Opowieści z angielskiego dworu. CamillaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Magdalena Niedźwiedzka, 2017

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© EPA/PAP; Getty Images; mozZz/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Rydzewska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-780-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintroowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

BALMORAL, 31 SIERPNIA 1997

Obudziło go głośne, natarczywe pukanie. Zanim oprzytomniał, drzwi się uchyliły. W stojącej w półmroku postaci następca tronu rozpoznał swego sekretarza Stephena Lamporta.

– Księżna Walii miała wypadek samochodowy – powiedział mężczyzna i podszedł do łóżka. Zawisł nad Karolem, nie panując nad ruchami. Przypominał pijanego. – Żyje – relacjonował szeptem, mimo że w pokoju nie było nikogo poza nimi. – Nic jej nie zagraża.

– Kontaktowałeś się z kimś kompetentnym? – Książę był zły, że była żona wciąż go prześladuje. Miała wrodzony dar wywoływania skandali. – Jaki to szpital? Co się w ogóle stało?

– Operują – odparł Stephen wymijająco i wrócił do salonu sąsiadującego z sypialnią, pozwalając Karolowi otrząsnąć się ze snu i włożyć szlafrok.

Ponieważ drzwi się za nim zamknęły i nastała ciemność, książę sięgnął do włącznika światła, potrącając jedną z porcelanowych figurek Diany. Kupowała je na całym świecie i ustawiała wszędzie. Figurka spadła na podłogę i roztrzaskała się w drobny mak.

– Jasny gwint! – skwitował książę bez żalu, otulił się szlafrokiem i wszedł do salonu. Twarz sekretarza przypominała zmiętą szmatę. – Jezu, która godzina?

– Szofer Diany stracił panowanie nad kierownicą. On i Al-Fayed zginęli na miejscu.

W głowie księcia zapaliła się czerwona lampka. Sytuacja z kategorii „irytująca” przesunęła się do kategorii „niebezpieczna”. Karol usiadł i zastygł w bezruchu, zastanawiając się, czy powinien obudzić synów. Postanowił, że zaczeka na konkretne wiadomości. Źle się działo. Za dużo pisano o tym egipskim playboyu, nowym przyjacielu Diany. Rozdmuchiwano historię ich znajomości, przydawano jej znaczenia. Książę wyobraził sobie szydercze komentarze prasy: księżna Walii ranna w wypadku podczas romantycznej przejażdżki z ukochanym. Wolałby oszczędzić tego chłopcom. To, że ich matka przeżyła wypadek, w którym kierowca i drugi pasażer zginęli, jakoś go nie zdziwiło.

Oddalił Stephena i zadzwonił do Camilli. Był zły, że Diana znowu wpakowała się w kłopoty. I zaniepokojony – mimo wszystko. Ta kobieta miała pecha.

– Diana jest ranna – zaczął, usłyszawszy zaspany głos przyjaciółki. – Jej samochód się roztrzaskał. Al-Fayed nie żyje. Kierowca również zginął. Zawieźli ją do któregoś z paryskich szpitali, nawet nie wiem do którego. Jezu Chryste, czy ja nigdy nie będę miał spokoju? Chłopcy pewnie zechcą do niej jechać. Głośno myślę. Jesteś tam? – rzucił z wściekłością, bo po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. To nie pomagało.

– Harry i William muszą do niej jechać – zawyrokowała Camilla, co jeszcze bardziej rozgniewało księcia.

Przyjaciółka nie miała pojęcia, co się stało ani w jakim stanie jest Diana. Dlaczego rozstrzyga, kto i co powinien?! Karol zawstydził się, stwierdzając w duchu, że minione lata kompletnie zszargały mu nerwy. Zachowywał się jak wariat.

– Niech to jasna cholera. – Uderzył dłonią w oparcie fotela. – Trzymałem chłopców z dala od gazet, żeby nie czytali głupstw, a tu masz. Teraz dopiero się naczytają.

– W jakim ona jest stanie? Znasz szczegóły?

– Czekaj, Lamport znowu się dobija. Zadzwonię za chwilę.

Karol darował sobie uwagę, że jego apartament nie jest dworcową poczekalnią, choć zaaferowany sekretarz wszedł bez pozwolenia.

– Co znowu? Coś wiadomo? – burknął książę, odłożywszy słuchawkę.

Zaniepokoił go wyraz twarzy Stephena. Zmarszczki na czole mężczyzny pogłębiały się, gdy krzywił usta. Miał łzy w oczach.

– Diana nie żyje.

Książę chciał zapytać, czy to pewne, chwilę później, czy mówiąc „nie żyje”, Lamport ma na myśli to samo, co on, ale zmilczał, bo zaczęło do niego docierać, co usłyszał. Nie wiedział wcześniej, że w ułamku sekundy można dostać migreny. Poczuł mdłości z bólu.

– Zmarła – rzekł Lamport z gniewem, kompletnie nad sobą nie panując. – Nie przeżyła. Nie było szans. Tak twierdzą lekarze. Rozmawiałem z dyrektorem szpitala. Wiadomość jest, niestety, pewna.

Wstrząśnięty Karol wysłuchał relacji o paparazzich, do ostatniej chwili prześladujących Dianę, i wyprosił Stephena, żeby zebrać myśli.

Wypadek Diany to jedno, a jej śmierć to zupełnie co innego. Tego się nie spodziewał. Nie miała prawa umrzeć przed nim. Nie w ten sposób, nie tak nagle. To był jakiś kiepski żart. Książę nie usiadł, ale zwalił się na fotel, jakby nagle stracił władzę w nogach. Życie nie kończy się ot tak, nad ranem, bez powodu. Ścigali ją paparazzi. Rozpędzony samochód uderzył w betonowy filar podziemnego tunelu. Nie miała zapiętych pasów, bo i po co je zapinać?

– Nie miała prawa tego robić – syknął z wściekłością. Bo… nie miała prawa. Boże… Jakie to jest… nieprawdopodobnie beznadziejne.

Siedział ze zwieszoną głową, nie wierząc, że Diana odeszła. Nie przyjmował tego do wiadomości. Kilka minut później połączył się z Camillą, by zapytać, jak się zachować w sytuacji, która go przerasta. Chciał posłuchać jej genialnych rad. Zawstydził się sarkazmu. Przerażenie i dojmujący smutek mieszały się z głuchym gniewem.

– Powiedz mi, dlaczego ona mi to robi? – powtarzał. – Czemu, Camillo? Jest potrzebna chłopcom. Wszystko wzięło w łeb, rozumiesz? Całe nasze cholerne życie! – krzyknął. – Załatwiła nas! Jasny szlag! To koniec.

Książę odbył kilka rozmów. Pierwszą z synami i ta była wyczerpująca. Drugą z Fellowesem, szwagrem Diany i doradcą królowej; nie bawili się w sentymenty, wymienili uwagi na temat technicznej strony sprowadzenia ciała księżnej do Anglii. Trzecią z matką. Królowa nie wyraziła zgody na pochowanie synowej zgodnie z dworskim protokołem. Doradcy utwierdzali ją w przekonaniu, że pozbawiona tytułów była księżna Walii, co powtórzyli kilkakrotnie, nie może być traktowana na równi z członkami rodziny królewskiej.

– O czym ty mówisz, mamo? – żachnął się następca tronu, z trudem panując nad ogarniającą go wściekłością.

Był zły zwłaszcza na Fellowesa, który jak zwykle nieźle namieszał, niby to mediując między nim a matką. Fellowes nienawidził Diany. On i Karol skoczyli sobie do gardeł. Padły słowa, których obaj natychmiast pożałowali. Królowa przywołała ich do porządku.

– Co ma rozwód do rzeczy?! – krzyczał książę. – Nie przestała być matką przyszłego króla! Na miły Bóg, nie odeślemy przecież jej ciała do miejskiego domu pogrzebowego; to jakiś absurd. Nie róbmy z tego farsy, bo świat nas wyśmieje. – Podszedł do matki. Była przybita nie mniej niż on, lecz uparta; w głębi serca wciąż skrywała urazę do zmarłej. – Mamo – szepnął, żeby Fellowes nie słyszał. – Chłopcy są wstrząśnięci. Uszanujmy ich ból.

– Pogrzeb będzie wystawny – powiedziała po chwili królowa.

Karol nie wierzył własnym uszom. Wystawny? Czyli królowa sypnie groszem? Jakie to małoduszne. A zdawało mu się zawsze, że matkę cechuje szlachetność.

– Książęta życzą sobie, by księżną Walii pochowano zgodnie z etykietą. Ja również, mamo. – Spojrzał królowej w oczy.

– Nie zgadzam się – usłyszał.

Byłby trzasnął drzwiami, gdyby nie kamerdyner usłużnie je otwierający i zamykający. Książę zbiegł ze schodów zamku Balmoral i już po chwili leciał helikopterem do Londynu. Nie chciał, żeby w ostatniej podróży towarzyszyły Dianie wyłącznie jej siostry. Synowie liczyli na niego, wierzyli, że uczyni wszystko, by pochowano ich matkę jak księżną Walii. Nie zdawali sobie sprawy, że zdanie ojca nic nie znaczyło wobec uporu królowej i jej współpracowników.

LONDYN–PARYŻ–LONDYN, 31 SIERPNIA 1997

Tragiczna wiadomość obiegła świat. Nim Karol doleciał do Paryża, już komentowano dziwne zachowanie rodziny królewskiej, udział jej członków w niedzielnej mszy, podczas której nawet nie wspomniano o wypadku księżnej.

Książę skierował się prosto do szpitala, gdzie byli już prezydent Francji Jacques Chirac z żoną, premier Lionel Jospin i minister zdrowia Bernard Kouchner. Książę wszedł do pomieszczenia, w którym było ciało księżnej. Spojrzał na jej przerażająco białą twarz, czując dławiący ból i żal do losu. Jak mogła odejść tak niespodziewanie? Jak to w ogóle możliwe? Miał wyrzuty sumienia. Czuł się winny, że jej życie nie potoczyło się, jak tego pragnęła.

Jeszcze niedawno wierzył, że Diana odnajdzie szczęście. To by go z pewnością rozgrzeszyło, a obojgu poprawiło opinię. Księżna Walii, uwielbiana przez media, póki im schlebiała, odeszła w niesławie, ledwie zażądała od nich prywatności. Nagle stała się niepotrzebna. Prasa ją szkalowała, rodzina królewska jej nie chciała. Nie dopuszczono, by została ambasadorem Zjednoczonego Królestwa. Budziła tanią sensację i wywoływała skrajne emocje. Poddani ją uwielbiali. Dopiero zaczynała życie na własny rachunek. Czemu, do cholery, zaczęła je u boku…? Nie szukała bezpieczeństwa i spokoju. Goniła za nowymi wrażeniami.

 

Patrzył na ciało Diany i przepraszał ją za życie, na jakie ją skazał. Nie powinni byli brać ślubu. Nigdy i pod żadnym pozorem. Nie powinien był się przy niej zatrzymać, ulec namowom, powiedzieć „tak”.

Zagubił się. Przecież dotykał jej twarzy i była w tym czułość, szansa na głębsze uczucie. Dlaczego robił to, co ją denerwowało? Po narodzinach Williama mogli być szczęśliwi. Tak mu się przynajmniej wydawało, mimo że nie rozumiał cierpienia i pretensji żony. A może po latach oszukiwał sam siebie? Korzystał przecież z byle pretekstu, by się od niej oddalić. Nie potrzebował Diany, więc cokolwiek robiła, nie starał się nawet jej zrozumieć. Nie zastanawiał się nad poczynaniami i emocjami żony, bo nie musiał. Wywoływała w nim jedynie protest. Teraz, zamknięty z Dianą w ciasnej przestrzeni szpitalnej sali, czuł przerażającą pustkę, beznadziejną potrzebę porozmawiania z nią, wytłumaczenia, że nie była winna… temu, co się stało.

W wyobraźni widział ją jeszcze wychodzącą z gabinetu królowej – milczącą, zatopioną w swoich myślach. Dziewczynę rzucającą w wodę kamieniami, płoszącą mu ryby. Nastolatkę całowaną na pałacowym balkonie ku uciesze milionów przez mężczyznę przesiąkniętego zapachem miłosnej nocy spędzonej z inną kobietą. Półprawdy i półkłamstwa. Skazał ją na życie w osamotnieniu, tyle że… czuł się wtedy równie samotny i oszukany. Diana z uśmiechem składająca przysięgę małżeńską w samym centrum śnionej na jawie baśni dla pospólstwa. Gdzie był on w tym wszystkim? Nikt z bliskich nie udawał, że wierzy w jego miłość do Diany. Pilnowano tylko, by się nie wycofał. Powinien był powiedzieć „nie”, zranić ją wtedy, ale pozostawić wolną. Mogła być szczęśliwa.

W asyście wojska, z wszelkimi honorami wyprowadzono trumnę z ciałem Diany ze szpitala i przewieziono na lotnisko wojskowe, skąd rozpoczęli podróż do Anglii – książę Walii, siostry zmarłej, lady Sarah McCorquodale i lady Jane Fellowes, zaufany lokaj zmarłej i szef ochrony.

Królowa była nieugięta w kwestii pochówku. Spór nasilał się z godziny na godzinę. Karol zdecydował, że po wylądowaniu w Londynie przewiezie trumnę do kaplicy królewskiej w pałacu St. James bez zgody Jej Wysokości.

Kiedy lecieli nad Londynem, kazał się połączyć z premierem.

– Królowa nie zmieniła zdania, sir – usłyszał od Tony’ego Blaira – jesteśmy więc przygotowani na obie ewentualności. Dom pogrzebowy…

– Nie ma o tym mowy.

Premier taktownie zamilkł, upewniając się, że następca tronu skończył.

– Będę namawiał Jej Królewską Wysokość…

– Pozostajemy w kontakcie.

Książę zażądał rozmowy z matką. Ku jego zdziwieniu połączono go bezzwłocznie, zupełnie jakby Elżbieta czekała na telefon.

– Chciałem poinformować Waszą Wysokość, że zawiozę Dianę do kaplicy w St. James – oświadczył.

– Zabraniam ci – odparła.

To niesamowite, jak nad sobą panowała. W jej głosie był wyłącznie spokój.

Karol miał ochotę zawyć z bezsilności, zrobić matce karczemną awanturę. Nie starała się zrozumieć, co przeżywał. Przecież w kwestii, o którą toczyli spór, nie chodzi o zmarłą księżną Walii, lecz o niego i o przejmujący smutek, jaki go ogarnął, kiedy ujrzał Dianę – bladą i nieruchomą. Był to winien matce swoich dzieci. Jezu Chryste, czy tak trudno to pojąć? William pytał, gdzie ją pochowają. Skąd miał wiedzieć? Nie pierwszy raz w dorosłym życiu czuł się niczym sztubak.

– Mamo, zrobię, co uważam za słuszne. Przykro mi, że ci to mówię – rzekł uprzejmie, co, zważywszy na okoliczności, musiało zabrzmieć impertynencko. – Wiesz, że nie kieruję się sentymentem. Po prostu czuję, że tak trzeba. Jestem to winien chłopcom.

– Nie zgadzam się, Karolu.

– W takim razie masz czas, żeby pomyśleć, jak mnie ukarzesz.

Oddychał z trudem, zastanawiając się gorączkowo, do czego doprowadzi niesubordynacja. Był zdecydowany sprzeciwić się woli królowej. Jane i Sarah, siostry Diany, nie odzywały się do niego podczas całej przygnębiającej podróży. Ignorowały go, był znienawidzonym źródłem wszelkich problemów ich zmarłej siostry.

Kilkanaście minut później następca tronu stał na płycie lotniska, patrząc na wyłaniającą się z kadłuba samolotu trumnę.

– Do kaplicy w St. James – polecił zachrypniętym głosem.

Dotychczas nie umiał walczyć. Uznał, że czas się tego nauczyć. Synowie mu ufali. Tylko to się liczyło.

– Dzwoni sekretarz Fellowes, sir.

Karol z wściekłością przejął telefon.

– Jej Wysokość wyraziła zgodę na przewiezienie ciała księżnej do królewskiej kaplicy. Pogrzeb odbędzie się zgodnie z etykietą.

Książę dawno nie czuł takiej ulgi.

BALMORAL, WRZESIEŃ 1997

Karol wpatrywał się w ekran telewizora, nie wierząc, że to, co widzi, dzieje się naprawdę. Przed pałacami królewskimi zbierały się tłumy, setki tysięcy ludzi. Przed bramami i wzdłuż ogrodzeń piętrzyły się dowody pamięci; hałdy pożegnalnych bukietów, kartki, zdjęcia Diany. Kamery filmowały zapłakane, pełne rozpaczy twarze.

– Dlaczego nad pałacem nie ma flagi opuszczonej do połowy masztu? – pytano. – Gdzie jest nasza królowa?

Ludzie byli oburzeni i rozgoryczeni. Nikt nie zważał na to, że flagę wywieszano wyłącznie podczas obecności monarchy w rezydencji, i nawet gdy umierał, nie była opuszczana do połowy masztu na znak żałoby, ponieważ żył przecież jego następca.

– Wygnali Dianę – mówiono do kamer. – To oni są winni jej śmierci. Rodzina królewska.

Książę pomyślał, że takie nastroje grożą rozruchami. Nie przeżył dotychczas czegoś podobnego. To było spontaniczne, niekontrolowane i posępne. W niektórych miejscach zwały wiązanek sięgały półtora metra, rośliny na spodzie zaczynały gnić i wydzielać specyficzny fetor. Operatorzy kamer dwoili się i troili, by przekazać widzom atmosferę panującą w Londynie. Podgrzewali ją zresztą z całą bezwzględnością, świadomi, co czynią.

– Przepraszam, że przeszkadzam, sir. – Stephen Lamport stał na środku pokoju, cierpliwie czekając, aż Karol oderwie wzrok od ekranu telewizora.

– Daj mi chwilę – syknął książę, przysłuchujący się akurat nerwowej wypowiedzi młodej kobiety.

– Wszyscy ludzie, których dziś spotkałam, uważają, że królowa powinna przemówić, odezwać się, dać znać, że tragedia wstrząsnęła rodziną królewską. Jej milczenie jest źle odbierane. Jakby ich to nic nie obchodziło. Są nieczuli.

– Czego chcesz? – zapytał, przyciszając odbiornik.

– Pozwoliłem sobie, sir, zwrócić się w pańskim imieniu o zwiększenie policyjnej ochrony dla pani Parker Bowles.

Karol spojrzał w oczy sekretarza.

– Co się dzieje?

– Tłum jest wrogo nastawiony, Wasza Wysokość – oświadczył Lamport wymijająco.

– Wyślij kogoś z mojej ochrony – rzucił książę zdławionym głosem, zły, że nie pomyślał o tym wcześniej.

– Jak pan sobie życzy, sir.

– Niech kilka osób nie odstępuje jej na krok.

Stephen skinął głową i oddalił się bez słowa. Karol przeraził się nie na żarty. Wybrał numer Camilli. Nie przyszło mu do głowy, że jak zwykle wszelkie oskarżenia skupią się na niej. Niszczył kolejną kobietę, która się z nim związała; niszczył tylko dlatego, że go kocha. Dał jej tylko siebie. Może jego bliscy mieli rację, twierdząc, że powinien zerwać z Camillą, skoro konsekwencją tego, w co zmienił jej życie, były wyłącznie kpiny i nienawiść.

– Nie wychodź nigdzie, proszę – rzekł zdenerwowany. – Nie wyjeżdżaj z domu bez policji. Słyszysz, co do ciebie mówię?

Poinformował Camillę o decyzji królowej w sprawie pogrzebu księżnej Walii. Nie potrafił mówić o sobie. Słowa dławiły.

– Jak zniosłeś podróż? – zapytała.

– Boję się o ciebie – szepnął.

– Pilnuje mnie kordon policji na motocyklach. W nocy jadę do Nicka.

– Wieczorem wracam do Balmoral – oświadczył.

– Bądź z Williamem i Harrym. Potrzebują cię jak nigdy.

– Millu, chciałbym cię zobaczyć.

– Wiem, kochanie. Dasz sobie radę.

– Nie zniosę tego bez ciebie. Boję się, że ktoś cię skrzywdzi.

– Nic mi się nie stanie.

Tkwił pochylony nad słuchawką. Milczenie się przedłużało.

– Co ja mam robić? – spytał wreszcie. – Oskarżają mnie o śmierć Diany.

– Bzdura! Nie mów głupstw, Karolu. Rób, co ci dyktują serce i rozum. Zobaczymy się po wszystkim. Przestań się przejmować bezinteresowną nienawiścią.

– Boże… dlaczego, Camillo? Czemu nas to spotyka? Jestem winny. Z moralnego punktu widzenia to ja ponoszę odpowiedzialność za to, co się stało. Dlaczego nam to robią? To przekleństwo?

Książę źle się czuł. Codziennie gorzej. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Telewizja go przygnębiała. Ceremoniał pogrzebowy wydawał się nie do przejścia. Nie miał sił, by się z tym zmierzyć bez Camilli, jedynej osoby, która nie powinna się pojawiać w Londynie. Sekretarz nie musiał tłumaczyć, czego się obawiano. Nastroje groziły próbą dokonania samosądu. Psychoza się nasilała. Nikomu jeszcze nie grożono, na razie ograniczano się do gwizdów i poniżającego buczenia, ale zbiorowy ból mógł znaleźć ujście w bezmyślnym akcie okrucieństwa. W takich sytuacjach rozum śpi. Ludzie w tłumie czują się bezkarni. Nie brakowało szaleńców. Karol bał się o Camillę. Czuł żenujący strach i nieprzyjemny szum w uszach. Słyszał uderzenia serca pompującego krew.

Limuzyna królowej zatrzymała się przy samej bramie pałacu Buckingham, gwarantując Jej Wysokości możliwość bezpiecznego wycofania się, gdyby ktoś próbował ją znieważyć. Królowa lękała się. Pierwszy raz za swego panowania, pierwszy raz w życiu. Poddani zachowali się jednak z godnością, a gdy przywitawszy się z paroma osobami, odjechała, obserwowali, czy flaga nad rezydencją zatrzyma się w pół drogi. Kiedy wciągnięto ją na maszt, ulicami Londynu przeszedł pomruk niezadowolenia. Powtarzano, że rodzina królewska zlekceważyła pamięć Diany. Dziennikarze krążyli między ludźmi, relacjonując na żywo przebieg tego ponurego, dosyć statycznego widowiska. Po godzinie nerwowego wyczekiwania rozległy się okrzyki aprobaty. Flaga opadła do połowy masztu. Królowa ugięła się przed wolą zatrważających tłumów, zgromadzonych przed pałacem. Wystąpiła w telewizji, lecz jej chłodne słowa rozczarowały poddanych. Uznano je za tak wyważone, że aż wyzute z wszelkich uczuć.

Służby pałacowe na bieżąco monitorowały nastroje społeczne. Zdano sobie sprawę, że na to wydarzenie bez precedensu zwrócone są oczy całego świata. Nikt nie wiedział, czym się skończy zbiorowa histeria. Trzeba było nadzwyczajnych środków ostrożności i subtelnych działań, by nie wzburzyć i tak już podnieconych, pogrążonych w smutku, czekających na ostatnią drogę ukochanej księżnej tłumów jej wielbicieli, koczujących w namiotach, siedzących na trawnikach, wspartych o drzewa lub leżących wprost na chodnikach. Była w tym demonstracja przeciw rodzinie panującej, protest dobitnie świadczący o niezadowoleniu z jej posunięć.

Książę siedział nieruchomo ramię w ramię ze starszym synem. Śledzili relację telewizyjną. Karol przeżywał koszmar, widząc fragmenty swojej ceremonii ślubnej i roześmianą Dianę, której widok wywoływał łzy Williama. Skóra mu ścierpła, gdy zobaczył na ekranie dawny dom Parkerów Bowlesów. Chłodne oko kamery zajrzało przez jedno z okien do wnętrza i zatrzymało się na Camilli, ukazując jej twarz – bez komentarza, bez podkładu muzycznego, w złowrogiej ciszy. Nie mógł na to patrzeć. Wstydził się spojrzeć na Williama, bał się jego reakcji.

– Tato, muszę z tobą porozmawiać. Jednak chcielibyśmy iść za trumną mamy… całą drogę do opactwa. Dziadek twierdzi, że będziemy żałować, jeśli tego nie zrobimy.

– Pójdziemy razem – rzekł stanowczo książę.

William odetchnął z ulgą, jakby wcześniej wstrzymał oddech z obawy przed spodziewanym protestem. Karol objął go ramieniem.

– Pójdę z wami, synu.

– Powiesz o tym babci? Wytłumaczysz jej?

Książę był dumny z Williama. Nastolatek panował nad sobą, co budziło podziw, choć należało brać pod uwagę i to, że okrutna prawda nie całkiem jeszcze do niego dotarła.

– Chodź, zobaczmy, co się dzieje z Harrym.

Obecność synów w Balmoral działała kojąco. Nigdy wcześniej Karol nie czuł, że jest komuś tak bardzo potrzebny, że jest ostoją, więc nie może się załamać, wahać i wątpić. Stał się wyrocznią. To on podejmował decyzje. Synowie go nie odstępowali. Godzili się wyłącznie z jego wolą, gotowi zbuntować się nawet przeciw królowej. Czuli, że cokolwiek ojciec zrobi, zrobi to dla ich dobra. Karol tego potrzebował. Dzięki synom nie rozpadł się na milion kawałków. Nocą opowiadał im o Dianie – wbrew sobie – ciepło i wyczerpująco. Przemógł się.

 

– Była śliczna – szepnął Harry. Usta mu zadrżały.

Karol uśmiechnął się do niego. Przyjrzał się zdjęciu trzymanemu przez syna.

– Była piękna. Absolutnie piękna – potwierdził.

Niestety, wrzenie dotarło i do Balmoral. Rodzinę królewską odsądzano od czci i wiary. Powinni byli jechać do Londynu, ale książę nie wiedział, czy ze względu na synów to dobry pomysł. Pragnął im oszczędzić cierpień. Bał się również posądzenia o hipokryzję. Nie wierzono w jego smutek po śmierci Diany, a nie zamierzał nikomu tłumaczyć, co czuje.

Po uroczystościach żałobnych trumnę z ciałem księżnej przewieziono do Althorp, rodzinnej posiadłości Spencerów. Tam Dianę pochowano.