Mateusz i zapomniany skarbTekst

Z serii: Lilka #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1. O tym, że jestem już taki wysoki jak Lilka i że bardzo wydoroślałem

Rozdział 2. O tym, jak ustaliłem, że Lewandowski będzie lepszy, gdyż jest prawdziwą legendą

Rozdział 3. O równouprawnieniu nawet w przypadku, gdy ktoś nie dostaje nagrody za dobre oceny w szkole

Rozdział 4. O pakowaniu na wakacje i o tym, jak Wiki prawie nie pojechała na obóz

Rozdział 5. O zajajkowaniu się na śmierć i dużej pupie mamy

Rozdział 6. O zakonie milczącym i pluciu kątem

Rozdział 7. O tym, co nowego w Amalce, kto się jeszcze pojawił i kto kogo porzucił

Rozdział 8. O tym, jak powiedziałem pozostałym dzieciom, że w okolicy ukryty jest skarb i jak dorośli gadali do ryżu

Rozdział 9. O tym, co ma wspólnego gadanie do ryżu ze zdrowiem i jak prawie dostałem cholery (takiej choroby)

Rozdział 10. O tym, jak na poważnie zajęliśmy się wreszcie szukaniem skarbu

Rozdział 11. O naradach, demokracji i o tym, jak nie wolno nam było sikać

Rozdział 12. O tym, jak ważne jest przysłowie ziarnko do ziarnka..., gdy zatka się szambo

Rozdział 13. O kaloszach, zardzewiałych narzędziach i braku mapy

Rozdział 14. List do siebie dorosłego. Koniec

Od autorki

Redakcja, korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA biały-ogród.pl

Projekt okładki i strony tytułowej: JOANNA ZAGNER-KOŁAT

© Copyright for text by Magdalena Witkiewicz, 2018

© Copyright for illustrations by Joanna Zagner-Kołat, 2018

© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-65157-76-8

Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o.

ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawa

oddeskidodeski.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Czytelniku, korzystaj legalnie!

Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.


Moim chrześniakom

Nince Bukowskiej

Filipowi Janowiczowi



ROZDZIAŁ 1

O TYM, ŻE JESTEM JUŻ TAKI WYSOKI JAK LILKA I ŻE BARDZO WYDOROŚLAŁEM

Mam na imię Mateusz i wszystko na to wskazuje, że zdam do drugiej klasy. Mama powtarza, że jestem już prawie dorosły. Chociaż raz słyszałem, jak mówiła do mojej cioci: „To jest jeszcze taki mały chłopiec”. O nie! Nie jestem mały, jestem już prawie tak wysoki jak moja siostra Lila, która jest dwa lata starsza ode mnie, więc rosła całe dwa lata dłużej. Niekiedy mama każe nam stanąć tyłem do siebie i nas mierzy. Tylko czasem Lila jest wyższa. Moim zdaniem wtedy, kiedy staje na palcach albo nie zdejmie kapci mamy. Takich z bardzo grubą podeszwą, które stukają mocno w podłogę.


Gdy już jesteśmy w łóżkach i czytamy po kryjomu, to stukanie nas ostrzega przed zbliżającą się mamą. Lila twierdzi, że gdyby mama chciała, to byśmy jej nie słyszeli, po prostu zdjęłaby te kapcie, przecież nie jest głupia.

Na pewno nie jest głupia, ale ja raz słyszałem, jak powiedziała: „O ja głupia, jak mogłam o tym zapomnieć?”. Więc sam już nie wiem, co na ten temat myśleć.


Wracając do wysokości. Mojej wysokości. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem „jego wysokość”, jak jakiś król albo królowa brytyjska. Ja jestem swoja własna wysoka wysokość. Jak położę się na łóżku w odpowiedni sposób, to nogi mi się kończą tam, gdzie mojej mamie, która leży obok mnie. Potem jak się przesunę tylko troszeczkę do góry, to głowy mamy oboje na poduszce. To znaczy, że jestem PRAWIE taki duży jak moja mama. A moja mama jest wysoka.

Powtarza mi zawsze, że będę jeszcze wyższy od niej. Bo mam duże stopy. Tata mówi, że kopyta.

– Ależ ty masz duże kopyta, synu.

Czy ja mam kopyta? Wystarczy sobie wpisać w Google: „kopyta” i od razu widać, że ja kopyt nie mam.

Mama mówi, że tata zawsze żartuje i że powinienem traktować to z przymrużeniem oka. Ale przecież on żartuje, mówiąc, a nie pokazując mi coś, więc powinienem go traktować z przymrużeniem, a w zasadzie przyklapnięciem ucha.

Kiedyś jak tata coś do mnie mówił, specjalnie zatkałem sobie jedno ucho, by sprawdzić, czy takie słuchanie coś zmieni. Zmieniło. Tata się wkurzył i stwierdził, że to bardzo niegrzecznie zatykać sobie uszy, gdy dorośli coś mówią. To było niesprawiedliwe, bo ja po prostu robiłem to, co kazała mama. Dorośli czasem są NIEKONSEKWENTNI. Na przykład mama twierdzi, że jak jeszcze raz przyjdzie do nas nasza sąsiadka i powie nam, że głośno tupiemy, to wyrzuci babę za okno. I nie wyrzuca! Nasza mama ma dobre serce. Dobre serce nie idzie w parze z konsekwencją. Słyszałem, jak tata mówił to mamie, jak już poszliśmy spać.

Dobrze, że są już prawie wakacje, bo przynajmniej rodzice nie będą nam tak bardzo przeszkadzać w zabawie. Moim zdaniem rodzice mają wyjątkową umiejętność przeszkadzania nam w zabawie dokładnie w najlepszym momencie. Niestety usłyszałem, jak mama to samo mówiła przez telefon do ciotki Franki, siostry naszego taty, o nas.

– No popatrz, kochana. Ledwo człowiek usiądzie z książką albo z telefonem w dłoni, dzieciaki natychmiast wsiadają na ciebie i traktują cię niemalże jak trampolinę do skakania. Najpierw siadają na mnie dzieci, a potem jeszcze kot. Naprawdę wystarczyłaby nam jedna izba z fotelem, a wszyscy byśmy się pomieścili.


Potem mama mówiła, że w momencie, jak coś od nas chce, to mamy zdolność niezauważalnej teleportacji do swoich pokojów i nawet chwilowo przestajemy się kłócić.

Zauważyłem, że niestety czasem dorośli kłamią. Przecież my nie umiemy się teleportować. A tak bym chciał! Nie trzeba by spędzać długich nudnych godzin w samochodzie, na przykład jadąc w góry.

W góry się jedzie bardzo długo. Mama mówi, że to koniec świata. I to też nieprawda, bo sprawdzałem na mapie. Koniec świata jest dużo dalej. Jak oglądałem w szkole globus, to nawet miałem wątpliwości, czy koniec świata nie jest tam, gdzie jego początek. Bo przecież ziemia jest okrągła. Jak pojedziemy wciąż w kółko, cały czas prosto, to i tak wrócimy w to samo miejsce. Więc koniec świata może być tuż za rogiem naszego domu, pod warunkiem, że idziemy tam zupełnie od innej strony. Trochę więcej czasu nam to zajmie, ale w końcu chyba trafimy.

Tata obliczył, że jeżeli mielibyśmy obejść ziemię w kółko, to idąc nieustannie (bez spania, jedzenia i wszystkiego innego), byśmy szli około trzysta dni. No i musielibyśmy jeszcze umieć chodzić po wodzie. Ale są inne, ciekawsze rzeczy do robienia niż obchodzenie ziemi w kółko. Prawda? Na przykład można grać w piłkę nożną. Tylko dziewczyny nie lubią.

W ogóle im jestem starszy, tym wyraźniej widzę, że dziewczyny lubią jakieś dziwne rzeczy, człowiekowi zupełnie do życia niepotrzebne. Nie to, że dziewczyna to nie człowiek, bo wszyscy jesteśmy ludźmi, ale naprawdę zastanawiam się, po co dziewczynom jakieś malowanie paznokci i ust.

Ostatnio chodziłem z mamą i Lilą dwie godziny po centrum handlowym, bo moja siostra się uparła na szminkę w kulce. Myślałem, że chociaż sobie kupi czerwoną, a ta kulka była zupełnie przezroczysta. Bez sensu. Nic nie było widać, jak się nią pomazała. Chciała mnie też pomazać, ale uciekłem. Nie jestem dziewczyną, by sobie malować usta, nawet czymś, czego nie widać.

 

ROZDZIAŁ 2

O TYM, JAK USTALIŁEM, ŻE LEWANDOWSKI BĘDZIE LEPSZY, GDYŻ JEST PRAWDZIWĄ LEGENDĄ

Jak już wspomniałem, PRAWIE przeszedłem do drugiej klasy. Babcia się mnie pyta, czy mam same piątki. Tłumaczę jej od początku, że u nas nie ma piątek ani dwójek, tylko pani pisze, czy musimy się bardziej postarać, czy jest super, czy może być. Jak jest naprawdę super, czasem pani rysuje kwiatki. Kiedyś jej powiedziałem, że kwiatki są dla dziewczyn, to mi rysuje serduszka.


Moim zdaniem serduszka też są dla dziewczyn, ale nie chciałem zranić jej uczuć. Bo to bardzo nieładnie, jak ktoś rani czyjeś uczucia. Kiedyś mama czytała książkę i zostawiła ją w toalecie. Gdy tam poszedłem, to się trochę zaczytałem, mimo iż była o zbrodni i chyba o miłości. I właśnie jedna pani mówiła tam do pana, że on zranił jej uczucia. Na okładce była krew i pistolet. Nie sądzę, żeby te uczucia krwawiły, ale jestem pewien, że ta zraniona uczuciowo pani tak się zdenerwowała na tego pana, że użyła tego pistoletu z okładki. Niestety mama nie odpowiedziała na moje pytanie, czy tak było w istocie. Wkurzyła się strasznie, zabrała mi książkę i nawet ze mną nie porozmawiała. Ani o pistolecie, ani o krwi, ani o uczuciach, nawet tych zranionych.


Wydaje mi się to nie w porządku, bo kiedyś nam mówiła, że o wszystkim możemy z nią porozmawiać, że odpowie nam na każde pytanie. A o tym nie chciała rozmawiać.

– Przyjdzie czas i pora, to porozmawiamy – obiecała.

Najwyraźniej na rozmowę pora jeszcze nie przyszła, ale za to wakacje zbliżały się z prędkością światła. To znaczy strasznie, strasznie szybko. Tata mówi, że światło ze Słońca dociera na Ziemię w nieco ponad osiem minut. A przecież to jest tak daleko! Gdybyśmy umieli się tak przemieszczać, to podróż na nasze ukochane Kaszuby zajęłaby nam mniej niż mgnienie oka. Chyba nie muszę mówić, że znowu spędzamy wakacje w Amalce?


I bardzo, bardzo się z tego wszyscy cieszymy. Wszyscy oprócz Wiktorii oczywiście, która znowu nie jedzie z nami, bo wymyśliła sobie jakiś obóz językowy. Serdecznie jej współczuję. Ona nie wygląda na zmartwioną, ale Lila mi powiedziała, że Wiki robi dobrą minę do złej gry. No nie wiem. Skoro na tym obozie językowym ma być jakaś zła gra, to ja na miejscu rodziców wcale bym jej tam nie puścił. No ale jak już mówiłem, nie zawsze jestem w stanie zrozumieć dorosłych. To się chyba nazywa konflikt pokoleń.

Poza tym minę Wiki ma taką jak zawsze. Może trochę bardziej radosną. Widać to jest właśnie ta dobra mina.


Do Amalki mieliśmy jechać zaraz po tym, jak dostaniemy świadectwa. Oczywiście mama powiedziała poważnym tonem (nikt się nie dał nabrać na ten poważny ton), że pojedziemy tylko pod warunkiem, że zdamy do następnej klasy. My z Lilą się zupełnie tym nie przejęliśmy, bo przecież wiadomo, że zdamy, ale Wiktoria uciekła do swojego pokoju.


Mama westchnęła i stwierdziła, że ona sobie nie daje rady z macierzyństwem. Że potrzebuje urlopu.

– Och, jak ja potrzebuję spokoju! – krzyknęła. – Urlopu potrzebuję!

– Nie martw się, mamo – powiedziałem.

Tata zawsze powtarza, że do kobiet trzeba mówić spokojnym głosem, uśmiechając się nieco, bo kobiety są NIE-OB-LI-CZAL-NE. Właśnie, miałem mamę zapytać, co tata miał przez to na myśli.

– Nie martw się – powtórzyłem. – Już niedługo będziesz miała urlop. Pojedziemy do Amalki, odpoczniesz sobie. – Uśmiechałem się przy tym nieco zgodnie ze wskazówkami taty. – Nic nie będziesz musiała robić, będziesz mogła cały czas spędzać z nami, cały dzień się z nami bawić. Od rana do nocy! – zawołałem ucieszony tą perspektywą.

Mama zupełnie nie wyglądała na zadowoloną. A wręcz przeciwnie. Tata ma rację, ciężko zrozumieć kobiety.

– Nie cieszysz się, mamo? Cały, calutki dzień z twoimi dziećmi. Może jeszcze Antoś i Staś przyjadą. Wtedy będzie już zupełnie wesoło.

– Wesoło – powtórzyła po mnie mama. – Bardzo wesoło – westchnęła.

– No widzisz. – Ucieszyłem się razem z nią i zaraz potem spytałem: – Mamo, a co to znaczy, że kobiety są nieobliczalne?

– Nieobliczalne? – Coś ją wyraźnie zaniepokoiło.

– No tata powiedział, że z kobietami trzeba ostrożnie, bo są nieobliczalne.

– Tata mówi głupoty! – rzuciła mama stanowczo i weszła do łazienki, gdzie właśnie kąpał się tata.

Słyszałem, przez przypadek oczywiście, jak mówiła mu, że dzieciom bzdury opowiada, a potem jeszcze, że jest zmęczona i pierwsze trzy dni wakacji pozwoli Lilce i Mateuszowi, czyli nam, całymi dniami grać na komputerach i tabletach, by mieć trochę spokoju.

I znowu nie rozumiem tych dorosłych. Najpierw robią nam wykład, że granie w gry komputerowe powoduje, że zanika mózg, a potem pozwalają, żeby nam zanikł. Jestem ciekawy, czy przez trzy dni mózg może zupełnie zniknąć. Zapytałbym mamę, ale boję się, że dzisiaj jest nie w humorze i się zdenerwuje. Gdy mama jest zdenerwowana, to potem my wszyscy również i przestaje być fajnie. Nawet nam się nie chce wtedy bawić. Więc najważniejsza prawda życiowa, którą należałoby zapisać, to nie denerwować mamy. I nie mówić, że jest nieobliczalna. W zeszłym roku Lila miała specjalny zeszyt, w którym zapisywała ważne rzeczy. Teraz ja taki mam.

Długo nie mogłem się zdecydować, czy wybrać ten z Lewandowskim, czy z Garmadonem. A może z Cyborgiem? Uznałem wreszcie, że Lewandowski będzie najlepszy. W końcu on istnieje naprawdę, a nie jest wymyślony. Mimo iż jest legendą. Zawsze myślałem, że legenda to coś zmyślonego, ale przecież Lewandowski jest legendą, a jest zupełnie prawdziwy i nawet ma żonę oraz córkę Klarę.


Zeszyt prawd życiowych Mateusza klasa prawie II B

– Nie denerwować mamy.

– Nie mówić, że kobiety są NIEOBLICZALNE.


– Co ty tam piszesz? – Do pokoju weszła Lila.

Szybko zakryłem zeszyt. Przecież mogę mieć jakieś tajemnice przed siostrą. Nie chcę, by znała moje prawdy życiowe. Kiedyś to wydam w jakiejś grubej książce i będę bogaty.


– Nieważne – powiedziałem.

Trochę skłamałem, bo przecież to było bardzo ważne.

– Pokaż – rozkazała moja siostra.

– Nie będziesz mi rozkazywać!

– Będę!

– Nie możesz!

– Mogę! Jestem dwa lata starsza! – krzyknęła.

– Dzieci! – Usłyszeliśmy głos mamy. – Głowa mi pęka!

Spojrzeliśmy na siebie, a potem na wchodzącą mamę. Oczywiście nie pękała jej głowa. Gdyby tak się działo, bylibyśmy zaniepokojeni, ale mama tylko się za nią trzymała.

Lilka wzruszyła ramionami i wyszła obrażona z pokoju.

Mama spojrzała na nią, potem na mnie.

– Powiesz mi, o co tym razem poszło?

– Nie wiem.

– No o coś wam poszło, kłóciliście się.

– To ona zaczęła – stwierdziłem.

– Nieprawda! – usłyszałem wrzask Lilki z drugiego pokoju.

Moja siostra ma rewelacyjny słuch. Najbardziej to odczuwam, gdy próbuję po kryjomu rozpakować cukierka. Przybiega wtedy z najdalszego końca mieszkania. Chcąc nie chcąc, muszę się dzielić. Dobrze, że Wiki się wciąż odchudza i nie trzeba tego małego cukierka dzielić na trzy.

Zwykle to Lilka dzieli, bo mamy zasadę życiową: jeden dzieli, a drugi wybiera. Tak jest zawsze sprawiedliwie. Ten, co dzieli cukierka na pół, stara się, by było jak najrówniej, a jeśli mu nie wyjdzie, to wtedy musi za karę zjeść mniejszy kawałek.

Kiedyś mówiłem: „mniejsza połowa”. Ale PODOBNO nie ma mniejszej połowy. No nie wiem. Czasem Lilka ma kroić na pół, a potem ja zjadam większą...

Zeszyt prawd życiowych Mateusza

(dopisane później)

– Dorośli (nawet mama) czasem kłamią. (Na przykład, że im głowa pęka, a wcale nie pęka).

– Siostry, szczególnie te, co lubią cukierki, mają doskonały słuch.

– Nie ma mniejszej połowy i większej połowy. Wszystkie połowy są równe.

– W życiu trzeba przestrzegać zasady: jeden dzieli, drugi wybiera, bo tak jest łatwiej.

– Wszyscy, nawet młodszy brat (ale wcale nie niższy), mogą mieć swoje tajemnice.


ROZDZIAŁ 3

O RÓWNOUPRAWNIENIU NAWET W PRZYPADKU, GDY KTOŚ NIE DOSTAJE NAGRODY ZA DOBRE OCENY W SZKOLE

Do kolejnej klasy oczywiście zdaliśmy. Nasza mama była wprawdzie niezadowolona, bo żadne z nas, ani Lila, ani ja, ani tym bardziej Wiktoria, nie wyszło na środek, by odebrać dyplomy czy nagrody. Powiedziała, że jest jej przykro, bo ona we wszystkim była najlepsza. I była przyzwyczajona do tego, że zawsze wychodziła po nagrodę.


Tata natomiast oświadczył, że nie to w życiu jest najważniejsze. Najważniejsze jest, by być szczęśliwym człowiekiem. Och, ja jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, szczególnie dziś, bo zaczęły się wakacje. Zupełnie nie rozumiem, czemu mama jest smutna. Ma takie fajne, miłe dzieci i nie musi nas już wozić do szkoły w tę i we w tę, bo mamy wreszcie wolne.

A ostatnio wspominała, że ma już tego serdecznie dosyć. Tata mówi, że jest równouprawnienie i dlatego ona też ma wozić nas do szkoły. Pani Misia, nasza sąsiadka, nie ma prawa jazdy. Słyszałem wielokrotnie, jak mówiła naszej mamie:

– I widzisz, po co ci to było? Gdybyś nie miała prawa jazdy, nie musiałabyś ich wozić.

– No tak, a gdybym nie skończyła szkoły, pewnie bym nie musiała jeździć do roboty – westchnęła mama, ale jakoś krzywo się uśmiechnęła.

– Słusznie – dodała pani Misia. – I po co nam było to równouprawnienie?


A później mama się na mnie jeszcze bardziej zdenerwowała, a od Wiki nawet dostałem kuksańca, bo zapytałem mamę wieczorem, po co jej było to równouprawnienie i co to w ogóle jest. Powiedziałem też, że milion razy bym wolał, gdyby siedziała ze mną w domu i wcale nie chodziła do pracy. Bo wtedy gotowałaby kompociki, piekła ciasta i się z nami bawiła. Całymi dniami byłaby dla nas dostępna.

Mama poczerwieniała i powiedziała, że ona nienawidzi, jak ktoś jej coś narzuca. Że kocha swoją pracę i lubi czuć się ważna.

Nadal nie rozumiałem, bo przecież jest dla mnie najważniejsza na świecie. Ale może i ma rację. Ja też nie lubię, jak mi się na coś nie pozwala.

Ale co to jest równouprawnienie, zrozumiałem dopiero, jak mi Wiktoria wytłumaczyła na przykładzie. Tłumaczenie trwało cały tydzień.

PONIEDZIAŁEK

– Dzieci, co chcecie na obiad?

– Naleśniki! – krzyknęła Wiki.

– Dobrze, kochani, będą naleśniki.

Nie odzywałem się wtedy, bo przecież bardzo lubię naleśniki.


WTOREK

 

– Co chcecie na obiad?

– Pomidorową! – powiedziała Wiki.

– Ogórkową! – zawołała Lila.

– Rosół! – krzyknąłem szybko.

– Dobrze, dziewczynki. Dzisiaj będzie pomidorowa, a jutro zrobię ogórkową.


ŚRODA

Dzisiaj mama się nie pytała, co na obiad. Była ogórkowa. Mam nadzieję, że jutro będzie wreszcie to, co ja chcę.

CZWARTEK

Wstałem rano i oświadczyłem mamie, że bardzo chętnie zjadłbym spaghetti. Mama się uśmiechnęła i powiedziała, że mnie kocha. Po czym zapytała nas, co chcemy na obiad.

– Spaghetti, mamo, przecież mówiłem!

Mama i dziewczyny spojrzały się na mnie dziwnie.

– Kotleciki poproszę – powiedziała Lila.

– Schabowe czy mielone?

– Schabowe! – krzyknęła Wiki.

– Mielone! – zawołałem szybko. Przecież mielone kotlety są z mielonego mięsa, jak się je poleje keczupem, to smakują prawie jak spaghetti.

Jakie kotlety zrobiła mama? SCHABOWE!!! TO JEST BARDZO NIESPRAWIEDLIWE!


PIĄTEK

– Nie masz prawa głosu! – powiedziała Wiki.

– Kochanie, zjesz pyszny obiadek. – Uśmiechnęła się do mnie mama. – Dziewczynki coś wybiorą, a ty zjesz. Na pewno będzie ci smakowało.

– Ale ja chciałbym spaghetti.

– A może łosoś? – zapytała Wiktoria.

– Dobrze!

– Nie cierpię ryb! – Zupełnie nie rozumiałem, czemu mama mnie lekceważy. To nie było sprawiedliwe!


SOBOTA

W sobotę siedziałem cicho. Wiedziałem, że cokolwiek powiem, to nic nie da. Mogłem sobie chcieć jajko sadzone, a jak Wiki wymyśli jakąś wyrafinowaną potrawę, to na pewno będzie właśnie to danie.

Nic nie powiedziałem, bo na szczęście lubię placki ziemniaczane.


NIEDZIELA

Rano się obudziłem i byłem bardzo smutny. To bez sensu. Człowiek nie może decydować o niczym. Tylko inni decydują. Czułem się, jakbym był zupełnie nieważny. Przecież można iść na kompromisy! Dlaczego one cały czas decydują za mnie? Dlaczego nie mam prawa głosu?

„To NIESPRAWIEDLIWE!” – pomyślałem już po raz kolejny w tym tygodniu.

– Dzieciaki! – zawołała mama.

Zastanawiałem się, czy mamie chodzi o wszystkie dzieci, czy tylko o te, które ostatnio wysłuchuje. Naprawdę próbowałem z nią porozmawiać, ale się nie dało! Postanowiłem w ogóle nie iść. A co będę się na siłę narzucał.

– Matewkaaaaaa! – zawołała mama.

No dobra. Idę.

Mama i dziewczyny siedziały już przy stole. Tata w kuchni robił herbatę. Usiadłem na swoim miejscu, ale nie chciało mi się w ogóle z nimi gadać.

– Mateuszu, uroczyście nadaję ci prawo głosu. To się nazywa równouprawnienie. Polega na tym, że masz wybór. Możesz decydować o sobie, nie musisz biernie zgadzać się na to, o czym inni decydują – powiedziała Wiki.

– To znaczy? – Nadal nic nie rozumiałem.

– Kobiety w Polsce równo sto lat temu uzyskały prawo do głosowania. W 2018 roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Dzięki temu mamy równouprawnienie. Kobiety mogą głosować i decydować o wielu rzeczach. O tym, czy chodzą do pracy, również – powiedziała mama. – Przepraszam cię, synku, za ten tydzień. Ale bardzo chciałam, byś zrozumiał, o co w tym chodzi.

– Zrozumiałem.

– To co dzisiaj na obiad? – Mama się uśmiechnęła.

– Naleśniki... I rosół...

– Dobrze, kochanie!


O matko! Życie zaczynało być piękne. Miałem wrażenie, że znowu zaświeciło słońce! Chyba też będę świętował dzień, w którym dostałem prawa do decydowania o swoim życiu. Ja wiem, że decydowanie o tym, co będzie na obiad, nie jest tak bardzo istotne w całym wszechświecie, jak prawa wyborcze dla kobiet, ale dla mnie to było naprawdę ważne. I zrozumiałem.

– Mamo, a powiedz mi szczerze, nie chciałabyś czasem tak siedzieć w domku pod kocem i się do nas przytulać? – zapytałem wieczorem.

– Jasne, że czasem tak. Ale też lubię swoją pracę. To taka równowaga w życiu. Niekiedy strasznie mi się nie chce do niej chodzić, ale jakbym cały czas siedziała w domu, to bym z pewnością za nią tęskniła.

– Bo cię wkurzamy?

Mama się roześmiała.

– Czasem mnie wkurzacie. Ale ja was chyba też, co?

– No. Jak nie mogłem wybierać, co będzie na obiad, to trochę tak...

– Teraz zapamiętasz sobie, że każdy człowiek jest równy. I powinien być tak samo traktowany niezależnie od tego, czy jest kobietą, mężczyzną, czy ma ciemne włosy, czy jasne, czy lubi rosół, czy zupę pomidorową.

Gdy zasypiałem, to rozmyślałem sobie o życiu i doszedłem do wniosku, że mam bardzo mądrą mamę. Wiedziałem zawsze, że mama jest mądra, ale im jestem starszy, tym znajduję więcej na to dowodów. Najfajniejsze tamtej niedzieli było to, że na kolację też zjadłem naleśniki i rosół. Drugi raz tamtego dnia. Życie jednak jest piękniejsze, jak się ma prawo do głosowania. Dobrze, że kobiety sobie to wywalczyły. Widzę po sobie, jak musiało im być ciężko.


Zeszyt prawd życiowych Mateusza

– Każdy człowiek jest równy. Taki sam niezależnie od tego, czy jest kobietą, mężczyzną, czy ma ciemne włosy, czy jasne, czy lubi rosół, czy zupę pomidorową.

– Mama jest bardzo mądra.

– To normalne, że czasem mamę wkurzamy, ale i tak nas kocha.

DOPISEK: Zapytać mamę, czy jak ktoś nie wychodzi na środek po nagrodę za dobre wyniki w nauce, to też jest równy, bo wydaje mi się, że ona wcale tak nie myśli.


Pierwszego dnia wakacji mama wypomniała nam tylko cztery razy to, że nie byliśmy najlepsi w klasie, jeżeli chodzi o naukę.

Próbowałem jej powiedzieć, że nie byliśmy też najgorsi, ale patrząc na Wiktorię i jej minę w tym czasie, doszedłem do wniosku, że to nie jest jednak takie pewne.

Drugiego dnia wakacji mamie przypomniało się to tylko raz, więc naprawdę była szansa, że jeszcze kilka dni i już zupełnie o tym zapomni. Tym bardziej że jechaliśmy jak zawsze do Amalki, na Kaszuby. W tym roku już nawet nie było innych planów, bo mama chciała wreszcie wypocząć, a powiedziała, że ona najlepiej wypoczywa właśnie tam.

Oświadczyła, że jak ktoś wypowiada słowo URLOP, to ona widzi siebie na tarasie z nogami wspartymi o balustradę i z kawą w ręku, którą to kawę zrobią jej kochane dzieci. I że będzie to robić w zupełnej ciszy.

– Wiesz, mamo – powiedziałem. – Kawę to się załatwi, ale o ciszę będzie trudno.

– Tak też myślałam – westchnęła mama. – Tak myślałam.


Zaproponowałem wtedy, że tata może jej przynieść z budowy takie specjalne wyciszające słuchawki. Noszą je ludzie, którzy pracują, używając bardzo głośnych narzędzi. Na przykład hałasujących młotów i innych dudniących urządzeń. Jak koło naszego bloku jakiś pan robił chodnik, to właśnie miał takie słuchawki, bo prowadził przed sobą coś skaczącego. Bardzo chciałbym kiedyś pojeździć takim skoczkiem ubijającym, ale to chyba musi minąć kilka lat. Tak tata powiedział.

Wakacje w Amalce zapowiadają się naprawdę fajne. Jak zawsze będzie ciotka Franka, która podobno coś pisze i nie będzie miała wcale dla nas czasu, będzie ciocia Agata, która przyjedzie na ostatnich nogach – tak mówili rodzice (podsłuchałem przypadkiem, jak o tym rozmawiali). Podobno ma zostawić Stasia i Antosia i pojechać z powrotem do domu. Jestem ciekaw, czy to przez te jej ostatnie nogi.

Ta ciocia Agata zawsze coś wymyśli. Najpierw przygody z kamieniami, a teraz z nogami. Ona naprawdę jest bardzo pomysłowa!

Nie wiemy, kto jeszcze będzie w Amalce, bo tam to nigdy nic nie wiadomo, ale mama mówi, że tam mieści się tyle osób, ile trzeba. Jak jest nas więcej, to też się mieścimy. Podobno kiedyś rodzice spędzali tam sylwestra i było tyle ludzi, że jeden ich kolega musiał spać na siedząco, bo na leżąco, na podłodze, nie było miejsca. I co? I to był najlepszy sylwester w ich życiu. Chciałbym kiedyś też spędzić święta i sylwestra w Amalce. To byłby najlepszy czas w moim życiu!

Ciotka Franka mówi, że marzenia się spełniają, tylko trzeba w nie wierzyć i o nich głośno mówić! Więc ja mówię głośno. Święta w Amalce z Mikołajem, śniegiem, choinką poproszę!


Zeszyt prawd życiowych Mateusza

– Marzenia się spełniają, tylko trzeba im pomóc!

– Domek w Amalce jest jakby z gumy, wszyscy zawsze się tam pomieszczą i mogą spać.

Równouprawnienie jest ważne!


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?