Hiszpański narzeczonyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maisey Yates

Hiszpański narzeczony

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: The Spaniard’s Stolen Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Maisey Yates

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-4948-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Diego Navarro od małego psuł zabawki.

Zaczął jako mały chłopczyk od drewnianej ciężarówki. Nie zamierzał jej uszkodzić tylko sprawdzić jej możliwości. Zepchnął ją ze wzgórza i pędził za nią co sił w małych nóżkach. W końcu upadł na nią i koła odpadły. Matka podniosła go, otarła łzy, pozbierała części i pocieszyła, że można ją naprawić. Ojciec roześmiał się, odepchnął ją i wrzucił samochodzik do ognia.

– Musisz się nauczyć rozstawać z tym, co zniszczone – doradził.

Te słowa rozbrzmiewały później w uszach Diega, gdy ojciec po śmierci żony stał obojętnie nad jej grobem podczas pogrzebu.

Diego go nienawidził. Przypominał go znacznie bardziej niż swą anielską matkę, zniszczoną przez człowieka, który przysiągł ją kochać.

Miała delikatne dłonie. Ręce Diega stanowiły niszczycielską broń. Całe jego życie to udowadniało.

W szale rozpaczy po śmierci matki spalił sklep ojca na rodzinnym ranczu. Ojciec wiedział, kto wzniecił pożar. Diego myślał, że w końcu jego też zabije, wyśle do diabłów, tak jak wysłał żonę do aniołów. Nic z tego. Postąpił jeszcze gorzej. Popatrzył na niego ciemnymi oczami, jakby rozpoznał w nim równego sobie potwora. Diego wolałby śmierć. Przez następnych kilka lat przyjmował tę diagnozę do wiadomości, pogrążając duszę w mroku.

Ojciec dał mu na osiemnaste urodziny sportowe auto. Diego rozbił je o skałę na krętej drodze. Gdyby skręcił w inną stronę, wpadłby do morza i opadł wraz z samochodem na dno. Śmierć w tak młodym wieku byłaby dla niego aktem łaski. Gdyby zginął, nie siałby zniszczenia, co najwyraźniej było mu przeznaczone. Ale przeżył, a jego dobra, wartościowa matka nie, co utwierdziło go w przekonaniu o okrucieństwie i niesprawiedliwości życia. Choć siał wokół siebie spustoszenie, sam był niezniszczalny. Czegokolwiek tknął, płonęło lub niszczało, jak Karina, jego jedyna próba nawiązania ludzkiej więzi.

Jego brat, Matias był z natury dobrym człowiekiem, obdarzonym wrodzoną moralnością, której Diego nie miał nadziei posiąść ani nawet zrozumieć. Kiedy sobie to uświadomił, odseparował się również od brata.

Poznał jednak Karinę, ładną, pełną życia i ekscytującą. Żyła szybciej i na wyższych obrotach niż on. Zażywała środki psychoaktywne i lubiła ostry seks. Dla hedonisty takiego jak Diego stanowiła ucieleśnienie wszelkich rozkoszy, w jakich chciał się zatracić.

Ożenił się z nią, bo czy istnieje lepszy sposób na zatrzymanie nowej zabawki na zawsze niż akt ślubu? Niestety ją również zniszczył, czego gorzko żałował, a jeszcze bardziej drugiego życia, które umarło razem z nią – jedynej niewinnej cząstki ich zrujnowanego związku. Ta strata nie złamała mu jednak serca. Zostało złamane już wcześniej, niemal roztrzaskane jak kości matki, kiedy spadła z konia po zastrzeleniu przez ojca. Po całkowitym zniszczeniu dalsze już nie mogło nastąpić. Teraz jedyne zmartwienie mogła stanowić destrukcja, którą powodował na świecie. Prawdę mówiąc, nie bardzo go martwiła.

Dźwigał te straty na barkach jak ciemny, ciężki płaszcz. Czuł ich ciężar. Przywykł do niego. Leżał w jego naturze.

Upił długi łyk whisky i rozejrzał się po pokoju nieprawdopodobnie zagraconej rezydencji Michaela Harta w Nowej Anglii. Podjął grę, do udziału w której nakłonił go gospodarz przed ubiciem interesu.

Wbrew reputacji hazardzisty Diego nie zyskał swoich miliardów w Monte Carlo. Umiejętnie inwestował, lecz nie rozgłaszał swoich sukcesów. Wolał, żeby prasa publikowała jego skandale niż osiągnięcia. Chciał części spółki Michaela Harta, ale o wiele bardziej zależało mu na jego córce.

Piękna spadkobierczyni, Liliana Hart, fascynowała go, od kiedy pierwszy raz ją zobaczył przed dwoma laty. Delikatna, blada, z długimi platynowymi włosami, otaczającymi śliczną buzię srebrzystą aureolą, nie pasowała do stereotypu rozpieszczonej córeczki bogatego tatusia. Skromna i urocza, nie nosiła wysokich obcasów ani strojów bardziej pasujących do tańca na rurze niż na ulicę. Przypominała delikatną różyczkę. Marzył o tym, żeby jej dotknąć, chociaż wiedział, że zniszczyłby płatki.

Nie miał jednak skrupułów. Był próżny i samolubny. Uwielbiał też konkurować, zwłaszcza od momentu, w którym dziadek nakłonił ich z bratem do rywalizacji o rodzinne ranczo. Musieli się ożenić lub zrezygnować ze spadku.

Matiasowi sumienie nie pozwoliłoby poprosić o rękę kogokolwiek wyłącznie dla korzyści materialnych. Diego nie miałby nic przeciwko małżeństwu z rozsądku, zwłaszcza że Liliana rozgrzewała krew w jego żyłach jak żadna inna dotąd. Pieniądze nie miały dla niego szczególnego znaczenia. Największą pokusę stanowiła perspektywa zwycięstwa nad bratem i zdobycia Liliany. A gdyby Michael Hart zechciał sprzedać córkę w zamian za dobrą inwestycję, przy okazji rozwiązałby problem dziedziczenia farmy. Diego chętnie skorzystałby z takiej szansy, nawet gdyby skrzywdził Lilianę.

Byłby wściekły na dziadka, gdyby staruszek nie dał mu wygodnego pretekstu do sięgnięcia po klejnot, który wpadł mu w oko od pierwszego wejrzenia.

Spostrzegł błysk różowego materiału przy drzwiach biblioteki. Pojął, że Liliana próbuje umknąć. Z uśmiechem opróżnił kieliszek do końca i przeprosił zebranych, pewien, że nikt nie zapyta, dokąd idzie. Nikt nie śmiał kwestionować jego poczynań.

Spostrzegł, że znika za rogiem. Bezszelestnie podążył za nią po orientalnym dywanie wyściełającym cały hol. Zastał drzwi lekko uchylone. Pchnąwszy je, zobaczył za nimi kolejną bibliotekę, a w środku Lilianę.

– Dobry wieczór panno Hart – zagadnął. – Nie miałem okazji dziś pani powitać.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem, co go zachwycało. Zawsze się czerwieniła w jego obecności. Nie wątpił, że ją pociąga. Natura nie obdarzyła go fałszywą skromnością… ani też jakąkolwiek inną. Wiedział, że Bóg stworzył go pięknym. Ale dał też urodę żmijom, żeby przyciągały ofiary. Przypomniał sobie o swoich atutach nie z próżności, lecz z konieczności. Gdyby Liliana uległa jego urokowi, ułatwiłaby mu zadanie.

– Zwykle nie uczestniczę w przyjęciach mojego ojca, panie Navarro – poinformowała.

– Ale przed kilkoma tygodniami brała pani w jednym udział.

– Tak, ale to co innego – odparła, spuszczając wzrok.

– Naprawdę? Zaczynam podejrzewać, że mnie unikasz, tesoro.

– Co to znaczy?

– Skarbie – odpowiedział, podchodząc o krok bliżej.

– Dlaczego pan mnie tak nazywa?

Zaskoczyła go jej otwartość. Jej odwaga świadczyła o braku doświadczenia z mężczyznami albo przynajmniej z takimi jak on. Tylko czy tacy w ogóle istnieli?

– Moim zdaniem to uzasadnione. Jest pani przecież skarbem dla taty, prawda?

– Raczej towarem.

– Cóż, pieniądz rządzi światem.

– A szkoda.

– Łatwo tak mówić komuś, kto zawsze je miał.

Nie pierwszy raz skradł chwilkę, żeby porozmawiać z Lilianą. Przyciągała go jak magnes. Żadne podboje nie osłabiły jego zainteresowania.

– Wolę świat książek – odpowiedziała, zaciskając palce na oparciu krzesła, jakby w poszukiwaniu wsparcia.

– Ja wolę doświadczać życia niż uciekać w świat fantazji w zakurzonej bibliotece.

Znów go zaskoczyła, przewracając oczami.

– Człowiek czynu. Mnie bardziej odpowiada zdobywanie wiedzy o świecie z lektury niż poleganie jedynie na własnym doświadczeniu.

– Nie przypuszczałem, że nie przepada pani za życiem towarzyskim.

– Co ujmuje mi uroku, jak mówią.

– Kto? – zapytał, podchodząc jeszcze o krok bliżej.

– Mój ojciec.

– Nie ma racji. Ja uważam panią za czarującą.

– Dziękuję, że wzmocnił pan moje poczucie własnej wartości.

– Miło mi, że mogłem pomóc.

Gdy Diego napotkał jej spojrzenie, oblała go fala gorąca. Poczuł do niej coś więcej niż pociąg fizyczny. Nigdy nie pociągały go niewinne dziewczęta. Liliana stanowiła jedyny wyjątek. Powinno go cieszyć, że po latach rozpusty zainteresowało go coś nowego – młoda, delikatna osóbka, słodka jak dojrzała truskawka. Miał ochotę uszczknąć kęs. Nie rozumiał tylko tego drugiego uczucia, jakby ciągnęło go do niej wbrew jego woli.

 

Odwróciła wzrok. Jasne włosy zalśniły w blasku kominka pomarańczowym blaskiem, jakby stanęły w płomieniach.

Zmniejszył dystans, ale nawet na niego nie spojrzała. Wyciągnął rękę i odgarnął loki na bok, delikatnie muskając skórę na szyi.

– Jesteś naprawdę piękna, Liliano. Wiesz o tym?

Popatrzyła na niego czujnie jasnymi, błękitnymi oczami.

– Mężczyźni czasami mi to mówili, zwykle wtedy, gdy czegoś chcieli od mojego ojca.

– Naprawdę?

Niewiele brakowało, żeby wyznał, że on też czegoś od niego chce. Córki. Ale zachował to dla siebie.

– Mój ojciec jest potężnym człowiekiem.

– Ja też, tesoro. – Położył rękę na jej biodrze i poczuł, że drgnęła, co go ucieszyło. – Nie potrzebuję niczyjego wsparcia. Sam na siebie zarabiam i sam buduję swoją potęgę.

Uniosła dłoń, jakby chciała dotknąć jego twarzy, ale zaraz ją cofnęła.

– Naprawdę?

– Być może w tej chwili mój dalszy los zależy od ciebie.

Odskoczyła od niego tak raptownie, że omal nie wpadła na kominek. Schwycił ją w talii i oboje uderzyli o kamienne obmurowanie.

– Przepraszam – wydyszała, usiłując oswobodzić się z jego objęć.

– Naprawdę wcale nie chcesz uciec – wyszeptał.

– Muszę. Unikałam pana.

– Ale cię znalazłem.

– Nie chce pan wiedzieć dlaczego?

Coś w jej głosie obudziło ciekawość Diega. Puścił ją i odstąpił krok do tyłu. W tym momencie spostrzegł lśniący diament na jej palcu.

– Dlaczego, Liliano?

– Już mówiłam, że wielu mężczyzn szukało przeze mnie drogi do ojca. Jeden z nich złożył ofertę, której żadne z nas nie może odrzucić.

Diego zawrzał gniewem.

– Ach tak? Dziwne, że pan Hart ani słowem o tym nie wspomniał.

– Czy pan również uczestniczył w licytacji mojego ciała?

– Tak.

Nie dodał, że zaoferował jej ojcu pieniądze, a nie próbował je od niego uzyskać.

– Dobrze wiedzieć, że jest pan taki jak inni – mruknęła, odwracając się do niego tyłem.

– To bez znaczenia. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy.

– Prawdopodobnie tak. Podczas świąt, urodzin i tym podobnych okazji.

– Jak to możliwe?

– Bo zostanę twoją szwagierką, Diego. Wychodzę za twojego brata.

ROZDZIAŁ DRUGI

Liliana nie mogła uwierzyć, że wychodzi za mąż. Spędziła życie w rodzinnej rezydencji w Stanach Zjednoczonych, chroniona i rozpieszczana. Trochę wprawdzie podróżowała, ale zawsze pod czujnym okiem ojca lub wynajętych opiekunek, które przydzielał jej do towarzystwa.

Po raz pierwszy w życiu nikt jej nie pilnował. Od dwóch tygodni przebywała w Hiszpanii z narzeczonym, Matiasem. Narzeczony… jakże dziwnie to brzmiało. Więcej czasu spędziła na rozmowach z…

Wzięła głęboki oddech, zacisnęła ręce w pięści i usiadła na łóżku w swoim pokoju. Usiłowała nie wspominać tego przenikliwego spojrzenia ciemnych oczu, tego szelmowskiego uśmiechu, który działał na nią jak niebezpieczna pokusa.

Zważywszy uderzające podobieństwo Matiasa i Diega, nie powinno jej robić różnicy, za którego z zabójczo przystojnych braci wyjdzie. Matias uchodził za znacznie lepszego człowieka. Niewiele jednak o nich wiedziała. Nie pozwalała sobie na poszukiwanie informacji o Diegu w internecie, choć bardzo ją kusiło. Otaczała go aura grozy, a Matiasa nie.

Cały kłopot w tym, że nie tylko mroczna aura tajemniczości zafascynowała ją w Diegu od momentu poznania przed dwoma laty. Ludzie porównują oczarowanie do rażenia piorunem. Diego Navarro rozpalił w niej czarny ogień, płonący powoli, ale coraz mocniej w miarę upływu czasu.

Matias był dobrym człowiekiem. Ojciec chciał z nim prowadzić interesy. Dlaczego nie miałaby spełnić jego woli? Przez nią ojciec stracił miłość swego życia. Jej krucha, słabowita matka zmarła, wydając ją na świat. Musiała być taką córką, jakiej zmarła by pragnęła, żeby w miarę możliwości zrekompensować tacie niepowetowaną stratę. Dlatego robiła co w jej mocy, by go zadowolić.

Zawsze wiedziała, że ojciec wybierze dla niej męża. Zaakceptowała jego decyzję z wdziękiem i godnością. Tylko raz, podczas rozmowy z Diegiem, zaczął narastać w niej bunt.

Zabroniła sobie podobnych rozważań. Diego nie poprosił jej o rękę, ale mógł to zrobić.

Zamknęła oczy i westchnęła. W tym momencie usłyszała kroki w holu. Jej serce przyspieszyło rytm. Miała nadzieję, że to nie Matias, co zresztą uważała za mało prawdopodobne.

Przebywała tu od dwóch tygodni, a ani razu jej nie pocałował. Za to dbał o nią aż do przesady. Stale nosił nad nią parasol dla ochrony jasnej cery, jakby groziło jej roztopienie w promieniach hiszpańskiego słońca. Uwolnił ją wprawdzie spod kurateli ojca, ale gładko przejął jego rolę.

Tego dnia po raz pierwszy dał jej chwilę wytchnienia. Jeden z chłopców stajennych na ranczu spadł z konia i Matias pospieszył na ratunek. Liliana wreszcie zyskała kilka godzin na spacer po posiadłości bez eskorty.

Matias zachowywał się wobec niej raczej jak nadopiekuńczy starszy brat niż jak narzeczony. Prawdę mówiąc, nie widziała prawdziwego życia małżeńskiego, ale ze słów ojca wynikało, że jej rodziców łączyła szczera, namiętna miłość. Umierając, matka zabrała do grobu serce kochającego małżonka. Liliana nie wyobrażała sobie, że mogłaby z kimś nawiązać aż tak głęboką więź, zwłaszcza z Matiasem.

Gdy kroki ucichły, odetchnęła z ulgą. Nie była gotowa na współżycie z przyszłym mężem, ale dziwiło ją, że nawet nie próbuje jej pocałować. Nie przerażała jej ta perspektywa, a jednak… Gdy zamknęła oczy i próbowała sobie wyobrazić pocałunek, widziała oczami wyobraźni równie pięknie rzeźbione, lecz nieco ostrzejsze, bardziej niepokojące rysy.

Nigdy wcześniej nie pozwalała sobie na tego rodzaju fantazje. Przyjęła do wiadomości, że ojciec wybierze jej męża. Nie czekała na księcia z bajki tylko na przyzwoitego kandydata, dopóki nie zobaczyła Diega. Jego mroczna postać budziła niebezpieczne pokusy, żeby zrobić coś lekkomyślnego, a nawet szalonego.

Nie tak ją wychowano. Ojciec oczekiwał od niej rozsądku. Dźwigała na barkach wielki ciężar odpowiedzialności, ale jak mogła narzekać? Przeżyła, podczas kiedy jej matka zmarła. Nie istniała zbyt wygórowana cena za dar życia. Wkładała więc całą energię, żeby spełnić jego oczekiwania.

W głębi duszy żałowała jednak, że przez całe życie nigdy nie dotknie Diega.

– To bez znaczenia – przypomniała sobie bezwiednie na głos.

Sama dokonała wyboru. Mogła się zbuntować, kiedy ojciec zażądał, żeby uczyła się etykiety i prowadzenia domu zamiast studiować na uniwersytecie, kiedy wymagał, żeby pełniła honory gospodyni podczas przyjęć dla swoich partnerów w interesach i wreszcie kiedy zadeklarował, że wyda ją za wybranego przez siebie kandydata, ale sama myśl o buncie napawała ją zgrozą. Jakże by mogła zawieść jedynego żyjącego członka rodziny, jedynego człowieka, który ją kochał?

Być może pewnego dnia Matias też ją pokocha. Ta myśl wcale jej nie ucieszyła. Wstała z łóżka i przemierzyła obszerną sypialnię. Przepych rancza nie zrobił na niej wrażenia. Przywykła do dostatku. Nagle zaczęła sobą gardzić za swoje znużenie. Niejedna na jej miejscu byłaby wdzięczna, że Matias ją wybrał na swoją księżniczkę, na panią ogromnej posiadłości z przepiękną hacjendą i stadem koni. Tymczasem nie czuła ani odrobiny radości czy triumfu, kompletnie nic.

Patrzyła obojętnie przez okno na starannie przystrzyżony trawnik. W bladym świetle księżyca lśnił jak tafla wody. Przemknęło jej przez głowę, że gdyby wskoczyła w tę niezmierzoną toń, odpłynęłaby stąd w siną dal.

Nagle dostrzegła jakiś ruchomy cień. Nie wiedziała, co w nią wstąpiło, że otworzyła okno, żeby go dokładniej obejrzeć. Kiedy podszedł bliżej, rozpoznała męską sylwetkę. Ktoś, z całą pewnością niezatrudniony w majątku, skradał się chyłkiem w ciemnościach. Powinna kogoś zawołać, ale powstrzymała ją myśl, że przyszedł tu na potajemną schadzkę. Nie mając żadnego życia uczuciowego, nie zamierzała rujnować cudzego szczęścia.

Kiedy jednak podszedł do domu i zaczął wspinać się po ścianie, używając jako wsporników ozdobnych progów i gzymsów, zamarła w bezruchu.

Mogła krzyczeć, wołać o pomoc, ale nie wydała żadnego dźwięku. Stała w otwartym oknie bez ruchu, jakby zapraszała intruza. W końcu dotarł na tyle blisko, że zobaczyła błyszczące, ciemne oczy, ledwie widoczne w świetle księżyca. Krzyknęła dopiero, kiedy objął ją jedną ręką w talii.

– Teraz, kiedy wywołałaś alarm, musimy szybko uciekać – oświadczył przyciszonym, znajomym głosem.

Liliana wpadła w popłoch, gdy ją pochwycił i zawisła nad ziemią. Przylgnęła do mocnego torsu, twardego jak kamień, ale żywego, gorącego. Wiedziała, kto ją schwytał.

– Kazałem przygotować dla nas helikopter – szepnął. – Trzymasz się mocno?

– Tak.

– Świetnie.

Puścił ją, a gdy mocno objęła go za szyję, zaczął schodzić w dół po ścianie. Odetchnęła z ulgą, gdy jej stopy dotknęły trawy, ale zaraz znów ją podniósł i zaczął uciekać.

Usłyszawszy głosy, zerknęła przez jego ramię. Dostrzegła ciemne sylwetki w oknie swojej sypialni, z pewnością zaalarmowane jej krzykiem.

– Umkniemy, zanim zorganizuje pościg – zapewnił bez wahania. – Uwierz mi, nie opracowałbym nierealnego planu. Jestem na to zbyt próżny.

Wsadził ją do samochodu stojącego na końcu trawnika i wywiózł na brzeg lasu, gdzie znów ją podniósł i zarzucił na ramię jak worek ziemniaków w nocnej koszuli.

– Dlaczego właściwie mnie porywasz? – spytała.

Dziwne, że nie próbowała walczyć, ale nie miała ochoty. Inaczej nie stałaby w otwartym oknie. Interesowało ją tylko, dokąd ją zabiera. Pozwoliła, żeby zaniósł ją do lasu i dalej, na polanę, gdzie rzeczywiście stał helikopter. Usadził ją w nim, zapiął jej pasy, po czym zajął pozycję za sterem.

– Pilotujesz śmigłowce? – spytała z bezgranicznym zdumieniem.

– Nie mamy czasu na pogawędki.

Włączył silnik i śmigła zaczęły wirować. Wystartowali w momencie, kiedy zobaczyła w oddali światła. Wkrótce wzlecieli nad drzewa. Nie słyszała nic prócz warkotu silnika i szumu skrzydeł. Chwilę później włożył jej na głowę hełmofon. Sam wziął drugi.

– Słyszysz mnie? – zapytał przez głośnik.

– Tak.

– Doskonale.

– Chcesz teraz rozmawiać? – spytała z bezgranicznym zdumieniem.

– Pomyślałem, że moglibyśmy zacząć od tego, na czym skończyliśmy ostatnim razem.

– Mimo odmiennych okoliczności? Wtedy przebywaliśmy w bibliotece mojego ojca, a dziś porwałeś mnie z domu narzeczonego.

– Nie wyjdziesz za niego.

– Będzie mnie szukał.

– Polecimy tam, gdzie nas nie znajdzie. Nie łączą mnie z bratem zbyt serdeczne stosunki. Nie ma pojęcia o wszystkich rezydencjach, które posiadam. Niektóre są zapisane pod zmienionym nazwiskiem.

– Używasz pseudonimów?

– Myślisz, że nie zapracowałem na reputację czarnej owcy w rodzinie Navarro? Że źle mnie oceniają? O nie, tesoro. Osądzają mnie całkiem trafnie. Nie jestem dobrym człowiekiem.

– To niezbyt pocieszająca wiadomość, zważywszy, że lecę z tobą w powietrzu.

– Nie próbowałem cię pocieszać. Uświadamiam ci tylko twoją sytuację.

– Jaką?

– Wyjdziesz za mnie, Liliano.

Jego słowa wywołały mieszane uczucia, przede wszystkim strach, ale także zaciekawienie.

– Skąd pewność, że wyrażę zgodę?

– Nie bądź naiwna, skarbie. Mam doskonałą amunicję, najlepszą z możliwych. Myślałaś, że zadałem sobie tyle trudu, nie zgromadziwszy atutów? Nie polegam wyłącznie na swoim uroku osobistym.

Gdyby tylko wiedział, że nie spała przez niego, marząc o jego ustach! Do tej pory nikt jej naprawdę nie pocałował. Przelotne cmoknięcia Matiasa nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Teraz zobaczyła Diega w nieco innym świetle. Światełka deski rozdzielczej oświetlały ostry profil z wyrazistymi kośćmi policzkowymi, okrutnymi, pięknie rzeźbionymi ustami i prostym jak ostrze nosem. Pociągał ją równie mocno jak zawsze, wbrew rozsądkowi. Nie wiedziała, czy można coś na to poradzić. Zresztą wcale nie chciała.

Nikt do tej pory nie budził w niej równie silnych, ryzykownych, ale też ekscytujących emocji. Żyła tylko po to, żeby zadowolić ojca i dorównać nieżyjącej matce. Tęsknota za mrocznym, niebezpiecznym człowiekiem nie pasowała do ideału, ale Diego wtargnął do domu jej ojca niczym nieokiełznany żywioł, a tej nocy również do jej sypialni. Nie mogła już odwrócić biegu wypadków. Musiałaby bowiem wyskoczyć z helikoptera.

 

Czuła się jak motyl z oderwanymi skrzydłami, spadający z nieba ku nieuchronnej zgubie.

– Jeżeli naprawdę chcesz mnie poślubić, mogłeś poprosić tatę o moją rękę – zauważyła półgłosem.

– Nic nie rozumiesz. Muszę zapobiec twojemu małżeństwu z moim bratem. Gdyby pojął cię za żonę, odziedziczyłby ranczo, a ja chcę zarówno ciebie, jak i posiadłość. Ślub mi to zapewni. Dlatego musisz za mnie wyjść. Fakt, że marzę o tym, żeby zedrzeć z ciebie tę dziewiczą białą koszulkę, to tylko dodatkowa zachęta.

Wyznanie Diega mocno zabolało Lilianę. Nic do niej nie czuł. Nie chodziło mu o nią, tylko o spadek. Matias też chciał ją wykorzystać, co wcale jej nie martwiło, bo spełniała życzenie ojca. Natomiast uczucie do Diega rozkwitło bez niczyjego rozkazu.

– Nie robi mi różnicy, czy mój brat cię posiadł, czy nie. Jeżeli tak, wymazanie jego wspomnienia dostarczy mi wielkiej satysfakcji.

Sens jego wypowiedzi dotarł do Liliany, ale nie od razu. Przeżyła szok.

Nie współżyła z Matiasem, ale nie zamierzała mu tego mówić. Nie wiedzieć czemu, świadomość posiadania sekretu dawała jej poczucie pewnej przewagi. Diego twierdził, że o to nie dba, ale sam fakt, że o tym wspomniał, świadczył o tym, że to nieprawda.

Siedziała więc w milczeniu z założonymi rękami, patrząc w ciemność, gdy odlatywała coraz dalej od jakiejkolwiek pewności, a coraz bliżej realizacji jego szaleńczego zamysłu.