Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Magdalena Niedźwiedzka, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© The Picture Art Collection/Alamy/Indigo Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Elżbieta Krawczyk

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-803-0

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

KRÓL KUREW I ALFONSÓW

Spytkowice, rok 1572

Król kurew i alfonsów!

Okrzyk pada z ust Krzysztofa, młodszego brata wojewody sandomierskiego Piotra Zborowskiego. Wojewoda zmierza akurat w stronę obszernej komnaty, w której od kilku godzin obaj jego bracia Krzysztof i Samuel raczą się wybornym, niemieckim winem. Piotra nie było na zamku, kiedy przyjechali, dlatego spieszy z powitaniem, lustrując mijane pomieszczenia. Gęsto wiszące lustra zdradzają rozbawienie mężczyzny – nie on jeden nawykł do tego, że król Zygmunt August jest przedmiotem kpin i wzgardy, jednak wolałby, aby bracia nie obnosili się z awersją do monarchy.

Właścicielką zamku jest Barbara, żona wojewody Zborowskiego, która przed dwoma laty otrzymała dożywocie na części Spytkowic; resztę zapisano wówczas jej siostrze Zofii z Myszkowskich Maciejowskiej. Wieś leży na szlaku prowadzącym do Krakowa, mimo to Piotr rzadko tu bywa i nie oswoił się jeszcze z niedawno przebudowanym, naturalnie w stylu włoskim, zamkiem. Wystrój nie całkiem mu odpowiada, irytuje go mnogość luster, biel ścian i freski z półnagimi rusałkami.

Służący otwiera przed nim drzwi komnaty, ulubionego miejsca spotkań bliskich. W nozdrza uderza powietrze przesiąknięte oparami alkoholu i dymem z kominka, atakuje oczy i bez tego szczypiące po długiej jeździe konnej w nużącym upale. Lipiec daje się wszystkim we znaki.

Piotr opiera się o rzeźbiony portal kominka i czeka, aż bracia się uciszą. Samuel jest zaczerwieniony, przy czym rumieniec zaczyna się od linii gęstej, ciemnej czupryny i równomiernie pokrywa czoło, nos oraz policzki, za to w przypadku Krzysztofa przybiera kształt dwóch dojrzałych jabłek, jakby dla żartu namalowanych na wystających kościach policzkowych szczupłej twarzy. Obaj wyglądają niepoważnie, mimo że Samuel dobiega trzydziestki, a Krzysztofowi przed dwoma laty minął dwudziesty rok życia.

– Słychać was w całym zamku – odzywa się spokojnie Piotr.

– Może czas zatkać dziury w ścianach? – Samuel wstaje od stołu, rozciągając w uśmiechu błyszczące od gęsiego tłuszczu usta, i podchodzi do Piotra z otwartymi ramionami. – To nie zamek, tylko nędzna szopa, Piotrze.

Bracia całują się, po chwili Krzysztof obejmuje ich ramionami, śmiejąc się głośno z niemęskich czułości.

– Chciałbyś taką szopę – rzuca Piotr bez urazy.

– Ano, czemu nie? – przyznaje Samuel pogodnie, wracając do stołu.

Bracia idą w jego ślady. Ogień z kominka rzuca przyjemny blask; widać go na blacie, jak też na gładkich płytach z drewna iglastego, którymi wyłożono ściany na niemiecką modłę, dodając przytulności pomieszczeniu.

– Jedz, bracie, nie żałuj sobie – mówi ze śmiechem Krzysztof. Ledwie siadł przy stole, sięga po kielich wina, wolną ręką nakazując służącemu zajęcie się gospodarzem. Krzysztof taki właśnie jest, wszędzie czuje się panem i władcą. – Napij się z nami, Piotrze.

– Cieszę się, że was widzę.

– Tak też sobie pomyśleliśmy… że nam nie darujesz, jeśli ominiemy twoje włości.

– Barbara was powitała? – upewnia się wojewoda, lustrując półmiski, na których królują sum, sandacze i węgorze, a także kucmerka z ryżem i rodzynkami, jego ulubiona postna potrawa. Ciekawe, że zaleca się ją też w syropie przed odwiedzinami małżonki w sypialni. Piotra bawi przeplatanie się religijnej ascezy ze świeckim rozpasaniem, nie widzi w tym nic zdrożnego.

– Twoja żona i służba wylegli na dziedziniec i zgotowali nam wspaniałe powitanie, nie martw się. Barbara dopiero wyszła, żeby dopilnować dzieci i służby.

– Król zwolnił was z obowiązków? – pyta Piotr, sięgając po przysmak z cukru, szafranu i złota.

Jest głodny, powinien zjeść, nim skosztuje wina, jednak jest też zbyt znużony; cukierek mu wystarczy.

– Mówisz o tym, że zrobiliśmy sobie wolne?

Przywołanie w rozmowie kancelarii królewskiej wywołuje gromki śmiech. Krzysztof zajada konfiturę z pigwy, nie zważając, że wycieka mu z ust, ilekroć ogarnia go niepohamowana wesołość. Jest najbrzydszy z braci, ale ma ujmujący uśmiech, który sprawia, że jego urokowi trudno się oprzeć.

– A gdzie jest kancelaria króla, Piotrze, może wiesz? – żartuje Samuel. – I kto w niej pracuje albo nie pracuje?

– Posłowie austriaccy drwią, że jeśli z kim nie ma co zrobić, polski król mianuje go swoim sekretarzem – mówi Krzysztof podniesionym głosem i podrywa się od stołu.

Jest wieczór, ale upał nie słabnie, więc Bóg raczy wiedzieć, czemu goście wcześniej zarządzili rozpalenie w kominku. Krzysztof otwiera okna, nie pozwalając wyręczyć się służbie. Rękawem ociera pot z czoła i wygląda do ogrodu.

– Tam jest przewiew – mówi, siadając na eleganckiej skrzyni z zapleckiem i zaokrąglonymi bocznymi oparciami przechodzącymi w podłokietniki, zwanej cassapancą. Uważa, że to wspaniały mebel, ma podobny.

– Nie narzekajcie na kancelarię królewską, bo to świetna szkoła życia – upomina Piotr.

– Chlania raczej i uganiania się za dziewkami. – Krzysztof rechocze, a jego głos niesie się po ogrodzie.

Piotr przyznaje w duchu, że kancelaria królewska jest zbyt liczna, wiedzą o tym wszyscy, co jednak zrobić z rzeszą szlachec­kich i magnackich synów, którzy chcą pracować dla monarchy? Gdzie ich podziać? A co z mieszczanami i wykształconymi kmieciami, którzy wyręczają pańskie dzieci w najbardziej czasochłonnych i niewdzięcznych pracach? O czymkolwiek pomyśleć, łatwo dostrzec dwie strony medalu. Piotr stara się o tym pamiętać, rzadko więc rzuca pochopne oskarżenia; z natury jest flegmatyczny i skłonny do refleksji.

– Mówią, że Zygmunt August lada dzień wyciągnie nogi – zmienia temat Samuel; wzrok ma przenikliwy, usta pełne i często wydęte.

– Samuelu, na Boga – upomina go Piotr, nie kryjąc ironii, i jednocześnie obserwuje służącego, który z jego polecenia wygasza ogień w kominku, chociaż trudno zgadnąć, czy akurat nocą się nie przyda.

Piotr jednym tchem opróżnia kielich wina, po czym każe go napełnić i duszkiem wypija połowę zawartości. Od rana czuł pragnienie, ale nie lubi pić wina, kiedy jedzie wierzchem, czekał więc, aż wróci do domu. Wciąż ma mroczki przed oczyma, nie wie już, czy ze zmęczenia, czy od ustawicznego mrużenia oczu, by nie wpadło do nich leśne robactwo, którego o tej porze roku pełno w gęstwinie.

– Król rzadko porusza się o własnych siłach, powiadają, że dogorywa – mówi Samuel na swoje usprawiedliwienie. Liczy się ze zdaniem starszego brata.

– Co nie przeszkadza mu rżnąć dziewki i któregoś dnia jak nic na jednej z nich zdechnie – przepowiada Krzysztof.

Piotr miewa wrażenie, że dzieli go od braci przepaść, a przecież dopiero co przekroczył trzydziestkę. Przeciera twarz, zastanawiając się, jak wyrazić sprzeciw wobec ich zachowania.

– Zastanów się, co ci przyjdzie z jego śmierci – zaczyna. – Nie wyczekujmy bezkrólewia, bo jeszcze nikomu nic dobrego nie przyniosło.

– Rzeczywiście?

Samuel pańskim gestem wskazuje służącemu kąski, które zaraz potem lądują na jego srebrnym talerzu. Podoba mu się, że Piotr wiedzie wystawne życie; magnat winien obnosić się z bogactwem, w przeciwnym razie jest nikim. Mężczyzna podrywa się z miejsca i dosiada do Krzysztofa na cassapancę, po chwili unosi poszerzany dół jedwabnego żupana, którym po przyjeździe zastąpił strój podróżny. Widać spod niego wysokie buty do konnej jazdy.

Piotr uśmiecha się półgębkiem, lecz i to wystarcza, by nie przypominał już uładzonego dworaka.

– Będzie, co ma być – mruczy pod wąsem.

– Ale mam rację? – upiera się Samuel.

Piotr myśli o sympatii, jaką darzy Samuela Barbara, i wspomina chwile, gdy widział ich razem, nie przerywa jednak konwersacji. Czasem ma wrażenie, że jest ich dwóch: jeden bezustannie komentuje rzeczywistość, drugi analizuje przeszłość.

– Nie wiem, o co ci chodzi – wykręca się od odpowiedzi.

Zastanawiał się nieraz, co się stanie po śmierci Zygmunta Augusta, jest to zresztą najczęściej poruszany temat w królestwie; ludzie zdają sobie sprawę, że zapanuje chaos i będzie się szerzyć bezprawie, stąd co rozsądniejsi magnaci chcą się zawczasu przygotować na najgorsze, gromadzą wojsko i pieniądze. Miecz i złoto pomagają przetrwać każdy kryzys.

– Zgadzasz się ze mną, widzę to po twojej minie. Zdrowie Piotra!

Wojewoda decyduje się na polewkę rozmarynową, gotowaną na bulionie, z lekką zasmażką. Je, patrząc w talerz, ale nie przestaje się uśmiechać. Za drzwiami słychać przez moment łagodny głos Barbary. Oboje małżonkowie cenią umiar, co niektórzy niesłusznie biorą za słabość.

– Obawiam się, że Litwa skorzysta z pierwszej okazji, żeby poluzować więzy, jakimi ją związano z Polską trochę wbrew jej woli – mówi cicho wojewoda.

– Pełna zgoda. – Krzysztof ożywia się; macha na służącego i odbiera z jego ręki kielich, który zostawił na stole. – Radziwiłłowie zawsze chcieli silnej, samodzielnej Litwy.

 

– Nie tylko Radziwiłłowie – doprecyzowuje Piotr.

– Ale śmierć monarchy i wybór kolejnego to okazja, by się wybić – zauważa Samuel, po czym wraca do jedzenia.

– Albo wszystko zaprzepaścić – zżyma się wojewoda.

– Marudzisz, Piotrze, jesteś zgorzkniały, czasem mam wrażenie, że zapomniałeś, czym jest zabawa.

Krzysztof pije wino, widać, że postawa Piotra działa mu na nerwy, dostrzega w niej wynoszenie się ponad innych. O czymkolwiek opowiada, Piotr to kwestionuje, ma zwyczaj szukania we wszystkim drugiego dna.

– A ty zapomniałeś, że król żyje.

Samuel rozgląda się dokoła, następnie szepce bratu w samo ucho:

– Ja tylko chciałem zasygnalizować, że gdyby stało się coś złego…

– Naucz się nie wyważać otwartych drzwi – przerywa mu spokojnie Piotr. – Trochę finezji, bracie, polityka przypomina grę na instrumencie, trzeba mieć wprawę i słuch.

Komnatę wypełnia pijacki śmiech Samuela, podatnego na sugestie innych.

– Przede wszystkim ruszymy wtedy na Kraków i zajmiemy go, mam rację? – Krzysztof denerwuje się i przestaje kontrolować ruchy kończyn; prawą nogą postukuje w skrzynię. – Weźmie się marszałka Firleja za mordę.

– Jak ci smakuje moje wino? – pyta Piotr z bezczelnym uśmiechem.

– Twoje? – Samuel jest zdziwiony. – Idziesz w ślady Bony i uprawiasz winorośl? Nie prościej sprowadzić barkę butelek ze słonecznej Italii?

Samuel przypomina dziecko, wszystko jest dla niego proste, wystarczy po to sięgnąć. Piotr ubolewa nad naiwnością brata, woli jednak jego naiwność od gwałtownego charakteru Krzysztofa.

– Ludzie mówią, że Zygmunt August szykuje ślub z Giżanką – informuje Krzysztof.

– A niektórzy twierdzą, że wesele już się odbyło.

– Jesteś ironiczny – atakuje Piotra Krzysztof. – Każde moje słowo kwitujesz złośliwostką. Boisz się, że zdradzę komuś twoje plany?

Wojewoda długo milczy, bez pośpiechu kończąc pyszną polewkę, potem odsuwa talerz i patrzy na brata.

– Rodzina powinna trzymać się razem – rzuca.

– Cieszy mnie, że o tym wiesz – odparowuje Krzysztof.

Piotr przechodzi w głąb komnaty, żeby jego głos nie dotarł do ogrodu, skąd ktoś może ich podsłuchać. Przygląda się przez chwilę grafitowym chmurom napływającym od wschodu.

– Byłbym szczęśliwy, gdybyście bardziej zważali na słowa właśnie teraz, kiedy wszyscy spodziewają się śmierci króla – zaczyna. – Owszem, może umrzeć jeszcze dziś, ale może być i tak, że się przy nim zestarzejemy, lepiej więc, żeby nikt nie znał naszych planów.

– Co zrobimy, jeśli szczęśliwym zrządzeniem losu tego dziwkarza lada chwila trafi szlag? – dopytuje Samuel. Patrzy na wojewodę wzrokiem wiernego psa.

Pytanie wywołuje wściekłość Piotra.

– Powtarzam, że jego śmierć niesie ze sobą zagrożenie, niejeden weźmie sprawy w swoje ręce, nie wy wymyśliliście przemoc!

– My będziemy najszybsi – oświadcza Krzysztof, marszcząc czoło i otwartą dłonią uderzając w umięśnione udo.

– Nie, Krzysztofie, rodzina Zborowskich nie zajmie się grabieżą osieroconego kraju. Jesteśmy magnatami, senatorzy winni myśleć o dobru kraju, nie o własnych interesach.

– Nie wierzę w to, co słyszę – rzuca Krzysztof przez zaciśnięte zęby. – Gardzisz przemocą? Więc jak zamierzasz pomnożyć majątek Zborowskich? Życie na poziomie wymaga pieniędzy, a rządzi nami dynastia niewojennych panów; gnuśniejemy po dworach, przejadamy majątki…

– Przestań jazgotać – wybucha Piotr – bo to niegodne męża, za jakiego się uważasz! Przyjdzie czas elekcji i wybierzemy monarchę, który pozwoli nam się bogacić!

– Żyję z pożyczek!

– Jak wszyscy w Rzeczypospolitej! Nie masz gestu, nie istniejesz!

Krzysztof siada za stołem, łokcie opiera o blat, zaciska zęby.

– Skąd wiesz, że przyszły król będzie łaskawy dla Zborowskich? – Samuel przerywa nieprzyjemną ciszę, jaka zaległa po gwałtownej wymianie zdań pomiędzy braćmi. Często godzi szalonego Krzysztofa i rozsądnego Piotra, rozumie obu i obu kocha.

– Elekcja viritim, czyli obieranie króla poprzez głosowanie każdego chętnego szlachcica, sprzyja tym spośród możnych, którzy mają poparcie szlachty. A szlachta tańczy, jak jej Zborowscy zagrają – mówi Piotr, wdzięczny Samuelowi za wrażliwość, z jaką zażegnał awanturę. – Kto ma rozgałęzione koligacje rodzinne i wpływy? Czyje macki sięgają każdego zakątka Polski, Samuelu? Ojciec miał nas szesnaścioro; czy to nie oznacza, że Bóg mu sprzyjał? Drażni mnie gadanie po próżnicy.

– Przemawiasz niczym nestor rodziny – zaczyna Samuel, ale Piotr gromi go wzrokiem, więc głos więźnie mu w gardle. Nie ma odwagi wystąpić przeciw starszemu bratu. – Wybacz.

Krzysztof podchodzi do Piotra i patrzy mu prosto w oczy, znacznie spokojniejszy, niemniej rozczarowany jego postawą. Każdy wie, że Zygmunt August to parszywe zło, zbyt długo okupujące polski tron, pomiotło Włoszki Bony, możliwe więc, że nawet nie Jagiellonowy syn.

– Elekcja viritim rozpęta przekupstwo i wywoła chaos, dajże spokój – rzuca twardo. – Jak to sobie wyobrażasz? Każdy szlachcic zostawi gospodarstwo i ruszy głosować? Kto zapłaci za jego podróż?

– Zmierzysz się z przekupstwem i chaosem niezależnie od rodzaju elekcji, wspomnisz moje słowa.

– To szaleństwo. Chcesz, żeby cała Polska zebrała się w jednym miejscu? Naturalnie pod bronią, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wyruszy w podróż bez zabezpieczenia.

– Nam wojna niestraszna.

Krzysztof wzrusza ramionami.

– I tu się z tobą zgodzę – potakuje – dlatego proponuję, Piotrze, żebyśmy się nie bawili w polityczne gierki i nie przekupywali rycerzy, ponieważ Habsburgowie dysponują większymi środkami i przekupią większą ich liczbę. Na początek zajmijmy zbrojnie Kraków.

– Powoli, powoli – odzywa się Piotr.

– Jesteś za kandydaturą cara? – pyta go Samuel.

– A znasz lepszą?

– Iwan łże jak pies!

Piotr śmieje się serdecznie, co boli Samuela, od dziecka bowiem słyszy, że nie dorasta starszemu bratu do pięt.

– W polityce to żałosny argument, Samuelu.

Krzysztof ujmuje się za Samuelem, zły, że Piotr daje im do zrozumienia, iż jako senator ma monopol na rację.

– Skąd pewność, że car zgłosi swoją kandydaturę? – pyta oschle.

– Jeśli nie swoją, to swego syna – zapewnia Piotr. – Nie wydaje ci się chyba, że Moskwa wypuści z rąk taką szansę. Moglibyśmy razem rozbić Habsburgów w pył.

– Pod warunkiem że na moskiewskim tronie zasiadłby król Polski. Nie daj Bóg, żeby stało się na odwrót i to car zasiadł na naszym stolcu.

Drwiące słowa Krzysztofa wywołują niepohamowaną wesołość Samuela, który odpędza służącego i własnoręcznie napełnia kielichy.

– Powtarzam, znasz lepszego kandydata? – denerwuje się wojewoda.

Bracia żyją z dala od centrum polityki, więc mają ograniczoną wiedzę. Powinni słuchać Piotra i być wdzięczni, że nigdy nie zapomina o ich interesach. Nawet teraz zatrzymał się w Spytkowicach w drodze do Knyszyna, gdzie jest Zygmunt August, a to znaczy, że na rodzinę Zborowskich spadną kolejne królewskie łaski. Tak się załatwia sprawy!

– Przestań się złościć, jesteśmy w tym samym obozie – próbuje go udobruchać Krzysztof.

– Kto nam może zagrozić? – pyta Piotr. – Szwecja? To żałosne. Siedmiogród z Batorym, zajętym użeraniem się z sułtanem z jednej strony i cesarzem z drugiej? A może książęta włoscy? Liczy się wyłącznie Habsburg i car.

– I Piast – dodaje Samuel.

– Kim jest ten twój Piast? – obrusza się wojewoda. Podnosi kielich tak gwałtownie, że część wina rozlewa się na posadzkę. – Może to księżniczka Anna, siostra miłościwie nam panującego? Jest Jagiellonką, lepszej kandydatury nie widzę.

Powiedziawszy to, patrzy raz na Samuela, raz na Krzysztofa, a po chwili wszyscy trzej śmieją się jak opętani. Piotr rozpina granatowy giermak i poluzowuje koszulę przy szyi.

Krzysztof spluwa.

– Nie zgodzę się na żadną z córek Bony – mówi, wciąż rechocząc.

– Królewna Anna ze swoją dewocją raczej wdała się w ojca, niemniej nikt poważnie nie rozważa jej kandydatury. Abstrahuję od jej zalet i przywar – kobiet nie stworzono do rządzenia krajem, z urodzenia są ograniczone – kwituje wojewoda.

– Powiedz to swojej żonie, Piotrze – rzuca pogodnie Samuel.

– Powtarzam: Piast to straszak na lękliwych, żaden liczący się Piast nie istnieje i w ciągu najbliższych lat nie wyrośnie nam na potęgę, znam w tym kraju każdego, kto ma coś do powiedzenia – kończy Piotr.

– Dobrze, już dobrze, masz rację – kapituluje Krzysztof, przenosząc wzrok z przedmiotu na przedmiot. Jest znany z tego, że dostrzega najdrobniejsze szczegóły i zmiany w wyglądzie osób i miejsc.

Piotr pije ciężkie, słodkie wino o posmaku śliwki. Czuje jego moc, a każdy łyk jest większy i przybliża go do osiągnięcia cudownej jasności umysłu, która pozwala mu podejmować słuszne decyzje. Kocha braci, po dwóch kielichach trunku przestają go nawet irytować.

– Zagramy o najwyższą stawkę, ponieważ tego wymaga honor rodziny – zapewnia – i dojdziemy do najwyższych zaszczytów, ponieważ… – przerywa i zastanawia się przez moment.

– Nam się należą – podpowiada Krzysztof.

– Właśnie. Żaden Piast nie jest godzien polskiej korony. Korona Jagiellonów należy się władcy równie potężnemu jak Jagiellonowie.

– W dupczeniu? – żartuje Krzysztof, co rozbawia Piotra, choć lekceważąco macha ręką. – O tron Jagiellonów zawalczą pierwsze rody Europy. Król Polak nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa i szacunku obcych mocarstw, to mrzonki.

Bracia spoglądają w stronę drzwi, które otworzyły się gwałtownie, jakby ktoś je kopnął. Do komnaty wbiega Barbara, a za nią Henryk Wolf, nauczyciel syna państwa Zborowskich. Szwajcar jest czerwony na twarzy.

– Ta niemiecka świnia śmie podnosić rękę na twojego syna!!! – krzyczy Barbara.

Gniew bratowej jest rzadkością. Samuel nie umie pohamować rozbawienia, przyznaje też w duchu, że złość dodaje jej uroku.

– Co się stało? – pyta Piotr.

– Ten twój humanista z bożej łaski, mędrzec pośród mędrców, ten parszywy… to jest zwykły, pospolity… dureń!

– Co pan zrobił? – zwraca się Piotr do Szwajcara, który nie śmie przerwać pani Zborowskiej, jednak gestykulacją wyraźnie daje do zrozumienia, że się z nią nie zgadza.

Powstały na skutek ich wtargnięcia przeciąg zatrzaskuje kolejne okno. Służba rzuca się ku ostatniemu, które pozostało otwarte.

– Powiedz tej niemieckiej świni, że nie ma prawa podnosić ręki na mojego syna – syczy Barbara, a jej szare oczy ciemnieją – w przeciwnym razie będzie miał ze mną do czynienia.

– Użyłem rózgi, panie, to przecież nie grzech.

– Ja bym nie próbował, skoro pani wojewodzina tego nie pochwala. – Samuel uznaje, że sytuacja jest komiczna.

– Prowadzimy poważne rozmowy, kochanie.

– Twoim zdaniem przyszłam tu z niepoważną sprawą?

Barbara prostuje się, urażona obojętnością męża. Jest pulch­na, ale zgrabna, wygląda ponętnie, a dzięki ładnej twarzy o regularnych rysach zjednuje sobie powszechną sympatię.

Piotr ujmuje żonę pod rękę i łagodnie prowadzi do wyjścia.

– Nic podobnego – zapewnia. – Wiesz, że nigdy cię nie lekceważę. – Przelotnie całuje włosy Barbary. – Jestem zajęty, kochanie, wybaczysz mi, prawda?

Łagodnym ruchem wypycha małżonkę z komnaty i staje twarzą w twarz z wychowawcą syna. Szwajcar mimo woli się kurczy.

– Zapamiętaj sobie, panie pedagogu, że w tym domu nie bijemy dzieci, a pan jesteś tu po to, żeby mojemu synowi wpoić ciekawość świata. Skoro się nie przygotował do lekcji, to znaczy, że przedstawiłeś pan temat w sposób nudny i niewart nauki. Rozumiemy się?

– Oczywiście, wasza miłość.

– Jesteś pan synem pastora, Henryku, dziwi mnie więc pańska obojętność na sprawy nowoczesnego wychowania i miłość bliźniego.

– To się nigdy więcej nie powtórzy, wasza miłość.

Piotr zamyka drzwi i powraca do braci, choć słychać, że pedagog wciąż się zaklina, iż podobna sytuacja nigdy więcej nie będzie miała miejsca. Wojewoda w milczeniu napełnia swój kielich.

– Więc królewna Anna nie nadaje się na władcę – mówi Krzysztof jak gdyby nigdy nic.

Bracia błyskawicznie zapominają o zabawnym zajściu z udziałem bratowej.

– Co ci w ogóle przyszło do głowy? – Samuel parska śmiechem.

– Anna jest kobietą, na dokładkę córką Bony, za starą, by urodzić syna – wylicza wojewoda spokojnie – przemądrzałą, schorowaną… wymieniać dalej?

 

– Chociaż kiedyś my, Polacy, wzięliśmy sobie za króla Jadwigę.

Piotr i Krzysztof przerywają mu gwałtownie.

– Nie porównuj Anny do Jadwigi, która poślubiła Jagiełłę, bo to były dawne czasy, inne okoliczności i nie ona rządziła Polską!

Samuel unosi dłonie w geście pojednania.

– Masz rację, Piotrze, chciałem tylko podnieść temperaturę dysputy; lubię, kiedy krew żywiej krąży. Jest czas na zastanowienie, Zygmunt August jeszcze się nurza w rozpuście.