Bejrut. Przewodnik

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Magdalena Nowakowska, Michał Głombiowski

BEJRUT - PRZEWODNIK

Wprowadzenie

Bejrut jest miastem kontrastów. Surowe zasady poszczególnych grup wyznaniowych przeplatają się tu z zachodnią swobodą, urokliwe dzielnice pamiętające XIX w. sąsiadują z hipernowoczesnymi drapaczami chmur, warte fortunę limuzyny mijają powiązane drutem motory z trudem pokonujące każdy metr. Na ulicy brzmi wielojęzykowy gwar, meczety sąsiadują z kościołami, a ślady wojny domowej towarzyszą rodzącym się dopiero inwestycjom.

Stolica Libanu w swojej historii miewała zmienne szczęście. Niemal każdy okres rozwoju przerywany był nagłymi wydarzeniami, konfliktami zbrojnymi, wojną. Być może stąd bierze się zamiłowanie bejrutczyków do korzystania z uroków życia i próby pełnego wykorzystania każdego okresu prosperity. Kilkanaście lat po wojnie domowej, miasto rozwija się w nieprawdopodobnym tempie, stając się jedną z bardziej liczących się aglomeracji Bliskiego Wschodu. Równocześnie – ku radości jednych, a utrapieniu innych – zmienia się charakter miasta. Dawne intelektualno-artystyczne oblicze Bejrutu ustąpiło bardziej doczesnym uciechom, stolica jest dziś prawdziwym centrum zabawy, klubów i dobrych restauracji. Młodzi mieszkańcy Bejrutu swoją pozycję społeczną wyznaczają nie dysputami o świecie prowadzonymi nad filiżanką kawy, lecz marką samochodu, ubraniem, bądź wysokością uiszczanego rachunku w lokalu.

Odwiedzając Bejrut, mamy okazję przyjrzeć się z bliska metamorfozie miasta, ale też skorzystać z wszystkich jego atutów. Kuchnia libańska, ze swoim bogactwem potraw uchodzi za kulinarny hit całego Bliskiego Wschodu, a region słynie też z doskonałych, choć w Polsce mało znanych, win. Na spragnionych całonocnych zabaw czeka niezliczona ilość nowoczesnych klubów, szczególnie w dzielnicach Gemmayzeh i Achrafieh; ulica Hamra to raj dla miłośników zakupów, a niemal pięciokilometrowa nadmorska promenada pozwala zapomnieć o zgiełku miasta i oddać się relaksującemu spacerowi. Choć Bejrut nie słynie z dużej ilości spektakularnych zabytków, miłośnicy historii i architektury również znajdą tu coś dla siebie – urokliwe dzielnice francuskich kamienic, pozostałości po Rzymianach, bogatą kolekcję Muzeum Narodowego czy wreszcie przejmujące ślady wojny domowej i konfliktu z Izraelem.

Stolica Libanu z pewnością przeżywa obecnie odrodzenie. Pozostaje przy tym otwarta na obcokrajowców, a że Bejrutczycy słyną z gościnności, poznanie pasjonującego, zróżnicowanego charakteru miasta nie powinno być problemem.

I. Historia i kultura


Historia

Pełne blichtru oblicze współczesnego Bejrutu kokietuje młodością, energią i radością życia, ale tu i ówdzie, spod warstwy grubego makijażu wychyla się poorane zmarszczkami oblicze, będące świadectwem długiego, pełnego wzlotów i upadków życia. Naznaczone śladami po kulach mury oraz sylwetki zrujnowanych budynków wciśnięte między połyskujące szkłem nowoczesne wieżowce przypominają o najświeższych traumach i trudnych doświadczeniach piętnastoletniej wojny domowej, nieliczne zachowane zabytki architektury każą pomyśleć o mieszkańcach i atmosferze poprzednich epok, a wykopaliska archeologiczne prowadzą nas wstecz, przez starożytność, aż do prehistorii.

Najwcześniejsze ślady osadnictwa pochodzą z paleolitu, kiedy teren zajmowany przez dzisiejsze miasto był dwoma wysepkami usadowionymi w delcie rzeki Bejrut. Z czasem rzeka uległa w tym miejscu zamuleniu tworząc stały ląd. Na przełomie III i II tysiąclecia p.n.e. na tereny dzisiejszego Libanu napłynęły z Półwyspu Arabskiego ludy semickie, zwane ogólnie Kananejczykami. Z tego okresu pochodzą odkryte w centrum pozostałości murów miejskich. Pierwsza pisemna wzmianka o Bejrucie pojawia się w połowie XIV w. p.n.e. w tzw. listach z Amarny – pisanej pismem klinowym na glinianych tabliczkach w języku akadyjskim korespondencji dyplomatycznej między faraonami Egiptu a ich wasalami i władcami Bliskiego Wschodu. Jednym z królów był Ammunira z Biruty, który prosił faraona Amenhotepa IV o pomoc w odparciu hetyckich najeźdźców. Samo miasto wymieniane jest również w liście władcy Byblos Rib-Haddy. Nazwę „Biruta” uczeni wywodzą od semickiego słowa abiroth (arabskie bir) „studnia” lub „źródło”, odnoszącego się do bogatych zasobów wód podziemnych, do dziś wykorzystywanych przez mieszkańców.

W czasie wymiany listów z faraonami, czyli panowania Egiptu, Bejrut był jednym z wielu ośrodków regionu, zdominowanym przez lepiej rozwijające się miasta takie jak Byblos, Sydon czy Tyr. Na złote czasy Asyrii (VIII i VII w.) przypadł okres rozkwitu potęgi morskiej Fenicjan. Bejrut utrzymywał wtedy rozległe kontakty handlowe z miastami greckimi, a parę wieków później bez walki oddał się w ręce Aleksandra Wielkiego, uznając go za wybawcę od panowania perskiego. Wojny miedzy następcami Aleksandra nie ominęły Bejrutu, który w 140 r. p.n.e. został doszczętnie spalony podczas walk Diodotosa Tryfona z Antiochem VII Sidetesem o tron monarchii Seleukidów. Odbudowany, stał się miastem z prawdziwego zdarzenia, z regularnie rozplanowaną hellenistyczną zabudową, odsłoniętą dopiero podczas wykopalisk w latach 90. XX w.

Pod panowaniem Rzymian (od 64 r. p.n.e.) miasto zyskało nową odsłonę jako Colonia Julia Augusta Felix Berytus, stając się z czasem jednym z najważniejszych ośrodków handlowych i wojskowych fenickiego wybrzeża Imperium Rzymskiego. Główna, biegnąca z północy na południe ulica, cardo maximus, połączyła port z forum, wzniesiono świątynię Jowisza i budynki użyteczności publicznej - łaźnie, hipodrom i amfiteatr, gotowy przyjąć na arenę półtora tysiąca gladiatorów. Największą jednak sławę przyniosła miastu założona w 200 r. n.e. szkoła prawnicza, której osiągnięcia stały się inspiracją przy tworzeniu w VI w. n.e. kodeksu Justyniana, mającego istotny wkład w rozwój prawodawstwa europejskiego. Po kolejnych katastrofach naturalnych (fala tsunami i trzęsienie ziemi), jakie nawiedziły miasto w drugiej połowie VI w., szkołę przeniesiono do Sydonu (dziś Sajda).

W 635 r. zdewastowany i opustoszały Bejrut bez większych oporów uległ arabskim zdobywcom i pozostał pod ich panowaniem do 1110 r., kiedy po długim oblężeniu został zdobyty przez krzyżowców pod wodzą Baldwina I. Ustanowiono biskupstwo, a na miejscu antycznej świątyni wzniesiono katedrę pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. W 1187 r. na sześć lat Bejrut został odbity przez Saladyna, ostatecznie jednak krzyżowcy utracili miasto w 1291 r. wraz z upadkiem Królestwa Jerozolimskiego. Od tej chwili, aż do zajęcia Libanu przez Turków osmańskich w 1516 r., Bejrut należał do muzułmańskich Mameluków.

Czasy potęgi Imperium Osmańskiego przyniosły Bejrutowi zmienne szczęście. Najlepiej miewał się pod wodzą emira Fakhreddina (Fakhr ed-Dina II, 1590-1635), któremu udało się uniezależnić od sułtanów i stworzyć coś na kształt własnego królestwa obejmującego znaczną część terenów odpowiadających mniej więcej współczesnym granicom Libanu. Rozwijające się za jego czasów kontakty z Europą, zwłaszcza Wenecją i Florencją, oparte przede wszystkim na handlu jedwabiem, przywróciły Bejrutowi nieco z dawnej świetności. Po śmierci emira miasto znów podupadło, by odzyskać dobrobyt i stabilizację pod wodzą Bashira Shihaba II (1788-1840). Jednak polityczne ambicje Bashira, który zawarł sojusz ze zbuntowanym przeciwko Osmanom gubernatorem Egiptu Ibrahimem Paszą, zakończyły się w rezultacie atakiem zbrojnym na miasto. W obronie integralności państwa tureckiego wystąpiły Anglia i Francja, bombardując w 1840 r. Bejrut i zmuszając emira do ustąpienia.

W drugiej połowie XIX w. do Bejrutu napłynęły rzesze chrześcijan, maronitów, uciekających przed rzeziami w Damaszku i górach Szuf, co podwoiło ludność miasta i przyczyniło się do rozwoju handlu. W tym czasie w mieście pojawiły się też francuskie wojska. Z inicjatywy amerykańskich misjonarzy powstał Syrian Protestant College, przekształcony później w Amerykański Uniwersytet w Bejrucie, który uczynił miasto intelektualną stolicą świata arabskiego. Europejskie firmy, zwłaszcza francuskie, inwestowały w infrastrukturę – wodociągi, gazociągi, linie kolejowe, coraz bardziej umacniając wpływy w regionie.

Wraz z I wojną światową dla Bejrutu nastał czas głodu i epidemii, do których przyczyniła się wymierzona przeciwko Turkom blokada wojsk alianckich. Jedna czwarta ludności straciła życie, a rebelia antyturecka zakończyła się masowym wieszaniem buntowników, w miejscu, gdzie dziś znajduje się plac Męczenników (Place de Martyrs).

Po wojnie Bejrut wszedł w skład Wielkiego Libanu, państwa utworzonego na terytoriach syryjskich odebranych Turcji osmańskiej, odpowiadających terenom dzisiejszego Libanu. Kontrolę nad regionem sprawowała Francja, na mocy mandatu otrzymanego od Ligi Narodów, jednak już w trakcie II wojny światowej poparła niepodległościowe dążenia Libanu i w 1946 r. wycofała swoje wojska.

W latach powojennych Bejrut szybko się rozwijał, wyrastając na finansową i handlową stolicę Bliskiego Wschodu. Kwitnące życie kulturalne i rozrywkowe przyciągało zamożnych oraz międzynarodowe gwiazdy, przybywające drogimi jachtami i balujące całymi nocami w nadbrzeżnych hotelach. Na tę kosmopolityczną i liberalną atmosferę cieniem kładła się napięta sytuacja polityczna związana z antagonizmami wyznaniowymi i napływem tysięcy palestyńskich uchodźców, wśród których działały grupy fedainów. Hedonistyczne życie „Paryża Bliskiego Wschodu”, jak zwano wtedy Bejrut, okazało się krótkie i skończyło w 1975 r. wybuchem wojny domowej. Miasto, podzielone wzdłuż tzw. Zielonej Linii na terytorium chrześcijańskie i muzułmańskie pogrążyło się w anarchii, a jego poszczególne dzielnice przez piętnaście lat rządzone były przez wspierające tę czy inną frakcję milicje. Masakry, porwania i ataki samobójcze stały się codziennością. Interwencja Syrii na początku konfliktu oraz samolotowe ostrzały Izraela w 1982 r. dołożyły się do dzieła zniszczenia. Zanim falę narastającej przemocy udało się wreszcie opanować, zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, a Bejrut stał się już ruiną ze zdewastowaną gospodarką.

 

Przywróceniem miasta do dawnej świetności zajęła się firma-fundacja Solidere, założona przez zamordowanego w 2005 r. premiera Rafika Haririego. Zdołano odbudować śródmieście, a na nadmorskim pasie wyrosły nowoczesne budynki zaprojektowane przez światowej sławy architektów. Ambitne plany, mające uczynić z Bejrutu hipernowoczesną metropolię, wciąż jednak trafiają na kolejne przeszkody, obok ledwo co ukończonych inwestycji można więc jeszcze natrafić na zdewastowane budynki przypominające o kilkunastu latach krwawego konfliktu.

Zamiłowanie mieszkańców do uciech życia, ich wyrafinowanie i głód kultury sprawiają, że Bejrut kipi młodzieńczą energią. Złota młodzież z całego arabskiego świata ściąga do stolicy Libanu, by zakosztować niczym nie skrępowanej rozrywki. Wolność i hedonizm znów, jak dawniej, zagościły w życiu tego nigdy nie zasypiającego miasta.

Na jego świetlaną przyszłość kładą się cieniem kolejne, wybuchające co kilka lat konflikty. W 1996 i 2006 roku miasto zostało zbombardowane przez Izrael w odpowiedzi na ataki przebywających na terenie Libanu terrorystów palestyńskich, w 2008 r. stolicę na kilka dni zajął Hezbollach. W trakcie ciężkich walk zginęło kilkadziesiąt osób. W ostatnich latach życie polityczne i gospodarcze Libanu zdeterminowane jest w dużej mierze przez efekty wojny domowej w sąsiedniej Syrii. W swej historii Bejrut wychodził jednak z wszystkich większych problemów obronną ręką, można więc mieć nadzieję, że podobnie stanie się i tym razem.

Ludzie

Bejrut jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie i religijnie miastem Bliskiego Wschodu. Kilkanaście narodowości, każda ze swym bagażem historii i tradycji, tyleż samo religii i wiele języków sprawiają, że nie ma jednego klucza do poznania psyche mieszkańców stolicy Libanu.

Większość społeczeństwa stanowią chrześcijanie i muzułmanie, nawet jednak oni nie stanowią jednorodnych grup. Znajdziemy pośród nich maronitów, katolików, protestantów i prawosławnych różnych obrządków, sunnitów, szyitów, druzów, a pomiędzy nimi wszystkim biegnie jeszcze dość zawiła linia podziałów politycznych. Religia jest dla tożsamości Libańczyków sprawą kluczową, stąd deklaracje o byciu ateistą nie spotkają się zrozumieniem. Chrześcijanie odrzucają tożsamość arabską, identyfikując się z Europejczykami, zwłaszcza Francuzami, przy czym niektórzy z nich przekonani są o swym pochodzeniu od Fenicjan. Większość muzułmanów z kolei utożsamia się z Arabami i muzułmanami z innych krajów Bliskiego Wschodu. Na ulicy usłyszymy język arabski, francuski, angielski, często też ormiański, szyldy i znaki wymalowane są w alfabecie arabskim i łacińskim, a w sklepie bez problemu zapłacimy nie tylko funtami libańskimi, ale też amerykańskimi dolarami.

Spacerując po nowoczesnej i międzynarodowej dzielnicy Hamra, wzdłuż nadmorskiej promenady Corniche, odnowionej starówce Nejmeh czy rozrywkowej ulicy Monot, możemy poczuć się jak w mieście zachodnioeuropejskim, zapuszczając się trochę na południe lub na zachód zakosztujemy dla odmiany smaków i zapachów orientu. Podział ten nie jest jednak nienaruszalny. Ludzie różnych tradycji i wyznań żyją obok siebie w wielu dzielnicach, mijają się na ulicy, w drodze do pracy czy do świątyni. I tak jak meczet stoi koło kościoła katolickiego, cerkiew koło synagogi, tak biznesmen w garniturze od Armaniego z najnowszym smartfonem w jednej ręce i kubkiem kawy od Starbucksa w drugiej, przysiądzie na ławce obok palącego sziszę brodatego starca w dżelabii; kobieta o rozwianych włosach przemknie obok dziewczyny w hidżabie, a głęboki dekolt i minispódniczka odbiją się w spojrzeniu poczernionych kohlem oczu wyglądających spod nikabu.

Turystom ta różnorodność i wynikający z niej brak powszechnie obowiązujących norm obyczajowych ułatwiają podczas podróży uniknięcie wpadki. Mimo wszystko pamiętać jednak należy o podstawowych zasadach, dzięki którym nie narazimy się na krzywe spojrzenia miejscowych: skromnym stroju podczas wizyty w kościele, a w meczecie o zdjęciu butów, ubraniu zakrywającym ręce i nogi oraz nakryciu głowy dla kobiet. Ulica rządzi się innymi prawami, ale i tu lepiej nie tracić czujności, gdyż to co dozwolone w jednym miejscu, będzie źle widziane w innym, a przejście zaledwie kilkuset metrów może wprowadzić nas z jednego świata w drugi. Zwykłe bonjour i merci oraz uśmiech z pewnością pomogą zaskarbić przychylność, tym bardziej, że niezależnie od pochodzenia i wyznawanej religii Bejrutczycy to ludzie serdeczni, otwarci i niewiarygodnie wręcz gościnni. Zapoznanemu turyście gotowi są nieba przychylić, gdyż zasadę „gość w dom, Bóg w dom” traktują śmiertelnie poważnie, bez względu na to, jak sobie tego Boga wyobrażają.

Kuchnia

Bejrut wraz z całym Libanem uchodzi za kulinarne królestwo. Tutejsza kuchnia czerpie pełnymi garściami ze śródziemnomorskiej tradycji, sięga po bliskowschodnie przepisy i bierze ciut z kulinarnych nowości, korzystając przy tym chętnie z lokalnych i sezonowych produktów. W efekcie powstaje niepowtarzalna mieszanka smaków i aromatów, trafiająca w gusta niemal wszystkich miłośników dobrego jedzenia. Wystarczy wspomnieć, że wiele osób przybywających do Bejrutu podróżuje tu właśnie w celach kulinarnych, poświęcając temu tematowi niemal całą uwagę.

Najbardziej znaną cechą libańskiej kuchni jest jej różnorodność. Sporo w niej wpływów francuskich, tureckich i ormiańskich, a ilość popularnych dań może przyprawić o zawrót głowy. Ta mnogość potraw przejawia się przede wszystkich bogactwem mezzes – przekąsek, które niejednokrotnie mogą zastąpić cały posiłek. Podczas bardziej celebrowanych spotkań na stołach pojawiają się ich dziesiątki.

Mezzes, choć popularne w całym kraju, szczególnie mocno przypadły do serca mieszkańcom Bejrutu. Modę na nie rozpropagowali studenci licznych w mieście uczelni oraz zabiegani kupcy i przedsiębiorcy pojawiający się w stolicy w interesach. Ze względu na ograniczone finanse lub deficyt wolnego czasu, poszukują oni łatwo dostępnych, pożywnych dań. Na te potrzeby szybko odpowiedziały miejscowe knajpki i restauracje. I tak, choć większość Libańczyków na co dzień jada posiłki składające się z zupy i drugiego dania, bejruckie lokale oferują niezliczoną ilość przekąsek.

Niemal zawsze podawane są one ze świeżym płaskim pieczywem typu pita. Te drożdżowe placki to nie tylko danie, ale też rodzaj sztućców – nakłada się nimi dipy, jogurty, sałatki. Podczas większych spotkań, na stole wpierw pojawiają się przystawki na zimno. Najczęściej jest to oliwa, w której macza się chleb; warzywna sałatka (z pomidorów, papryki, cebuli, ogórka, sałaty); warzywa z dodatkiem grzanek i przyprawiane sosem (fattouche) oraz tabboulé, czyli apetyczne danie z zielonej pietruszki, mięty, cebulki, pomidorów i kaszy pszennej bulgur. Tabboulé najbardziej smakuje mocno schłodzone. Dodatek odświeżającej mięty sprawia, że sałatka ta szczególną popularnością cieszy się latem, gdy Bejrut tonie w upałach. Obowiązkowym punktem spotkania jest też hummus – pasta z cieciorki z oliwą i tahini, czasami z dodatkiem gęstego jogurtu – a także moutabbal, którego bazą jest rozdrobniony miąższ bakłażana. Dodaje się do niego czosnek i sok z cytryny, a nierzadko pastę tahini i ziarenka owocu granatu. Spróbujmy też dolma – ryżu z mięsem zawijanego w marynowane liście winogron – oraz sambusak, czyli nadziewanych warzywami pierożków, smażonych w tłuszczu lub pieczonych w piecu.

Oprócz oliwek we wszystkich możliwych odmianach, Libańczycy zajadają się także marynowanymi warzywami (m.in. białą rzodkwią) oraz kiszonymi cytrynami. Na stole mogą pojawić się także mezzes na ciepło – falafele (purée z cieciorki z przyprawami, smażone w głębokim tłuszczu), nadziewane paszteciki z ciasta chlebowego bądź smażone bakłażany posypane orzeszkami piniowymi i mieszanką ziół za'atar.

Jeżeli po obfitości przystawek dotrwamy do głównego dania, przypuszczalnie będzie to posiłek mięsny. W libańskiej kuchni prym wiedzie jagnięcina i baranina. Popularnym daniem są kebbés – mielone kotlety baranie z dodatkiem bulguru (mięso czasem zastępują warzywa lub ryby). Kotleciki z mielonej baraniny z dodatkiem cebuli i natki pietruszki bądź zielonej kolendry, duszone w pomidorowym sosie to kofta. Popularnym szybkim daniem ulicznym są shawarmy, siekane mięso zawijane w płaski chlebek, z dodatkiem warzyw i jogurtu. Na stołach nie brakuje też gęstych zawiesistych zup mięsno-warzywnych.

Choć Liban nie jest kojarzony ze światem winnym, to właśnie tereny bliskowschodnie są historyczną kolebką tego alkoholu. Starożytni na terenie dzisiejszego Libanu, Syrii i Palestyny wznosili tłocznie, a dolina Bekaa do dziś uchodzi za doskonałe miejsce do uprawy winorośli. Wino produkowano tu już 5 tysięcy lat temu, trudno się więc dziwić, że libańskie trunki – choć szerzej mało znane – potrafią zaspokoić wymagania wytrawnego miłośnika i znawcy bachusowego trunku.

Winnice w dużej mierze zostały zniszczone podczas powtarzających się bombardowań i bliskowschodnich konfliktów. Większość jednak nadal produkuje, choć ze względów bezpieczeństwa beczki pełne trunku często przewożone są na starzenie do innych krajów i miast (zwykle do Londynu). Ze względu na historyczną obecność w Libanie Francuzów, sadzi się tu przede wszystkim odmiany winorośli dobrze zadomowione we Francji: cabernet sauvignon, carignan, cinsault, grenache i syrah. Lokalnymi szczepami, na których bazują wina białe są obaideh i merwah.

Najbardziej znane libańskie wina pochodzą z posiadłości Château Musar. Flagowe trunki tego producenta skierowane są do bardziej wymagających odbiorców (ich typową cechą jest silna octowo-migdałowa nuta, która nie każdemu przypadnie do gustu), dla pozostałych przygotowano równie udane, choć bardziej konwencjonalne kupaże cabernet sauvignon i syrah. Nieco tańsze, a również warte zainteresowania są wina produkowane w winnicach Kefraya, Massaya oraz Château Ksara.

Będąc w Bejrucie, rozejrzyjmy się też za nieco mocniejszym libańskim trunkiem – arakiem. Ta krystalicznie czysta wódka anyżowa pita jest zwykle z wodą. Po jej dodaniu alkohol nabiera mlecznego koloru. Tradycyjnie arak pije się w niewielkich ilościach po posiłku, co ma sprzyjać poprawie trawienia.

Na co dzień jednak – zamiast wina lub araku – bejrutczycy częściej sięgają po kawę. Mocną, aromatyczną, często z dodatkiem kardamonu, pitą w małych filiżankach. Typowa libańska kawa jest nieprawdopodobnie słodka i – jakby tego było mało - podawana z jeszcze słodszymi ciastkami. Jeżeli nie chcemy ulec absolutnemu przesłodzeniu, poprośmy o kawę mazbut, czyli z niewielkim dodatkiem cukru. Słodycze oferowane są zwykle w niewielkich porcjach – mogą to być kawałki unurzanej w syropie baklawy, niewielkie rurki wypełnione słodkim serem bądź kremem karmelowym (kenafeh), budyń, czy kandyzowane daktyle bądź opiekane w karmelu orzechy.

Ogromną zaletą libańskiej kuchni jest też obfitość owoców. Mango, figi, granaty, pomarańcze, mandarynki dostępne są niemal na każdym rogu, podjada się je często do kawy lub pije wyciskane z nich soki. Najtaniej dostaniemy je na mobilnych ulicznych stoiskach, których nie brakuje szczególnie wieczorem w okolicach nadmorskiej promenady.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?