LUST – ta noc

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

Rozdział 1. LUNA

Rozdział 2. LUNA

Rozdział 3. KANALOA

Rozdział 4. LUNA

Rozdział 5. LUNA

Rozdział 6. LUNA

Rozdział 7. LUNA

Rozdział 8. LUNA

Rozdział 9. LUNA

Rozdział 10. LUNA

Rozdział 11. LUNA

Rozdział 12. KANALOA

Rozdział 13. KANALOA

Rozdział 14. LUNA

Rozdział 15. LUNA

Rozdział 16. LUNA

Rozdział 17. LUNA

Rozdział 18. LUNA

Rozdział 19. LUNA

Podziekowania

Rozdział 1
LUNA

– Dziewczyny, ja dzisiaj nie piję!

Tym oto dokładnie sformułowaniem rozpoczynam ten wieczór.

Jest środa, godzina 20:34.

– Luna, nie wygłupiaj się – beszta mnie brunetka o latynoskiej urodzie, która siedzi naprzeciwko.

– Ten, kto tak mówi, najczęściej sam kończy najbardziej pijany – dorzuca wysoka Afroamerykanka Viktoria.

Przyjaciółki rzucają sobie wymowne spojrzenia i wybuchają głośnym śmiechem. Jestem w potrzasku.

– Ja naprawdę nie mogę. Jutro przychodzi na kontrolę szef mojego szefa. Muszę być w pełnej dyspozycyjności! – wołam żałośnie. – To może być moja okazja na awans! W końcu!

Obie spoglądają na mnie ze słowami „skończ chrzanić” wypisanymi na twarzy. Kocham je najbardziej na świecie. Znam je, odkąd przeprowadziłam się na O’ahu. Są przy mnie zawsze, gdy ich potrzebuję i czasami też w momentach, w których zdecydowanie ich nie potrzebuję. Właśnie tak jak teraz.

– Jeden drink jeszcze nikomu nie zaszkodził.

– To na co ten jeden drink? Lepiej wcale nie zaczynać – ripostuję, przewracając kolejną kartkę w menu.

Przelatuję wzrokiem po przystawkach.

Krewetki zapiekane w kokosie, kurczak teriyaki, homar w sosie czosnkowym, grillowany łosoś z ananasem.

Zamykam spis i odkładam go na drewniany blat stolika, przy którym siedzimy we trzy. Podpieram brodę zawiniętą w pięść dłonią i zerkam przez balustradę.

Rytmiczne fale rozbijają się o niemalże biały piasek południowego wybrzeża wyspy, szumiąc uwodzicielsko. Kilku turystów w typowych hawajskich koszulach robi zdjęcia na tle mieniącej się wody.

Do stolika podchodzi kelner w jasnej koszulce i luźnych spodniach, przykuwając moją uwagę. Urodę ma lekko azjatycką, charakterystycznie miejscową.

– Więc tak, poprosimy trzy razy sex on the beach, dwa shoty tequili i dwa razy paluszki krabowe z sosem serowym. Chcesz coś jeszcze, Luna? – Emilia spogląda na mnie słodko.

– Poproszę szklankę świeżego soku z pomarańczy – dorzucam, ignorując jej zachowanie. – I z tych drinków poprosimy tylko dwa.

– Trzy, trzy – upiera się.

– Nie, nie. Dwa – nie ustępuję.

Odbierający zamówienie patrzy zdezorientowany najpierw na mnie, następnie przenosi wzrok na brunetkę. Ta zawzięcie pokazuje trzy palce, kiwając przekonywująco głową. Kelner zapisuje coś w swoim małym notesiku, życzy miłego wieczoru i znika za rogiem restauracji.

– Nie odpuścicie mi dzisiaj, prawda?

– W końcu przyszłyśmy tu świętować twoją ostatnią sprzedaż! Po prostu chcemy wznieść toast, to wszystko – kwituje Viktoria, uderzając radośnie długimi paznokciami o stolik.

Chichoczę pod nosem. Tak to właśnie przy nich jest. Abstynent się nie ostoi.

– Moje drogie, może sex on the beach nabierze dzisiaj głębszego znaczenia… – Przyjaciółka szturcha mnie znacząco między żebra.

Kilka stolików przed nami siedzi dwóch mężczyzn. Mimo około dwudziestu pięciu stopni na zewnątrz każdy z nich ma plecy okryte marynarką.

Więc na pewno nie są tutaj w celach rekreacyjnych…

Jeden, skierowany w naszą stronę twarzą, świdruje nas wszystkie wzrokiem i patrząc wprost na nas, mówi coś do swojego towarzysza. Facet odwrócony tyłem zakłada rękę za oparcie stojącego obok krzesła i powoli, niczym w slow motion, ogląda się przez ramię. Panuje półmrok, więc z tak dużej odległości jestem w stanie dostrzec tylko jego mocno zarysowaną szczękę i lekko pofalowane włosy.

– O szlag, jakie przystojniaki! – komentuje podekscytowana Viki.

– Przecież z tego miejsca praktycznie nic nie widać… – Spoglądam na nią skonsternowana.

W tym samym momencie na nasz stolik trafia pięć kieliszków. Afroamerykanka podnosi swój drink wysoko do góry i spogląda w stronę, jak zakładam, biznesmenów. Zwrócony w naszą stronę koleś w ten sam sposób unosi trzymany trunek. Jego towarzysz odwraca się do nas znowu plecami, jakby znudzony całą sytuacją.

Dziewczyny chichoczą do siebie, oblizują usta i poprawiają włosy.

– Czy wy jesteście normalne? – pytam je skwaszona. – Już, kuźwa, macie mokre majtki?

Co się z nimi dzisiaj dzieje?

– Jezu, Luna, sama byś się w końcu rozerwała. – Emi wzdycha ciężko. – Powiedz, kochana, kiedy ostatnio ktoś cię porządnie wydymał?

Przewracam oczami.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że od mojej ostatniej relacji z facetem minęło już kilka miesięcy, może nawet ponad pół roku. Jakoś jednak dałam radę i wcale nie czuję się gorsza. Niczego mi też nie brakuje.

Niektóre kobiety są niczym bluszcz – owijają się dookoła jakiegoś osobnika i nie odstępują go na krok, a jeżeli coś się sypie, od razu szukają nowego partnera. One po prostu nie są w stanie funkcjonować, nie będąc w bliskiej relacji.

Ja nie należę do takich kobiet. Dobrze mi w pojedynkę, mogę skupić się tylko na sobie, a i o wszelkie potrzeby potrafię zadbać sama.

– Jestem teraz skupiona tylko na pracy.

– I błąd! – Latynoska wystawia w moją stronę wskazujący palec. – Skądś się w końcu wzięło powiedzenie, że „baba bez bolca dostaje pierdolca”.

– Jest takie powiedzenie? – parskam, dziwiąc się szczerze.

Pierwsze słyszę.

– Oczywiście, że jest. I popatrz, jak się sprawdza… – Lustruje mnie sugestywnie.

– Naprawdę nie mam czasu na miłostki. Zresztą nie będę nikogo szukać na siłę… – Krzywię się na samą myśl, że musiałabym koniecznie kogoś znaleźć, chociażby tylko dla samego znalezienia.

– Pomiędzy wielką miłością pełną zaangażowania a kompletną ciszą na morzu jest dość duży wachlarz możliwości – swoje spostrzeżenia wtrąca także druga z przyjaciółek. – Nikt nie każe ci się od razu angażować!

Mam dość tej gadki. Czuję się jak dwunastolatka, której starsza siostra tłumaczy, do czego służą tampony. Biorę do ręki niskie szklane naczynie wypełnione przezroczystym płynem, zdejmuję z jego brzegu ćwiartkę limonki i bez zastanowienia opróżniam zawartość. Ostry, wręcz palący smak tequili rozgrzewa moje gardło i nim zdąży całkowicie przez nie spłynąć, wypijam kolejnego shota.

Krzywię się kolejny raz i potrząsam głową. Dziewczyny patrzą na mnie z szeroko otwartymi buziami.

– Przepraszam, co ty właśnie zrobiłaś?

– Luna, czy ty…

– Witam piękne panie – przerywa Viktorii mężczyzna, który, niczym spod ziemi, wyrasta przy naszym stoliku.

Lustruję go pobieżnie. Jest całkiem wysoki i dobrze zbudowany, o czym świadczą mocno napięte rękawy marynarki. Jego ciemne włosy podkreślają śródziemnomorską urodę, a co za tym idzie – intensywną opaleniznę. Ma na sobie szary garnitur, po którym już na pierwszy rzut oka widać, że jest szyty na miarę.

– Czy nie chciałybyście dołączyć do mnie i mojego przyjaciela? Za chwilkę wybieramy się do jednego z najlepszych klubów na wyspie. – Oczarowuje nas swoim śnieżnobiałym uśmiechem, akcent ma wyraźnie twardy. – Byłoby nam bardzo miło udać się tam w takim cudnym towarzystwie.

Ukradkiem zerkam na dziewczyny. Są niczym zahipnotyzowane. Patrzą wprost na niego, tak jakby świat przestał istnieć. Muszę przyznać – jest czarujący, przystojny i bardzo uwodzicielski, jednak nie zachwyca mnie jakoś bezgranicznie.

Spoglądam także w stronę wspomnianego przyjaciela. Niestety miejsce, które jeszcze przed chwilą zajmował, teraz jest puste.

– O tak! Jestem za! – Emilia wzdycha, zagarniając włosy za ucho.

 

– Ja również. – Viki przygryza dolną wargę, niezaprzeczalnie próbując z nim flirtować.

I w tym oto momencie wszyscy jednocześnie przenoszą wzrok na mnie. Doskonale zdają sobie sprawę z presji, jaką na mnie wywierają.

Patrzę to na przyjaciółki, to na niego, i naprawdę nie wiem, co wybrać. Z jednej strony mam jutro na dziewiątą do pracy i muszę być w pełni gotowa na ten dzień, z drugiej jednak już dawno się nie bawiłam i nie byłam w klubie.

W sumie i tak jesteśmy już odwalone.

– Okej, ale i tak urwę się wcześniej. – Uśmiecham się do nich.

– No i super! – wołają podekscytowane towarzyszki.

Jestem niczym mamuśka, która dała im zgodę. Śmieję się pod nosem.

– Ekstra, to stawiam nam jeszcze dwie kolejki i lecimy – zaprasza nas do baru.

– A gdzie jest twój kolega? – przypomina sobie nagle Sanders.

– Czeka przy samochodzie. Za chwilę do niego dołączymy.

Barman stawia przed nami kieliszki i jednym płynnym ruchem ręki napełnia je lekko bursztynowym płynem. Na brzegi nabija cytrusa i rozkłada ręce niczym artysta prezentujący swoje dzieło.

Wszyscy łapią za szkło, a ja przypominam sobie, że przecież dzisiaj miałam wcale nie pić.

Postanawiam, że to już ostatni i że od teraz na serio alkoholu nawet nie powącham.

– To za nowe znajomości.

– Za nowe znajomości – powtarzamy po mężczyźnie i w jednym momencie opróżniamy wysokoprocentową zawartość.

Po wypiciu każdy łapie za limonkę i przegryza ją, łagodząc tym samym ostry smak tequili. Czekam chwilkę, aż zobaczą, że ja tego nie robię. Biorę do ręki kolejną porcję i spożywam ją przed pozostałymi.

– Amatorzy… – rzucam prowokacyjnie i staram się zachować poważną minę, mimo że wewnątrz dosłownie mnie pali.

Nasz nowy kolega pokazuje na mnie.

– Lubię ją – dodaje.

Nasze śmiechy przerywa dźwięk dzwonka jego telefonu. Stoję najbliżej, więc przez ułamek sekundy widzę imię dzwoniącego.

Gino

Czyżby to był ten jego kumpel?

– Już idziemy, spokojnie. – Odbiera po pierwszym sygnale. A więc jednak to on. – No wiem, wiem. Dobra. Serio? Jasne, zaraz dojedziemy.

Wszystkie patrzymy na niego zaciekawione, oczekując wyjaśnień.

– No więc mój przyjaciel bardzo się niecierpliwił i pojechał już tam bez nas – tłumaczy, chowając urządzenie do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Twój przyjaciel nie umie się bawić – narzeka Emilia, krzyżując ręce na piersiach.

Facet puszcza to jakby mimo uszu. Nie ma przy nas jego kumpla, więc spokojnie mógłby to jakoś skomentować. On jednak tego nie robi.

Pytanie, czy aż taką bliską mają więź? Czy może się wręcz obawia cokolwiek powiedzieć?

W limuzynie, którą podróżujemy, znajduje się specjalny barek. Mężczyzna rozlewa wszystkim po lampce szampana. Gdy pozostali przechylają naczynia, ja ukradkiem wylewam musujące wino do kosza pełnego lodu, w którym stoi butelka.

Viki i Emilia siadają po obu stronach gościa, którego imienia nawet nie znam. Szepcze coś do nich, na co rozlega się głośny, euforyczny chichot porównywalny do tych słyszanych w kinach. Latynoska kładzie swoją dłoń na torsie biznesmena i patrzy mu głęboko w oczy. Mimo alkoholu, który buzuje w moich żyłach, czuję się dość niezręcznie.

Druga przyjaciółka również pożera go wzrokiem. Nie za bardzo wiem, jak mam się zachować. Patrzą na niego niczym lwice skradające się do stada gazeli. To nie do końca w ich stylu, chociaż mogą być już dość pijane i najzwyczajniej włączył się im tryb zwany bolcomanią.

To taka nasza własna nazwa na stan, w którym po alkoholu zaczynamy mieć ochotę na przygodny seks.

Jak się okazuje, lokal jest w samym centrum Honolulu, więc przebicie się z plaży Waikiki o tej bardzo lubianej przez turystów porze zajmuje nam ponad pół godziny. Gdy w końcu samochód zatrzymuje się na miejscu, mogę jako pierwsza go opuścić.

Chwała Bogu!

Moim oczom ukazuje się podświetlane na niebiesko szklane wejście, u drzwi którego stoją dwaj napakowani goryle. Próbuję ogarnąć wzrokiem koniec kolejki, która wręcz zawija się momentami w podwójną. Przed budynkiem znajduje się grubo ponad sto osób, w tym mnóstwo wystrojonych lasek w błyszczących miniówkach z czerwonymi ustami.

– O ja pieprzę! – woła zza mnie Viktoria, widząc, co się dzieje przed klubem. – Przecież my tam do jutra nie wejdziemy – piszczy żałośnie.

Dopiero teraz zauważam, że tuż obok ochroniarzy stoi bardzo wysoka blondynka i rozdaje wszystkim wchodzącym maski. Inne kobietom – bardziej koronkowe; inne mężczyznom – bardziej zabudowane.

– Ja się tym zajmę – oznajmia nasz „przewodnik” i podchodzi do nich, zupełnie nie zwracając uwagi na już czekających.

Rozdająca od razu podaje mu męską wersję i tylko szybko pyta:

– Ile?

– Trzy – pada odpowiedź.

Po chwili każda z nas ma już w ręce element nadający tajemniczości. I tak oto wchodzimy do środka, nie czekając na swoją kolej i zupełnie nie przejmując się krzykami oburzenia pozostałych.

Z głośników dudni rytmiczna muzyka, doskonale słyszalna już od samego wejścia. Wnętrze jest całe białe – białe są podłogi, loże i ściany. Sufit zdobią olbrzymie trójkąty podświetlane na granatowo i fioletowo. Z daleka wyróżnia się zatłoczony bar, którego czerwone światła przyciągają wszystkich wchodzących.

Przechodzimy dalej, gdzie zauważam, że jakby kilka metrów za barem znajduje się loża inna niż wszystkie. Jako jedyna otoczona jest podwyższoną ścianką, którą z góry zdobią wychodzące ze stropu zasłony. Jest w niej również ciemniej, a pośrodku znajduje się rura do tańczenia.

Zapewne to miejsce VIP-owskie, przeznaczone tylko dla wybitnych ekscelencji.

W środku jest bardzo tłoczno. Mimo że klub jest ogromny, trudno znaleźć w nim jakąkolwiek wolną przestrzeń.

– Chyba nie dostaniemy już żadnej kanapy – próbuję przebić się przez hałaśliwą muzykę.

– Nie martw się tym – odkrzykuje mi nasz towarzysz i upewniwszy się, że jesteśmy wszystkie w pobliżu, zaczyna gdzieś iść.

– Cholera, jak tu ładnie – woła Viki, rozglądając się dookoła.

Faktycznie jest tutaj naprawdę ślicznie. To miejsce ma olbrzymi potencjał i bardzo chciałabym je zobaczyć w momencie, gdy jest zupełnie puste.

Ku mojemu zdziwieniu zmierzamy właśnie w stronę tej wyjątkowej loży, a ludzie dookoła rozchodzą się na boki, robiąc nam szerokie przejście.

Gdy jesteśmy już przed samym wejściem, gdzie oczywiście także stoi kilku ochroniarzy, światła niespodziewanie gasną. W powietrzu pokazują się laserowe wiązki, które zaczynają tańczyć. Przeplatają się między sobą i zmieniają kolory, tworząc wyjątkową projekcję.

Zatrzymuję się na chwilę, zaabsorbowana tym przedstawieniem. Nagle z kilku miejsc na suficie zjeżdżają długie wstęgi, którymi oplecione są kobiety w bardzo skąpych strojach. Z głośników leci The Hills The Weeknda. Wnętrze odrobinę się rozświetla, jednak nie jest już tak jasno, jak było tu wcześniej.

– Luna, no chodź! – woła ktoś do mnie.

Odgarniam półprzezroczyste zasłony, wchodzę do środka.

Jakaś dziewczyna podchodzi do rury i zrzuca z siebie czarną sukienkę, zostając w samej, nazwijmy to, bieliźnie. Powolnymi ruchami ciała dostosowuje się do rytmu utworu, ponętnie kręcąc biodrami.

Na samym środku skórzanej kanapy siedzi mężczyzna otoczony prężącymi się brunetkami. Ich stroje niewiele pozostawiają wyobraźni.

Facet ma założoną maskę, jednak po delikatnie falowanych, czarnych włosach i mocno wyróżniającej się żuchwie rozpoznaję w nim kumpla naszego śródziemnomorskiego przewodnika. Patrzy wprost na mnie, gdy jedna z dziewczyn zaczyna szeptać mu coś na ucho.

Przechodzi przeze mnie dreszcz. Wygląda, jakby chciał się na mnie rzucić i pożreć mnie w całości.

– Napijesz się czegoś? – pyta mnie nasz nowy znajomy.

– Nie, mi już wystarczy. – Uśmiecham się szczerze. Postanawiam w końcu zapytać go o imię: – Tak w ogóle, to jak się nazywasz?

Gdy tylko moje słowa zostają usłyszane przez zebranych, przysięgam, że cichnie dolatująca tu muzyka. Wszyscy obecni w loży patrzą po sobie i zaczynają się głośno śmiać. Marszczę czoło, nie wiedząc, o co im chodzi. Czy powiedziałam coś zabawnego?

– Tutaj, słońce, wszyscy posługujemy się pseudonimami, chroniąc tym swoją prywatność – odpowiada mi poważnie.

Przez moment mam wrażenie, że sobie ze mnie kpi. Zerkam więc na wszystkich tu zebranych i ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu każdy ma niemalże grobową minę. Po rozbawieniu nie został już nawet ślad.

Czyli on jednak tak na serio. No świetnie. Najpierw te maski, teraz jakieś pseudonimy…

To wszystko wydaje mi się dziwne.

– Więc jak mam się do ciebie zwracać?

– Ja jestem Merkury, pośrodku siedzi Kanaloa, a tam w rogu Apollo.

– I co? Ja też mam sobie wymyślić jakąś ksywę? Koniecznie z mitologii? – pytam, bo w końcu to nie przypadek, że wszyscy trzej nazywają się tak jak bogowie.

– Venus pasuje ci idealnie… – Merkury, jak się nazwał, uśmiecha się do mnie.

– Zostanę przy Lunie… – Krzywię się.

– W sumie taka bogini także istnieje – komentuje Apollo, nieco starszy od pozostałych, napakowany i łysy facet.

Przewracam oczami. To ewidentnie nie moje klimaty i nie moje towarzystwo.

– Nie wiem jak wy, o wielcy bogowie, ale ja mam zamiar potańczyć – mówię, zerkając na przyjaciółki.

Zaczynam namolnie błagać w myślach, aby na to przystały. Widząc pojawiającą się na ich obliczach aprobatę, czuję niemożliwą ulgę. Viktoria i Emilia opróżniają swoje kieliszki, odstawiają je na najbliższy blat i energicznie podnoszą się z kanapy.

– Lecimy na parkiet! – krzyczy Latynoska i jako pierwsza wychodzi z loży.

Jej zwiewna sukienka w kolorze khaki cudownie komponuje się ze zniewalającą opalenizną. Moje cechy naturalne, takie jak blond włosy i niebieskie oczy, skutecznie uniemożliwiają mi uzyskanie takiego efektu. Mieszkanie na tej słonecznej wyspie nieco jednak zwiększa możliwości mojej skóry, dzięki czemu nie jestem blada jak ściana.

Chcąc jeszcze bardziej podkreślić każde niewielkie muśnięcie słońcem, ubrałam białą sukienkę z koronkowym wykończeniem u dołu i na rękawach. Dwa cieniutkie ramiączka podtrzymują okrycie, schodząc się przy szyi.

Oglądam się za siebie, próbując namierzyć drugą przyjaciółkę, która została daleko w tyle. Viki stoi przy ochroniarzach. Kręci głową, waha się i ostatecznie wraca do wyznaczonej sekcji za zasłonami.

Emi pociąga mnie gdzieś w głąb parkietu, a ja nie mam czasu powiedzieć jej o rozmyśleniu się Viktorii. Zupełnie tracę orientację w terenie, nie mam pojęcia, w której części klubu się znajdujemy.

Muzyka diametralnie się zmienia, DJ puszcza bardziej taneczny kawałek. Nuta, która się pojawia, sama porywa mnie do tańca. Odginam ramiona do tyłu, ręce samowolnie i automatycznie zaczynają przeczesywać i odgarniać włosy, dostosowując się do rytmu. Poruszam biodrami, tym samym włączając koliste ruchy klatki piersiowej. Gdy pojawia się refren, cała sala zaczyna śpiewać jakże znany przebój sprzed kilku lat.

Zamykam oczy i pozwalam się ponieść swojemu ciału. Odchylam głowę, kładę dłonie na szyi i zjeżdżam nimi w dół, dokładnie okrążając wszystkie swoje kształty.

Czuję podekscytowanie oraz radość. Jest cudownie!

Kolejne utwory są jeszcze bardziej rytmiczne, pojawią się w nich tylko pojedyncze słowa. Wszyscy szaleją. Podnoszę ręce, kręcąc nadgarstkami.

Lampa stroboskopowa systematycznie rozjaśnia otoczenie. Zaczynam się głośno śmiać. Jestem przeszczęśliwa! Tak ogromnie tego potrzebowałam.

– Wow, ale jesteś seksowna… – Jakiś facet łapie mnie za tyłek.

Podskakuję zszokowana. Co za baran!

– Trzymaj łapy przy sobie! – Zniesmaczona piorunuję go wzrokiem.

Jest dużo ode mnie starszy, ma wyraźne zakola, jest ubrany w wygniecioną koszulkę. Kryzys wieku średniego?

Od razu wchodzę głębiej w tłum, chcąc się go pozbyć. Co za człowiek…

Kiedy jestem już wystarczająco daleko, przypominam sobie nagle, że przecież nie powiedziałam o niczym Emilii. Musiała przeoczyć całe zajście, więc nie przyszła tu za mną.

Szlag!

Wracam, skąd przyszłam. Zaniepokojona rozglądam się w poszukiwaniu zielonej sukienki. Na marne. Albo ja cofnęłam się w złe miejsce, albo ona gdzieś się przemieściła. Kiedy mam już całkiem zrezygnować, zauważam ją wchodzącą do loży. Uśmiecham się pod nosem.

 

Jak zwykle zaczęłam się martwić, podczas gdy ona najzwyczajniej w świecie postanowiła po prostu sobie usiąść i odpocząć.

Zerkam na zegarek. Jest już grubo po północy. Niedługo będę musiała się zbierać, więc postanawiam zostać jeszcze na dwa, może trzy kawałki, pożegnać się z dziewczynami i zamówić taksówkę.

Udaję się w stronę tej części klubu, w której jeszcze nie byłam. Centralnie nad moją głową znajduje się wylot klimatyzacji.

O tak, jak przyjemnie orzeźwiająco.

Zimne powietrze owiewa mi plecy, gdy kolejny raz oddaję się rytmowi.

Vamo’ a bailar! – krzyczę wraz z innymi.

Bawię się w najlepsze, szaleję i głośno się śmieję, gdy w pewnym momencie rozchodzi się wokół mnie bardzo intensywny zapach męskich perfum. Czuć wyraźnie nutę sosny, która podkreśla aromatycznego cytrusa. Przyjemnie chłodzący powiew z klimy znika, a zamiast niego czuję na karku gorący oddech.

Odwracam się powoli i dostrzegam jego – tajemniczego pana Kanaloę.

Stoi dosłownie krok ode mnie, bacznie przyglądając się mojej twarzy. Widzę jego pełne usta, ostrą linię szczęki i rozczochraną fryzurę, jakby dopiero wyszedł z łóżka. Niestety maska, którą nosi, zasłania większą część jego twarzy, więc prawdopodobnie nigdy nie zobaczę go w całej swojej okazałości.

– Mam coś dla ciebie – oznajmia, wyjmując saszetkę ze środka swojej marynarki. – Otwórz buzię.

Patrzę na niego ogłupiała. Jestem też w szoku, że w ogóle tak dobrze go słyszę.

Widząc moją reakcję, chce mi pokazać, o co mu chodzi. Przybliża do mnie dwa palce, między którymi znajduje się mała niebieska tableteczka.

– Podziękuję – odmawiam, domyślając się, że to ecstasy albo jakiś inny narkotyk.

Tylko tego by mi brakowało, aby jeszcze wylądować nie wiadomo gdzie i z kim w tak ważny dla mnie dzień. Tym samym uświadamiam sobie, że powinnam się już zbierać. Rozglądam się dookoła, chcąc zlokalizować lożę i pożegnać się ze wszystkimi.

Mężczyzna łapie mnie mocno za nadgarstek, uniemożliwiając oddalenie się.

– Już mi uciekasz? – pyta, przybliżając się do mnie. – Nie zatańczysz ze mną?

– Nie umiem tańczyć – próbuję go spławić.

Świat zaczyna mi powoli wirować. Cholera, jego perfumy są naprawdę mocne.

– Widziałem cię – nie odpuszcza. Głos ma głęboki.

Mieszanka alkoholu z jego intensywnym zapachem dosłownie mnie wykańcza. Uderzają we mnie niespodziewanie ze zdwojoną siłą, powodując, że miękną mi kolana. Łapię go więc czym prędzej za ramię, nie chcąc się przewrócić.

– Wszystko okej? – Odgarnia mi włosy z twarzy.

– Potrzebuję powietrza – mamroczę, ciężko oddychając.

Kanaloa bierze mnie pod rękę i gdzieś prowadzi. Muzyka cichnie, co świadczy o naszym oddalaniu się od parkietu. Ledwo widzę na oczy.

W końcu podmuch chłodnego nocnego powietrza uderza w moje ciało. Wciągam go intensywnie, napełniając za każdym razem maksymalnie płuca. W klubie było po prostu zbyt duszno.

Po kilku wdechach znacznie mi się poprawia, mogę już spokojnie samodzielnie stanąć.

– Dziękuję. – Zerkam na niego.

Albo cały świat jest przeciwko mnie, albo po prostu mam pecha, gdyż tylna uliczka, w której się znajdujemy, jest zupełnie ciemna.

Tak bardzo chciałabym zobaczyć go bez maski. Intryguje mnie we właściwie niemożliwy do uzasadnienia sposób.

Łudzę się, że może jeżeli ja zdejmę swoją, to on uczyni to samo. Sięgam więc za głowę i poluźniam wstążkę. Po chwili na ręce spoczywa mi czarny, koronkowy przedmiot. Spoglądam mu prosto w oczy, prowokując go do zrobienia tego samego. I faktycznie podejmuje akcję, jednak zgoła inną.

Przysuwa się do mnie, na co tętno zauważalnie mi przyspiesza. Rytm serca staje się coraz wyraźniejszy i szybszy.

Mężczyzna podnosi dłoń i przejeżdża jej wnętrzem po moim policzku, a ja zamiast odrzucić jego dotyk, delektuję się nim. To szalone.

Zatrzymuje się w pobliżu mych ust. Delikatnie przejeżdża kciukiem po dolnej wardze, przygryzając w tym samym momencie swoją. Czuję palące ciepło jego skóry, dygocząc w konwulsjach.

Drżę raz za razem, nie tyle nim przytłoczona, co zaintrygowana. Maska, która uniemożliwia obejrzenie go, nadaje chwili niemożliwego erotyzmu.

Napięcie rośnie, a ja stoję niczym wmurowana. Nie jestem w stanie nawet drgnąć. Gdy podchodzi jeszcze bliżej, muszę wysoko podnieść głowę, aby na niego spojrzeć.

Niespodziewanie facet pochyla się i przywiera do moich ust, łapiąc mnie stanowczo za brodę. Mocno nagryza wargi zębami, po czym delikatnie oblizuje językiem. Napiera na mnie całym swoim ciałem, dostawiając moje plecy do zimnej cegły. Jestem oszołomiona jego zagraniem.

Na chwilę odrywa się, ciężko dysząc. Sekundę później znowu pieści mi usta i wpycha język głęboko do gardła. Przechodzi mnie dreszcz od czubka głowy po same stopy, wyraźnie akcentując się na sutkach i mojej pulsującej w zachwycie kobiecości. Ogarnia mnie erotyczny zachwyt, dotąd nieznany mi w swej intensywności. Zaczynam ponownie się trząść, tym razem dużo mocniej, na co on wyraźnie się uśmiecha.

Nie potrafię uzasadnić swojej reakcji na niego, która porywa mnie niczym rwisty nurt. To pierwszy raz, gdy zachowuję się w taki sposób.

Ciemnowłosy zaczyna błądzić rękami po wewnętrznej stronie uda, podciągając mi sukienkę. Czuję w kroczu obezwładniające mrowienie, jednak racjonalne myślenie w końcu wraca do łask.

W jednej chwili zupełnie trzeźwieję i staram się go powstrzymać.

To złe. Ja taka nie jestem! Ja nie robię takich rzeczy!

– Nie powinniśmy… – mamroczę, uciekając przed nim.

Mężczyzna nie reaguje, a wręcz czując mój narastający opór, jeszcze mocniej przygważdża mnie do ściany. Zaczynam panikować i nie wiem, co zrobić.

Adrenalina uderza mi do głowy. Chcę go kopnąć w krocze, jednak on to przewiduje i swoimi biodrami unieruchamia moje. Jestem przerażona, serce zaciska się boleśnie. Czuję się jak obezwładniona zwierzyna, która może liczyć jedynie na łaskę bądź niełaskę swego myśliwego.

Nie mając zbyt wielu możliwości, decyduję się na dość niecodzienne rozwiązanie. Biorę w zęby jego dolną wargę i z całej siły ją przygryzam.

– Kurwa! – warczy i odsuwa się, sycząc.

Momentalnie czuję metaliczny posmak jego krwi.

Facet dotyka dłonią swoich ust i dostrzega na palcach czerwony płyn. Widzę, jak wstępuje w niego furia.

– Jak tak bardzo swędzą cię jaja, to znajdź sobie jakąś inną. Chętnych szmat znajdziesz tu całą masę – burczę, ocierając buzię z jego śliny.

Wargi nieprzerwanie pieką mnie od jego zachłannych pocałunków. Wszelka obawa przed nim niepostrzeżenie znika. Nie pozwolę sobie na takie traktowanie!

– Zrobisz, co tylko ci powiem – odpowiada śmiertelnie poważnie.

Wybucham wręcz teatralnym śmiechem.

– Chyba śnisz. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Odpierdol się!

Próbuję odepchnąć go mocno, chcąc przejść. Ten jednak ani drgnie.

– Odsuń się! – wołam poirytowana.

Znalazł mi się wielki samiec alfa z wybujałym ego.

Ciemnowłosy uparcie stoi w miejscu, uniemożliwiając mi odejście.

– Zaraz zacznę krzyczeć! – bulwersuję się do granic możliwości.

To jeden z tych momentów, w których żałuję, że nigdy nie zapisałam się na żadne sztuki walki ani kurs samoobrony.

– Myślisz, że ktoś cię tu usłyszy? – kpi, podchodząc jeszcze bliżej.

Nagle drzwi od tylnego wyjścia otwierają się i wyłania się zza nich roześmiana, mieszana grupka.

O, zbawienie!

Dostrzegam w tym swoją jedyną szansę i zaczynam głośno wołać:

– Zostaw mnie! Ja nie chcę!

Nie muszę długo czekać na reakcję. Kilku gości schodzi czym prędzej ze schodów i podbiega do nas.

– Ej koleś, ogłuchłeś? – Wysoki łysol go popycha.

– Nie rozumiesz, że dziewczyna nie chce? – pyta kolejny.

– Pchnij mnie jeszcze raz, a będę ostatnią osobą, której dotkniesz – odpowiada surowo mężczyzna w całym czarnym garniturze.

Ton ma tak poważny i konkretny, że aż mnie ścina. Kim on, cholera, jest? Za kogo się uważa?

– Już się boję – drwi z niego napakowany.

Korzystając z okazji, przechodzę między zebranymi i kieruję się w stronę drzwi.

– I tak będziesz moja, blondyneczko! – woła do mnie, wyjmując z kieszeni telefon.

Nie reaguję na jego komentarz. Posyłam zebranym pełen wdzięczności uśmiech i znikam im z pola widzenia.

Gdy tylko jestem wewnątrz, staję pod ścianą i opieram się o nią z ciężkością. Próbuję unormować swój oddech. Dalej nie mogę uwierzyć w to, co właśnie się stało. Powinnam była zareagować już wcześniej, nie pozwolić mu nawet na ten pierwszy pocałunek, na dotyk. Jeden czyn ciągnie za sobą kolejne, to było łatwe do przewidzenia.

Ruszam powoli. Serce nadal bije mi bardzo mocno, w głowie mi szumi. Będąc przy samym końcu przejścia, słyszę pisk kobiet z zewnątrz i trzask otwieranego z siłą wyjścia.

Panikuję i ile sił w nogach, biegnę przez korytarz. Moje zachowanie jest bardzo impulsywne i właściwie nieuzasadnione, jednak nie jestem w stanie zachować się inaczej. Wypadam na otwartą salę, starając się jak najszybciej wmieszać w tłum ludzi. Przepycham się między nimi, co chwilę na kogoś wpadając.

– Ej! – woła ktoś za mną.

Ignoruję to i mknę dalej, cała roztrzęsiona.

– Uważaj!

Kiedy moim oczom ukazuje się upragnione wejście do klubu, cały świat dookoła przestaje mieć znaczenie. Wybiegam rozgorączkowana z budynku i na moje szczęście przy chodniku czeka taksówka. Przerażona wskakuję do niej czym prędzej.

– Szybko! Szybko! Niech pan jedzie! Szybko!

Cała się trzęsę w przerażeniu. Taksówkarz rusza z piskiem opon, a ja opadam psychicznie wykończona na czarną, skórzaną kanapę. Przez szybę dostrzegam wybiegającego na ulicę Kanaloę, a za nim kilku ochroniarzy.

A więc jednak moje zachowanie nie było takie bezpodstawne, głupio podsycone wypitym wcześniej alkoholem.