Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty

CO MA PRAWO DO POLITYKI?

Kraków, rok 1572

Marszałek Jan Firlej przystaje z ironicznym uśmieszkiem i spogląda ze wzgórza wawelskiego. Do zamku zbliża się orszak wojewody sandomierskiego Piotra Zborowskiego. Nie trzeba wypatrywać tarcz herbowych z Jastrzębcem, tylko Zborowski wjeżdża bowiem z taką pompą – wszak król umarł, nie jego więc przyjdzie powitać. Jest w tej ostentacji coś zdrożnego i prymitywnego. Muzycy wypluwają płuca, każdy gra, jakby od tego zależało jego życie, dźwięk fanfar odbija się od murów, konie drobią, twardo uderzając kopytami o bruk, dzieci i kilkunastoletni chłopcy pełnym głosem śpiewają Psalm dwudziesty trzeci, co tylko z pozoru kłóci się z melodią zapowiadającą przyjazd wielmoży, bo o to właśnie chodzi – o wzniosłą kakofonię dźwięków, podkreślającą majestat senatora Zborowskiego. Gdziekolwiek się pojawia, towarzyszy mu tumult i okrzyki zachwytu. Niewiasty podziwiają stroje błaznów i grajków, malcy – tresowane psy. Ilekroć któryś szczerzy zęby, rozlega się pełne uznania westchnienie. Mężczyźni nie spuszczają wzroku ze zbrojnych. Oddział husarii prezentuje się zachwycająco i groźnie, pióra na szyszakach drżą na wietrze, złote ostrogi błyszczą w słońcu, rycerze jadą z dumnie podniesionymi głowami, nie zwracając uwagi na zgromadzoną gawiedź. Równie dostojnie wygląda sam Piotr Zborowski z imponującym złotym łańcuchem na piersi, otoczony dwiema setkami gotowej na każde jego skinienie szlachty. Jest czujny i niezwykle spostrzegawczy. W pełnym słońcu widać modnie, z francuska przystrzyżone ciemne włosy, nieco dłuższe na czubku głowy, które rozwiewa podmuch wiatru. Senator zeskakuje z konia i uprzejmie wita marszałka.

– Znasz się, panie, na rzeczy – rzuca drwiąco Jan Firlej i zatacza dłonią szeroki łuk, wskazując orszak, który oddala się w idealnym porządku.

– Niewątpliwie – odpowiada zgryźliwie Piotr Zborowski. – Całe życie pracuję nad sobą, dążąc do doskonałości, panie marszałku.

– Bardzo chwalebne.

Pięćdziesięcioletni Firlej czuje łamanie w kościach. Ma wrażenie, że dolegliwość wzmaga się, ilekroć rozpalony wkracza do chłodnych zamkowych komnat, obawia się więc, że za moment stanie się to samo. Traci humor.

Zborowski przepuszcza go w drzwiach, po czym ramię w ramię wstępują na schody.

– Byłem przekonany, panie, że będziesz na naradzie – mówi Piotr.

– Powiedzmy, że czekałem na Zborowskich.

– Wydawało mi się, że opuszczasz zamek – zauważa wojewoda, nie kryjąc, że konwersacja go nudzi.

Nawykł do odbierania hołdów, drażni go uwaga skierowana na marszałka.

– Widocznie zbyt długo kazali na siebie czekać – śmieje się Firlej i natychmiast dodaje: – To żart, miłościwy panie.

– A mnie nie do śmiechu.

Jan przystaje, poważniejąc, i podążający za nimi rozdyskutowani szlachcice natychmiast się cofają. Z dala słychać już pomruk wypełnionej po brzegi sali obrad.

– Masz rację, Piotrze – przyznaje marszałek, z racji wieku pozwalając sobie na poufałość. – Robię, co w mojej mocy, żeby jakoś przetrwać trudny czas. Uwierzyłbyś, że August jednak umrze? Tak młodo? – Firlej gładzi posiwiałą brodę, zastanawiając się nad czymś. – Zabił go ponoć środek na potencję, nie powieki mu opuszczano, tylko… – Jego tubalny śmiech wypełnia komnatę, ale urywa się równie niespodziewanie, jak wybuchnął. – W podwileńskich lasach doszło do spotkania Radziwiłła Sierotki z Chodkiewiczem – szepce.

Piotr zastanawia się, czemu ma służyć odgrzewana informacja o spotkaniu Jana Chodkiewicza z Mikołajem Krzysztofem Radziwiłłem i legatem papieskim Giovannim Franceskiem Commendonem, które odbyło się jeszcze za życia Augusta i było jedną z tych tajemnic, jakie wszyscy znają.

– Dlaczego w lesie? – pyta mimo to. Wie z doświadczenia, że udawanie głupiego bywa opłacalne.

– Chcą zerwać unię z Rzecząpospolitą.

Piotr patrzy marszałkowi prosto w oczy, upewniając się, czy nie jest obiektem kpiny.

– Stracą na tym więcej od nas – odpowiada spokojnie.

Firlej patrzy na niego nieprzeniknionym wzrokiem.

– Litwini gardłują za kandydaturą Ernesta Habsburga, skądinąd słusznie uważając, że jak go przedtem uczynią wielkim księciem litewskim, Polacy, rad nierad, przyjmą go na króla – informuje.

– To się zdziwią.

– Nie bądź, waszmość, naiwny – niecierpliwi się marszałek. – Nie zdziwią się, albowiem są gotowi zerwać unię.

Krąg szlachty otaczającej dostojników wyraźnie się zacieśnił, więc Jan Firlej prostuje się i z rozpostartymi ramionami robi półobrót, co odnosi natychmiastowy skutek – wszyscy się cofają, a marszałek wraca do rozmowy.

– Niech no tylko spróbują zerwać unię – ożywia się Zborowski – a nasz nowo wybrany monarcha ruszy na nich i odbierze, co nasze. Niewiele im zostanie, a Moskwa chętnie się zajmie resztą, ponadto…

– Nie mów pan, że popierasz kandydaturę cara, bo uznam, żeś jednak naiwny do bólu. Cała diabelska Litwa go popiera – przerywa mu marszałek, wypatrując czegoś ponad głowami szlachty.

Piotr uśmiecha się złośliwie.

– Masz na myśli prostaków, którzy karmią się nadzieją, że skoro Iwan tępi wielkie moskiewskie rody, to samo uczyni z magnatami na Litwie?

– A nie będzie tak? – syczy Firlej.

– Może będzie, może nie – odpowiada Piotr gwałtownie. – Magnaci litewscy wysłali do cara poselstwo, łudząc go koroną, ale Iwan zna te pokrętne szuje. – Zborowski ścisza głos. – Gdybyśmy wybrali go na króla, pomógłby nam utrącić co poniektórych litewskich możnowładców, którzy wynoszą się ponad koroniarzy. Odebralibyśmy im ziemie, które się nam prawem należą.

– Stronnictwo prymasa nigdy do tego nie dopuści – oświadcza marszałek i trudno stwierdzić, czy go to obchodzi.

– Biskup Karnkowski chętnie go zastąpi na stanowisku prymasa – ucina Zborowski.

Jego twarz jest posągowa, a postać majestatyczna, więc prawdopodobnie dlatego większość ma go za starszego, niż jest.

Firlej rozpromienia się, ujmuje senatora pod ramię i razem ruszają w stronę komnaty, w której mają się odbyć obrady.

– Dajże spokój, panie wojewodo – mówi pogodnie – biskup Karnkowski wierzy w nawrócenie Iwana na katolicyzm, żyje w świecie ułudy, a my potrzebujemy ludzi twardo stąpających po ziemi.

– Wybierzemy króla systemem viritim, każdy szlachcic, który nie przybędzie na elekcję, da głowę.

Marszałka bawi stanowczość Zborowskiego. Chce mieć młodego senatora po swojej stronie, nie zamierza więc go zrażać.

– Chce pan rzezi, senatorze? – pyta z uśmiechem.

– Chcę porządku, panie marszałku; czas zaprowadzić w Rzeczypospolitej porządek. Nasz, świeć, Panie, nad jego duszą, król Zygmunt August umarł z powodu bardzo ciężkich grzechów.

– Oczywiście, panie wojewodo. A każdy z nas jest kryształowy – żartuje Firlej.

Lubi Piotra Zborowskiego, gdyż jest świetnie wykształcony i przede wszystkim opanowany, czego nie da się powiedzieć o jego młodszych braciach. Wszędzie ich pełno, zwłaszcza tam, gdzie wybuchają awantury.

– Co wasza miłość ma przeciwko mnie? – pyta Piotr lodowatym tonem, dotknięty do żywego insynuacją, że i on winien jest ciężkich grzechów.

– Myślałem o ludzkości, nie o panu.

– Nie pozwolę kalać mego rodu.

– Nawet mi to przez myśl nie przeszło. – Marszałek klepie Zborowskiego po kościstym ramieniu. – Lubię pańską błyskotliwość, wojewodo, ale bracia waszmości mają gorące głowy; mówię to z sympatią, lecz trzeba coś z tym zrobić, dać ujście energii, angażując ich w jakieś zbożne działania, sam pan to wie najlepiej.

Pojawienie się Jana Firleja wywołuje ożywienie wśród zebranych, nikt jednak nie śmie podejść do najwyższego świeckiego dostojnika w państwie, widząc, że rozmawia z senatorem Zborowskim.

– Nastał czas, gdy powinniśmy pochylić się z troską nad państwem, bo to wartość nadrzędna – oświadcza Piotr i krzywi się, świadom, jaki truizm wygłosił. – Monarchowie przemijają.

Piotr jest w opozycji do Firleja, Bóg wie dlaczego, skoro marszałek jest nie tylko najwyższym dostojnikiem, ale i nieformalnym przywódcą kalwinistów, czyli obozu Zborowskiego. A może dlatego właśnie?

Wojewoda sandomierski rzuca szybkie spojrzenie na chude, odziane w pończochy łydki marszałka, widoczne poniżej sięgającego do kolan letniego płaszcza. Skórzanych, krótkich butów Firleja nie zdobi żaden klejnot, Piotrowi wydają się rozczłapane i znoszone.

– Wnoszę z pańskich wzniosłych słów, że Zborowscy podważą testament Zygmunta Augusta.

Wzrok Piotra napotyka czujne spojrzenie Firleja, który wyczuł chyba niechęć wojewody.

– Czyli? – Zborowski podnosi brew. – Kto jest w posiadaniu testamentu króla?

– Jego siostra Anna.

Wojewoda lekceważąco wzrusza ramionami.

– Królewna chce po prostu wykorzystać sytuację…

– Otóż nie – wchodzi mu w słowo marszałek. – Naprawdę powierzył jej testament. Wraz z Katarzyną i Zofią odziedziczyła po Auguście cały jego majątek, ziemie, klejnoty…

– Nie ograbią matki Rzeczypospolitej!!!

Wybuch wojewody nie uchodzi niczyjej uwagi. Firlej mruży oczy, kręcąc koniec długiej brody.

– Bardzo pięknie powiedziane – mówi z ironią. – Wracając do systemu viritim, uważa pan, wojewodo, że zyskamy większość podczas elekcji? Trzeba to spokojnie rozważyć. Za mną pójdzie Małopolska, na szczęście mają tu otwarte głowy i słabość do nowinek religijnych.

– Nie cierpię, gdy się moje wyznanie określa mianem nowinki religijnej.

– Szkoda czasu na przekonywanie przekonanego – uspokaja go marszałek. – Musimy porozmawiać o ważniejszych sprawach. Jeszcze dziś podczas obrad zamierzam zgłosić pańską kandydaturę, panie wojewodo, do komisji, która się zajmie umocnieniem zamku w Tykocinie i inwentaryzacją wszystkiego, co się w nim znajduje. Przewieziono tam zwłoki Zygmunta Augusta.

 

– Anna czuwa przy nich?

– Uchowaj Boże – obrusza się Jan Firlej – postradałeś zmysły, wasza miłość? Zabroniliśmy królewnie zbliżać się do Tykocina.

– Nie rozumiem, przecież czuwanie przy zmarłym to obowiązek każdego chrześcijanina.

– Panie wojewodo! Królewna Anna jest siostrą dynasty, który na dodatek w przypływie szaleństwa zapisał jej fortunę. Nie jest chrześcijanką, która pragnie spędzić każdą chwilę przed pogrzebem brata przy jego ziemskich szczątkach, tylko największym zagrożeniem dla wolności Rzeczypospolitej. Mieliśmy już Bonę, nie chce pan chyba powtórki tego spektaklu.

– W podziemiach tykocińskiego zamku znajduje się skarbiec – zaczyna Piotr.

– Co pan powie? – przerywa mu marszałek.

– Nie podoba mi się sposób, w jaki pan ze mną rozmawia, panie marszałku.

– Wybacz, panie wojewodo, czasem się zapominam. Usztywniłem swoje stanowisko na czas bezkrólewia, wiedząc, że wielu chce rozszarpać nasz osierocony kraj. Zadbasz w Tykocinie o nasze interesy.

– Mimo wszystko to nie po bożemu – upiera się Piotr.

– A po bożemu będzie oddać skarby starej pannie? – obrusza się marszałek.

Piotr zauważa, że żaden z senatorów nie jest ciekaw ich rozmowy, z czego jasno wynika, że była ukartowana. Firlej czekał przed zamkiem, ponieważ miał z nim do pomówienia. Czego chce? Czego chcą oni wszyscy? Rządów dla Firleja na czas bezkrólewia?

– Na co Annie niezmierzone dobra? – kontynuuje marszałek wielki koronny. – Mało to ma klejnotów po matce? Dla kogo chce się stroić? Za mąż jej przecież nie wydamy.

– Ano nie – przyznaje Piotr i zerka w bok, dając do zrozumienia, że chce się oddalić. – Jest wyschniętym pniem, znajdzie przystań w którymś z zakonów. Prymas Uchański obradował w Łowiczu, ma za sobą całą Wielkopolskę.

Marszałek chwyta Zborowskiego za rękaw haftowanego złotem kubraka. Piotr wymownie patrzy na jego dłoń, kiedy zaś Firlej ją cofa, wojewoda otrzepuje zmięty rękaw giermaka i prostuje się.

– Może czas się policzyć, panie wojewodo? – pyta Firlej. – Sprawdzić, ilu nas jest, i przejąć stery?

– Martwi mnie Mazowsze – rzuca Piotr na odczepnego, dając znaki swemu bratu Samuelowi.

– Mazowsze mogło nam zagrozić za życia Bony Sforzy, bo w zasadzie było jej dziedzicznym księstwem; teraz jest osierocone. Anna nie zna się na polityce.

– Trzeba je podkupić.

– Niechże pan zaczeka, panie wojewodo – denerwuje się marszałek. Najwyraźniej nie załatwił sprawy, którą chciał załatwić, z trudem więc panuje nad irytacją. – Zdobędziemy przychylność tych, z którymi szlachta się liczy, to w zupełności wystarczy – zapewnia. Sygnet z rubinem, który ma na palcu, rzuca ostry refleks prosto w oko Zborowskiego. – Ważniejsze, żebyśmy zaciągali poczty za własne pieniądze, by nie dopuścić do wewnętrznych rozruchów.

– Powiadają, że Mniszchowie ograbili zmarłego króla z pieniędzy.

Firlej nie reaguje, zna bowiem genezę niechęci pomiędzy Zborowskimi a Mniszchami, którzy nie dali swojej siostry jednemu ze Zborowskich.

– Będziesz, wasza miłość, w Tykocinie, to się rozejrzysz i dojdziesz prawdy – mówi wymijająco. – Nie popierasz cara, panie wojewodo, czemu więc kluczysz? – pyta nagle wprost.

Piotr patrzy na niego z góry, po czym przenosi wzrok na okna. Widać za nimi ciemne chmury. Który to już dzień z rzędu zbiera się na burzę? Ludzie są rozdrażnieni, od samego rana zlani potem.

– Żaden z nas nie jest szczery; szczerość to przywilej kmiotów, panie marszałku.

– Racja. Podobno Zborowscy prowadzą rozmowy z księciem legnickim Henrykiem jedenastym.

– Interesuje nas Legnica i zamek. – Piotr uśmiecha się szeroko. Marzy o powrocie do domu i szklanicy schłodzonego wina.

– Znudził się księciu czy ma widoki na awans? – drąży Firlej, patrząc na aksamitny biret Zborowskiego. – Mniejsza o to; wiatr wieje z innej strony. Szlachta podnosi głowę, wynosi się ponad senatorów, chce dyktować warunki, więc trzeba nam się zjednoczyć, panie wojewodo, wybrać króla, który nie będzie żebrał o pieniądze; kogoś, przed kim wszyscy się ugną, a nie jakiegoś Piasta, bo to zakrawa na żart.

– Mówisz o synu Katarzyny Medycejskiej, marszałku?

– Tfu! Postradał pan rozum, panie wojewodo? – Firlej cofa się gwałtownie, wojewoda jednak nic sobie z tego nie robi; nawet nie wiadomo, czy mówił poważnie. – Elekcja winna się odbyć pod Lublinem, żeby szala przechyliła się na naszą stronę. Trzeba się kryć z kandydatem do ostatniej chwili, prowadzić rozmowy, zjednywać…

– A na kogo głosujemy? – bada Zborowski, lecz marszałek to wytrawny gracz, uważa, że za wcześnie na takie wyznania.

– Zagłosujemy zgodnie z sumieniem, trzeba być otwartym na nowe, rozejrzeć się, poszukać tych nielicznych miejsc, gdzie wciąż jeszcze Jagiellonowie coś znaczą.

– Ale nie mówisz pan, panie marszałku, o królu Szwecji? Nie ma poważania – odpłaca się Zborowski pięknym za nadobne.

– Wątpię, żebyśmy mogli liczyć na Jana Sariusza Zamoyskiego.

Piotr nie bardzo wie, co usiłuje załatwić z nim marszałek, gładko przechodzi z tematu na temat, nie okazując zbytniego zainteresowania.

– Mówisz pan o sekretarzu zmarłego króla? – pyta, wysuwając dolną wargę. Nie umie powstrzymać się od złośliwości.

– Ma posłuch wśród szlachty.

– Jakiej szlachty? – cedzi wojewoda.

– Jest starostą bełskim.

– Cóż z tego?

Piotr uśmiecha się wyzywająco. Nie uznaje prymatu Firleja, to on jest centrum kalwinizmu w Rzeczypospolitej, to on jest oddany wierze, nauce i krajowi. Nadchodzi jego czas, więc nie po drodze mu z obecnym marszałkiem.

– Ponoć nikt nie zna prawa lepiej od Zamoyskiego.

Piotr, który rozglądał się dotąd po sali, patrzy na Jana Firleja. Gdy otwiera usta, widać jego równe zęby.

– A co ma prawo do zwycięstwa, panie marszałku?

Nie wiedzieć czemu pytanie wprawia Firleja w euforię.

– To właśnie chciałem wiedzieć – mruczy, ściskając dłoń Piotra. – Że nic i że jest pan z nami.

Zborowski odprowadza go wzrokiem, uśmiech błąka się na jego wargach. Wszyscy zebrani zwracają się ku oknom, za którymi rozlega się głuchy trzask, a zaraz po nim widać przeszywającą niebo błyskawicę. Chwilę później zrywa się wiatr, okiennice uderzają w zamkowe mury, jedna urywa się i spada. Ciemność, jaka zapada, wywołuje lęk; zebrani przechodzą w głąb komnaty.

Rozdział piąty

UWIĘZIONA

Piaseczno, rok 1572

Anna opiera się o wysokie, wyściełane aksamitem krzesło i przymyka oczy. Dopiero gdy duchowny odszedł od ołtarza i została sama, oddycha z ulgą i zamyka oczy. Czuje bliskość Boga w zapachu wygaszonych świec, wie, że wosk jest jeszcze miękki i gorący. Drewno przesiąkło drażniącą nozdrza wonią kadzideł i kurzu, osiadłego na każdym elemencie tego wnętrza.

Bóg jest dobry dla chrześcijan, to przekonanie pozwala Annie ufać w lepsze jutro. Chyba że… królewna zamiera z przerażenia, ponieważ nie ukryje przed Panem, iż po śmierci brata Zygmunta Augusta jej serce jest puste. Nie rozpacza. Boże miłosierny; chowa twarz w dłoniach, kryjąc łzy. Boże miłosierny, co za wstyd, że użala się nad sobą, zamiast gorliwie modlić się za grzesznego brata, który z pewnością nie biega teraz po rajskich łąkach, a jest więcej niż prawdopodobne, że na czyściec także nie zasłużył. Boże miłosierny. Anna bezgłośnie wznosi błagania, prosi Najwyższego o wybaczenie, wie, że nadejdzie chwila, gdy Pan na wysokości skinie ręką i obstąpią ją aniołowie, rozproszą niepewność i lęk, a ona dozna upragnionej ulgi. Na to czeka, co dnia przychodzi do kościoła po ten dar, czuje bowiem, że bez pomocy nie dopłynie do brzegu.

Ktoś idzie nawą główną, Anna słyszy każdy krok; to kobieta, zatrzymała się, cofnęła i znów przystanęła. Królewna otwiera oczy i odwraca głowę. W świetle, które wlewa się do wnętrza przez niedomknięte wrota, widać zarys sylwetki. Anna przez chwilę ma wrażenie, że widzi postać nieżyjącej matki.

– Wszystko dobrze, wasza miłość?

Poznaje głos Marii Żalińskiej. Boże miłosierny, jak mogła pomylić ją z matką? Nieszczęsna Bona Sforza nosiła bogato zdobione suknie, miała kunsztowne fryzury, była niepowtarzalna. Odeszła z tego świata jako sześćdziesięcioletnia kobieta, królewna wciąż widzi jej twarz o szlachetnych rysach, płonące oczy, które spopielały dusze…

Anna kuli się, usiłuje powstrzymać bezgłośny szloch, który nią targa. Jak ma żyć bez rodziny? Dotychczas wszystko… po prostu było – posłuszna służba, ulegli poddani, kosztowne szaty, suto zastawiony stół. O ileż łatwiej żyło jej się w cieniu wielkiej Bony Sforzy, nawet jeśli czasem buntowała się przeciwko niej.

Królewna podrywa się, zawstydzona, że została przyłapana na chwili słabości. Nie chce grzeszyć przeciwko Bogu, nie chce martwić jedynego opiekuna, dopuszczać do siebie myśli, które niszczą! Jest, jak jest, czy nie tak mówiła matka? Jest, jak jest, córka króla nigdy się nie poddaje!

Jagiellonka szybkim krokiem mija zaskoczoną dwórkę i opuszcza kościół. Na szczęście przejęła od matki cały arsenał zachowań, które powstrzymują przed zadawaniem jej niedyskretnych pytań. Jest królewną, umie trzymać ludzi na dystans, okazać pogardę, udawać kogoś, kim nie jest i nigdy nie będzie.

Nie pogodziła się ze śmiercią matki i kolejny raz się przekonuje, że nic nie może się równać z tą stratą, nawet odejście jedynego brata, któremu zazdrości, gdyż być może znowu dotknął ręki Bony Sforzy.

Ledwie królewna dociera do swego apartamentu, służba anonsuje biskupa Staroźrebskiego. Anna spogląda w lustro i szybkim ruchem poprawia włosy potargane przez wiatr. Dwórki patrzą z niedowierzaniem. Królewna stara się zachować spokój, liczy na to, że usłyszy o planach związanych z pogrzebem Augusta albo o wolnej elekcji, oczekuje jakichkolwiek wieści, nie umie się pogodzić z tym, że zarówno plotki, jak i prawdziwe informacje docierają do niej za pośrednictwem osób trzecich. Uwięziono ją, zamknięto z dala od centrum władzy, jakby przestała być Jagiellonką.

Biskup odpowiada na pozdrowienie fraucymeru królewny, zauważając, że czarne, zgrzebne fartuchy, którymi nakazała dwórkom zakrywać suknie na znak żałoby, wyglądają dziwacznie. Doszły go słuchy, że te stroje stały się przedmiotem kpin już chyba w całym kraju. Duchowny podaje królewnie upierścienioną dłoń.

– Nie widzę pani Żalińskiej, co to się stało?

Anna nie wie, gdzie zniknęła ochmistrzyni, która nigdy jej nie informuje, dokąd idzie; utarło się, że robi, co uważa za słuszne. Czy to normalne, czy nie wykorzystuje jej dobroci?

– Witam waszą ekscelencję.

Królewna rusza krokiem podpatrzonym niegdyś u matki, jak zawsze kołysząc lekko dołem sukni. Nigdy się nie zastanawiała, czy to stosowne w obecności osoby duchownej. Siada i z uśmiechem zaprasza gościa do zajęcia sąsiedniego krzesła.

– Czuję się zaszczycony, że wasza miłość zechciała mnie przyjąć, mimo że przyszedłem, jak oboje wiemy, bez zaproszenia – mówi biskup, sadowiąc się na wskazanym miejscu.

Jakby ktoś kiedykolwiek pytał Annę o zdanie! Po prostu zaanonsowano duchownego i w tej samej chwili stanął na progu komnaty. Strój jego ekscelencji kapie od złota i klejnotów, co Jagiellonka nie bez racji tłumaczy wyższą koniecznością – biskup jest przecież reprezentantem Boga, musi budzić respekt i onieśmielać.

– Wiem, że wasza ekscelencja nie przyszedłby bez powodu.

Gość czerwieni się; jest skonsternowany, ponieważ inwigiluje królewnę i śledzi z polecenia senatorów, którzy chcą znać każdy jej krok i każdą myśl.

– Jestem tu – chrząka cicho, uśmiechając się do Jagiellonki z zakłopotaniem, i gwałtownie stara się wymyślić wiarygodny powód wizyty – z sympatii do waszej miłości.

Anna nie wierzy, ale musi przyznać, że biskup sprawił jej przyjemność. Rzadko słyszy komplementy od mężczyzn w sile wieku. Ostatnio jego ekscelencja kilka razy prosił ją o włoskie konwersacje, czym była setnie ubawiona. Konwersacje? Ona? Biskup jest przystojnym mężczyzną, jeśli wolno tak o nim myśleć, pięknym sługą Bożym, co być może brzmi lepiej, ale również trochę niestosownie. Królewna chowa obie dłonie w fałdach sukni z czarnego jedwabiu, nagle bowiem zdaje jej się, że zgrzeszyła próżnością, zakładając do żałobnej kreacji pierścienie z kolorowymi kamieniami.

– Ponoć wasza ekscelencja zgadza się, żeby Żydzi pędzili wódkę – bąka z poczuciem winy, wytrącona z równowagi.

Biskup zastanawia się, co odpowiedzieć, gdyż rzeczywiście nie ma nic przeciwko osiedlaniu się Żydów w miastach biskupich, zwłaszcza że za pędzenie wódki uiszczają opłaty w wysokości dwudziestu grzywien rocznie.

 

– Żydzi to stworzenia Boże – zaczyna ostrożnie, przyzwyczajony do ataków innowierców – gdyby nasz Pan chciał się ich pozbyć, w jednej chwili zesłałby na nich plagę… nie ukrywam.

– Na pewno. Zdaję sobie sprawę, że są przydatni – potwierdza królewna tonem tak oschłym, że zdumiewa rozmówcę. – Mnie też by się przydali.

Patrzy na jeden z obrazów. Jest zbyt miła dla biskupa Staroźrebskiego, nie godzi się być miłą dla osoby duchownej, to znaczy jego ekscelencja jest godzien szacunku, jednak nie umizgów. Królewna kuli się, jest zdruzgotana tym, co pomyślała, nie pojmuje, jak mogła skojarzyć umizgi z osobą czcigodnego biskupa. Czuje w tym rękę szatana, wolałaby więc zostać sama i pomodlić się o przebaczenie, a ponieważ to niemożliwe, na wszelki wypadek traktuje biskupa oschle.

– W jakim sensie Żydzi by się waszej miłości przydali? – dziwi się biskup.

– Nie mam za co żyć – rzuca Anna cicho.

Patrzy teraz w kamienną posadzkę komnaty, jakby szukała w niej ubytków.

Biskup Staroźrebski przypomina sobie testament króla Augusta, przyznający Annie niemal cały pozostawiony przez władcę majątek, choć stosowniejsze byłoby słowo „fortuna”. Spadek – źródło nieszczęść i niepotrzebny zbytek, gdyż królewna jest nie tylko kobietą, ale też kobietą samotną i bezdzietną, więc niezmierzone dobra mogą jej wyłącznie przewrócić w głowie, ba, mogą nawet narazić ją na niebezpieczeństwo.

– Wasza wysokość przesadza z tym ubóstwem – odzywa się po namyśle; od kilku minut nie może oderwać oczu od czarnej, małej kryzy okalającej szczupłą szyję Anny, jest bowiem inna od wszystkich, jakie dotychczas widział. – Latorośl Jagiellonów zawsze sobie poradzi. Z pewnością odziedziczyłaś, pani, talent po matce.

– Jaki talent wasza ekscelencja ma na myśli?

Spojrzenie ciemnych oczu Anny przypomina biskupowi niezapomniany wzrok Bony Sforzy, jest równie hipnotyzujący; że też dotychczas tego nie zauważył.

– Świetnie zarządzała swoimi dobrami – spieszy z wyjaśnieniem.

Anna niespodziewanie wstaje, wobec czego biskup jest zmuszony iść w jej ślady; tusza i wielodniowe znużenie upałami sprawiają, że z trudem przychodzi mu każdy ruch, a jego serce bije niespokojnie.

– Skoro już jesteśmy przy temacie moich dóbr, jak waszej ekscelencji wiadomo, brat zapisał mi…

– Świeć, Panie, nad jego duszą, wasza miłość – przerywa jej biskup, nie chcąc dopuścić do rozmowy o spadku. – Lękam się, że wiele czasu upłynie, nim oddamy króla Zygmunta Augusta matce ziemi.

– O czym wasza ekscelencja mówi?

– Musimy wybrać nowego króla, żeby wyznaczył dzień pogrzebu, co, niestety, nie będzie łatwe.

– W głowie mi się miesza – utyskuje Anna. Przez moment ma wrażenie, że przytłoczy ją uczucie dojmującej samotności, na szczęście bierze głęboki wdech i złe samopoczucie ustępuje; przyzwyczaiła się do huśtawki nastrojów. – Mam nadzieję, że przyjazd mojej siostry Zofii… – zaczyna.

– Ale, na Boga, nie chcesz, pani, powiedzieć, że księżna brunszwicka wybiera się do Polski?! – wyrywa się biskupowi. – Czas po temu nieodpowiedni.

Zofia jest ostatnią szansą wygrania z senatorami, wyłącznie jej autorytet może sprawić, że zaakceptują testament Augusta. Bez siostry Anna straci wszystko, na swoje pisma w sprawie spadku nie dostaje odpowiedzi.

– Królewna Zofia ma ogromne wpływy – kontynuuje Jagiellonka, uwielbia bowiem popłoch w oczach możnych pojawiający się, ilekroć wspomina o przyjeździe siostry.

– Nikt w to nie wątpi, wasza miłość. – Jego ekscelencja jest obrażony, jakby przyłapał królewnę na podrywaniu swojego autorytetu. Stuka pulchnymi palcami o blat stołu. – To postanowione?

– W zasadzie tak – mówi Anna z wahaniem. – Kilkakrotnie prosiłam ją o wstawiennictwo, nie odmówiła.

Biskup oddycha z ulgą; naiwność królewny jest wzruszająca. Zdarza mu się odczuwać wyrzuty sumienia w stosunku do niej, kilka razy zabiegał nawet o zwolnienie z uciążliwego obowiązku śledzenia jej poczynań.

– Pani, musisz opuścić Warszawę – mówi szybko, przypomniawszy sobie, po co przyszedł. Chce to mieć za sobą.

– Podaj mi, ekscelencjo, jeden powód, dla którego…

– Zmarł twój kuchcik – wyjaśnia duchowny – zaraza jest coraz bliżej, co ja mówię, dotarła już do pałacu… nie ukrywam.

Anna patrzy oszołomiona, zastanawiając się, czy biskup mówi poważnie. Nikt o niczym jej nie mówi! Królewna lęka się pomoru, gdyż pamięta, że za życia matki od przekazania informacji o zarazie do wyjazdu upływał góra jeden dzień, a więc była to ucieczka. Czuje dławiący strach, zwłaszcza że w nikim nie ma już oparcia. Co z nią będzie?

– Powinnam czym prędzej udać się do Płocka – mówi zachrypniętym głosem, a biskup w milczeniu śledzi nerwowy taniec jej drobnych dłoni. Przywodzą mu na myśl motyle, które to podfruwają do kryzy, to się od niej oddalają.

– Z całą pewnością wasza wysokość powinna opuścić Warszawę.

Zrobił to, do czego go zobowiązano. Bóg dał, że akurat umarł ktoś z kuchni, trudno stwierdzić, czy z powodu zarazy, ale mniejsza o to; argument dobry jak każdy inny, żeby się pozbyć Jagiellonki z Warszawy. Biskup Staroźrebski skłania głowę przed królewną i pospiesznie opuszcza jej komnaty, nie patrząc nawet na urodziwe dwórki, co zwykle dostarcza mu niemałej przyjemności. W drzwiach mija się z referendarzem Czarnkowskim. Pan Stanisław kłania się, odprowadza duchownego wzrokiem, po czym podchodzi do królewny. Porusza się z taką swobodą, jakby był we własnych komnatach.

– Nikt nie śmiałby rządzić moją matką – mówi Anna głucho.

Czarnkowski potakuje, mimo że nie zna kontekstu wypowiedzi. Przyzwyczaił się słuchać królewny i robić swoje, zna jej uciążliwy zwyczaj narzekania.

– Nikt nigdy jej nie sugerował, co ma robić. Jakim prawem senatorowie każą mi opuszczać Warszawę tuż przed sejmem konwokacyjnym, podczas którego zapadną decyzje w sprawach, które mnie dotyczą – tak czy nie?

Referendarz staje przed Anną wyprostowany niczym struna. Jest młodszy od niej, czego nie widać, średniego wzrostu, więc patrzy na królewnę z góry, uważnie, nie kryjąc rozdrażnienia.

– Jakim prawem zabraniają mi wypełnić chrześcijański obowiązek wobec zmarłego brata? – pyta bliska płaczu Jagiellonka. – Nie wolno mi się zbliżać do Knyszyna, nie mam prawa jechać do Tykocina, nic nie mogę, czy ty to rozumiesz?

– Na miły Bóg, jesteś, pani, najważniejszą osobą w kraju!

Stanisław nie wytrzymuje. Utyskiwania Anny doprowadzają go do szału, a i bez nich jest wściekły. Każdy zna jego oddanie siostrze zmarłego króla, oddanie bezinteresowne i szczere, jednak referendarz w głębi serca spodziewał się, że królewna, zostawszy spadkobierczynią jednego z najbogatszych królów Europy, upomni się o swoje prawa! Jak długo jeszcze przyjdzie mu bronić kogoś, kto nie dostrzega własnej potęgi?

– Przepędzają mnie z miejsca na miejsce, dam głowę, że pomór w Warszawie to pretekst podrzucony biskupowi Staroźrebskiemu przez któregoś z senatorów.

– Najjaśniejsza pani – Stanisław przerywa królewnie podniesionym głosem – czy naprawdę nie wiesz, kim jesteś?

– A kim według ciebie jestem? Pionkiem na ich szachownicy?

– Reprezentujesz Jagiellonów!!! – Czarnkowski krzyczy z bezsilności. Ma na sobie ruski, dopasowany terlik z taftową podszewką, która nie przepuszcza powietrza, wzmaga więc uczucie gorąca i tym samym nerwowość mężczyzny. – Z woli zmarłego króla wasza miłość stała się najbogatszą kobietą w Rzeczypospolitej, a może i w Europie! Kiedy to wreszcie, najjaśniejsza pani, do ciebie dotrze?

Uświadamia sobie, że się zagalopował i powinien, uprzednio obity po pysku, wylecieć za drzwi bez prawa do przeprosin, milknie więc i przyjmuje postawę pełną uszanowania. On także dostrzega niezwykłą czarną kryzę królewny i przyznaje w duchu, że jest wyjątkowo twarzowa.

– Jakie to ma znaczenie? – pyta Anna ze smutkiem. – Czy to cokolwiek zmienia w mojej sytuacji?

Rozumie, co się stało, tyle że nawykła do tego, że jest nikim, że się ją lekceważy – lata spędzone przy matce nauczyły ją pokory i milczenia; była przezroczysta. Oczy wszystkich spoczywały na Bonie Sforzy, to ją podziwiano, to ona budziła skrajne emocje i pożądanie, nawet jeśli w komnacie znajdowała się kobieta piękniejsza od niej.