Siewca Wiatru

Tekst
Z serii: Zastępy Anielskie #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siewca Wiatru
Siewca Wiatru
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,58  50,86 
Siewca Wiatru
Audio
Siewca Wiatru
Audiobook
Czyta Krzysztof Wakuliński
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zastępy Anielskie

Beznogi tancerz

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Epilog

Glosa

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Maja Lidia Kossakowska

Karta redakcyjna

Okładka


Zastępy Anielskie

1 Żarna niebios

2 Siewca Wiatru

3 Zbieracz Burz – tom 1

4 Zbieracz Burz – tom 2


Beznogi tancerz

Powiadają, że w czasach przed Stworzeniem był pośród sylfów tancerz, którego kunszt nie miał sobie równych we wszystkich wszechświatach. Telto, Matka Demonów, dowiedziawszy się o tym, sprowadziła go do swego pałacu, aby zabawiać zmysły jego popisami. Jednakże po niedługim czasie tancerz zatęsknił za Podniebną Krainą oraz bliskimi, z którymi zmuszony był się rozstać, i potajemnie opuścił dominium Telto. Matka Demonów, wpadłszy w wielki gniew, rozkazała pojmać uciekiniera i odrąbać mu nogi, aby przed nikim innym nie tańczył ten, który ośmielił się wzgardzić jej łaskami. Sława tancerza nie zgasła jednak. Przeciwnie, nawet w odległych dominiach chwalono i podziwiano jego sztukę. Telto, sądząc, że jej rozkaz nie został wykonany, posłała siepaczy, aby zgładzili sylfa i ostatecznie zakończyli tę upokarzającą dla niej sytuację. Ku swemu zdziwieniu ujrzeli oni leżącego w łożu kalekę, ruchami dłoni ożywiającego papierową lalkę w stroju tancerza. Nim zginął pod ciosami mieczy, miał ponoć rzec: „Zabierzcie moje życie, skoro niczego więcej nie potrafiliście mi zabrać”.

„Opowieści zasłyszane – spisane ku rozrywce i nauce przez anielicę Zoe z dworu Jaśniejącej Mądrością Pani Pistis Sophii – Dawczyni Wiedzy i Talentu”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

aldabaot był zadowolony.

Ogromna kryształowa szyba w Komnacie Blasku rozjarzyła się i przygasła, ukazując nowy obraz – rozległą przestrzeń nagich, ostrych niby brzeszczoty skał. Ponad ich grzbietami lśniła lustrzana tafla bladego nieba. Wysoko wypiętrzony łańcuch górski, monumentalny, surowy i piękny, przywodził na myśl potęgę chórów niebiańskich. Przypominał zastygłą w granicie pieśń. Skalne ściany cięły głębokie żleby, szczyty dumnie wznosiły czoła ku słońcu. Na tle poznaczonej plamami cienia i światła szarości zboczy, w pierwszej chwili trudno było dostrzec poruszające się niestrudzenie sylwetki aniołów służebnych. To ich morderczy wysiłek przyczynił się do wypiętrzenia szczytów, ale Jaldabaot nie zaprzątał sobie tym uwagi. Rozpierała go duma. Lubił myśleć, że Architektem, co prawda, jest Pan, lecz nadzór nad budową spoczywa w jego, Jaldabaota, rękach.

Co za piękny świat, dumał, smukłymi palcami muskając piętrzące się na biurku mapy i plany. Tak, z całą pewnością był zadowolony, gdyż potęga, którą dysponował, nie miała sobie równych wśród powołanych do tej pory do życia.


– To miejsce doprowadza mnie do szału – warknął Daimon Frey. – Kiedy ostatni raz miałeś na sobie naprawdę czystą koszulę? Mam wrażenie, że śmierdzę, moje łachy cuchną zgnilizną, a miecz pokrywa się brudnym nalotem. Niedługo zapomnę, do czego służy. Według niektórych, pewnie do dłubania w zębach. Zdajesz sobie sprawę, jak długo już tutaj tkwimy?

– Czwarty rok, według rachuby Królestwa – mruknął Kamael. Miał szczupłą, inteligentną twarz i piękne oczy barwy czystego nieba. Półdługie kasztanowe włosy zaczesywał do tyłu.

– Jego wspaniały, nowy świat! – Daimon ścisnął palcami skronie. – On oszalał! Uważa się za Stwórcę. Wkrótce udławi się własnym dostojeństwem. Żałosny, próżny demiurg! Słyszałeś, że kazał się nazywać Prawicą Pana?! Według mnie, Proteza brzmi trafniej. Pozbył się nas z Królestwa, bo napawamy go przerażeniem. Jesteśmy zbyt silni dla niego, za groźni. Zobacz, gdzie się przez niego znaleźliśmy! Do czego doprowadziły te dworskie intrygi. Dwanaście tysięcy Aniołów Zniszczenia, nadzorujących usypywanie gór, kopanie rowów pod rzeki, osuszanie bagien i całą resztę tych beznadziejnych, prostackich robót hydraulicznych. Kiedy to się skończy, każe nam wytyczać grządki pod nasionka, zobaczysz!

Kamael westchnął. To, co powiedział Frey, było prawdą, ale nie pozostawało nic innego, jak zacisnąć zęby i przetrwać. Daimon wysączył ostatnie krople wina z kielicha i nachylił się, żeby sięgnąć po stojący w cieniu za głazem dzban.

– Hej! – krzyknął charakterystycznym, stłumionym, głuchym głosem, który przypominał plusk kamieni wrzucanych do podziemnego jeziora. – Dzbanek jest pusty! Czy mi się zdaje, czy rzeczywiście widzę dno?!

Od grupy pracującej najbliżej natychmiast oderwała się mała, przerażona anielica, chwyciła pokaźną konew z winem i przydreptała spiesznie, przechylona pod ciężarem naczynia.

– Racz wybaczyć, panie – jęknęła płaczliwie. – Racz wybaczyć.

W jej oczach błysnęły łzy. Zaczęła niezgrabnie napełniać dzbanek. Odprawił ją ruchem ręki.

– Sam to zrobię – powiedział ze znużeniem. – Inaczej niechybnie mnie oblejesz.

Ukłoniła się i uciekła.

Wino miało cierpki smak i zdecydowanie należało do gatunku popularnie zwanego cienkuszem. Skrzywił się, odprowadzając wzrokiem pospiesznie drepczącą anielicę.

– Jak myślisz, czy Jaldabaot specjalnie powybierał dla nas najbrzydsze służące, żeby nie stwarzać niepotrzebnych pokus? – Po raz pierwszy od początku rozmowy na drapieżnej twarzy Daimona pojawił się uśmiech.

Patrząc na ostry profil przyjaciela Kamael nie po raz pierwszy doszedł do wniosku, że nie chciałby zmierzyć się z Daimonem w otwartej walce. Tymczasem Frey spokojnie sączył wino. Czarne włosy, odrzucone do tyłu, sięgały połowy pleców. W pociągłej twarzy płonęły głęboko osadzone ciemne oczy. Ich przeszywające spojrzenie, a także gardłowy głos, który czasem przechodził w nieprzyjemną chrypkę, potrafiły wywołać ciarki na plecach najbardziej pewnych siebie. Wielu, w tym sam Kamael, podziwiało Daimona, lecz równie liczni bali się go i nienawidzili. Nie bez słuszności, gdyż trzymające kielich silne, kościste dłonie należały do najlepszego szermierza w Królestwie. Jego pochodzenie również często stawało się przyczyną zawiści, bo Daimon był aniołem krwi – czystej, niebezpiecznej i potężnej jak Miecz, któremu służył.


Panowie Miecza stanowili elitę rycerstwa. Pełnili funkcje oficerów dowodzących dwunastoma tysiącami Aniołów Zniszczenia, zwanych Szarańczą, ponieważ po ich przejściu pozostawała tylko goła ziemia, bez jednego źdźbła trawy. Dowodził nimi Kamael, a ich największą świętością był Miecz, którym u zarania Przedwieczny rozdzielił ostatecznie Światło od Mroku. Wtedy zostali stworzeni pierwsi, najpotężniejsi aniołowie, zmuszeni natychmiast dokonać wyboru między ładem a chaosem. Niemal połowa opowiedziała się po stronie ciemności. Wkrótce wybuchła wojna, a po początkowych, krwawych, lecz nierozstrzygniętych potyczkach, Pan stworzył swych najlepszych wojowników – Aniołów Miecza – i posłał ich do boju na czele Szarańczy. Posłał w sam środek szaleństwa i masakry. Zmusili armię ciemności do cofnięcia się poza granice czasu, lecz zręby nowego świata stanęły na miejscu zbryzganym ich krwią. W Królestwie szeptano, że to ona nadała czerwoną barwę planecie Mars, a zakopane głęboko w ziemi żelazo pochodzące z pozostałych na pobojowiskach zbroi i oręża na zawsze zostało naznaczone krwawymi plamami, które ludzie nazwą potem rdzą. Tych, którzy przetrwali, demiurg Jaldabaot skierował do nadzorowania robót ziemnych na nowo powstającym świecie, mającym jakoby szczególne znaczenie w boskim planie Stworzenia.

 

Daimon wzniósł w górę kielich.

– Za Marszałka Murarzy i jego niezrównany talent twórczy!

Wypili szyderczy toast. Ich spojrzenia spotkały się na moment.

To trwa o wiele za długo, pomyślał Kamael, widząc cień goryczy, ostatnio wciąż obecny w kącikach ust przyjaciela. Moi najlepsi oficerowie tracą panowanie nad nerwami. Nawet Daimon jest u kresu sił. Cóż, otrzymaliśmy wspaniałą nagrodę za wierną służbę!

Frey odgarnął z czoła mokre od potu kosmyki. Z nieba lał się żar wysysający siły. Powietrze drgało od upału.

Rozpościerająca się przed nim rozległa równina pokryta była nieregularnymi wykopami przypominającymi liszaje. Mdli mnie od tego widoku, pomyślał. Stuknął paznokciem o brzeg kielicha. Może lepiej, żebym się upił? Chociaż upijanie się takim winem jest zbrodnią przeciw dobremu smakowi.

– Spójrz tam! – zawołał nagle Kamael, wskazując palcem poruszający się na horyzoncie punkt. Frey przesłonił ręką oczy.

– Zwiadowca?

– Pędzi, jakby go demony ścigały.

Daimon skierował na dowódcę spojrzenie, w którym błysnął ślad zainteresowania.

– Myślisz, że Pan wysłuchał naszych modłów?

– Mam nadzieję, że nie – odparł ponuro Kamael.


– Tak – mruknął Daimon. – Nie mam wątpliwości, że Pan nas wysłuchał.

Klęczał na szczycie wzgórza z dłońmi opartymi o ziemię.

– Zastanówcie się, o co prosicie, bo przy odrobinie pecha możecie to otrzymać – odezwał się cierpko Kamael.

– Więc lepiej nie proście o nic – dokończył Frey.

Wódz Aniołów Miecza pochylił się w siodle.

– Mocne?

– Jak sama zaraza. Lepiej tu podejdź i sprawdź.

Kamael zsiadł z konia i przyklęknął obok Daimona.

Kiedy położył rękę na ziemi, twarz ściągnęła mu się w nieładnym grymasie. Poderwał się na nogi, gwałtownie potrząsając dłonią.

– Jak ty to wytrzymujesz?

Daimon posłał mu krzywy półuśmiech.

– Rutyna, rozumiesz.

Wstał, otrzepał ręce i wskoczył na siodło. Jego koń, Piołun, miał sierść równie czarną, jak włosy jego pana. Odzywał się rzadko, a mówił najczęściej zagadkami. Jak wszystkie konie kawalerii należał do boskich Zwierząt i jak wszystkie Zwierzęta był kompletnie szalony. Jednak Daimon nie tylko rozumiał swego wierzchowca, ale i ufał mu bezgranicznie, niebezpodstawnie zresztą, bowiem Piołun niejednokrotnie uratował mu życie.

– Dawno obserwujesz te wibracje? – spytał Kamael.

Zwiadowca, który przyprowadził ich na wzgórze, potrząsnął głową.

– Zawiadomiłem was, panie, gdy tylko je wyczułem, ale nie wiem, jak długo trwają, bo pracujący tu aniołowie służebni niczego nie zgłaszali.

Daimon wykrzywił usta.

– No pewnie – rzucił gorzko. – Po co mieliby informować o czymś takim znienawidzonych strażników?

Piołun przestąpił z nogi na nogę. Niespodziewanie usłyszeli jego głos, wprost w umysłach, jak zimne dotknięcie stali. To nie było przyjemne uczucie.

– W głębokich dolinach zbiera się cień. Ma barwę nocy, lecz pachnie jak krew. Nazywają go śmiercią, ale nie mają racji. Śmierć przy nim jest pełnią życia.

– Zgadzam się z nim – powiedział Daimon. – To nie są żadne lokalne manifestacje ciemności. Chyba ktoś chce nam złożyć wizytę.

Kamael pobladł.

– Myślisz, że to... – zawiesił głos.

– Czułeś te wibracje? Poparzyły mi ręce.

Spojrzeli na siebie. Niewiele zostało do powiedzenia.

– Cóż, Daimonie – westchnął Kamael. – Chyba pojedziesz do Królestwa wcześniej, niż się spodziewałeś.


Niech czeka, zadecydował Jaldabaot. To dobrze mu zrobi. Nieco zegnie ten jego hardy kark. Będzie musiał połknąć upokorzenie, zrozumieć, gdzie jego miejsce. Za kogo oni się uważają, ci Aniołowie Miecza? Banda butnych młokosów. Żadnego szacunku, żadnej pokory. W sumie to pospolici mordercy. Od dawna byli mu solą w oku. Stworzeni, a nie zrodzeni. Dlaczego Pan ofiarował im aż tak wysoką pozycję, tak świetne pochodzenie? Stworzył ich osobiście, na długo po tym, jak nadał słowom Metatrona moc powoływania do życia wciąż nowych zastępów anielskich. A właściwie dlaczego właśnie Metatron? Aniołowie niskich kręgów, te rzesze ptactwa niebieskiego, nazywają go po cichu przyjacielem Pana. Czy to tylko brak szacunku, czy może już świętokradztwo? Jaldabaot tysiące razy tłumaczył sobie, że Metatron otrzymał łaskę stwarzania niższych aniołów, bo on sam ma zbyt wiele obowiązków przy budowie Ziemi, lecz poczucie krzywdy jątrzyło się w nim jak zbyt głęboko wbita drzazga. Pozostawała przecież jeszcze jedna zniewaga – archaniołowie. Tego Jaldabaot zupełnie nie potrafił pojąć. Aniołów Miecza Pan stworzył do boju, z potrzeby chwili, ale po co Mu archaniołowie? Bezczelne, nieopierzone kogutki! Agresywne dzieci, które bawią się w prawdziwych dostojników! Na litość Pana, są przedostatnim z chórów! Trzeba będzie utrzeć im nosa. Trzymają z tymi rycerzykami, tymi krwawymi gnojkami od Miecza. Frey jest z nich najgorszy. Awanturnik. Mroczna, zatwardziała dusza. Niech czeka. Jaldabaot wytrze sobie buty jego dumą. Niech czeka.

Daimon czekał. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie krążyć nerwowo po korytarzu. Mijały godziny, dzień miał się ku końcowi. Wieczór rozbryzgiwał czerwone słoneczne plamy na posadzkach Domu Archontów. Jaldabaot omawiał wzory na nowe arrasy w refektarzu. Nie mógł się zdecydować, wybierał długo.

Niech czeka.

Daimon starał się nie patrzeć wyczekująco na drzwi. Czubkiem miecza grzebał w szczelinie między marmurowymi płytami podłogi.

Wielki Archont oglądał hafty na swoją nową szatę. Podobały mu się, ale robił wiele uwag i poprawek. Zgromadzeni w sali audiencyjnej archaniołowie zaczęli zdradzać oznaki zmęczenia. Stali tu od rana i Jaldabaot miał nadzieję, że któryś zemdleje. Niestety, rozczarowali go. Trudno, jest jeszcze ten Frey.

Niech czeka.

Teraz trzeba się zająć przebudową altany w Ogrodzie Różanym. Przecież to pilne!

– Wielki Archont, Budowniczy Wszechświatów, Eon Eonów, Prawica Pana, Zwierzchnik Wszystkich Chórów, Książę Niebieskich Książąt, Jaśniejący Mocą i Sprawiedliwością Jaldabaot, Pan Siedmiu Wysokości, przyjmie teraz Daimona Freya, Rycerza Miecza! – obwieścił herold.

Daimon ruszył do drzwi.

– Ależ panie – wymamrotał wartownik. – To sala audiencyjna. Nie możesz tam wchodzić z bronią u boku!

Na twarzy Freya pojawił się wyjątkowo paskudny uśmiech.

– Jestem Aniołem Miecza – powiedział. – Nie lubię się z nim rozstawać. Jeśli ci to nie odpowiada, odbierz mi go.

Wartownik przepuścił go bez słowa.


– Powtórz jeszcze raz to, co powiedziałeś. Nie słuchałem cię zbyt uważnie.

Daimon po raz trzeci tego wieczoru zaczął streszczać sytuację, która zmusiła go do odwiedzenia Wielkiego Domu Archontów. Twarz miał kamienną, ale głos nabrał chrapliwego, nieprzyjemnego brzmienia.

– Zwiadowca odkrył źródło niezwykle silnych wibracji. W ciągu paru godzin w tym samym rejonie znaleziono pięć podobnych źródeł. Moc, która z nich płynie, jest bardzo potężna. Pochodzi z samego serca Mroku, nie z jego manifestacji. Podejrzewamy, że niebawem nastąpi w tej okolicy atak Cienia. W jego własnej postaci, nie poprzez któregoś z podległych demonów. Wyjaśniam na wypadek, gdybyś nie słuchał zbyt uważnie... Prawico Pana.

Jaldabaot, dotychczas stojący do niego plecami, odwrócił się. Kontrast pomiędzy dwoma aniołami, który nie umknął uwadze chyba wszystkich zgromadzonych, stał się jeszcze wyraźniejszy teraz, gdy stanęli twarzami do siebie.

Daimon ubrał się starannie, lecz bez śladu zbytku – tak jak lubili się nosić Aniołowie Miecza. Miał na sobie białą koszulę z cienkiego, delikatnego materiału ukrytą pod krótkim sięgającym talii kaftanem z czarnej skóry, wąskie czarne spodnie i długie buty zapinane na niezliczone klamerki. U boku nosił miecz i sztylet. Włosy związał luźno na karku, pozostawiwszy wolno dwa pasma opadające aż na pierś. Na palcu prawej ręki nosił jedyną ozdobę: pierścień z czarnego kamienia z wyrytą pieczęcią, symbolem znaczenia, pozycji i pochodzenia. Wysoki i smukły, niemal dorównywał Jaldabaotowi wzrostem. Wielki Archont w pysznym, ceremonialnym stroju wyglądał dostojnie i majestatycznie. Jego proporcjonalna, doskonała twarz przypominała posąg z marmuru. Oślepiająco białe ceremonialne szaty pokryte były mieniącymi się skomplikowanymi haftami i aplikacjami z bezcennych, przejrzystych jak sama Jasność klejnotów. Sztywny kołnierz płaszcza otaczał kunsztownie ufryzowaną głowę. Włosy Jaldabaota lśniły niczym srebro, podobnie jak cudowne zimne oczy o przenikliwym spojrzeniu. Wąskie, niemal porcelanowe dłonie demiurga zdobiły pierścienie z białego złota i brylantów. Ilekroć się poruszył, dawał się słyszeć suchy szelest kosztownych tkanin.

– Twierdzisz więc, że Ziemia, ognisko nowego życia, które spodobało się Panu rozniecić, zostanie zaatakowana przez Antykreatora, Jego Cień, rzucony w czasach przed czasem na otchłanie niebytu. Mam przez to rozumieć, że ten, którego nazywamy Odwiecznym Wrogiem i Siewcą Wiatru, powrócił właśnie teraz i właśnie po to, żeby naprzykrzać się Rycerzom Miecza?

Daimon poczuł, jak ogarnia go fala ślepej wściekłości. Powoli zaczynał rozumieć, że ten szalony despota zlekceważy niebezpieczeństwo tylko dlatego, żeby go upokorzyć. Mimowolnie zacisnął pięści. Jaldabaot spoglądał na niego z triumfalnym uśmieszkiem na ustach.

– Wyjaśnij mi, skąd masz pewność, że wibracje pochodzą od Antykreatora?

– Czułem jego obecność. – Głos Daimona wciąż brzmiał niemal spokojnie.

– Ach tak? – Jaldabaot uniósł brwi z wyrazem udanego zdziwienia. – Udało ci się po prostu ją wyczuć? Czy to jakaś sztuczka magiczna?

Twarz Daimona ściągnęła się. Pobladł, a w oczach zapłonął mu złowrogi ognik.

– Zapominasz, Wielki Archoncie, że kilka razy miałem okazję widzieć go z bliska.

– Interesujące. Z bardzo bliska?

– Tak, jak ty nigdy byś się nie ośmielił. Na wyciągnięcie miecza.

Cisza w sali stała się prawie namacalna.

Nagle Jaldabaot roześmiał się.

– Twoja bezczelność, rycerzu – powiedział – znacznie przewyższa odwagę. Powtórz głośno przed wszystkimi prośbę, z którą tu przybyłeś.

Przez chwilę zdawało się, że Anioł Miecza skoczy Jaldabaotowi do gardła. Opanował się jednak.

– Przyjechałem po pomoc – powiedział chrapliwie. – Po oddziały, które pozwolą nam stoczyć względnie równą walkę z potęgą Cienia.

Demiurg znów odwrócił się do niego tyłem, a Daimon usłyszał śpiewny szelest drogocennego jedwabiu. Już prawie po wszystkim, to niemal koniec, powtarzał sobie. Już za chwilę stąd wyjdę. Spokojnie i powoli. Jedwab śpiewał, posadzka lekko się kołysała, a kostki jego zaciśniętych pięści były białe jak papier. W głosie Wielkiego Archonta, dochodzącym jakby z oddali, nie słychać było zdziwienia ani specjalnych emocji.

– Nie dostrzegam potrzeby przegrupowania żadnych oddziałów. Wasze siły są aż nadto wystarczające. Nie mam zamiaru powołać pod broń choćby jednego żołnierza dlatego tylko, że kilku oficerów Miecza popadło w bezpodstawną panikę. Posiłki są potrzebne przy budowie gwiazd i planet. Radzę nauczyć się panować nad własnymi słabościami. Możesz to powtórzyć swemu dowódcy.

– Co do słowa – warknął Daimon.

– Aha, jeszcze jedno. Na przyszłość nie będę tolerował żadnych niesubordynacji. Mam na myśli opuszczenie przez ciebie posterunku bez wyraźnego nakazu. Następnym razem poniesiesz zasłużoną karę.

 

Anioł Miecza posłał mu długie, przeciągłe spojrzenie.

– Nie będzie żadnego następnego razu. Zapewniam cię.

Ma wilcze oczy, pomyślał Jaldabaot. Za chwilę rzuci się gryźć. Cóż, wilczku, zdaje się, że powyrywałem ci kły. Niedbale machnął ręką.

– Możesz odejść. I tak zająłeś mi zbyt wiele czasu.

Daimon skłonił się sztywno, ceremonialnie. Jego twarz wydawała się zupełnie bez wyrazu, lecz nie wiadomo jakim sposobem w każdym geście anioła kryło się więcej pogardy niż w jakimkolwiek ostentacyjnym nietakcie. Jaldabaot nie raczył się odkłonić ani nawet spojrzeć na odchodzącego.


– Widzieliście, jak go potraktował? Jak śmiecia! – głos Lucyfera drżał z oburzenia.

– Nie lepiej obszedł się z nami – mruknął Razjel.

– Bezczelny dupek! – wrzasnął poirytowany Michael, potrząsając szafranowymi lokami. – Zmusił nas do stania cały dzień w swojej pieprzonej sali tronowej za karę, że mu podskakujemy. Niby małe anielęta w kącie!

– Problem w tym, że musimy go słuchać.

– Kto powiedział, że musimy? – Lucyfer walnął pięścią w stół.

Gabriel bawił się pierścieniem z pieczęcią.

– Uważacie, że sytuacja dojrzała do działania? – spytał.

Rafael poruszył się nerwowo, otworzył usta, ale w końcu się nie odezwał. Archaniołowie trwali w ponurym milczeniu.

– Zastępy z pewnością pójdą za nami – powiedział wreszcie Michał. – Ręczę za to.

– Wiem, Michasiu – westchnął Gabriel. – Ale co z rzeszą aniołów służebnych, urzędników dworu, starą arystokracją, gwardią pałacową i wszystkimi pozostałymi? Wola Jaldabaota jest dla nich równoznaczna z wolą samego Pana.

– Niezadowolenie narasta wszędzie. – Razjel wzruszył ramionami.

– Aniołowie Miecza też za nami pójdą. Zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj – dodał Lucyfer.

– Jeśli którykolwiek z nich zostanie przy życiu – mruknął milczący do tej pory Samael.

– Nie mogę uwierzyć! – wykrzyknął Rafał. Na jego twarzy malowała się udręka. – Czy my rzeczywiście rozważamy możliwość buntu?

Samael się skrzywił.

– Ależ skąd. Omawiamy plan pikniku w Ogrodzie Różanym.

– Do rzeczy, panowie – powiedział sucho Gabriel. – Co proponujecie?

– Przygotowywać się powolutku i zwracać jak najmniej uwagi – rzekł Razjel. – Panowanie Jaldabaota lada chwila upadnie. Wtedy zgrabnie zajmiemy jego miejsce.

– No, to na co czekamy? Do dzieła! – Michał uśmiechnął się radośnie.

– Niczego nie możemy zacząć teraz – przerwał Gabriel.

– Sprawimy przez to wrażenie, że występujemy przeciw Panu! Chyba nikt nie bierze tego pod uwagę?

– W żadnym wypadku! – zawołał Lucyfer, wyraźnie poruszony. – Przeciw Panu?! Nigdy! To nie wchodzi w grę!

Zapadła cisza. Przerwał ją kpiący głos Samaela:

– Pogadaliśmy sobie, panowie. Ponarzekaliśmy. Jak zwykle. Chodźmy już do domu, dobra? Nogi mnie bolą.

– Pan osadził Jaldabaota na stanowisku Wielkiego Archonta. Widocznie miał swoje powody, chociaż ciężko mi zrozumieć, jakie.

– Więc zasuwaj i spytaj Go o to, Gabrysiu – warknął Samael.

– Więcej szacunku – syknął Michał. – Za chwilę przegniesz pałę i...

– Wiem, pozbieram zęby z podłogi.

– Zamknijcie się! – głos Razjela brzmiał niczym trzask bicza. – Zachowujecie się jak szczeniaki. Przypominam, że rozmawiamy o władzy w Królestwie, a nie o praniu się po pyskach. Reasumując, wychodzi na to, że czekamy na wyraźny znak od Pana. Znak, że Jaldabaot utracił łaskę w Jego oczach.

– Tak. – Gabriel nerwowo obracał na palcu pierścień. – Bez tego nic nie zdziałamy.


– Odmówił?! – w głosie Kamaela słychać było niedowierzanie pomieszane z wściekłością. – To niemożliwe! Wytłumaczyłeś mu wszystko jak trzeba?

Daimon spojrzał na niego, a w oczach miał coś takiego, że dowódca Aniołów Miecza zamilkł.

– Tak – odpowiedział wolno. – Trzy razy. Kazał nam pracować nad słabościami.

Kamael dzielnie starał się nie pokazać po sobie, że jest załamany.

– No, nic. Ewakuujemy z zagrożonego terenu wszystkich, którzy nie są niezbędni, wzmocnimy posterunki, skrzykniemy chłopaków i...

– Przygotujemy się na śmierć – dokończył Frey.


Nikt nie zapamiętał imion dwóch aniołów, którzy zginęli pierwsi. Nagle ziemia i niebo pękły, przedzielone pionową szczeliną, która rozszerzyła się, tworząc wrota zdolne przepuścić jednocześnie pięćdziesięciu jeźdźców. Fala mrocznej energii wylała się na równinę, pochłaniając pracujących przy wykopach robotników. Umierali ogłuszeni, zatruci, zdławieni, z sercami przepełnionymi strachem, jakiego nie doświadczyli dotąd nigdy. Wszystko to trwało nie dłużej niż mgnienie. Potem przez bramę przestąpiły szeregi dziwacznych kreatur, podobnych do kłębów ciemności, na pozór niezgrabnych, lecz przeraźliwie skutecznych. Rycerze Cienia płynęli nieprzebraną ławą. Były ich dziesiątki, setki i setki tysięcy, widoczne w przejściu między światami. Wylewali się przez otwarte wrota powoli, jak połyskliwa rzeka magmy. Powietrze, naładowane potężną, złowrogą mocą, drżało. Stojący na wzgórzu Aniołowie Miecza poczuli dobrze znane symptomy obecności Cienia – ucisk w klatkach piersiowych, szum w uszach i mdłości.

– Antykreator! – szepnął Kamael.

Jofiel wyciągnął rękę.

– Patrzcie! Jest tam.

Rzeczywiście, daleko, widoczny przez szczelinę między światami, drgał gęsty wibrujący Cień.

– Niech Pan błogosławi wszystkie bramy Królestwa – wypowiedział prastarą formułę Kamael.

– Niech Miecz prowadzi i zwycięża – odpowiedzieli.

– Zajmijcie stanowiska.

Zawrócili rumaki i uformowali szyk. Za ich plecami czekało w ciszy dwanaście tysięcy doborowej jazdy Królestwa. Bukraniony ich koni, wymodelowane na kształt lwich głów, połyskiwały matowo. Światło odbijało się w zbrojach jeźdźców, ślizgało po ostrzach włóczni, jakby żołnierze emitowali wewnętrzny blask.

Daimon wyjechał przed czoło prawego, a Jofiel lewego skrzydła. Kamael zajął miejsce w centrum.

– Do boju, Szarańczo! – krzyknął.

Witaj niebycie, pomyślał Daimon. Nie mieli żadnych szans. W obliczu potęgi wroga stanowili garstkę desperatów. Może utrzymaliby się przez jakiś czas, gdyby od razu zablokowali wlot otwierającego się przejścia, ale teraz było na to za późno. Wydobywająca się z szeroko rozwartej szczeliny fala trujących wyziewów pozabijałaby ich natychmiast. Wyszarpnął miecz, unosząc go wysoko nad głowę. Stal schwytała słoneczny promień, który zatańczył na ostrzu i zgasł.

– Za mną! – zawołał ochryple.

Spiął konia i, nie oglądając się, runął w dół wzgórza.


Wpadli w połyskliwą stalową rzekę. Zakotłowało się. Żelazo wystąpiło przeciw żelazu, rozpoczęło swój krwawy taniec. Szarańcza wbiła się klinem w bok czarnej kolumny, próbując przeciąć ją na pół i opanować bramę. Miecze rycerzy Królestwa wyrąbały głęboką szczerbę w szeregach żołnierzy Mroku, niby przesiekę w gęstym, ciemnym lesie. Rumaki parły naprzód, tratując i miażdżąc strąconych z siodeł jeźdźców. Ziemia spłynęła krwią i dziwną, lepką posoką. Ich szeregi rozluźniły się nieco, wpuszczając rozpędzoną jazdę Królestwa do środka kolumny.

Źle, pomyślał Daimon. Chcą nas otoczyć.

– Okrążają nas! – wrzasnął, próbując zwinąć prawe skrzydło i uderzyć nim w tworzącą się mackę, złożoną z oddziałów ciemności. Wtem ich szyki rozstąpiły się, wypluwając niekształtne, zakute w żelazo bestie zionące płomieniami wprost w walczących aniołów. Pod ich osłoną wojsko chaosu przystąpiło do ataku. Dym zasnuł pole bitwy. Wszędzie rozlegały się rozpaczliwe krzyki, kwik koni i szczęk oręża. Wydawało się, że wystarczy chwila, aby armia Mroku rozniosła formacje Królestwa, ale aniołowie postanowili drogo sprzedać swoje życie. Miażdżeni, cięci i tratowani, wciąż nie dawali się rozproszyć i wybić jak rzeźne bydło. Szarańcza zbierała krwawe żniwo, więc wkrótce rumaki deptały po trupach. Lecz z bramy wylewały się wciąż nowe szeregi brzydkich, pokracznych, morderczych żołnierzy. Pomiot chaosu, synowie Cienia.

Z wolna doborowa kawaleria Królestwa poczęła słabnąć i umierać. Jeźdźcy walili się w błoto wyrobione przez końskie kopyta z pyłu i krwi. Ich pancerze – żółte jak siarka, czerwone jak ogień, granatowe jak dym – wyglądały niczym konfetti rozsypane na strudze smoły. Daimon walczył w samym środku bitwy, siejąc popłoch w szeregach Mroku. Ci, którzy ośmielali się do niego zbliżyć, jechali po śmierć. Musiał zerwać z głowy hełm, przepalony ognistą śliną jednego z potworów chaosu, więc włosy miał skłębione i pozlepiane krwią. Wyglądał jak upiór – z bladą twarzą i okrwawionym mieczem, który niezmordowanie zagłębiał się w ciałach wrogów. Padali, nie zdążywszy nawet skrzyżować z nim broni. Ale w końcu i on zaczął słabnąć. Pot zalewał mu oczy, ramiona mdlały, a potężniejące z każdą chwilą tchnienie Antykreatora wysysało siły, zaćmiewało wzrok, mąciło myśli. Niemal mechanicznie podrywał i opuszczał miecz, ogłuszony bitewnym wrzaskiem i szczękiem oręża.

Potworny ryk rozdarł nagle powietrze. Daimon poczuł podmuch smrodliwego gorąca i ujrzał tuż przed sobą rozwartą paszczę ognistej bestii. Ciął ją skośnie przez pysk. Zawyła, strzykając płomienną śliną. Ścisnął wierzchowca kolanami, Piołun wykonał ciasny piruet i stanął dęba. Daimon uniósł się w strzemionach i potężnym pchnięciem wbił miecz w wytrzeszczone, zdumione oko potwora. Płomień osmalił mu twarz, wypalił w ziemi spory lej. Bestią wstrząsnął dreszcz, z wizgiem zwaliła się w błoto, nieomal podcinając Piołunowi nogi. Uzbrojone w pazury łapy darły ziemię, a koń Daimona tańczył między nimi, usiłując uniknąć ciosu. Frey pochylał się w siodle, żeby rozpruć brzuch zdychającego potwora, gdy poczuł, jak po żebrach prześlizguje mu się coś zimnego i gorącego zarazem. Ostrze topora rozdarło mu bok. Wyprostował się, ciął przeciwnika szeroko przez klatkę piersiową. Tamten zachwiał się i zwisł w siodle swego opancerzonego rumaka, a Daimon w ostatniej chwili uchylił się przed zabójczym ciosem w głowę zadanym przez kolejnego czarnego rycerza. Piołun błyskawicznie targnął łbem, miażdżąc zębami twarz przeciwnika, który zalał się krwią i zwalił na ziemię. Tracę refleks, pomyślał Daimon. Niedługo będą mnie mieli. Czubek czyjegoś miecza rozdarł mu rękaw i głęboko skaleczył przedramię.

– Czy jest coś piękniejszego niż dachy Hajot Hakados fioletowiejące z nadejściem wieczoru? – usłyszał w głowie i zrozumiał, że Piołun się z nim żegna.

– Spotkamy się w niebycie, stary – szepnął, rozcinając niemal na pół wyrosłego jak spod ziemi wielkoluda w hełmie z kitą. Sytuacja przedstawiała się rozpaczliwie. Rycerze Miecza z niedobitkami Szarańczy próbowali przedostać się w kierunku wrót, z desperacką nadzieją, że uda się je zablokować. Z rozdziawionej na kształt ust dziury we wszechświecie wciąż jednak wylewali się nowi czarni żołnierze w sile, która pozwalała wyrównać zadane przez Szarańczę straty. Przewaga Mroku była tak duża, że mogli sobie pozwolić na niespieszne dokończenie dzieła zniszczenia.