Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi

DEWOTKA I LUBIEŻNIK

Warszawa, rok 1572

Królewna Anna siedzi sama przy ogromnym zastawionym stole, co uwidacznia kruchość jej sylwetki. Z oddali wygląda na dziecko otoczone srebrnymi półmiskami ryb – szczupaków, pstrągów, śledzi, karpi, linów – doprawionych gorczycą i sosem chrzanowym, miodem, śmietaną i orientalnymi przyprawami. Próbuje wszystkiego, ale porcje nakładane na jej talerz są tak symboliczne, że kobieta bardziej przypomina krajczego koronnego, do którego obowiązków należy degustowanie potraw, niż potomkinię Jagiellonów.

Dopiero opuściła łoże po tym, jak tydzień wstecz zmogła ją choroba, wciąż jest opuchnięta, płaczliwa i zniechęcona do życia. Dziubie widelcem delikatne rybie mięso i raz po raz spogląda ku oknom, za którymi toczy się prawdziwe życie. Nie tęskni za nim, przyzwyczaiła się do bylejakości odwiedzanych zamków i braku rozrywek na co dzień, cokolwiek czyni, stara się czynić na chwałę Pana, preferuje więc muzykę religijną i takież motywy haftów, lubi słuchać Pisma Świętego, uczestniczyć w liturgii, wdychać zapach kadzidła, nie unika mądrych dysput z księżmi, choć czasem ma wrażenie, że ją lekceważą. Toleruje to, ponieważ są reprezentantami Boga. Anna nie oczekuje nowych doznań, wystarcza jej świadomość, że jest Jagiellonką – to określa jej byt, jej możliwości i daje poczucie dumy.

Królewna w zamyśleniu wspiera głowę na rękach i po raz pierwszy od bardzo dawna ulega przemożnemu irracjonalnemu smutkowi. Uważa, że życie ludzkie tak właśnie powinno wyglądać: prowadzić ku śmierci niczym meandrująca rzeka, napotykająca na swej drodze wyspy cierpień i goryczy. Odtwarza w myślach wysłuchane tego dnia kazanie, a że ma świetną pamięć, przypomina je sobie niemal słowo w słowo. Było wzniosłe i pełne wyszukanych łacińskich zwrotów, które matka zapewne by wyśmiała, jednak jej się podobały.

Anna z widoczną niechęcią wraca do jedzenia i na powrót koncentruje się na liście wydatków, które przedstawia jej dwórka. Głos Doroty i dźwięk przewracanych przez nią kartek wypełniają komnatę cichym szelestem.

– Zakupiono siedem cieląt i baranów, czterdzieści osiem kapłonów, siedemdziesiąt sześć kurcząt, sześćdziesiąt funtów masła, trzy baryłki wina…

Anna unosi głowę i posyła dwórce znudzone spojrzenie. Dorota na moment gubi wątek, następnie zaś przechodzi do dalszego wyliczania:

– Dziesięć kaczek i przepiórek…

– To jest nasze codzienne zaopatrzenie?

– Tak, wasza miłość. – Dwórka czyni na piersi znak krzyża, przez chwilę bowiem miała wrażenie, że rozmawia ze świętej pamięci królową Boną, i kontynuuje: – Trzydzieści cyranek…

Tym razem przerywa jej pokojowiec, który zapowiada jego wysokość króla, a robi to tak oschle i pospiesznie, że Anna natychmiast nabiera podejrzeń, iż dzieje się coś złego. Jest poranek, mgła unosząca się nad rzeką jeszcze nie opadła, to nie pora na wizytę króla, czuje więc, że brat przychodzi z wyrzutami lub, co gorsza, obelgami. Nie umieją się porozumieć, ostatnio doszło pomiędzy nimi do tak żenującej scysji, że nawet spowiedź nie była w stanie ulżyć załamanej królewnie. Czyżby zapowiadał się ciąg dalszy?

Dorota Pękowska czerwieni się gwałtownie. Król wciąż jest obiektem pożądania wielu kobiet, jej również się podoba mimo ciężkiego kroku i nieco zwalistej sylwetki. Dwórka dostrzega uśmiech błąkający się na wargach Zygmunta Augusta i mimo woli myśli o niewyobrażalnym skandalu z udziałem Anny Zajączkowskiej, należącej niegdyś do świty królewny, którą jego wysokość podstępnie uprowadził, a następnie uwiódł. Wszystkie dworskie panny żałowały, że nie znalazły się na jej miejscu, monarcha dał przecież niegdyś dowód, że wbrew racji stanu potrafi rzucić ukochanej do stóp cały świat. Która kobieta nie marzy o takiej miłości? Każda chce zostać nową Radziwiłłówną Augusta.

Królewna Anna kłania się z trudem, opuchnięte powieki zakrywają jej oczy z odziedziczonymi po Sforzach, niemal czarnymi tęczówkami, usta zaciska tak mocno, że prawie ich nie widać.

August idzie wprost na siostrę, co potwierdza jej obawy, że z jakiegoś powodu szuka zwady, czyli czeka ją karczemna awantura, kiedy jednak brat staje wreszcie przed nią – a trochę czasu mu to zajęło, gdyż z trudem się porusza – dostrzega, że jest spokojny. Niepokój wzbudzają tylko palce jego prawej dłoni; niespokojnie przesuwa nimi z góry na dół i z powrotem po czarnej koszuli, którą widać spod wzorzystej, adamaszkowej letniej szuby. Zarzucił szubę wprost na koszulę? Niewiarygodne. Na moment Anna zapomina o chorobie i z przestrachem patrzy bratu w oczy, wtedy też uświadamia sobie, że jej lęk jest absurdalny. Czy August kiedykolwiek podniósł na nią głos? Lub rękę?

– Opuszczam cię – mówi król i z westchnieniem pada na podsunięte przez lokaja krzesło, rozglądając się po komnacie.

On także tuż przed opuszczeniem swoich komnat zauważył gęstą mgłę nad rzeką. Strome zbocze, na którym pobudowano zamek, zdawało się po brzegi wypełnione rzednącymi oparami, jakby miał przed sobą kocioł wiedźmy; obrzydliwość. Monarcha wzdryga się. Znowu, jak po śmierci swojej drugiej żony Barbary, cierpi na bezsenność, nie może czytać, nocami wsłuchuje się w dalekie odgłosy życia na zamku, który nigdy nie śpi, a w ciągu dnia żałuje, że zażył zbyt mało środków nasennych.

– Co to znaczy, że mnie opuszczasz?

August ze zdziwieniem przenosi wzrok na siostrę. Nieodrodna córka swojej zwariowanej matki, we wszystkim doszukuje się drugiego dna. Drobna, w gruncie rzeczy wzruszająco krucha Anna mogłaby, na Boga, popracować nad swoją twarzą! Monarcha nawykł do zadbanych, wypielęgnowanych kobiet, więc nietknięta bielidłem, choć nieskazitelna cera siostry, jej krótkie rzęsy i blade usta wydają mu się odpychające. Jak to możliwe, że Anna – krew z krwi i kość z kości Bony Sforzy – nie odziedziczyła ani urody, ani kobiecego sprytu matki?

– Wszystko ma drugie dno, Auguście – mówi Anna, nie doczekawszy się odpowiedzi, z nadzieją, że brat szybko wyjawi powód wizyty i odejdzie, pozwalając jej dokończyć śniadanie.

Ponieważ przypadkiem odniosła się do niewypowiedzianej myśli Augusta, jest to, jego zdaniem, dowód na to, że para się magią.

– Skoro tak twierdzisz – mruczy król. – Wyjeżdżam, mam ważne sprawy; zostawiam ci zamek i Mazowsze.

Annę ogarnia lęk, że plotki, jakoby brat zamierzał poślubić Giżankę, są prawdziwe. Dopiero stracił trzecią żonę, dopiero co kolejny raz oszukał Annę, udając żałobę! Do szpiku kości zakłamany i lubieżny król, król niegodny tronu i zaszczytów. Anna odsuwa wspomnienie łez brata po śmierci Katarzyny Habsburżanki, na które nikt poza nią się nie nabrał. Tuż przed odejściem do Boga Wszechmogącego bratowa przesłała jej swój pierścień zaręczynowy z pięknym, cennym klejnotem, który parzy teraz dłoń Jagiellonki. Emanuje z niego cierpienie kobiety odtrąconej przez męża, co Anna doskonale rozumie, bo ją także brat codziennie odtrąca, a czyni to od tak dawna, że przestała już czekać na pojednanie. Są sobie obcy, monarcha ma ją za nic.

– Nawykłam do samotności, nie mówię tego, żeby się użalać.

August nie spuszcza z niej wzroku, trochę rozbawiony, a trochę zirytowany słowami siostry. Czy za życia matki także tyle mówiła? Raczej nie, dopiero po jej śmierci wynurzyła się zza żałobnej krepy Wawelu i zaczęła instruować wszystkich wokół, co powinni robić. Żałosne. August od dziecka pogardza kobietami nie tylko dlatego, że Kościół dowodzi, iż to jedyna właściwa postawa wobec nich, lecz również ze względu na to, że poza matką nie spotkał dotychczas żadnej niewiasty, która stanowiłaby dla niego wyzwanie. Kobiety są słabe, podatne na pieszczoty, zafascynowane błyskotkami, każda rozkłada przed nim nogi, licząc, że ją zapłodni, że to ona powije dziecko króla. August uśmiecha się na samą myśl, że spotyka i takie, które lubią chędożenie dla samego chędożenia, i te chyba pociągają go najbardziej.

– Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz? – Anna nie wytrzymuje wzroku brata.

August wie, że odkąd ich siostry Zofia i Katarzyna opuściły Polskę, Anna czuje się samotna. Zastanawia się, czy złośliwa Anka, jak ją czasem nazywa, tęskni też za matką, która była dla niej oschła. To możliwe.

Anna przygląda się posągowym rysom twarzy brata – jest podobny do ich sławnej matki, co wywołuje w niej lekkie drżenie. Zawsze gdy na niego patrzy, ma przed oczyma rodzicielkę i złe wspomnienia jej ostatnich lat, tym razem jednak nie chce wracać do koszmarnej śmierci Bony Sforzy, zwłaszcza że niemal zapomniała o własnej dojmującej samotności i poczuciu krzywdy. Przeszłość podsuwa jej w zastępstwie niespodziewane, równie okrutne wspomnienie, atakuje ją krótkimi, przerażającymi obrazami: ogień w zawrotnym tempie pożerający wszystko, co staje mu na drodze, palący żar na policzkach i brak tchu; końce jej rozpuszczonych włosów zaczynają się topić i Anna znowu czuje, że nadchodzi kres, lada moment ona i jej siostry staną w ogniu, zmienią się w pochodnie, umrą w męczarniach niczym pierwsza lepsza palona na stosie czarownica. Bo za mało się modliła!!! Zbyt rzadko leżała krzyżem przed obliczem Najwyższego, żeby Go przebłagać za grzechy, skoncentrowana na błahostkach, rozrywkach, śpiewie, tańcach, strojach i klejnotach!!! Boże Wszechmogący!!!

– Anno! Anno!

Królewna przytomnieje, zaskoczona, że August trzyma ją w ramionach i potrząsa nią, szczerze zatroskany atakiem paniki siostry. Widzi brata z tak bliska, że odczuwa skrępowanie. Król ładnie pachnie, ma gładką, wzruszająco piękną twarz.

Anna dobiega pięćdziesiątki, nie może więc pojąć, dlaczego czuje się niczym opuszczone dziecko. Przez lata uczono ją pokory, doskonale zna swoje miejsce, wie, że góruje nad motłochem, władcom jednak winna jest bezwzględne posłuszeństwo. Tylko służba Bogu i wyższym wartościom daje jej prawo do buntu przeciw świeckim zwierzchnikom, więc owszem, często z tego prawa korzysta i napawa ją to dumą.

 

August odsuwa się, zaskoczony dziwnym zachowaniem siostry. Ze znawstwem przygląda się jej sukni; dół unosi fortugał, rękawy są szersze u góry, tuż nad łokciem gęsto pofałdowane, haftowane złotą nicią. Odkąd pamięta, szaty Anny różniły się od strojów reszty kobiet. Nawet kiedy matka zamawiała dla trzech najmłodszych córek identyczne ubiory, Anna wyróżniała się ciekawszym doborem klejnotów i dodatków. August zna się na tym, wie, że to dar, talent dany od Boga.

– Przypomniał ci się pożar Wawelu, prawda?

– Dziwne, że i tobie przyszedł na myśl – rzuca królewna. – Byłeś wtedy z rodzicami na Litwie.

– Dziwne? – prycha August. – Pojęcia nie masz, co się działo w Wilnie, matka postawiła na nogi cały zamek, szukała winnego zamachu na wasze życie, złorzeczyła służbie. Nie wierzyła, żeście ocalały, płakała całą noc.

– Naprawdę? – Anna słucha zachłannie i widać, że słowa brata sprawiają jej przyjemność.

Wydaje się Augustowi młodsza, niż jest w istocie, czasem przypomina nieżyjącą Izabelę, czasem Zofię, którą chętnie by zobaczył, lub upartą Katarzynę. Mężczyzna wyciąga dłoń i opuszkami palców dotyka półprzezroczystego welonu, spływającego spod sztywnej przepaski, która utrzymuje w porządku upięte na karku włosy siostry. Gest jest tak zaskakujący, że kobieta nerwowo unosi głowę. Na widok pogodnego spojrzenia brata wybucha miłym dla ucha, niemal dziewczęcym śmiechem.

– Niemożliwe, matka nie pamiętała o naszym istnieniu, miała na głowie tyle spraw. Nie zabierała nas na Litwę ani na polowania do Niepołomic, ani na uroczystości. – Anna znów się śmieje i uprzedza słowa brata. – Zgoda, bywałyśmy tam, gdzie córki króla powinny się pojawiać, ale poza wypełnianiem obowiązków reprezentacyjnych nudziłyśmy się na Wawelu, choć czasem dostrzegałyśmy coś fascynującego, na przykład kaganki na ścianach krakowskich kamienic. Jako dziecko zmuszałam służbę, by mnie woziła ulicami, patrzyłam na rozświetlone budynki i stragany…

– To też ogień. Nie bałaś się?

Anna milknie zaskoczona. Jej opuchnięta twarz wyraża naiwne zadziwienie pytaniem. W obecności brata czuje się bardziej bezbronna niż zwykle, August jest jej panem i władcą, nic na to nie poradzi, że jest żałosną, podstarzałą córką króla, której mimo pozycji Jagiellonów i ich legendarnego bogactwa nie chciał dotąd żaden mężczyzna, przez co jest niepełna i nie budzi szacunku. Kobieta nie jest przecież wartością sama w sobie, nawet jej wspaniała matka zyskała dopiero w blasku ojca. Anna wątpi, żeby tuż przed pięćdziesiątymi urodzinami mogła jeszcze powić dziecko, dlatego pogodziła się z losem starej panny, z rolą zawadzającego bratu sprzętu, ma jedynie żal, że król nie docenia modlitw, którymi każdego dnia bombarduje Stwórcę w jego intencji. Czy nie dlatego brata nie dosięgła dotychczas kara boska? Jest przecież bezbożnym lubieżnikiem, jęki jego kochanek zakłócają spokój Anny, ich wulgarny chichot wybudza ją ze snu, drażnią westchnienia, okrzyki na cześć króla, zapewnienia o miłości.

Królewna rzuca Augustowi szybkie, uważne spojrzenie. Król źle wygląda. On także nic w życiu nie osiągnął, nie doczekał się potomstwa i niczym Jonasz sprowadza śmierć na kolejne małżonki. Każdej nocy w ramionach innej nierządnicy udowadnia światu nieudowadnialne. Los jest jednak sprawiedliwy.

– Wkrótce się ożenisz, jak przystoi poważnemu monarsze, Auguście, rozejrzysz po europejskich dworach, rzecz jasna omijając wiedeński, bo mam nadzieję, że wreszcie do ciebie dotarło, czemu stamtąd podsuwano ci same epileptyczki. Choroba, ot, dopust boży, ale Habsburgom zależy na wyeliminowaniu Jagiellonów, tak mówiła nasza matka, ich polityka jest konsekwentna. Omotali cię cudzymi rękoma, wzięli na utrzymanie Radziwiłła Czarnego, żeby cię utwierdzał w błędnych decyzjach, i przez lata zacierali ręce.

Anna czuje falę gorąca, nie musi patrzeć w lustro, by wiedzieć, że oblała się rumieńcem. Brat nie spuszcza z niej wzroku, co zaczyna być irytujące.

– Dlaczego wyjeżdżasz? – pyta z pretensją w głosie.

– Jadę umrzeć.

August siedzi z dłońmi na kolanach, w jednej trzyma jakieś pismo, trzewiki ma wypolerowane niczym lustro, lewy jest ozdobiony sporym diamentem. Chude nogi króla nie pasują do reszty ciała. Co go bawi? Anna nie śmie spytać, w głębi duszy boi się brata, nigdy nie wie, na ile może sobie pozwolić w jego obecności.

August śmieje się z jej miny. Daleko mu do śmierci, choć, dalibóg, myśli o niej coraz częściej. Lubi dręczyć siostrę, uważa to za świetną zabawę. Żałuje, że trwonił czas na swary z Anną, to najbliższa mu osoba, jedyna, która naprawdę rozumie, czym jest bycie Jagiellonem albo co znaczyło widzieć matkę w zaciszu jej prywatnych komnat. Ostatnio król sporo o tym rozmyśla, kotłują mu się w głowie bezładne, nieistotne wspomnienia, Anna często w nich gości i okazuje się, że ich dwoje łączy więcej, niż przypuszczał. Zaczyna cenić ludzi nie za to, jak wiele ze swego życia gotów jest im ujawnić, ale za to, w jakiej mierze sami w nim uczestniczyli, ile luk w pamięci są w stanie mu załatać lub na ile pytań odpowiedzieć. Siostra jest ostatnią nicią łączącą go z matką i ojcem, dręczy ją z nadzieją, że wypełni powiększającą się z upływem lat emocjonalną pustkę. To dlatego minionej nocy kazał podać sobie przybory do pisania i sporządził testament, czyniąc Annę swoim głównym spadkobiercą. Rzuca jej pod nogi bogactwa, jakich irytująca siostra nie umie sobie nawet wyobrazić. Wydaje mu się, że jego dni są policzone, choć wierzy jednocześnie, że będzie długowieczny jak ich ojciec.

– Jeżeli jedziesz umrzeć – rzuca Anna hardo – powinieneś pojednać się z Bogiem.

– Od tego mam ciebie. – August zanosi się śmiechem; udała mu się błyskotliwa riposta.

– Bóg karze grzeszników.

Król nie bierze sobie do serca ostrzeżeń siostry. Powoli jego dobry nastrój zaczyna jej się udzielać.

– Płakałam kiedyś, wiedząc, że nazajutrz jedziesz z matką na Mazowsze, a ty poszedłeś do niej i prosiłeś, żeby mnie zabrała, pamiętasz? Towarzyszyłam wam wtedy, pamiętasz? – August zaprzecza, uśmiech nie znika mu z twarzy, znów jest niczym młodzieniec, ma takie samo figlarne spojrzenie, jakie charakteryzowało go w dzieciństwie. – Wstawiłeś się za mną, pamiętasz?

– Pamiętam, że chowałaś się przed służbą w altanie matki, wszyscy cię szukali, przetrząsali komnatę po komnacie…

– A ty twierdziłeś, że na pewno Żydzi mnie porwali.

– I pękałem ze śmiechu.

– Tylko matka podejrzewała, że coś ukrywasz.

– I brała mnie na spytki… całkiem zapomniałem, że tak było, było tak… ta wolność…

Anna miała zachwycające włosy i delikatny, idealny profil, który matka często wychwalała, przenikliwe oczy i dołeczki w policzkach. Niewiarygodne, że nagle niegdysiejszy obraz siostry stanął mu przed oczyma z tyloma detalami. Spędzali razem sporo czasu jako dzieci, dlaczego potem wszystko się zmieniło?

August próbuje poderwać się z krzesła, ale wychodzi mu to niezdarnie i kończy się zachwianiem równowagi. Zaciska zęby, nie przyznając się do przeszywającego bólu, który promieniuje od bioder wzdłuż obu nóg aż po stopy.

– Służba! – woła Anna.

Robi się zamieszanie, podczas którego tylko monarcha milczy. Pokojowcy podnoszą go wraz z krzesłem i kierują się ku drzwiom. Anna jest bezradna, nie może zatrzymać brata, patrzy za nim, trącając palcami złoty pierścień wysadzany diamentami. August kupił kiedyś u złotnika Erazma Eichlera cztery identyczne: jeden zachował, trzy pozostałe podarował młodszym siostrom. Królewna nosi go od lat jak talizman. Każdy z jej pierścieni ma swoją historię.

– Zostawiłem ci dokument! – słyszy jeszcze, po czym król znika jej z oczu.

Anna dostrzega pismo, z którym przyszedł, lekturę zostawia jednak na później, pewna, że to jeden z jego gorzkich listów. Podbiega do okna, otwiera je gwałtownie, wychyla się i długo czeka, nim jej oczom ukaże się oszałamiający orszak. W ogłuszających dźwiękach bębnów i piszczałek z dziedzińca wydostają się na trakt kolejni dworzanie Zygmunta Augusta oraz ich ludzie, ubrani w skóry zamorskich zwierząt i tureckie materie we wszystkich kolorach, z węgierska, włoska i niemiec­ka, przyozdobieni francuskimi koronkami i najprzedniejszym jedwabiem. Efektowne stroje kapią od złota, na niektórych widać blaszki drogocennego kruszcu, kamienie szlachetne lśnią w pierwszych tego dnia promieniach słońca.

Hordy bosonogich podrostków biegną za formującym się orszakiem, wzbudzając zainteresowanie szkolonych psów, które popatrują ku nim, nie opuszczając jednak swoich opiekunów. Chłopcy wznoszą okrzyki na cześć wielkich panów. Anna wytęża wzrok, by zza malowanych tarcz, zdobnych w białe żurawie pióra, i husarskich kopii dojrzeć brata, ale gdy dostrzega za rozchylonymi zasłonami dziwacznego, ledwie mieszczącego się na drodze pojazdu wielkie łoże króla i jego złożone niemocą ciało, gwałtownie cofa się w głąb komnaty i wybucha płaczem.

– Nie znam się na pogrzebach. Co ja pocznę po jego śmierci?

– Na rany Chrystusa! – krzyczy zaprzyjaźniona z nią, korpulentna Zofia Łaska, żona krajczego koronnego. – Przecież król nie umarł!

– To mój jedyny krewny, poza nim nie mam nikogo, rozumiesz? – Anna z przerażeniem wpatruje się w Zofię lekko wytrzeszczonymi oczyma. – Nie widziałaś go przed chwilą, leżał jak na marach… taki blady… Boże miłosierny, nie wiem nawet, kto przechowuje protokół uroczystości pogrzebowych króla.

– Jak nic marszałek – podpowiada Zofia i w tej samej chwili energicznym ruchem otrzepuje dół swojej zielonej sukni. – Przebóg, wasza miłość, po co nam scenariusz pogrzebu żyjącego monarchy? Za każdym razem załamujesz ręce, po czym okazuje się, że doskonale znasz wyjście z sytuacji.

– To nieprawda!

Zofia Łaska prostuje się, zaskoczona krzykiem Anny głównie dlatego, że nie przypomina sobie, by kiedykolwiek słyszała jej podniesiony głos. Dwórka zna Annę jak mało kto, przez lata poznała nawet zakamarki jej prostolinijnej duszy, wie, czego Jagiellonka się lęka, kogo nie cierpi, za czym tęskni i czego pragnie. Nie boi się królewny, bo i nie ma kogo, pani jest łagodna i nieskomplikowana. Łaska cierpliwie czeka, aż popłakująca Anna umości się na ławie we wnęce okiennej, i przysiada obok.

– Wóz króla pociągnęło szesnaście koni – mówi cicho. – Łoże zawieszono na kilkunastu pasach, żeby zniwelować wstrząsy podczas podróży.

– Gdzie zamówił coś takiego?

– Pojazd przypłynął z Krakowa, nie słyszałaś, pani? Jakiś czas temu było o tym głośno.

Zofia spuszcza wzrok, ponieważ doskonale wie, że do królewny nie wszystko dociera. Dworzanie nie są wylewni, odkąd niejeden się przekonał, że z każdą, nawet niepotwierdzoną informacją Anna biegnie zaraz do brata, choć ten rzadko kiedy ją przyjmuje.

– Co się ze mną stanie po jego śmierci?

Zofia nie ma pojęcia, co będzie z Anną po śmierci króla, jest jednak pewna, że los jej nie pokrzywdzi. Najprawdopodobniej rozwiąże dwór, odeśle dworzan i dwórki, zwolni resztę ludzi i pojedzie do którejś z sióstr. Małżeństwo jej nie czeka – korony nie odziedziczy, więc próżno wypatrywać kandydata do jej ręki, bo i cóż mogłaby mu ofiarować? Ani nie urodzi mu dziedzica, ani nie oczaruje go wdziękami, bo na to już za późno. Może niepotrzebnie ustąpiła kiedyś, pozwalając wydać za mąż młodszą Katarzynę? Czy nie wtedy zdecydował się jej los?

Zofia zastanawia się nad ciężkim życiem młodszej siostry Anny, która poślubiła księcia Finlandii Jana, a po latach poniewierki i więzienia została królową Szwecji. Cokolwiek jednak stanie się z Anną, nikt jej nie odbierze królewskiego pochodzenia. Łaska mimowolnie wzrusza ramionami, przypominając sobie ustawiczne skargi królewny na kłopoty finansowe, mimo że król przyznał jej tysiąc dziewięćset złotych z żup solnych, często przesyła spore kwoty, a Anna ma też stałe wpływy z dóbr mazowieckich. Jej dwór rośnie; pani zatrudnia ochmistrza, kapelanów, lekarza, zarządcę, prawnika, pokojowców, fryzjera, aptekarza, kąpielową, łaziebnego, kucharzy, palacza, trudno wszystkich wymienić, samych woźniców ma sześciu! Po co ich aż tylu? Zofia nie użala się nad Jagiellonką, bo choć córka Zygmunta Starego nie spełniła się jako kobieta, wiedzie życie więcej niż luksusowe i pełne rozrywek. Może się oddać Bogu i zapewne gdyby nie irracjonalna wiara, że jeszcze zasmakuje małżeńskiego szczęścia, dawno by to uczyniła z pożytkiem dla wszystkich.

– Osaczyli Augusta i uzależnili od siebie… ci Mniszchowie… zmienili w potwora, narazili na karę boską, to przez nich nie doczekał się potomka! – Anna pochyla głowę w zamyśleniu, ma łzy w oczach. – Może niepotrzebnie doprowadzałam do konfliktów? Może August bierze moją postawę za brak szacunku? Nawet matce nie udało się go przebłagać, jest zawzięty i uparty. Czemu nie potrafię milczeć albo chociaż grać uległej?

 

Zofii ciarki przechodzą po plecach, gdyż w słowach przyjaciółki jest wiele racji. Królowa Bona przegrała, jawnie występując przeciw synowi, Anna nie powinna iść w jej ślady.

Łaska drobnymi dłońmi, jednostajnym ruchem głaszcze ramię rozdygotanej królewny. Z przerażeniem myśli, że po śmierci brata zarządzająca Mazowszem Jagiellonka straci resztki wpływów, a co za tym idzie, i ona sama znajdzie się w niezręcznym położeniu, bo to ani walczyć o Annę, ani zostawić ją na pastwę losu. Pani Łaska pamięta żałosną sytuację Beaty Kościeleckiej, którą jej drugi mąż, wojewoda sieradzki Olbracht Łaski, uwięził i ograbił z fortuny i której, choć jest ustosunkowana jak mało kto w Rzeczypospolitej, nikt nie pomógł. Nawet Anna. Kobieta to tylko kobieta, zawsze trzeba mieć to na względzie. Zofia ciężko wzdycha, świadoma, że po śmierci króla – co, daj Boże, szybko nie nastąpi – przyjdzie Annie usunąć się w cień, a z nią i jej samej, jako że ich przyjaźń straci na wartości, a więc i wartość Zofii gwałtownie spadnie.

Łzy spływają po policzkach Anny na jej zachwycającą suknię. Dwórka dostrzega, że opuchlizna królewny się powiększa, a ruchy stają się kanciaste, z czego wnosi, że wróciły bóle stawów.

Zostawszy sama, Anna siada, wsparta o poduszki. Wydało jej się czy pod łóżkiem coś się poruszyło? Jeszcze raz. I znów. Królewna staje na skórze dzika, po czym z widocznym trudem przyklęka i zagląda pod łóżko.

– Hej! Co tu robisz?

Uśmiecha się do zabawnego szczeniaka, który na jej widok zaczął nieśmiało machać ogonem. Psiak podchodzi i obwąchuje dłonie Anny, królewna bierze go na ręce i stawia na łóżku.

– Skąd się tu wziąłeś, łobuzie?

Słysząc to, szczeniak zaczyna szczekać i biegać w koło po eleganckiej kołdrze, zachwycony miękką i przyjemnie pachnącą pościelą.

– Co tu się dzieje? Skąd wasza miłość wzięła tego kundla? Proszę go natychmiast zostawić! – krzyczy ochmistrzyni Żalińska, którą zaniepokoiło szczekanie dobiegające z sypialni miłościwej pani, więc wkroczyła do środka mimo wyraźnego zakazu. Chwyta szczeniaka za skórę na karku i brutalnie rzuca na podłogę. Chce go kopnąć, ale zjawia się Krzysztof, pokojowiec Anny, zręcznym ruchem chwyta psiaka i wynosi z komnaty.

– Żeby się tu nigdy więcej nie pokazał, bo wyrzucę przez okno! – krzyczy za nim Żalińska. Staje przed królewną, nie kryjąc wściekłości. – Oburzające, jak im, pani, pobłażasz, to jest oburzające. Mógł cię ugryźć.

– To maleństwo?

– Maleństwo nie maleństwo, kto wie, jaką przywlókł zarazę. Mógł go podrzucić jakiś wróg, kundel mógł mieć futro wysmarowane trucizną.

– Masz rację, zachowałam się nierozważnie.

– Wasza miłość ściągnie na siebie chorobę jak nic. Przypomnę wtedy, że dziesiątki razy uprzedzałam, żeby nie dopuszczać do siebie obcych, co nie oznacza wyłącznie ludzi. Uprzedzałam, prosiłam, tłumaczyłam. Szatan przybiera różną postać, wasza miłość wie o tym lepiej ode mnie.