spławianego drewna, jego cenę, stan sprzętu, zamożność wioski i panujące nastroje polityczne.

Wreszcie, gdy ciemność stała się równie nieprzenikniona i rozległa jak dżungla, zdecydował, że czas wyruszyć w drogę.

Ptaki nocy nawoływały się rzewnie, a łaciaty pies biegł niezmordowanie na zachód, w samo serce kontynentu.

Nikt nie zauważył jego odejścia.


Ksiądz Pedro Juan bał się. Bał jak nigdy w życiu.

Był tylko zwykłym, prostym człowiekiem i nigdy nie marzył o palmie męczeństwa. Jedyne, czego pragnął, to zrobić w życiu coś dobrego. Pożytecznego. Przyczynić się choć odrobinę do zwycięstwa Światła. Na chwałę Pana.

Dlatego wiele lat temu założył ochronkę dla dzieci i skromny punkt opatrunkowy, które rozrosły się dzięki jego ciężkiej pracy i niezmordowanej walce o fundusze w sierociniec z prawdziwego zdarzenia oraz niewielki szpital. Dzieło życia prowincjonalnego klechy.

Nic, naprawdę nic wielkiego. Nie prowadził żadnej fundacji, nie dorobił się pieniędzy. Przedsięwzięcie nieustannie kolebało się na granicy upadku. Pedro Juan był w stanie zapewnić dzieciakom naprawdę najskromniejsze warunki. Garstkę grubej kaszy, parę bulw rzepy tęgoskórej, czasem, od święta, trochę leśnego mięsa, dzięki uprzejmości jakiegoś poczciwego myśliwego. Łachman na grzbiet i hamak w zbiorowej sali.

A jednak jego działalność zwróciła czyjąś baczną uwagę.

Znalazł się ktoś, kto uznał, że biedny ksiądz sypia na sienniku wypchanym forsą.

Pedro Juan gapił się pustym, szklanym wzrokiem na szeroką, bezczelną twarz napastnika i wciąż nie mógł uwierzyć, że to nie halucynacje. Starał się z całego serca pojąć, co mówią te wydatne, brutalne w wyrazie usta, ale nie potrafił.

Pewnie coś złego. Pewnie niebezpiecznego.

Ale jakim cudem?

Kogo, na miłosierdzie boskie, może skusić skupisko trzech krzywych chałup, zbudowanych z desek, nieokorowanych pni, suchych liści baldachii i różnych odpadów tartacznych, albo maleńki baraczek szpitalny?

Tych ludzi widać mogło.

Było ich ośmiu, uzbrojonych głównie w noże i maczety. Tylko szef bandy, comandante, miał w rękach stary, rozklekotany sztucer, którym potrząsał teraz groźnie tuż przed pobladłym obliczem księdza.

– Gdzie kasa? Gadaj, tłusta, kościelna świnio! Gadaj zaraz albo cię rozwalę!

Pedro był niski i chudy jak drzazga, a teraz skulił się jeszcze bardziej w sobie, jakby chciał się schować w połach własnej sutanny.

Zamrugał nerwowo. Przerażenie całkiem odebrało mu rozum i zupełnie nie wiedział, o co chodzi mężczyźnie ze sztucerem.

– Kasa? – wyjąkał. – Nie mam kasy. To nie sklep, señor.

Błyskawiczny cios kolbą powalił go na ziemię.

– Ty szczurzy wypierdku! Będziesz się ze mnie wyśmiewał?! Ja cię, kurwa, nauczę szacunku! Wstań! Wstań, szmato, kiedy do ciebie mówię!

Nieszczęsny ksiądz, wciąż oszołomiony po uderzeniu w głowę, niemrawo gramolił się z ziemi, gdy potężny kopniak znów rozciągnął go na klepisku. Palma męczeństwa wydawała się tak bliska, że słyszał pod czaszką szum jej złotych liści.

– Rozwalić to gówno! – wrzeszczał tymczasem comandante, wskazując bronią na budynki sierocińca. – Szukać kasy i lasek! Ale już!

W skulonego, obolałego księdza uderzył nagle straszliwy grom zrozumienia. Przebłysk nieopisanej grozy.

Dziewczynki! – pomyślał. Boże Przenajświętszy! Ratuj dziewczynki! Nie pozwól, żeby spotkał je taki straszny los!

Chciał poderwać się na kolana, prosić, zaklinać, lecz zdołał jedynie dźwignąć się na czworaki.

– Señor! Señor! Litości, błagam! – jęczał, ale przywódca szajki tylko splunął mu pogardliwie w twarz.

Bandyci już miotali się po podwórzu niczym banda wściekłych lisów.

Pedro Juan mógł tylko patrzeć na to oczami rozszerzonymi ze zgrozy. Dopiero teraz spostrzegł, że w rogu werandy, jak na tratwie ratunkowej, która nigdy nie odpłynie, cały czas stoi grupka młodszych dzieci, skupionych wokół półżywej ze strachu staruszki, siostry Adelii.

– Módlcie się! – zawołał. – Módlcie! Śpiewajcie!

Bo to pewnie nasza ostatnia godzina, dodał w myślach.

I drżące, słabiutkie głosy posłusznych sierot zaczęły wznosić się ku słońcu.

Panie, który jesteś w Niebie,

Uciekamy się do Ciebie.

Daj nam siłę w chwili próby,

Wyratuj dusze od zguby...

– Zamknąć się, pierdolone bachory! – ryknął facet ze sztucerem. – Nie chcę słuchać tych żałosnych, kościelnych bzdetów!

Ale pieśń nie umilkła.

Dzieci śpiewały coraz głośniej, z zamkniętymi oczami, schnącymi śladami łez na brudnych policzkach, jakby wpadły w trans.

Comandante przyskoczył, uderzył w twarz najbliższego chłopca, który zwalił się na deski werandy niczym worek szmat.

– Dość! Zamknąć się, bo zabiję!

Nie słuchały. Ten świat, pełen brutalności i krzywdy, zamknął się za nimi jak wielkie wrota. Nie chciały do niego wracać. Śpiewały.

Nie daj zginąć ode złego,

Przyślij anioła bożego!

To wcale nie przypominało błyskawicy. Raczej tuman kurzu.

O ile kurz bywa złoty. I straszny.

Istota, która rodziła się właśnie z piasku dziedzińca, buzowała niczym płomień. Drobiny połyskliwego pyłu, cekiny światła, mieszały się ze sobą nieustannie, tworząc strzelistą jak kolumna postać, okrytą mgłą złocistych skrzydeł.

Anioł (bo to musiał być anioł, jeśli Pedro Juan pragnął nadal zachować wiarę i choć część zdrowych zmysłów) przekrzywił nieco obłą głowę, uniósł pozbawioną oczu twarz i otworzył usta, które mieściły w sobie otchłań.

Tchnął żywym płomieniem.

Bandyci comandante zdążyli tylko wydać ryk grozy, a potem zamienili się w biegnące pochodnie. Wyjąc w potępieńczej męce, wpadali na siebie, obijali się o ściany budynków i konstrukcje werandy, niczego jednak nie podpalając. W końcu padali na ziemię, poskręcani od ognia, skurczeni i zbrązowiali, jakby ktoś za długo piekł ich na rożnie.

W powietrzu unosił się zapach smażonego leśnego mięsa, a księdzu Pedrowi zbierało się na mdłości.

Szef szajki stał na środku podwórza, celując do Anioła Kurzu ze swojego starego sztucera. Szeroka twarz mężczyzny była zaciekła i nieulękła, choć pewnie wiedział, że czeka go śmierć.

Chmura złotego pyłu o skrzydłach z mgielnego oparu sunęła ku niemu, sycząc jak płomień. Choć ślepa, doskonale wiedziała, dokąd płynąć. Wyciągnęła widmowe ramiona, jakby pragnęła objąć bandytę. W jej rozwartych ustach drgało i poruszało się piekło.

Wystrzelił dwa razy, mierząc w głowę i pierś stwora.

Gdy wybrzmiał huk wystrzału, rozległ się śpiewny, wysoki jęk, jakby powietrze stało się szkłem, które nagle pękło.

Anioł pochwycił comandante wpół pewnym, błyskawicznym ruchem, wepchnął do paszczy i pożarł.

Trwało to krócej niż mgnienie. Potem owinął się tumanem skrzydeł, rozprysnął na milion drobin i zniknął.

– Boże jedyny! – stęknął przerażony ksiądz.

Siostra Adelia przykucnęła, usiłując ocucić nieprzytomnego Alonsa. Reszta dzieci, zbita w ciasną gromadkę, stała na werandzie w milczeniu. Oczy miały chłodne, zupełnie spokojne. Bez śladu lęku czy szoku. Stało się dokładnie tak, jak im zapowiadano, obiecywano, uczono przez całe życie. Przybył anioł boży i dokonała się sprawiedliwość. Złych spotyka cierpienie, na dobrych czeka wieczność.

Chwalmy Pana.

– Chwalmy Pana – wyjąkał bezwiednie Pedro Juan. – Dziękujmy za cud ocalenia! Bo to był wielki cud, prawda?

– Si, padre – odpowiedziały chórem.

– Trzeba ich pochować – stwierdził, wskazując spieczone na skwarki ciała. – To przecież byli ludzie. No nic, może starsi chłopcy pomogą.

– Si, padre – zgodziły się grzecznie dzieci.

– No, a teraz zmówcie pacierz. Podziękujcie dobremu Ojcu w Niebie. Zawdzięczacie Mu życie.

Uklękły. Wyglądały tak słodko, z buziami pełnymi powagi, rączkami złożonymi do modlitwy.

Jeśli ksiądz miał jakieś wątpliwości, szybko je odrzucił. Żyjąc w selvie, nie wolno drążyć zbyt głęboko. To niebezpieczne.

Zresztą czy biedne, wystraszone maluchy byłyby zdolne przywołać demona? Skąd. Ich ­serduszka są czyste, a wiara głęboka i naiwna. To dzięki temu anioł przybył z pomocą. A że wyglądał jak potwór? Kto wie co jest piękne w oczach Pana?

Bandyci z pewnością zasłużyli na surową karę. Dopuszczali się zbrodni i okrucieństw, terroryzując cały region. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy dosięgnął ich słuszny gniew Niebios.

Już wieczorem opowiadano w kilku najbliższych wsiach jak złotowłosy, odziany w białą szatę posłaniec boży ognistym mieczem rozpłatał nikczemników, którzy nastawali na życie niewinnych dzieciątek. Wkrótce o cudzie wiedziano w całej prowincji. Ludzie z Millagros byli bardzo dumni, że to ich skromny sierociniec został uratowany przez anioła. Niedługo po tym wydarzeniu do ochronki zaczęły ściągać pielgrzymki.

Ksiądz Pedro uśmiechał się, dziękował za datki i dobre słowo. Chętnie opisywał, jak piękny i pełen majestatu był niebiański zbawca. Jak srogo przemawiał do złoczyńców, nim dokonał na nich sprawiedliwej zemsty. Jakimi mądrymi słowami umacniał i przestrzegał dzieci przed zboczeniem na mroczną ścieżkę zła.

A co więcej, z każdym upływającym dniem święciej i głębiej wierzył we własną opowieść.


Był jednak ktoś, kto dobrze zapamiętał Anioła Kurzu.

Niepozorny, biały kundel w brązowe łaty. Biegł teraz dalej na zachód, w głąb mrocznych, wilgotnych, tropikalnych lasów, żeby wypełnić zadanie.

Szukał Jaguara, boga selvy. Nieprzewidywalnego, okrutnego i dzikiego niczym pierwotna dżungla.

Nie był pierwszym, który wyruszył z tą misją, i zdawał sobie sprawę, że zapewne nie będzie ostatnim.

Bo żaden z poprzednich posłańców nie wrócił.

Prawdziwe imię Jaguara brzmiało przecież Zabójca.


Mamita Gonzales, królowa mambo, sunęła główną ulicą miasteczka Rozdroże niczym niepowstrzymana, turkusowa fala. Fałdy jej falbaniastej sukni burzyły się jak woda bijąca o brzeg w rytm zamaszystych kroków. Obfita pierś opadała i wznosiła się gniewnie. Mamita wydawała się wcieleniem swojej patronny, bogini Jemai, gdy tak szła przez miasto w powodzi słusznego oburzenia i dezaprobaty.

 

Krwiopijca! – myślała rozwścieczona. W moim miasteczku! Tuż pod moim nosem! Nie zagrzejesz tu miejsca, zarazo! Niedoczekanie twoje.

Już rankiem nabrała podejrzeń, że wstrętny upiór zalęgł się niemal pod jej dachem, gdy odwiedziła ją zapłakana, zrozpaczona Pablita. Biedna dziewczyna przybiegła boso, w samej koszuli, pod którą wyraźnie rysował się wydatny ciążowy brzuch. Dwoje maluchów zostawiła w domu, z mężem Carlosem, ale, ach, Mamita, co to za opieka ze strony chłopa, który sam potrzebuje niańki jak jakieś niemowlę!

– Siadaj! – rozkazała wdowa Gonzales szlochającej kobiecie. – I gadaj zaraz, co się takiego dzieje.

Po dłuższej chwili pełnej spazmów i okrzyków Pablita wykrztusiła wreszcie, o co chodzi. Od pewnego czasu Carlos, zdrowy, wesoły, krzepki jak dorodny grotnik cibolijski, zaczął słabnąć, chorować, popadać w melancholię. Z trudem zwlekał się z łóżka, ledwo włóczył nogami, opuścił się w pracy, a w domu tylko spał albo bezmyślnie gapił się w ścianę. Nie żeby pił, uprawiał hazard albo chodził na dziwki. Nic z tych rzeczy. Po prostu nie miał sił ani ochoty na życie. Co gorsza, ostatnio to samo działo się z młodszym bratem Carlosa, José, który do tej pory nie zdradzał żadnych objawów tajemniczej przypadłości.

A tego ranka nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Pablita nijak nie mogła dobudzić ani męża, ani szwagra. José zwisał z hamaka jak martwy, a Carlos rzucał się na sienniku, mamrocząc jakieś bzdury.

– Chyba demon w niego wstąpił. Och, ratuj, Mamita! W tobie ostatnia nadzieja! Co ja zrobię sama z trójką dzieci, szwagrem zamienionym w zombie i opętanym mężem?!

Tu nastąpił kolejny wybuch płaczu, błagań i okrzyków.

Pani Gonzales z trudem podniosła Pablę z klęczek i znów usadziła na stołku.

– No, kochana. Zaraz coś zaradzimy. Tylko przestań się mazać. Co on mówi przez sen?

Pablita zamrugała i pociągnęła nosem.

– Kto?

Królowa mambo stłumiła narastającą irytację. To nie wina tej biednej dziewczyny, że ma tyle rozumu co głucholot.

– Twój mąż, złotko.

– Och, nie wiem! Same głupoty! Chyba mu się we łbie pomieszało, nieszczęsnemu. Bzdury i tyle!

Mamita zmierzyła szlochającą kobietę surowym spojrzeniem.

– Jakie bzdury, dziewczyno? Przypomnij sobie, to ważne.

– Zaraz, no...eee... coś takiego: „Zimno, zimno! Moje nogi! Zostaw nogi. Muszą być wolne. Uwolnij je! Czerwone oczy! Czerwone oczy! Te kudły są zimne. Nie będę kudłów jadł!”. – Zmarszczyła nos, jakby poczuła paskudny zapach. – Mówiłam, że brednie jakieś, Mamita. Kto by jadł kudły, nie? Ja tam gotuję zupełnie nieźle, nie ma powodu narzekać ten mój Carlos. Ani José. Nigdy nie powiedział słowa, że mu nie smakuje. Bo przecież gdyby się poskarżyli, tobym się może bardziej postarała. Wzięłabym parę przepisów od Bebe, ona gotuje jak bogini. Ale oni nigdy nic nie mówili, tylko jedli. Wszystko zmiatali do czysta, Mamita. Przysięgam. No powiedz, czy jeśli się nie skarżyli, to ja mogłam wiedzieć, że wolą co innego...

Ale wdowa Gonzales nie słuchała.

Zmarszczywszy groźnie brwi, wpatrywała się w ścianę, na której rozpościerał się ogromny holoplakat przedstawiający patronnę. Jemaya wyłaniała się z morskich toni wspaniała i majestatyczna jak galion statku. Jej suknia była połyskliwą strugą wody, we włosach migotały perłowe muszle, a wokół szyi wił się naszyjnik z maleńkich, srebrzystych rybek. Twarz miała ciemną, surową i piękną. Matka Woda, bogini kobiet, płodności i sprawiedliwych sądów.

Mammy Water, zwróciła się do niej w myślach królowa mambo. To mi wygląda na działanie wrednego krwiopijcy. Poważna sprawa. Udziel mi swego wsparcia, pokornie proszę, bo może być ciężko.

Lecz Woda jak to Woda, milczała. Tylko rybki zaczęły szybciej śmigać wokół jej szyi.

– Cicho bądź, Pabla – Mamita stanowczo ucięła paplaninę dziewczyny. – Chyba już wiem, co dolega twojemu chłopu, ale muszę to sprawdzić.

Spojrzała w wystraszone oczy Pablity.

– Demon go opętał, tak? Jezusie słodki, i co ja teraz zrobię?!

Pani Gonzales lekceważąco machnęła ręką.

– Nie gadaj o demonach, złotko, bo nie rozpoznałabyś żadnego, nawet gdyby podszedł i poklepał cię po tyłku. Idziemy, szkoda czasu.


Teraz Mamita wracała z oględzin chorego do okazałego domu przy głównej ulicy Rozdroża, mijając kolorowe budyneczki skupione wokół Playa de Liberte, a falbaniasta, niebieska spódnica wzbijała z ulicy kurz, spowijający królową mambo niczym monarszy płaszcz.

Oczywiście nie zwróciła uwagi na łaciatego kundla, który podążał za nią w bezpiecznej odległości.

Rozzłoszczona Mamita była równie urocza co gniazdo czarnych os, które potrącił ktoś nieuważny. A dzisiaj wydawała się bardzo, bardzo zła.

Wciąż nie potrafiła uwierzyć, że żądny krwi szelma ośmielił się nawiedzać Rozdroże. Jej własne miasteczko. Otoczone opieką samej wdowy Gonzales, najpotężniejszej królowej mambo w regionie.

Aż się trzęsła z wściekłości. Nie żywiła już najmniejszych wątpliwości, kto napastował biednego Carlosa i jego brata. Wystarczyło, że znalazła charakterystyczne, czerwone ślady nakłuć między palcami ich stóp. Tędy krwiopijca wysysał krew, odbierając mężczyznom siły i zdrowie.

A raczej krwiopijczyni. Bo na pewno miała do czynienia z samicą. Królowa mambo była gotowa założyć się o wypracowaną przez lata życia reputację, że prześladowcą męża i szwagra Pabli musi być baba.

Wredna, podstępna, pewna siebie baba. No pięknie!

Ale to nic. Wkrótce przekona się, co to znaczy zadzierać z kobietą, której patronną jest sama Mammy Water.


Pułapka była prosta. Mamita nakreśliła na podłodze sypialni Carlosa i Pablity czyściutkie, białe veve wysypane przesianą siedem razy mąką, ustawiła w ofierze owoce i świeże ryby, a na wszelki wypadek zaopatrzyła się w ostrą jak sama śmierć maczetę o posrebrzanej klindze, którą odziedziczyła po prababce. Rozstawiła też świece, ale ich nie zapaliła.

Teraz pozostawało już tylko wyglądać odwiedzin krwiopijcy. Pablita z dzieciakami miała zgodnie z pierwotnym planem czekać na rozwój wypadków w zagrodzie dla kozłców, ale tak głośno wzywała imienia Kwietnej Dziewicy Antilijskiej z Veracopa, Dobrotliwego Świętego Jorge od ­Boleści, Mammy Water, Pięknisia Casanovy, Patrona Mężatek, oraz samej Sanctissima Muerte, że wdowa Gonzalez wysłała ją na noc do Bebe i surowo zakazała wracać przed wschodem słońca.

– Od tej twojej litanii, złotko, nie tylko krwiopijca, ale i ja dostanę torsji – oświadczyła.

Teraz stała zaczajona w najciemniejszym rogu sypialni, a zabójcza maczeta tylko czekała, żeby pokosztować wodnistej, bladej posoki upiora.

Ani królowa mambo, ani jej magiczna broń nie zdążyły się jednak znużyć oczekiwaniem, bo ledwo zapadła prawdziwa ciemność, zasłona w oknie drgnęła i do środka wślizgnął się gibki, białawy cień.

Wampirzyca poruszała się bezszelestnie, srebrząc niczym słaby odblask księżyca. Tylko oczy jej błyskały czasem na czerwono, jak cekiny, które pochwyciły odległe wspomnienie ognia.

Pochyliła się nad gorączkującym Carlosem, żeby złożyć mu na ustach pocałunek, a czarny całun włosów spowił leżącego mężczyznę ciemnością głębszą niż noc.

No i mamy zimne kłaki na przystawkę, stwierdziła Mamita z przekąsem, ale nie pozwoliła sobie nawet na mruknięcie.

Upiorzyca zakwiliła coś tkliwie głębokim, czułym szeptem. Wdowa Gonzales poczuła natychmiast, jak w jej przyzwoitym, mieszczańskim, przepojonym zasadami sercu rodzi się słuszny gniew.

Zakochana strzyga! Kto słyszał o takich rzeczach?! Oburzające! Chłopa chce zabrać matce dzieciom! Niedoczekanie jej, przebiegłej szelmy. Na pewno nie dotąd, dopóki tutaj rządzi uczciwa królowa mambo!

Gdy krwiopijczyni przytuliła Carlosa zachłannie i mocno, Mamita nie potrafiła dłużej wytrwać w kryjówce. Wyskoczyła na środek pokoju, tupnąwszy ze złości nogą obutą w lakierowany, niebieski pantofel.

– Aaa, mam cię, wywłoko! Wstydu nie masz, dziwko jedna! Wampir nie wampir, nikt nie będzie mężów bałamucił, tu, w Rozdrożu, gdzie rządzi Mammy Water! I ja! Zapamiętaj to sobie, szmato!

Upiorzyca wydała okropny wrzask, ale odskoczyła od łóżka. Chciała się rzucić na wdowę Gonzales z pazurami, lecz ujrzała grawerowaną w święte znaki maczetę, zakrzywioną i srebrną niczym malejący księżyc. Cofnęła się, wydawszy głęboki jęk. A wtedy nadepnęła na wysypane mąką veve. Krzyknęła, jakby natrafiła na rozżarzone węgle.

– Zstąp, o Wodo! – zawołała wielkim głosem Mamita. – Okaż swą obecność! Uczyń sprawiedliwość! Przyjmij ofiary i ukarz grzesznicę!

W jednej chwili knoty wotywnych świec zajęły się ogniem. Złocista, ciepła jasność zalała sypialnię. W jej blasku twarz królowej mambo płonęła gorącym oburzeniem niczym największa z wotywnych lamp.

W czerwonych oczach strzygi pojawił się strach. Zamachała łapami zbrojnymi w pazury, lecz nie ośmieliła się zaatakować. Na usta Mamity wypłynął triumfalny uśmiech. Maczeta poruszała się w jej dłoni jak tańczący wąż, sypiąc tęczowe odblaski.

Wąż i tęcza.

Tajemnica i zło.

Władza i lęk.

Upiorzyca zrozumiała, że już przepadła.

Wdowa Gonzales rozpoznała jej twarz.

– Panna Mary. No, no, kto by pomyślał – cmoknęła. – Nauczycielka. Co za wstyd. Jemaya! Jemaya! L’eau, arrive!

Zaklęcie w prastarym języku poruszyło konstrukcję rzeczywistości, zburzyło spokojny porządek rzeczy. Z podłogi podniosła się nagle widmowa fala, przejrzysta, błękitna niczym wiekowe szkło, potężna jak zwiastun sztormu. Ktoś złamał zasady, więc wzbudził gniew Mammy Water. I miał tego gorzko pożałować.

Ogrom nierzeczywistej wody przelał się spokojnie przez łóżko z Carlosem, nie tknąwszy nawet owoców i ofiarnych świec, i runął na wampirzycę. Upadła, uderzona szeroką piersią fali, która poniosła ją, bezwolną, i rzuciła na ścianę niczym wór starych ciuchów. Przy każdym gwałtownym przypływie i odpływie widmowego oceanu nieszczęsna panna Mary tłukła z impetem o nieheblowane deski, dławiąc się gorzką, słoną wodą.

Już nie była groźną strzygą, lecz kawałem posiniaczonego mięsa. Ale Wodzie nie było dość zemsty. Kolejna fala zebrała z nieistniejącego dna całe wiadra grubego piachu i ostrych, połamanych muszli. Runęły na upiorzycę niczym szrapnele. Strzyga zawyła rozpaczliwie, gdy kanciaste odłamki zaczęły szarpać na niej odzienie, bezlitośnie ciąć skórę. Jej ostatni krzyk utonął w odmętach nierzeczywistej wody. Umierała. Czuła, że odchodzi.