Klątwa ruin

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładki

ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce

© LinGraphics/Shutterstock

© Ajuga/Shutterstock

© Serg Zastavkin/Shutterstock

© mariesacha/Shutterstock

© Irina Fischer/Shutterstock

Domena publiczna (polona.pl)

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

„BALTAZAR” RING JACEK, WOJCIECHOWSKA-RING DOROTA

Korekta

JOANNA RODKIEWICZ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Magdalena Wala, Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-245-8454-3

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Epilog

Posłowie

Przypisy

Kochającym czytanie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Śnieżyło.

Mężczyzna mocniej ujął wodze wałacha, kiedy zagłębił się w las. Obawiał się, że może nie zdążyć dojechać na czas, więc wybrał najkrótszą trasę. Pewnie rozumniej byłoby kazać zaprząc konie do sań i ruszyć dopiero za dnia. Niestety obawiał się, że mogłaby nie przeżyć do świtu. Musiał więc podjąć to ryzyko. W tę dzięki Bogu krótką podróż ruszył bez służby, licząc, że nikłe światło księżyca wystarczająco oświetli pokrytą śniegiem drogę. Na szczęście właśnie nadeszła pełnia, a srebrzystej tarczy nie przesłoniły chmury. Mróz wzmagał się, szczypiąc policzki mężczyzny i zamieniając jego oddech w parę. Zerknął niespokojnie na owinięty futrami tłumoczek, który stary Maciej starał się jak najwygodniej ułożyć mu w zgięciu ręki. Zacisnął na nim mocniej palce okryte skórzaną rękawicą. Musiał się pośpieszyć.

Dał łydkę Achillesowi, popuścił luźno wodze i poczuł, jak ciało wałacha wypręża się, kiedy zwierzę przechodzi w cwał. Stary druh dawał z siebie wszystko w tę mroźną styczniową noc. Tak jakby rumak dokładnie wiedział, o co toczy się stawka. Pokryte czapami śniegu sosny zlewały mu się w jedno, a on zdawał sobie sprawę, że kiedy tylko wypadną z ciągnącego się dobrą milę[1] lasu, znajdzie się prawie u celu. Poczuł przypływ nadziei. Oby jego podróż zakończyła się sukcesem.

Gdy drzewa się przerzedziły, a koń znalazł się na otwartej przestrzeni, odetchnął z ulgą. Teraz tylko krótka droga przez wieś i dotrze do dworu przyjaciela. Większość chałup zdawała się pogrążona we śnie, ale tu i ówdzie zauważył migające w oknach światło. Achilles przebiegł obok rzęsiście oświetlonej karczmy, z której do jego uszu dobiegały skoczna muzyka i gwar głosów. Nic dziwnego, toć to środek karnawału i nie tylko państwo się bawią. Chłopi również potrafili zorganizować sobie rozrywkę, zwłaszcza zimą, podczas której nie musieli pracować w polu. Zmieni się to wraz z nadejściem wiosny.

Achilles wpadł w prowadzącą do dworu lipową aleję i jeździec zaczął go spowalniać. Nie chciał, aby u kresu drogi wałach zrobił sobie krzywdę na lodzie, który mógł kryć się pod cienką warstwą śniegu. Zwolnił do kłusa, a przed gazonem zwierzę szło już stępa. Musi wysłać służbę do stajni, by pobudzić stajennych. Nie życzył sobie, żeby Achilles przypłacił ich eskapadę zdrowiem. Koń zatrzymał się przed gankiem i parsknął, jak gdyby zgadzając się z myślami właściciela.

Jeździec energicznie zeskoczył z wierzchowca i wbiegł po schodach, znowu rzucając spojrzenie na tłumoczek. Ku swojej uldze usłyszał lekkie kwilenie. Zarzucił na niego poły peleryny, zacisnął dłoń w pięść i mocno załomotał nią w solidne drewniane odrzwia. Odczekał chwilę i nie słysząc za nimi żadnego śladu życia, uniósł dłoń, aby ponownie w nie uderzyć. Nim to jednak zdążył uczynić, zazgrzytał zamek, a drzwi uchyliły się, ukazując męską sylwetkę oświetlającą hol świecą. Gdy sługa zobaczył, kto się dobija po nocy, rozwarł szerzej odrzwia i stanąwszy z boku, wpuścił niespodziewanego gościa do środka. Jego uniesione w zdziwieniu brwi tworzyły nad czołem nieprzerwaną linię.

– Pan...

– Cichaj! Wyślij wpierw jakiegoś lokaja, aby stajenni zajęli się koniem. A potem budź pana.

– Któryś z tych obiboków jeszcze powinien siedzieć w kuchni. Bez potrzeby zawracają Alfredowej głowę! – sarknął.

Z jadalni wychynęła głowa jednego z lokai, który widząc znamienitego gościa, stanął na baczność.

– Niech Marcin wkłada kapotę i biegnie oporządzić konia jaśnie pana. Tylko żwawo! – polecił kamerdyner.

Następnie unosząc lichtarz, oświetlił gościowi drogę. Chwilę później obaj mężczyźni znaleźli się w gabinecie pana domu. Sługa szybko zapalił kilka stojących w lichtarzach świec, następnie skłonił się raz jeszcze i zniknął za prowadzącymi w głąb dworu drzwiami.

Gość westchnął, usiadł w obitym skórą fotelu i ułożył sobie wygodnie tłumoczek na drugim przedramieniu, czując, jak jego wnętrze niespokojnie się porusza. Ściągnął grube rękawice i położył na biurku. Zegar skończył wybijać dwunastą, kiedy powtórnie otworzyły się drzwi, a do środka wszedł gospodarz. Odziany był w grubą podomkę, a na jego głowie tkwiła szlafmyca. Najwyraźniej został wyciągnięty z łoża. Kamerdyner wycofał się cicho i zamknął za właścicielem drzwi.

– Bój się Boga! Toż to nie pora na wizyty, chyba że – rzucił okiem na ściągniętą niepokojem twarz przyjaciela – zdarzyło się coś poważnego. Nowe powstanie? – Raptownie urwał.

– Nic z tych rzeczy. – Gość szybko wyprowadził druha z błędu. – Przywiodły mnie sprawy bardziej osobistej niż politycznej natury.

Widząc zdziwienie przyjaciela, odsunął pelerynę osłaniającą mały tłumoczek. Ten rzucił na niego okiem i głośno wciągnął powietrze.

 

– Czy to...?

Energiczne skinienie głową wyjaśniło sprawę.

– Dlaczego więc tarabaniłeś się z dzieckiem po nocy? Sam i to na koniu? Achilles mógł sobie złamać nogę, a ty...

– Wiem, ale nie miałem wyboru, jeśli chcę, aby miała jakiekolwiek szanse przeżycia. Konstancja zasnęła w Panu dzisiejszego ranka. A zaledwie kilka godzin później moja córka o mało za nią nie podążyła.

Przyjaciel zdarł z głowy szlafmycę i rzucił na stojący za biurkiem fotel. Następnie zaczerwieniony zaczął mówić podniesionym głosem.

– Skoro zachorzała, toć trzeba było posłać umyślnego po Gustawa, a nie ruszać samodzielnie z dziecięciem po nocy! Rozum z żałości ci kompletnie odjęło?

– Ciszej, bo domowników pobudzisz, i tyle będzie z mojej tajemnicy. Nie mam czasu na żałość, a dziecię, dziękować Bogu, na razie zdrowe.

Gospodarz sięgnął po stojącą na srebrnej tacy karafkę i nalał dwa pełne kieliszki przedniego koniaku. Jeden z nich wręczył przyjacielowi. Odsunął szlafmycę i zasiadł w fotelu, po czym upił łyk aromatycznego alkoholu.

– Zatem po co to wszystko? – zdziwił się.

– Dzisiaj w porę udało mi się powstrzymać rękę mordercy. Następnym razem mogę nie mieć tyle szczęścia.

Przyjaciel właśnie przełykał resztę koniaku, kiedy dotarły do niego wszystkie implikacje tej wiadomości. Zaniósł się takim kaszlem, aż mu łzy pociekły z oczu.

– Nie mogę uwierzyć, że się odważyła. To przecież mała, bezbronna istotka...

– Która według Krystyny od razu po narodzinach powinna umrzeć – sarknął. – Przyłapana z poduszką w ręce wyraziła oburzenie, że tak się nie stało. Postanowiła więc, jak to określiła, dopomóc przeznaczeniu. – Gość wydał z siebie głębokie westchnienie. – Mógłbym wydać ją władzom, ale nosi moje nazwisko, a to zobowiązuje. Muszę inaczej rozwiązać tę sprawę.

Mężczyźni przez chwilę w milczeniu spoglądali sobie w oczy. Konsekwencje jednego postępku okazały się nadzwyczaj poważne.

– Co zamierzasz?

– Chcę zostawić moją córeczkę w bezpiecznym miejscu. Wiem, że Cecylia na dniach oczekuje rozwiązania, toteż pomyślałem, że pewnie macie na podorędziu mamkę. Kobieta mogłaby wykarmić również moje dziecię.

– Nawet trzy mamki. Cecylia niczego nie lubi zostawiać przypadkowi. – Gospodarz uśmiechnął się, mówiąc o żonie.

– Wiem, że mogę polegać na waszej dyskrecji. I tym, że dobrze zajmiecie się moją dziedziczką. Nikt nie może o niej wiedzieć, zwłaszcza służba. W domu odczekałem, aż wszyscy zasną, sam osiodłałem konia. O moim wyjeździe wie tylko stary Maciej, sługa mojego ojca. Przed świtem zamierzam ruszyć w dalszą podróż, zatrzymam się z wizytą tu i ówdzie. Nie dowiedzą się, co stało się z dzieckiem, dopóki nie podrośnie na tyle, bym mógł je wprowadzić do domu.

Spojrzał z troską na twarz córeczki, ale maleńka spała głęboko, lekko posapując. Kiedy dorośnie, pewnie będzie przypominać swą piękną matkę. Na razie odziedziczyła po niej rudy kolor włosów. Dotknął palcem policzka dziecka, był ciepły, ale nie gorący. Żywił nadzieję, że podróż w mroźną noc nie zakończy się jej chorobą. Zmówił w tej intencji szybką modlitwę, po czym zwrócił wzrok na siedzącego naprzeciwko przyjaciela. Ten z uwaga przypatrywał się niemowlęciu.

– Dziedziczka to trochę za dużo powiedziane – powiedział gospodarz z wahaniem. – Możesz jeszcze doczekać się syna.

– Wątpliwe. Moje małżeństwo przez kilkanaście lat okazywało się jałowe. Kiedy Konstancja zaszła w ciążę, dla mnie było to jak spełniona modlitwa. Nie zmartwiłem się nawet, kiedy zamiast syna pojawiła się ta kruszynka. – Posłał córeczce czuły uśmiech. – Opłacę wszystko. Mamkę, nauczycieli, a gdyby faktycznie w przyszłości Bóg obdarzył mnie dziedzicem, również godnie wyposażę – obiecywał. – Chcę jej zapewnić dobre życie.

– O ile przetrwa dzieciństwo.

– Tak... – Gość spochmurniał. – O ile przeżyje... Z dala ode mnie będzie miała większe szanse. W przeciwieństwie do moich dam nie wierzę w zabobony, jednak zamierzam przedsięwziąć niezbędne środki ostrożności.

– Jedna z trzech mamek straciła dziecko. Przybyła dopiero tego wieczoru, więc nikogo nie zdziwi niemowlę u jej piersi.

– Dobrze ją wynagrodzę...

– Zaraz z nią porozmawiam. A tymczasem... pozwól mi potrzymać twoją jedynaczkę.

Wstał i podszedł do przyjaciela, który niechętnie podał mu dziecko. Nie wiedział, kiedy ponownie zobaczy córeczkę, ale nawet wtedy nie będzie mógł jej przytulić i pokazać, jak bardzo ją kocha. Ostatnia cząstka Konstancji, która mu jeszcze pozostała.

Otarł oczy i resztką sił wziął się w garść. Później nadejdzie czas na żałobę. Teraz musiał zająć się najważniejszym. Patrzył, jak tamten cmoka do małej, która właśnie otworzyła niebieskie oczy. Jakże będzie za nią tęsknił...

– Jak ją ochrzciłeś?

Nie wątpił, że dziewczynka została ochrzczona natychmiast po urodzeniu, tak jak wszystkie dzieci w rodzinie.

– Tylko jedno imię wydało mi się odpowiednie. Otrzymała je po mojej i swojej matce.

Ucałował aksamitne czoło i starał się zapamiętać to uczucie. Kiedy za przyjacielem zamknęły się drzwi, jednym ruchem wychylił kieliszek koniaku. Żałował, że nie ma go dużo więcej. Tak bardzo chciałby się upić i nareszcie...

Zapomnieć.

Rozdział pierwszy

Luty 1920

Aniela z trudem powstrzymała się od potarcia piekących oczu, kiedy skupiała uwagę na skomplikowanym wzorze wyszywanym właśnie na nowym ornacie. Tę szatę jej chlebodawczyni postanowiła ofiarować proboszczowi wraz z pokaźną sumą na odprawienie mszy w intencji bezpiecznego powrotu jej siostrzeńca z wojny. Dziewczyna buntowniczo pomyślała, że w taki czas pieniądze lepiej byłoby ofiarować na fundusz na rzecz wojny, a zamiast ornatów szyć ciepłe mundury. Te przydadzą się ich obrońcom bardziej niż na chybcika wypowiedziane słowa modlitwy. Zwłaszcza w mroźną zimę, którą żołnierze spędzą w okopach. Kolejną już w ostatnich latach.

Energicznie wbiła igłę w atłas i przeciągnęła złotą nitkę. Ledwo zakończyła się wielka wojna i przyniosła upragnioną niepodległość, już zebrali się wrogowie, aby Polaków ponownie z niej ograbić. A ona, zamiast zająć ręce czymś pożytecznym, na polecenie chlebodawczyni szyje kolejny ornat. Nie odważyła się jednak słowem zaprotestować przeciwko temu bezsensownemu zajęciu. Wiadomo, służąca musi być posłuszna, a pani nigdy nie prosiła, by Aniela wyraziła swoje zdanie. Według Cyprianowej Strumieńskiej idealna panna do towarzystwa była niema, a widzialna jedynie wtedy, gdy zaistniała takowa potrzeba. Siedziała więc cichutko w swoim kąciku, z tłumioną złością atakując igłą materiał. Podniosła atłas do oczu i spojrzała na wzór w szarym świetle zmierzchu. Wyszedł krzywo i znowu będzie musiała pruć. Gdyby tylko pani Strumieńska zgodziła się na wcześniejsze zapalenie lamp naftowych i świec, jej praca byłaby prostsza, a już na pewno szybsza. Może po ukończeniu zleciłaby jej uszycie czegoś...

– Aniela! – W głosie chlebodawczyni zabrzmiało zniecierpliwienie. Widocznie zwróciła się do niej nie pierwszy już raz.

Dziewczyna drgnęła i ukłuła się w palec. Miała ochotę zakląć niczym lokaj Franek, kiedy to poślizgnął się na zabawce i wylał na siebie prawie całą wazę zupy rybnej. Nie podniosła zranionego palca do ust, a tylko lnianą szmatką wytarła z niego i igły odrobinę krwi. Przełożona pensji, która ten plebejski odruch w końcu z niej wypleniła, mogła czuć się dumna. I spać spokojnie, że wychowanka nie przyniesie jej wstydu.

– Słucham, proszę pani.

Utkwiła wzrok w Strumieńskiej, która zamknęła czytaną właśnie książkę.

– Nie widzisz, jak się ściemniło? Zapal nareszcie światło!

Aniela ostrożnie odłożyła na stolik ornat i wstała z niewygodnego krzesła, na którym prawie w bezruchu spędziła ostatnie dwie godziny. Poukładała obok siebie lampy i lichtarze ze świecami i w dwóch wymieniła papierowe profitki[2] oraz szczypczykami przycięła zbyt długie knoty. Wyciągnęła z kieszeni skromnej, szarej sukienki pudełko zapałek i jedną usiłowała zapalić wszystkie świece, przy ostatniej odrobinę parząc sobie palce. Kolejną zapałkę przytknęła do knotów lamp, ułożyła prosto umbrelki[3] i świecące zaczęła roznosić po salonie, jedną ustawiła na komódce, obok której stał ulubiony fotel chlebodawczyni.

Zmierzała już do swojego kąta, kiedy powstrzymało ją następne polecenie Strumieńskiej.

– A kto dorzuci do ognia? Nie widzisz, że nasi goście drżą z zimna?

Rzut oka na popijającą gorącą czekoladę Stanisławową Korzeńską, która była częstym gościem w Olszowej, i jej pasierbicę Konstancję, upewnił Anielę, że obie panie raczej czuły się komfortowo. Nie dyskutowała jednak z chlebodawczynią, tylko natychmiast zrobiła w tył zwrot i podeszła do osłoniętego parawanem kominka. Wzruszyła pogrzebaczem nadal tlący się żar i dorzuciła trzy polana.

– Ale nie trzeba być przy tym rozrzutnym – padło napomnienie ze strony Strumieńskiej. – Jedno w zupełności by wystarczyło.

– Długie włosy, a rozum jak u kokoszy. – Stary Antoni Majewski pokiwał głową i upił łyk kawy.

– W dzisiejszych czasach coraz trudniej o dobrą służbę... – rzekła gospodyni.

Aniela zacisnęła usta i zająwszy miejsce, ponownie zabrała się do haftowania. Jeszcze nie ściemniło się na tyle, aby światło coś dało, więc unosiła materiał blisko do oczu, starając się nie zwracać uwagi na toczącą się w salonie dyskusję. Pani Strumieńska i niektórzy jej goście najwyraźniej uważali, że jest nie tylko głupia, ale również głucha.

– Co prawda, to prawda – zawtórowała kapitanowa Korzeńska. – Jedna z moich pokojówek ostatnio porzuciła obrażona posadę, twierdząc, że za dużo wymagam. Ta niewdzięcznica oświadczyła, że w mieście lepiej jej zapłacą. A podczas wojny za nogi obejmowała, dziękując za pracę. Teraz sobie chłopa znalazła i zhardziała. Mój świętej pamięci mąż kazał go kształcić, płacił w Warszawie za dobrą szkołę. A on, niewdzięczny – ściszyła głos, zerkając niespokojnie na Anielę – podobno został komunistą...

Aniela przez chwilę zastanawiała się, kogo kapitanowa mogła mieć na myśli. Stanisław Korzeński, właściciel sąsiadujących z majątkiem Strumieńskich Rudnik, za życia płacił za edukację kilku zdolnych chłopskich synów. Taki choćby Heniek Bąbol, który został felczerem. Albo najstarszy syn Czarczyków, który powinien w przyszłym roku skończyć studia prawnicze. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Jako dziecko, jeszcze za życia rodziców, biegała z nim po polach. Jankowi Czarczykowi musiało przeszkadzać to uwielbienie młodszej dziewczynki, ale nigdy tego nie okazał. Żaden z nich jednak nie miał zadatków na nieokrzesanego bolszewika.

Kiedy podniosła wzrok znad haftu, dostrzegła, jak pani Strumieńska stłumiła pełen wyższości uśmiech. Właścicielka Olszowej na razie nie przejmowała się kłopotami ze służbą, które dręczyły ziemian. Uważała, że problemy są tylko przejściowe. Część mężczyzn zginęła podczas wojny i służbie trzeba było podnieść płace, ale w majątku nadal pracowali wojskowi, którzy wierność panu przenieśli na dziedziczkę. Zatrudniała też kaleki – tych, którzy powrócili do domu po zakończeniu wojny. Jeśli były żołnierz umiał czytać, do czyszczenia sreber słuch nie był mu niezbędny. A konie można przecież oporządzać, nie mając kompletu palców. Jej pragmatyzm wygrał, ponieważ weterani okazywali wdzięczność za każdą możliwość zarobku i ciężko pracowali. W ten sposób oszczędzała na ich pensjach, oferując przede wszystkim wikt i opierunek. W taki sposób majątek, pomimo że zniszczony na początku wielkiej wojny, z roku na rok funkcjonował coraz lepiej.

Dziedziczka na pewno liczyła, iż po zakończeniu obecnej wojny również przybędzie zdolnych do pracy weteranów, dumała Aniela. A przecież już pojawiali się uciekinierzy, którzy w wojennej zawierusze utracili cały dobytek i musieli znaleźć zajęcie. Ludność przed nacierającymi bolszewikami uciekała na zachód. No i jej pani jeszcze trzymała w garści tych, którzy swój dług wobec Strumieńskich mogli zwrócić, pracując w majątku. Z rozmów podczas wizyt Aniela wnioskowała, że inni ziemianie na razie nie dostrzegali tych możliwości. A jej chlebodawczyni nie zamierzała się swoimi pomysłami dzielić.

– To dobrze, że precz poszła – rzekła pani domu. – Jeszcze by ci z tym komunistą buntowali służbę folwarczną. Nie trzeba nam powtórki z rzezi galicyjskiej, zwłaszcza że bolszewicy się nadmiernie rozzuchwalili i ich zgubne idee nawet do dworów docierają.

– Naczelnik ich zatrzyma – odezwała się Teresa Moszczeńska, bratanica właścicielki Olszowej.

– Coś ta wojna mu się za bardzo przedłuża – sarknęła Korzeńska. – A od nas ciągle chce pieniędzy na te swoje fundusze. Nie mógłby nareszcie zawrzeć pokoju?

 

– Komunistów trzeba bić do skutku – sprzeciwiła się Teresa.

Cyprianowa Strumieńska z przyganą spojrzała na suknię bratanicy, która nie tylko odsłaniała kostki panny, ale – o zgrozo – również łydki. Chyba na złość ciotce tak się ubrała, skoro spodziewały się gości. Pani domu nie mieściła się w głowie taka nieobyczajność. Nie przypuszczała, aby Tereska zbiedniała aż tak bardzo, żeby nie było jej stać na dodatkowy metr tkaniny. Nie zapomni szoku, jaki przeżyła, kiedy panna po powrocie z Poznania ściągnęła futro.

– Uszyta wedle najnowszej mody – przekonywała ze śmiechem, kiedy Cyprianowa na widok stroju krewnej zażądała natychmiastowego podsunięcia soli trzeźwiących.

Pani domu przez chwilę rozważała, czy nie posłać po krawcową i nie polecić jej uszyć Teresce kilku nowych, przyzwoitych sukni, ale wrodzona oszczędność wzięła górę. Dawała bratanicy dom i utrzymanie, a to przecież dużo. Kiedy jednak panienka do proszonej kolacji przyczerniła oczy i uszminkowała usta, kazała jej natychmiast iść się umyć.

– Dopóki mieszkasz pod moim dachem, nie będziesz się malować niczym jakaś kokota! – stanowczo oznajmiła wzburzonej Teresce. Nie dozwoliła też, by w salonie panna paliła papierosy. Choć podejrzewała, że i tak to robi w przydzielonej jej alkowie, którą systematycznie wietrzyła.

Wtedy też zrezygnowała z pomysłu, aby w miejsce Anieli uczynić ją swoją towarzyszką. Tereska nigdy nie była dostatecznie spolegliwa i na pewno protestowałaby, gdyby ciotka potraktowała ją jak Wilczkównę. W przeciwieństwie do męża nie za bardzo wierzyła w staropolską gościnność, ale nie pokaże drzwi bliskiej krewnej, której odebrano majątek. Jej brat nigdy nie należał do gospodarnych, ale żeby przegrać ojcowiznę w karty? I potem strzelić sobie w głowę z pistoletu pojedynkowego ich świętej pamięci tatusia! Cyprianowej z Moszczeńskich Strumieńskiej nie mieściło się to w głowie i obecnie zbierała pieniądze, aby odkupić folwark i dwór, w którym spędziła dzieciństwo. Dzięki Bogu nie poszedł w niemieckie ręce, ponieważ nie potrafiłaby ludziom spojrzeć w oczy.

Z czymś na kształt uznania zerknęła na swoją skromnie odzianą towarzyszkę. Szara, dość luźna sukienka z białym kołnierzykiem dokładnie osłaniała ciało Anieli. Kolor ten czynił ją jeszcze bardziej bezbarwną. Suknia jednocześnie określała pozycję, którą dziewczyna zajmowała we dworze. Odrobinę tylko wyższą niż pokojówka. Z początku zła była na Cypriana, że zatrudnił jedną z koleżanek ze szkoły Konstancji Korzeńskiej jako pannę do towarzystwa dla żony. Pannę? Dobre sobie. Raczej chłopkę do towarzystwa. Potem doceniła ten wątpliwy prezent. Bo jakaż panna z dobrego domu pozwoliłaby się tak wykorzystywać? I wykonywać obowiązki służącej? Żadna. Zwłaszcza inteligentna i gruntownie wykształcona osóbka, a taką właśnie była Aniela, niechętnie przyznała pani Strumieńska. Gdyby dziewczyna miała pieniądze, po skończeniu żeńskiego gimnazjum założonego przez hrabiankę Plater mogłaby kontynuować naukę na uniwersytecie.

Aniela, ku uciesze pracodawczyni, nie miała właściwie pojęcia, jakie powinna wypełniać obowiązki we dworze. Bo i skąd? Tej wiedzy człowiek nabywał, od urodzenia obracając się w towarzystwie ziemian. A ona przecież nie pochodziła z ich sfery. Strumieńska nie zamierzała jednak dopuścić, aby dziewczyna się zmarnowała, wychodząc za jakiegoś chłopa. Lepiej jej już w Olszowej, nawet jako prawie służącej, uspokajała sumienie. Żeby nie wyszły na jaw złe skłonności Anieli, których z pewnością nabrała podczas lat spędzonych w chłopskiej zagrodzie, Cyprianowa traktowała ją surowo. Wilczkówna nigdy nie powinna zapominać, skąd pochodziła i co komu zawdzięczała.

Pani domu oderwała się myślami od Anieli i całą uwagę poświęciła gościom. Wojna nie należała do tematów, które powinny podejmować damy, chyba że w rodzinnym kontekście. Nie tylko Rafał przebywał na froncie. I jeśli Strumieńska zanosiła modły o jego bezpieczny powrót, to wdowa po kapitanie Korzeńskim raczej przesadnie nie modliła się w intencji powrotu pasierba.

– Mieliście jakieś wieści o Zenonie? Pisał? – przerwała trwającą w salonie dyskusję na temat słuszności decyzji Naczelnika.

Kapitanowa spochmurniała, natomiast twarz Konstancji, bliźniaczki Zenona, rozjaśniła się w uśmiechu.

– W zeszłym tygodniu otrzymaliśmy list z informacją, że na razie walki na ich odcinku ustały. Zenon najprawdopodobniej dostanie urlop i zawita niebawem do domu.

Konstancja rzuciła spojrzenie siedzącej w kącie Anieli. Kiedy z macochą przyjechała w odwiedziny do Olszowej, miała nadzieję, że uda jej się zamienić z przyjaciółką z dzieciństwa chociaż kilka słów. Dopytać, jak Aniela sobie radzi, i przekazać najnowsze wieści o koleżankach z ich byłej szkoły, a nie tylko o bracie, co mogła zrobić oficjalnie. Skończyło się jak podczas większości wizyt – na niespełnionych oczekiwaniach.

– To cudowna wiadomość, Konstancjo – po raz pierwszy odezwała się Aniela. I skarcona ostrym wzrokiem chlebodawczyni natychmiast tego pożałowała.

– To prawda, Konstancjo. – Cyprianowa posłała uprzejmy uśmiech pannie Korzeńskiej. – Anielo, idź do mojej sypialni i przynieś mi ciepły szal. Wprawdzie ogień płonie, jednak zimno ciągnie od podłogi. Gdy wrócisz z szalem, rozpal dodatkowo w piecu. Nie mogę pozwolić, aby nasi mili goście się rozchorowali.

Aniela natychmiast podniosła się z krzesła i poszła do sypialni pani domu. Z szafy wybrała czarny wełniany szal i pędem powróciła do salonu. Strumieńska właśnie nalewała z samowara gorącą herbatę. Wskazała, aby towarzyszka rozdała ją zgromadzonym gościom. Ostrożnie podawała filiżanki, starając się rozgrzać chociaż odrobinę skostniałe dłonie. Sukienka została uszyta z grubego materiału, więc stosunkowo dobrze chroniła ciało przed chłodem, ale nie pogardziłaby możliwością dodatkowego okrycia się szalem, albo przynajmniej łykiem gorącego płynu. Jednak podczas wizyt nigdy nie była przez gospodynię uwzględniona.

– Kiedy rozpalisz w piecu, idź wymienić szal na miększy. Nie czułaś, że ten jest zbyt szorstki dla mojej delikatnej skóry?

– Najprawdopodobniej nie. – Kapitanowa się zaśmiała. – Chłopi zapewne ukłucie wełny odbierają jak my muśnięcie jedwabiu. Nie wymagaj od osoby jej kondycji zbyt wiele.

– Nie powinnaś tak się wyrażać o mojej przyjaciółce. Anieli na pewno zrobiło się przykro – powiedziała Konstancja.

Ładująca do pieca kaflowego dziewczyna poczuła na policzkach rumieniec. Konstancja przedkładała dobro innych nad wskazania etykiety. To miłe, ale zgoła niepotrzebne. Przez rok pobytu u Strumieńskich zdążyła przywyknąć do uszczypliwości. Nieraz słyszała głos oburzenia z powodu aspiracji Anieli do lepszego towarzystwa. A przecież podczas wizyt wolałaby się zamknąć w pokoiku, który dzieliła z Marcysią, garderobianą pani Strumieńskiej, i tam w spokoju haftować ornat.

– A dobrze wychowana panna powinna wiedzieć, w jaki sposób odzywać się do starszych i mądrzejszych od siebie – usłyszała reprymendę pani Strumieńskiej. – Nie za wiele, moja panno, nauczyli cię w tej szkole.

Aniela rozpaliła ogień, przyniosła szal, który spotkał się z aprobatą pracodawczyni, i ponownie miała zająć swoje miejsce, gdy rozszczekały się psy. Niechybny znak, że nadjeżdżali kolejni goście.

– A kogóż tam po ciemku niesie? – mruknęła Strumieńska. – Aniela...

Dziewczyna natychmiast porwała jeden z lichtarzy i poszła sprawdzić, kto zacz. Pani nie zapraszała na popołudniową herbatę nikogo więcej, okoliczni ziemianie też nie zapowiedzieli się z wizytą. Weszła do ciemnej sieni i zadrżała z zimna w nieogrzanym pomieszczeniu. Myśl, że będzie musiała otworzyć drzwi wejściowe i podczas mrozu na ganku wypytywać nieznajomych, nie wzbudziła w niej entuzjazmu.

Kiedy usłyszała stukanie do drzwi, westchnęła i odsunęła rygle. Uchyliła jedno ze skrzydeł, zdążyła dostrzec majaczącą w mroku wysoką sylwetkę i podmuch mroźnego wiatru zdmuchnął jej świecę. Pozostawiając ją w kompletnych ciemnościach w towarzystwie przybysza.