Zdradzona

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 8

Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam pod kocem na kanapie w salonie i zastanawiałam się, co mam zrobić. Rano, niewyspana i nieszczęśliwa, z bólem, który już chyba na zawsze umiejscowił się w mojej klatce piersiowej, wiedziałam już, że nie chcę być z Robertem. Skoro wolał kłaść się do łóżka z Martą – wolna droga. Nie będę brała resztek po niej. Mam swoją godność.

Wiedziałam, że czeka mnie ciężki czas, ale zawsze byłam silna i teraz też nie zamierzałam się poddawać – dla dzieci.

Najgorsze będzie codzienne spotykanie Marty w pracy. Teraz sobie przypomniałam jej wczorajsze słowa:

„Podziękowałam ci, starsza koleżanko. W końcu mam za co, oj mam”.

Ta suka miała na myśli mojego męża.

Robiłam właśnie śniadanie dzieciom, kiedy do kuchni wszedł Robert.

– Czemu dziś nie spałaś w sypialni?

– Zauważyłeś?

– Oj, Aśka. Teraz się będziesz zachowywała jak rozkapryszona nastolatka? – Skrzywił się z niesmakiem.

Nie odpowiedziałam. Wyszłam z kuchni, zostawiając go z pustym kubkiem w dłoni, chciał nalać sobie kawy, której dziś nie zaparzyłam.

Wczoraj moje dotychczasowe życie się skończyło. Koniec z dawnymi zwyczajami. Z rutyną. Koniec z usługiwaniem. Koniec ze wszystkim, co nas kiedyś łączyło. Na siłę gromadziłam w sobie negatywne emocje, żeby jak najszybciej móc znienawidzić Roberta. Niestety, serca nie da się tak zaprogramować. Jeśli się kogoś kocha naprawdę, to miłość będzie umierać powoli i w cierpieniu.

Weszłam do pokoju Bartka i przysiadłam na łóżku.

– Dzień dobry, synu.

– Cześć, mamo – mruknął niewyraźnie, jeszcze zaspany.

– Musisz mi dziś pomóc, Bartuś.

– W czym?

– Po pracy muszę pojechać w jedno miejsce, proszę, odbierz Olę ze świetlicy.

– A tata nie może jej odebrać? – spróbował się swoim zwyczajem wykręcić.

– Bartek, nie może. Błagam, nie zadawaj pytań, tylko ją odbierz. Gdy wrócę, wszystko ci wytłumaczę. A teraz zrób to, o co cię proszę. Odbierz Olę. W lodówce macie zupę pomidorową. Nie czekajcie na mnie z obiadem.

– Mamo, a coś ty taka poważna? Stało się coś?

– Nie, synu, nic się nie stało. Wstawaj już, bo się spóźnisz.

– Przecież widzę, że coś jest nie halo. – Bartek usiadł na łóżku. – Mamo, jesteś chora?

– Wypluj to, dziecko. Zdrowa jestem jak byk, ale nie dam rady dziś być w dwóch miejscach naraz.

– Dobrze, mamo. Załatw, co masz załatwić, odbiorę dziś młodą. A potem pogadamy.

– Super, Bratek. Cieszę się, że mogę na ciebie liczyć.

Postarałam się, żeby ładnie wyglądać, wyjątkowo się postarałam. Poświęciłam więcej czasu na makijaż i na ułożenie włosów. Nie robiłam tego dla Roberta. Już niczego nie robiłam dla niego. Chyba robiłam to z myślą o Marcie, choć pewnie moje wysiłki były daremne, Marta była filigranowa, wyglądałam przy niej jak hipopotamica w ostatnim stadium ciąży.

Srał to pies, pomyślałam ze złością. Ja schudnę, ale ona zawsze pozostanie tą, która obgryzała po mnie resztki.

Ledwie mogłam na nią patrzeć. Cały czas myślałam o tym, że Robert pojedzie dziś do niej i w ogóle nie mogłam skupić się na pracy. Na szczęście od jutra miałam wprowadzić się do mojego nowego gabinetu, jedyny pozytyw w całej tej sytuacji. Zdałam sobie sprawę, że ten awans i podwyżka spadły mi z nieba. Zdecydowałam się przyjąć propozycję Brumagiera. Potrzebowałam pieniędzy, żeby nas utrzymać, kiedy wystawię Robertowi walizki za drzwi. Musiałam jeszcze sprawdzić adres Marty, ale z tym poradziłam sobie bardzo szybko, zwłaszcza, że przejęłam dział, w którym to ona była podwładną.

* * *

Po pracy wsiadłam do samochodu i pojechałam pod blok Marty. Zaparkowałam tak, aby nikt nie mógł mnie zobaczyć, za to ja miałam doskonały widok na jej klatkę.

Siedziałam w samochodzie i czekałam, kiedy pojawi się Robert. Na siedzeniu pasażera leżała w gotowości moja lustrzanka. Czułam się, jak Rutkowski w akcji albo jak Damian Petrow z programu Zdrady. Po kilkunastu minutach zauważyłam samochód mojego męża. Krążył po parkingu, szukając wolnego miejsca, a ja robiłam zdjęcie za zdjęciem. Wysiadł z samochodu z ogromnym bukietem róż, a mnie coś ścisnęło w dołku.

– Ty pieprzony palancie! – klęłam przez łzy.

Kiedy zniknął za drzwiami klatki, ręce trzęsły mi się, jakbym była w delirium. Musiałam komuś natychmiast się wyżalić, wypłakać w ramię.

– Hanka? – chlipnęłam w telefon – masz dziś może wolne?

– Aśka, ty płaczesz?! Co się stało?!

– Przyjedziesz do mnie?

– Nie mogę, mam dziś nockę. Mów, co się dzieje! Jesteście chorzy czy co?

– Gorzej.

– Matko Boska, Aśka, mówże w końcu.

– Robert ma kochankę.

– Żartujesz chyba?!

– Chciałabym.

– Poczekaj, spróbuje się z kiś zamienić na dyżury. Zaraz do ciebie oddzwonię.

– Okay. Dzięki.

Znękana, postanowiłam wracać, dzieciaki już pewnie na mnie czekały. Najpierw jednak spuściłam Robertowi powietrze z dwóch kół. Może i udałoby mi się z wszystkich czterech, ale ręce mi zmarzły. Ten dziecinny akt zemsty przyniósł mi ulgę, minimalną, ale zawsze.

Dotarłam do domu po siedemnastej. Hanka nie znalazła zastępstwa, ale obiecała, że przyjedzie w pierwszej wolnej chwili.

Bartek właśnie zmywał talerze po zupie.

– Mamo, nalać ci zupy? Jeszcze jest gorąca, dopiero jedliśmy.

– Nie, dziękuję, synku. Muszę napić się kawy, głowa mi pęka. Mówcie, co tam dziś w szkole.

– U mnie spoko – odpowiedział.

– U mnie też, a nasza pani powiedziała, że po Nowym Roku będziemy mieć nowego kolegę w klasie.

– O, to fajnie.

– Wolałabym, żeby to była dziewczyna, a nie chłopak.

– Przecież masz tyle koleżanek, Olu.

– Od przybytku głowa nie boli, sama tak mówisz. A gdzie jest tata?

– Pojechał w delegację.

– Szkoda. Obiecał mi w niedzielę, że obejrzymy dziś razem nasz ulubiony film.

Dziecko kochane, pomyślałam. Tatuś tylko patrzy, żeby się wyrwać z domu, bo ta chuda szkapa nadstawia mu dupę, pewnie jeszcze wisząc na żyrandolu głową w dół.

– Odrobiłaś lekcje? – zmieniłam temat, zmuszając się do tego, by choć przez chwilę nie myśleć o tym, co Robert wyczyniał ze swoją kochanką.

– Tak, w świetlicy. Mogę sobie włączyć telewizor, mamuś?

– Możesz, skarbie. Ja zaraz przygotuję wam coś na kolację.

– Nic nie rób, mamo. Przecie mówiłem ci, że dopiero co jedliśmy i zupa jest jeszcze ciepła. – Bartek podszedł do mnie. – Obiecałaś mi o czymś powiedzieć.

– Tak, synku, wiem, ale nie mam pojęcia, od czego zacząć.

– Usiądź, ja ci zaparzę kawę.

Kiedy kubek z parującą kawą stanął przede mną, Bartek przysunął sobie krzesło bliżej i rzekł:

– Mamo, jestem już dorosły i wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć.

– Bartuś, dla mnie nawet jak będziesz miał pierwsze siwe włosy, to i tak zawsze będziesz dzieckiem, ale doceniam twoją troskę.

– Mamo, obiecałaś. Bo już nigdy nie odbiorę Olki ze świetlicy – zagroził.

– Czy ty mnie szantażujesz?

– No jakoś muszę to z ciebie wyciągnąć.

– Ale z ciebie uparciuch, wiesz?

– Mam to po tobie.

Nie chciałam obarczać go tym problemem. Wiedziałam, że i tak rozstanie rodziców mocno ich dotknie, po co obciążać ich jeszcze okolicznościami i całym tym brudem? Miałam zrobić sobie powiernika z osiemnastolatka? Ale Bartek siedział, wpatrywał się we mnie wyczekująco i widać było, że nie ustąpi.

– Tata…

– Ma kochankę – dokończył, a ja spojrzałam na niego zaskoczona.

– Skąd wiesz?

– Widziałem go z nią.

– Kiedy?

– Pamiętasz, jak jakiś miesiąc temu wróciłem późno z treningu?

– Tak.

– Pojechaliśmy wtedy z chłopakami po piwo do Tesco, bo Kamil w sobotę robił osiemnastkę. Tata wracał właśnie do samochodu z jakąś babką. Taka niska i drobna, taki dzieciak. Na początku chciałem go zawołać, żeby mi dał kilka złotych, ale nagle ona objęła tatę za szyję i pocałowała w usta.

– O matko! – chwyciłam głowę dłońmi. – Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?

– Nie miałem odwagi. Przepraszam, mamo.

– Wierzę ci, synku. Ja też nie miałam odwagi powiedzieć tobie. Pewnie wszyscy już wiedzą, tylko ja dowiedziałam się ostatnia.

– Od kogo wiesz?

– Dorwałam wczoraj jego telefon i przeczytałam wiadomości.

– Jak ci się udało zabrać tacie telefon, przecież on z nim chodził wszędzie i pilnował go jak oka w głowie.

– Masz przebiegłą matkę. Łatwo nie było, ale się udało.

– Wiesz, kim ona jest?

– Wiem. Pracuje ze mną.

– Co?! Żartujesz, prawda?!

– Niestety nie. To nikt inny, jak ta Marta, której tak nie lubię. Na pewno słyszałeś, jak czasem na nią narzekałam.

– O rany, grubo! – oburzył się Bartek. – Co zamierzasz? Bo jeśli o mnie chodzi, to jestem po twojej stronie, mamo. Chcę, żebyś o tym wiedziała, gdybyś rozważała spakowanie taty. Od miesiąca gryzę się z tą wiedzą i wiem, że on wcale na te delegacje nie jeździ, tylko do niej. Zdążyłem się już oswoić z myślą, że damy sobie radę bez taty – oznajmił i spojrzał na mnie jakoś tak miękko. – Będę ci pomagał – obiecał.

Przytuliłam mojego dorosłego syna i rozpłakałam się w jego ramionach.

– Nie płacz, mamo. Będę rąbał drewno do kominka, latem kosił trawę, a jesienią pomogę ci grabić liście. Damy sobie radę, zobaczysz.

– Kocham cię, synu.

– Ja ciebie też, mamo.

– Najgorzej będzie z Olą. Nie wiem, jak mam jej to powiedzieć.

 

– Najlepiej powiedz jej prawdę. Sama nas uczysz, żeby zawsze mówić prawdę, że ona jest lepsza niż słodkie kłamstewka.

– Widzę, że nauka nie idzie w las.

– No pewnie, że nie!

Potargałam czuprynę mojego mądrego i dojrzałego syna i wstałam od stołu.

– Mamo?

– Tak?

– Nie odpowiedziałaś mi, co zamierzasz. Ja tylko zasugerowałem pakowanie rzeczy taty, ale przecież decyzja należy do ciebie. Wiedz tylko jedno, ja mu tego nie wybaczę.

– Mam zamiar spakować jego rzeczy jeszcze dziś.

ROZDZIAŁ 9

Roberta spakowałam w pięć brzydkich worków na śmieci, dwa żółte, które są przeznaczone na odpady z plastiku i trzy duże, niebieskie. Poszłam spać o drugiej w nocy, ale usunęłam z szafy i łazienki wszystkie ślady mojego małżonka.

Następnego dnia, kiedy dotarłam do pracy, wystarczyło mi jedno spojrzenie na znienawidzoną gębę Marty, by dojść do wniosku, że ona to chyba dziś oka nie zmrużyła. To się Robert musiał zapienić, gdy ujrzał dwa kapcie i perspektywę targania opon do najbliższego kompresora. I tak niech się cieszy, że mu ich nie przebiłam.

– Oj, Marta, a co ci się stało z twarzą? – spytałam z udawaną troską.

– Nic, a co się miało stać?

– No właśnie nie wiem co, ale wyglądasz dziś, jakbyś dorabiała w night clubie. Straszne masz wory pod oczami, a taka jesteś jeszcze młodziutka.

Marta spiorunowała mnie wzrokiem i sięgnęła do torebki po małe lusterko. Przyjrzała się wnikliwie swojej twarzy i poprawiła makijaż.

– Przesadzasz, Aśka. Wyglądam jak zawsze, a ty się doszukujesz nie wiadomo czego, tymczasem tobie to nawet najlepszy podkład nie pomoże.

– No może tobie dobry podkład jeszcze pomaga, choć chyba nie tak, jak sobie wyobrażasz. Obawiam się jednak, że kiedy będziesz w moim wieku, zostanie ci tylko szpachla z gipsem, żebyś mogła wyjść między ludzi. A teraz zrób mi, proszę, kawę i przynieś do mojego gabinetu.

Zdawałam sobie sprawę, że byłam złośliwa. I wcale nie zamierzałam się hamować. Za bardzo przepełniały mnie upokorzenie, wstyd, ból, zazdrość i świadomość, że moje małżeństwo właśnie się skończyło. Kiedy wychodziłam za Roberta, byłam w nim tak szaleńczo zakochana, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że koniec tego małżeństwo będzie tak żałosny. Byliśmy zakochani, szczęśliwi i nie mogliśmy wytrzymać bez siebie ani chwili. Gdy go pakowałam, wylałam morze łez, wspominając tamten czas. Wąchałam jego ubrania i czułam się tak, jakbym utraciła coś najcenniejszego w życiu. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mnie zdradził. Co miała Marta, czego nie miałam ja? Może zachłysnął się jej młodością i szczupłą sylwetką? Może ja faktycznie powinnam zacząć się odchudzać? Ale czy to by coś między nami zmieniło? Naprawdę powinnam założyć, że z powodu dodatkowych dziesięciu kilogramów wymienił mnie na inną? Przekreślił całe nasze wspólne życie? Nic przecież nie będzie takie samo jak dotąd. Już za chwilę stanę się matką samotnie wychowującą dzieci. Byłą żoną. Zdradzoną.

Tysiące myśli zaprzątało moją głowę, kiedy do gabinetu weszła naburmuszona Marta, niosąc mi kawę. Postawiła ją ostentacyjnie na biurku i powiedziała:

– Nie myśl, że będę ci codziennie parzyła kawkę tylko dlatego, że udało ci się awansować.

– Wcale tak nie myślę, Marta. Wszystko zależy od tego, czy udało ci się zrobić taką kawę, jaką lubię, bo wiesz, za chwilę może się okazać, że w tym jesteś tak samo kiepska, jak w projektowaniu terenu.

Marta zacisnęła swoje małe pięści i już miała się odezwać, kiedy poprosiłam ją, by usiadła.

– Mam dla ciebie zlecenie, które musi być gotowe na cito.

– Mam niedokończony projekt, który muszę oddać do końca tego tygodnia. Nie wyrobię się.

– Wiesz, co ja robiłam, kiedy wydawało mi się, że mogę nie dotrzymać terminu?

– Co?

– Zabierałam pracę do domu – wyjaśniłam z uśmiechem. – Nie masz męża, dzieci i żadnych obowiązków, więc szybko się z tym uporasz. Dwa, trzy wieczory i projekt gotowy.

Spojrzała na mnie wrogo.

– Co to za projekt?

– Masz tutaj adres miejscowości. Chodzi o teren przed budynkiem OSP. Musisz zrobić pomiary, bo nie dosłali.

– Mam projektować ogródek w jakiejś zapadłej wiosce i sama mierzyć teren w taki ziąb?!

– Marta, na pewno pomoże ci jakiś tamtejszy pan strażak. Nie panikuj, dziewczyno. Jesteś umówiona na jutro na siódmą trzydzieści.

– Na którą?! Przecież będę musiała chyba wstać o czwartej, żeby tam dojechać.

– Nikt nie powiedział, że nasz zawód to lekki kawałek chleba. Po prostu musisz iść dziś spać razem z kurami.

Nie udało jej się opanować i powstrzymać od trzaśnięcia drzwiami.

Czy czułam satysfakcję?

Oczywiście.

Czy obwiniałam ją o swoją prywatną katastrofę?

Tak. Gdyby to była zupełnie obca kobieta, mogłabym przyjąć, że nie wiedziała o żonie i dzieciach swego wybranka. Ale Marta wiedziała. Nie tylko wiedziała, że jej kochanek ma żonę i dzieci, ale też doskonale tę żonę znała.

Oczywiście w żadnym razie nie umniejszało to winy Roberta. Ale Marta nie była tylko przypadkową osobą zaplątaną w cudze życie. A jego zostawiłam sobie na deser. Tylko takie działania trzymały mnie jeszcze w przysłowiowej kupie. Zastanawiałam się, ile trwa ich romans. Nie mogłam sobie przypomnieć, od jakiego czasu Robert nie wypuszczał telefonu z rąk. Gdybym tylko wcześniej coś dostrzegła, może udałoby się zdusić ten romans w zarodku.

Nie, nieprawda, niczego bym nie zmieniła. Jeśli nawet udałoby mi się zapobiec nieszczęściu teraz, to nastąpiłoby później. Robert był gotowy na kogoś nowego, skoro ktoś taki się znalazł. To nie święta, żeby chude kochanki pojawiały się niczym prezenty pod choinką. Musiał zacząć szukać, by znaleźć.

Po jakichś trzech godzinach zadzwonił do mnie mój niewierny mąż.

– Cześć.

– Cześć.

– Udało mi się wszystko wcześniej załatwić i będę w domu dziś koło dziewiętnastej.

Kłamca! Perfidny kłamca! Zdradziecki kłamca!

– No i co w związku z tym?

– No nic. Myślałem, że się ucieszysz.

– Ach, tak, jasne, że się cieszę. Bardzo się cieszę.

– No to do wieczora. Pa.

– Pa.

Już to chude chuchro musiało powiadomić mojego męża, że będzie musiała się wyspać, bo ją oddelegowałam na jakąś zabitą dechami wiochę i dziś nici z baraszkowania do rana. Robert pewnie zdąży ją jeszcze bzyknąć po pracy i wróci do domu jak do hotelu. Zaczynałam się nim brzydzić, a wciąż nie czułam ulgi, że się go pozbędę. Czułam jedynie tępy niesłabnący ból, który miażdżył mi serce.

Po pracy odebrałam Olę ze świetlicy.

– Co tam w szkole, bączku?

– Wszystko okay, mamuś. Pani z plastyki zadała nam pracę domową.

– O, to chyba się cieszysz, w końcu uwielbiasz rysować.

– No tak, ale pani kazała narysować dom swoich marzeń, a ja nie umiem rysować pałacu.

Mój anioł stróż chyba nade mną czuwał, bo od telefonu Roberta zastanawiałam się, co zrobić z Olą, żeby nie była świadkiem, jak wyprowadzam jej ojca. Teraz natychmiast postanowiłam, że zostawię ją u pani Ani, która rysunek miała w małym paluszku.

– Mam pomysł, Oleńko.

– Jaki?

– Zaprowadzę cię dziś do pani Ani. Pamiętasz, jak mówiłam ci, że nasza sąsiadka projektowała kiedyś domy?

– Ale przecież ja muszę narysować pałac.

– Jestem pewna, że pani Ania pomoże ci w tym. Myślę nawet, że zamiast pałacu narysujesz pod jej okiem wspaniały dom. Bo wiesz, córcia, te pałace są takie przereklamowane.

Mała chwilkę pomyślała, po czym rzekła:

– Chyba masz rację, mamusiu. W końcu ja nie jestem żadną księżniczką, prawda?

– Dla mnie jesteś.

– I dla taty też.

– Tak, serduszko. Jesteś naszą księżniczką.

Kiedy tylko weszłyśmy do domu, uderzył mnie zapach obiadu. Zdziwiona pognałam do kuchni, bo na podjeździe nie zauważyłam samochodu Roberta.

– Hej, dziewczyny. Myjcie ręce, bo na stół właśnie wjeżdża spaghetti à la Bartoletto – przywitał nas mój syn.

– Synku, sam zrobiłeś obiad? – zdumiałam się.

– Mamuś, a od czego jest net? Dziś gotowanie to żaden wyczyn.

– W takim razie już siadamy i próbujemy, co tam wyczarowałeś.

Duma mnie rozpierała. Bartek nie okazywał tego, że i jemu życie się w pewien sposób zawaliło, natomiast pokazał mi dziś, że obietnica pomocy była jak najbardziej poważna i już wdrażał ją w życie. Kto by pomyślał, że mój syn, którego jeszcze do niedawna musiałam prosić o porządek w pokoju, o najdrobniejszą przysługę, zmieni się pod wpływem okoliczności o sto osiemdziesiąt stopni.

– Bartek, jesteś po prostu genialny.

– Naprawdę ci smakuje?

– Bardzo. Nie masz pojęcia, jakie to uczucie, kiedy wracasz po pracy do domu i masz podany gorący obiad. I to tak smaczny. Dziękuję, synu.

– Mi też smakuje. Możesz tak codziennie gotować – powiedziała Ola.

– Nie zaczyna się zdania od mi – upomniał ją Bartek, ale aż promieniał pod wpływem pochwał. Taki był zadowolony, że z własnej woli posprzątał po obiedzie.

– Olu, leć na górę i spakuj blok, ołówek i kredki, zaraz wychodzimy.

– Dokąd idziecie?

– Muszę zaprowadzić Olę do pani Ani. Będą razem rysować dom marzeń, taka praca na plastykę – wyjaśniłam, a kiedy Ola zniknęła na schodach, dodałam półgłosem: – Tata będzie w domu około dziewiętnastej i nie chcę, żeby widziała, jak opuszcza nasz dom.

– Masz rację.

– Słuchaj, jak wyjdziemy, znieś z sypialni worki i postaw je w korytarzu.

– Spakowałaś już tatę?

– Tak, w nocy.

– Mamo, na pewno tego chcesz?

– Bartuś, mam mieszane uczucia, ale jak mogłabym dalej żyć i udawać, że nic się nie stało?

– Nie kochasz już taty?

– Właśnie najgorsze w tym wszystkim jest to, że go kocham.

– To może z nim pogadaj i nie wiem, może jakieś ultimatum mu daj.

– Ultimatum? No dobrze, przyjmijmy, że z nią skończy. Ale uważasz, że to wystarczy, bym uwierzyła, że on mnie kocha? Przecież gdyby mnie kochał, to by mnie nie zastąpił.

– No tak. Kurde, przechlapane jest to życie. Ja to się nigdy nie hajtnę.

– Jak trafisz na swoją połówkę i się zakochasz, to zmienisz zdanie.

– Być może, ale i tak twierdzę, że małżeństwo to wieczna męczarnia i gonitwa.

Nie dokończyliśmy tematu, bo pojawiła się Ola gotowa do wyjścia.

Kiedy weszłyśmy do domu pani Ani, kazałam Oli rozpakować blok i kredki, a sama zamieniłam słowo z moją sąsiadką.

– Pani Aniu, przepraszam, że zostawiam pani Olę na głowie, ale właśnie dziś mam w planie wywalić Roberta z domu i nie chciałam, żeby mała to widziała – szeptałam gorączkowo.

– O matko, drogie dziecko, nie mów, że kogoś ma.

– No niestety ma, ale to temat na dłuższą dyskusję.

– Przykro mi, Asiu. A jak ty się trzymasz?

– Oswajam się z tą myślą i odkrywam w sobie pokłady nienawiści w stosunku do niego i jego kochanicy.

– Widziałaś ją?

– Tak. Codziennie ją widuje, bo razem pracujemy.

– O matko. Widzę, że w ciągu tych kilku dni wiele się u ciebie wydarzyło. Olą się nie przejmuj, przecież doskonale wiesz, że traktuję ją jak własną wnuczkę. Leć do domu, rozumiem, że żadnych pertraktacji nie zamierzasz uskuteczniać.

– Nie zamierzam, pani Aniu. To będzie krótki kaszel. Tak przynajmniej myślę.

– Powodzenia, drogie dziecko.

– Dziękuję, przyda się. Przyjdę po Olę najszybciej jak się da.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?