Młody

Tekst
Z serii: Tajne akta Vespera #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Młody
Młody
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,33  53,06 
Młody
Młody
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czy mogę panu zaufać, Lordzie?

– Bez wahania – zadeklarował natychmiast, doskonale świadomy, że kłamie i że ona też nie ma co do tego nawet cienia złudzenia. – Przykro mi, że w ogóle ma pani wątpliwości!

Skinęła dłonią, zgięty wpół kelner postawił na stole karafkę i dwa kieliszki.

– Mamy tu swoje małe tajemnice... – Sięgnęła po rubinowy płyn, nalała niemalże po brzegi. – Raczy pan spróbować?

Ujął kieliszek, przyjrzał się uważnie gęstej, smakowitej krwi. Powąchał, niczym wytrawny kiper oceniający wino, i przeniósł zaskoczony wzrok na Panią Lord.

– Nie, to nie prawdziwa – roześmiała się w odpowiedzi. Podniosła swój kieliszek, umoczyła lekko wargi. – Ultor nie zawahałby się pościnać nas wszystkich, zgodnie z wolą Ukrytego. Krew jest neutralna, podwójnie testowana, jak należy. A że troszkę doprawiana... – Uniosła szkło w górę. – Zdrowie bawiących się!

Wypił, czując, jak płynny ogień rozprzestrzenia się w ustach, spływa po gardle.

– Chyba jest doprawiana trochę więcej niż troszkę – powiedział, odstawiając kieliszek na stół. – Przyznaję, że zaskoczyłaś mnie, Pani.

Przyjemny szum rozległ mu się w głowie. Światła pojaśniały, stały się ostrzejsze, bardziej kolorowe.

– Spodziewałam się, że kto jak kto, ale pan na pewno zrozumie. – Spuściła głowę, zachichotała niczym niegrzeczna dziewczynka. – Nasz Ród nie może trwać w wiecznej trzeźwości!

– Jak udaje się pani utrzymać ich w ryzach? – zapytał poważnie. – Tak blisko prawdziwej krwi. Nie ulegają pokusie?

– Miłość – powiedziała po prostu. – Miłość i śmierć często chodzą w parze.

Milczał, usiłując zinterpretować jej słowa. Umysł jednak odmówił posłuszeństwa, poszukiwane odpowiedzi wydały się błahe, nieistotne. Oczy same przeniosły się na roztańczony tłum.

Chcę się bawić, pomyślał z narastającą rozkoszą. Chcę nie dbać dzisiaj o nic, rzucić w kąt całą odpowiedzialność i wszystkie lordowskie kłopoty i po prostu poddać się Nocy. Chyba zasłużyłem?!

Przeniósł spojrzenie na Panią Winorośli. Jeżeli to prawda, co mówiła Aranea... Cóż, chyba jednak nie będzie miał nic przeciwko temu, by zostać jednonocną zdobyczą. Niech się dzieje, co chce.

Viticula ujęła jego dłoń, przytrzymała w swych chłodnych palcach.

– Wszystkie moje dziewczęta są dzisiaj do pana dyspozycji – szepnęła porozumiewawczo.

– Nie widzę gwiazd, kiedy świeci słońce – odparował natychmiast. – Jakie dziewczęta?

Uśmiechnęła się z widoczną satysfakcją. Trafiony, zatopiony. Ten nowy Lord też jest jej.

– Przyznaję, jestem ciebie ciekawa, Vesper – zaczęła mówić szybkim, gardłowym tonem. – A mężczyznę najlepiej poznaje się w chwilach uniesień. Kiedy już wiesz, jak pachną świeże krople potu na jego skórze, jak brzmią jego westchnienia... – Puściła jego dłoń, odsunęła się nagle. – Ale wie pan, Lordzie, pańska generał miała rację. Nie ceni się niczego, co przychodzi zbyt łatwo. A ja chciałabym, żeby pan mnie cenił.

Uśmiechnął się wyrozumiale. Przewidywalne to było aż do bólu, ale skoro jej zależy, może trzymać się konwencji.

– W takim razie będę czekał. Leżąc u stóp.

Zerknął na salę, szukając wzrokiem Inanitów. Rozpierali się w loży naprzeciwko, każdy otoczony wianuszkiem dziewcząt. W tym także i Celer, co Vesper skonstatował z niejaką ulgą. Może takie mizianie się po policzkach to tylko tutejsza forma przywitania?

A gdzie Aranea? Zniknęła. Pewnie wróciła już do pokoju. Czekać na swoją miłość.

Icta z Echisem...

– Dręczysz mnie, Pani – powiedział nagle surowym tonem. – Napoiłaś ogniem, a teraz wymykasz się jak kokietka.

Uśmiechnęła się trochę niepewnie.

– Wszystkie moje dziewczęta...

– Mówiłem już, że nie chcę gwiazd, kiedy świeci słońce. – Wstał, ujął jej dłoń i ucałował szarmancko. – Pozwolisz, że wrócę do swojego pokoju.

– Ależ, Lordzie... – zaprotestowała, ale bez cienia urazy w głosie, jakby ta deklaracja sprawiła jej przyjemność. – Tracić taką zabawę?

– Wolę oddać się marzeniom... – Zanim narobię jakichś głupot po pijanemu, dokończył w myślach. Obdarzył ją przeciągłym, znaczącym spojrzeniem, skłonił się i opuścił lożę. Czuł na plecach jej zagadkowy wzrok, kiedy przemierzał salę, aż do drzwi. Nie zawołała jednak za nim, pozwoliła mu wyjść.

Dotarł do apartamentów nie niepokojony przez nikogo. Przeszedł do wspólnej bawialni, przystanął, namyślając się chwilę. Wreszcie zapukał do drzwi Aranei.

Otworzyła natychmiast.

– O – powiedziała zdziwiona. – Nie bawisz się?

– Już się nabawiłem. I nie, nie martw się, nie obraziłem Pani Winorośli. Zaofiarowałem jej swoje romantyczne westchnienia. Chyba się spodobały.

– No proszę. Nie wzięła cię od razu do łóżka? – Aranea wydęła wargi z zastanowieniem. – Dobrze, bardzo dobrze. Okazała ci szacunek. Zależy jej.

– Niech będzie. Słuchaj, czy nie miałabyś ochoty pokazać mi trochę tych umysłowych sztuczek? Wiesz, przekazywanie danych, takie tam... I tak na razie nie zasnę. Oczywiście, jeśli czujesz się zmęczona...

– Ja też nie mogę spać. Chętnie z tobą popracuję. Mogę rozchylić zasłony?

– Pewnie. Żadnemu z nas słońce nie szkodzi.

Przeszedł do fotela, rozsiadł się wygodnie, podczas gdy ona szarpała się z ciężkimi storami.

Najwyższy czas zacząć się uczyć, jak być prawdziwym Lordem, pomyślał Vesper, otwierając umysł. A nie gówniarzem jak dotychczas.

Z daleka dobiegały odgłosy muzyki. Słońce, wiszące tuż nad pobliską kopułą, zdawało się zerkać z upodobaniem do środka. Widać tam działy się rzeczy dużo ciekawsze niż ta dwójka, zastygła w pracowitym milczeniu.

ROZDZIAŁ 11. DZIAŁANIA NIEREGULARNE

11.1. ZAŁOŻENIA OGÓLNE

11000. Wprowadzenie.

Działania nieregularne to rodzaj działań bojowych prowadzonych specyficznymi sposobami w ugrupowaniu przeciwnika przez doraźnie tworzone, stosownie do potrzeb i sytuacji, zgrupowania taktyczne. Zgrupowania te przygotowane mogą być w czasie pokoju lub doraźnie tworzone w czasie wojny.

(...)

11005. Typowymi formami taktyki działań nieregularnych mogą być:

1. rozpoznanie,

2. dywersja,

3. blokowanie,

4. likwidacja,

5. działania psychologiczne.

Regulamin działań Wojsk Lądowych DD/3.2 2004

Działania nieregularne

adbrzeże afrykańskiego portu powoli rozjaśniało się sennym jeszcze, zamglonym świtem. Fale miarowo biły o brzeg, nad nimi rozlegały się pojedyncze krzyki najwcześniej rozbudzonych mew.

Vesper popatrzył na kontenery do transportu lotniczego, wyjeżdżające jeden po drugim z szeroko otwartej ładowni statku. Raz, dwa, trzy. Poobijane, zardzewiałe, mocno nadgryzione zębem czasu. Co jest? – uśmiechnął się w myślach, Mercator odnalazł dawno zagubiony skarb templariuszy?

Gdybym był głupi, pomyślałbym, że ta cała akcja to jedna wielka ściema. Obstawiamy przewóz jakiegoś złomu, i to zaledwie przez parę kilometrów, z portu na lotnisko. Niech się Inaniciątka ucieszą, skoro nie mają nic innego do roboty.

Ale nie jestem głupi i wiem, że zazwyczaj nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Vesper poprawił lornetkę, wyregulował ostrość. Kim są ludzie kręcący się wokół kontenerów? Watykańscy? To może być niezły bal. A z odległości dachu, na którym leżał wraz z Nidorem, trudno było coś stwierdzić.

„Jak myślisz, czy to watykańscy?” – zdecydował się zapytać przyjaciela, wpatrującego się cierpliwie w przyrządy celownicze karabinu. „Bo nie czuję z takiej odległości...”

„Vesper, do cholery!” Nidor nie był dzisiaj w najlepszym humorze. „Powtórzmy ostatnią lekcję. Ja snajper, ty spotter. To ty mi mówisz, czego się mam spodziewać! Ja tylko pilnuję tego pierdolonego krzyżyka...”

„No dobrze już, dobrze...” Vesper przesunął wzrok na grupkę spacerujących za ogrodzeniem turystów, uśmiechnął się pod nosem. Res z doklejonym sztucznym wąsem, w luźnej, pstrokatej hawajskiej koszuli i krótkich spodenkach wyglądał co najmniej komicznie. Obok niego Tiro, podobnie ubrany, z różowym plecaczkiem z Hello Kitty przewieszonym niedbale przez ramię. Wlekli się noga za nogą, jakby wracali z całonocnej imprezy.

Nikt pośpieszył spojrzeniem w bok. Na chodniku pomiędzy palmami rozsiedli się Celer z Fulgurem, leniwie popijając coś z butelki opakowanej w papierową torebkę. Palili przy tym papierosy, co samo w sobie było wyczynem, Vesper nie miał pojęcia, czy jeszcze zdobyłby się na bezsensowne wdychanie kompletnie niedziałającego dymu. Choć przecież mógł mieć pewność, że na raka płuc od tego nie umrze.

Wrócił spojrzeniem do kontenerów. Jeden za drugim wjeżdżały do ciężarówki, z niemrawo drepczącymi w ślad za nimi zaspanymi ochroniarzami. Cisza, spokój, nic się nie działo. Absolutnie nic.

Jakiś człowiek podszedł do drzwi ciężarówki, zerknął do środka, pokiwał głową, odnotował coś w papierach. Skinął na towarzysza, z wyraźnym wysiłkiem opuścili metalową sztabę, Vesper mógł niemalże usłyszeć, jak szczękają zawiasy. Ludzie zamknęli i zapieczętowali zamek, przekazali papiery kierowcy, wymienili z nim uścisk dłoni. Kierowca splunął jeszcze na nadbrzeże, wdrapał się do szoferki. Zaraz potem dołączyli do niego dwaj ochroniarze.

„Kierowca i dwóch ochroniarzy, to wszystko?” – rzucił ze zdziwieniem Nidor. „Ale mi ważny fracht...”

„Pilnuj krzyżyka” – poradził mu złośliwie Vesper. „Ty snajper, ja spotter. Pamiętasz?”

„Tak jest, Milordzie!” – odciął się Nidor i przywarł z powrotem do przyrządów.

 

Ciężarówka wytoczyła się leniwie przez bramę. Turyści na ten widok załadowali się do samochodu. Siedzący na chodniku zostali jeszcze na chwilę.

„Hirtus, Offa, widzicie przesyłkę? Jest już w drodze!” – wysłał Vesper do byłych renegatów, wyczekujących w samochodzie kilka przecznic dalej.

„Potwierdzam. Ruszamy!”

Res i Tiro nie pojechali bynajmniej za TIR-em. Skręcili w pierwszą lepszą uliczkę jak gdyby nigdy nic.

Celer i Fulgur nadal palili papierosy, siedząc na chodniku.

„Jedziemy za przesyłką” – zameldowali Offa z Hirtusem.

Eksnocarze podnieśli się, nieśpiesznym krokiem przeszli do kolejnego z samochodów. Odpalili silnik.

„Co u ciebie, Ara?”

„Fotografuję startujące samoloty” – oznajmiła zwięźle. „Rany, nie miałam pojęcia, że tyle ludzi się tym pasjonuje...”

„Na razie wszystko w porządku. Przesyłka w drodze!”

– Zwijamy się – polecił Vesper szeptem. Nidor poderwał się natychmiast, wprawnymi ruchami złożył broń.

Odrzucili maskującą, szarą płachtę, złożyli ją pośpiesznie.

– Lustro! Lecimy!

Przeskoczyli sprawnie nad kilkoma dachami, do upatrzonego wcześniej budynku. Rozłożyli się znów, przykryli płachtą. Popatrzyli w dół.

Ciężarówka pełzła leniwie ulicami portu. Za nią toczyli się Offa z Hirtusem.

„Dość!” – rozkazał im Vesper. „Zmiana!”

Eksrenegaci posłusznie skręcili w bok. Z kolejnej przecznicy wyjechali Res i Tiro, zrównali się z ciężarówką, przystanęli razem na światłach, zerknęli do kabiny.

„Ludzie. Na pewno” – potwierdzili.

Celer z Fulgurem wysforowali się w przód bocznymi uliczkami, teraz byli około kilometra przed ciężarówką.

„Ale tu nieciekawa okolica” – nadali. „Koledzy renegaci mieliby używanie!”

– Nidor, widzisz to? – wyszeptał Vesper, zaciskając palce na lornetce.

„Kilku gości wdarło się do kabiny, nie pierdolili się z zamkami” – w tym samym czasie zaczął meldować Res. „Wywalili kierowcę i ochroniarzy na jezdnię. Co robimy?”

„Nic. Obserwujemy”.

Vesper przełknął ślinę, czując, jak serce przyśpiesza znajomym, zachłystującym się adrenaliną rytmem. A jednak! Dzieje się!

Ciężarówka ruszyła dalej.

„Hirtus, Offa, zgarnijcie ludzi: kierowcę i ochroniarzy!”

„Robi się!”

Wezwani wypadli z bocznicy niemal natychmiast, zatrzymali się przy poszkodowanych. Krótka perswazja mentalna i ludzie posłusznie powsiadali na tylne siedzenia. Samochód ruszył i zniknął w bocznych uliczkach.

„Ciężarówka skręca!” – zameldowali Res i Tiro.

„Widzę!” – potwierdził spokojnie Vesper. „Jedźcie za nią!”

„Będę wam potrzebna?” – rzuciła Aranea.

„Na razie zostań, gdzie jesteś. Nie wiadomo, jakie niespodzianki czekają przed lotniskiem”.

Ciężarówka przyśpieszyła. Zaczęła wdzierać się coraz głębiej i głębiej w wąskie uliczki.

– Zmieniamy dach, Nidor! Gazem!

Spakowali się błyskawicznie. Skoczyli. Rozejrzeli się z dachu.

– Ten tutaj do dupy – oznajmił Nidor. – Tamten będzie lepszy. – Wskazał ręką.

– Skaczemy! Lustro!

Przywarowali na kolejnym dachu w samą porę, by zobaczyć, jak ciężarówka zatrzymuje się tuż obok drugiej, bliźniaczo podobnej, z której wyskoczył szereg ciemno odzianych postaci.

– Nie mają prawa jej przeładować! – wyszeptał Vesper. – Wal!

– Najpierw w tych, co chcą zdjąć plomby.

– Zgoda. Wal!

Trzask! Jeden z przeciwników zwalił się na podłogę. Pozostali natychmiast przywarowali za osłonami, wydobyli broń, zaczęli się rozglądać w poszukiwaniu snajpera.

– Kurwa, ale wyszkoleni – wyszeptał Nidor. – Jak w zegarku się ruszają, patrz! O ja pierdolę... To nocarze!

„Stoimy tuż za rogiem” – przypomnieli się Tiro i Res. „Co mamy robić?”

„Poczekajcie na Celera z Fulgurem, nie wchodźcie we dwóch. Przeciwnik szkolony!”

Trzask, pocisk rozorał murek, dosięgnął któregoś z mężczyzn na dole. Vesper obrócił się gniewnie do Nidora.

– To nie ja! – syknął przyjaciel. – Mamy towarzystwo!

Trzask, trzask, posypały się kule, Vesper zorientował się, że padają z dachu na godzinie pierwszej. Nagle powietrze zaroiło się od czarnych postaci, z wdziękiem sfruwających w dół. Opadły na tamtych jak sztorm, na ziemi wywiązała się zacięta walka.

„Inanici, ani mi się ruszyć!” – polecił Vesper. „Celer, Fulgur, parkujecie pół bloku dalej. Offa, Hirtus, wy tak samo! I ani zipnąć!”

„Co się dzieje, szefie?!”

„Niech który skoczy po chipsy i colę. Jesteśmy właśnie świadkami uroczej nocarsko-renegackiej napierdalanki!”

„Ale przecież... musimy pomóc naszym!” – zahuczały oburzone głosy.

„Czy któryś Inanita jest w niebezpieczeństwie?” – rzucił Vesper złowrogim tonem.

Milczeli.

„A więc nikt z naszych nie wymaga na razie pomocy. Czekać, powiedziałem!”

Nie odezwali się ani słowem, żaden nie ruszył do boju. Przynajmniej na razie.

– Kurwa! – Nidor poruszył wargami prawie bezgłośnie. – Zabiłem nocarza. Kurwa mać!

– Zdarza się – orzekł Vesper, siląc się na spokojny, beznamiętny ton, choć widział, jak bardzo przyjaciel jest poruszony.

– Zamknij się lepiej, Lordzie, i oglądaj mecz! – parsknął tamten nerwowo. – Kto prowadzi?!

Vesper przeczesał pole bitwy lornetką. Siły były ewidentnie wyrównane. To jedna, to druga strona podsyłała swoich żołnierzy do ciężarówki, by zaraz stracić ich we wściekłym kontrataku przeciwnika.

Rozejrzał się po okolicznych dachach w poszukiwaniu odwodów. Najwyraźniej jednak Nex postawił wszystko na jedną kartę, bo wokół nie było nikogo. Tylko ludzie kryli się po domach, bez specjalnego poruszenia, najwyraźniej strzelanina tutaj nie była niczym nadzwyczajnym.

Tymczasem natężenie walk malało z minuty na minutę.

„Są już nieźle wykrwawieni” – uznał Vesper. „Uwaga! Na mój znak! Celer, Fulgur, pakujecie się do ciężarówki i wypierdalacie na pełnym gazie. Tiro, Res, osłaniacie ich. Ja z Nidorem kryjemy z góry. Offa, Hirtus, nie angażujecie się w walkę, wycofujecie się wraz z ludźmi i prosto na lotnisko, cały czas na nasłuchu, oczywiście. Wszystko jasne? Powtórzyć!”

„Przejmujemy ciężarówkę”.

„Osłaniamy”.

„Wyjeżdżamy na lotnisko”.

„Doskonale. Wykonać!”

Res z Tirem wypadli ze swojego miejsca, podbiegli do ciężarówki, przywarli do siebie plecami.

„Już!”

Celer i Fulgur sprawili się błyskawicznie. Śmignęli do szoferki, po drodze kładąc trupem kilku przeciwników, odpalili silnik.

„Res, Tiro, tango na dziesiątej!” – ostrzegł Vesper z góry. „Czterech!”

Wyćwiczone odruchy zadziałały wcześniej niż ogarnięte wątpliwościami umysły. Res z Tirem otworzyli ogień do zbliżającej się grupy renegatów, kładąc wszystkich.

„Ruszaj, Celer! Ruszaj!”

Silnik zawył, ciężarówka wyprysnęła do przodu. Res i Tiro rzucili się z powrotem do swojego samochodu.

„Osłaniam!” – zawołał Nidor i rozległy się precyzyjne trzaski jego broni. Padali od niej zarówno renegaci, jak i nocarze.

Ciężarówka zniknęła za zakrętem.

– Ruchy! – krzyknął Vesper, odrzucając płachtę.

– Lustro! – potwierdził Nidor.

Skoczyli niemal w tym samym czasie. Jeden dach, potem drugi. Trzeci, szósty.

Ciężarówka wciąż mknęła uliczkami. Wreszcie wydostała się na autostradę. Stąd do lotniska był już tylko krok.

Vesper z przyjacielem zatrzymali się, dysząc ciężko.

– Lecimy? – zapytał Nidor, pakując broń do snajperskiego plecaka.

– Piechotą nie zdążymy – uśmiechnął się Nikt. Spojrzał na pasy asfaltu. Ciężarówka dojeżdżała już do zjazdu na lotnisko, Res i Tiro siedzieli jej na ogonie, wczepieni jak rzepy.

– No to hop. Tylko przypilnujmy lustra, żeby ludzi nie nastraszyć.

– Mówisz i masz.

Dotarli na lotnisko tuż za Araneą. Zebrali się wokół ciężarówki, upstrzonej dziurami po kulach. Ale plomby na drzwiach pozostały nienaruszone.

– Doskonała robota, panowie! – pochwalił Vesper. – Nikt wam nie siedział na ogonie?

– Myśleliśmy, że ty to sprawdzasz – powiedział Tiro z wyrzutem. – Gnaliśmy jak sam diabeł, ani nam w głowie było...

– Dobrze już, dobrze – uciął Vesper. – Papiery proszę! – Przejął dokumenty od Hirtusa, zaczął je przeglądać strona po stronie. „Sprzęt laboratoryjny” – głosiły zgodnie.

– Dobra, budźcie ludzi!

Hirtus z Offą wyciągnęli wciąż otumanionych pasażerów.

– Może niech lepiej pani generał to zrobi – zaproponowali nieśmiało. – Pacyfikowaliśmy ich trochę pośpiesznie...

– Co ja z wami mam – mruknęła i wpatrzyła się w ludzi. – Nic się nie stało – powiedziała głośno. – Te dziury zawsze tu były. A oto dokumenty. – Wręczyła plik kierowcy. – Możecie jechać.

Wsiedli posłusznie do szoferki, potoczyli się w kierunku terminalu cargo.

Z daleka było widać, jak wysiadają, rozmawiają z przedstawicielem właściciela najzupełniej spokojnie. Najwyraźniej nie była to jedyna postrzelana ciężarówka w tym kraju.

– No i pozamiatane. – Vesper pozwolił sobie na westchnienie ulgi. – Panie i panowie, wracamy do domu!

Milczeli ponuro. Dopiero po chwili Tiro wyrwał się z pytaniem:

– A gdzie on jest, ten dom?

Vesper obrócił na niego rozdrażnione spojrzenie, zaraz jednak się zreflektował. Tiro miał rację!

– Na razie chyba musimy wrócić do Winorośli – rzekł, siląc się na spokój. – I jak najszybciej znaleźć nowe lokum.

– Dobrze by było też porozmawiać z Lordem Renegatów – wypalił poczerwieniały nagle Res. – Bo nic, tylko Kapituła i legalne Rody, a mieliśmy być neutralni! Przydałaby się może krótka wizyta w... No, gdziekolwiek on się obecnie znajduje...

– Wspominał, że przez jakiś czas posiedzi w Cichowężu – przypomniał sobie Vesper. – Racja, masz rację, Res. Najpierw Londyn, potem Cichowąż.

– A koniecznie ten Londyn? – chciał wiedzieć renegat.

– Koniecznie. Musimy odebrać wypłatę.

– Blood money – odezwał się nagle Nidor. Odwrócił głowę w bok i zapatrzył się na wszechobecny piach.

– A jeść trzeba – skwitował brutalnie Vesper, choć jemu też gula rosła w gardle. Dziś prawie każdy strzelał do byłych braci. – Dość tego. Wracamy!


W progu Pałacu powitał ich serdecznie uśmiechnięty Ignis.

– Nasza Pani prosi o wybaczenie. – Skłonił głowę z szacunkiem. – Musiała jednak udać się do jednego z naszych przybytków. Wróci wkrótce, najpóźniej za kilka dni. Prosiła, żebym w tym czasie zaopiekował się wami jak najtroskliwiej.

– Co za szkoda – westchnął obłudnie Vesper, jakoś wcale nie miał ochoty widzieć się z Viticulą. – Jestem jednak pewien, że pozostajemy w dobrych rękach. – Uśmiechnął się równie promiennie jak tamten. Chyba nieroztropnie byłoby pozostawać na wrogiej stopie z tym Winoroślą: musiał się cieszyć łaskami swojej Pani Lord, skoro ją zastępował.

– Proszę zatem za mną. Nasza Pani poleciła zakwaterować was w tych samych apartamentach, co poprzednio. Oczywiście, jeśli bylibyście z nich niezadowoleni...

– Są doskonałe – ucięła wyszukaną konwersację Aranea. – Z chęcią pozwolimy sobie na mały odpoczynek.

– Zapraszam. – Ignis obrócił się i powiódł ich znajomym korytarzem. Przepuścił wszystkich przed drzwiami do pawilonu, zwrócił się grzecznie do Vespera: – Zapewne oczekuje pan na spotkanie z pewnym gościem. Śpieszę poinformować, że pojawi się on jutro. Dziś wieczorem, oczywiście, nie pozostawimy was bez stosownej rozrywki...

– Dziękuję. – Vesper rozejrzał się po korytarzu, wszyscy już weszli do swoich pokojów.

– W takim razie do zobaczenia wieczorem, kuzynie. – Ignis odwrócił się i chciał odejść, Vesper zatrzymał go jednak.

– Chciałem panu coś powiedzieć, kuzynie, o ile nie będzie to nie na miejscu.

Tamten zwrócił się ku niemu natychmiast, z wciąż nienagannie uprzejmym wyrazem twarzy.

– Chciałem przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie – wypalił Nikt z determinacją. – Chyba okazałem się niegrzeczny. Niestety, jestem zwykłym prowincjuszem, nieznającym się na tutejszej wyrafinowanej etykiecie. – Wyciągnął rękę i dotknął gładkiego policzka Winorośli, patrząc mu z napięciem w oczy.

Ignis odpowiedział zdumionym spojrzeniem.

– Nasza Pani zdążyła mi już wszystko wyjaśnić – odparł układnie. – To ja zachowałem się niestosownie, nie biorąc pod uwagę upodobań naszego dostojnego gościa.

 

– Odnoszę wrażenie, że z chwili na chwilę pogrążam się coraz bardziej. – Vesper zaśmiał się pojednawczo, opuszczając dłoń. – Chyba powinienem jednak pozostać na swojej prowincji.

Tamten roześmiał się również, jakby rozbrojony.

– Nie mówmy już o tym. – Wyciągnął dłoń, musnął Vespera po policzku. – Mam nadzieję, że będzie się pan, kuzynie, czuł u nas jak najswobodniej.

– Jestem tego pewien. Dziękuję za wyrozumiałość.

– To ja dziękuję, kuzynie. Do usług.

Skłonili się sobie i rozeszli.

Vesper wszedł do apartamentu. Zawahał się przez chwilę. Gdzie są jego Inanici? Zaszyli się po pokojach czy zgromadzili w bawialni?

Poszedł sprawdzić. Siedzieli w bawialni wszyscy, sączyli krew z kieliszków i rozprawiali o czymś. Głosy urwały się jak ucięte nożem, gdy tylko przestąpił próg.

– I wtedy ciach! Tym sekatorem... – wysilił się na żart, nie wywołując jednak u nikogo nawet cienia uśmiechu. Odchrząknął więc. – Mam wyjść?

– Ależ skądże... – zaprotestowali bez przekonania. Usiadł więc na pierwszym lepszym fotelu.

– No dobra. Kill me, I’m here! – zacytował klasykę. – Kto pierwszy?

Popatrywali po sobie. Ty pierwszy, nie, lepiej ty.

– Chujowy ten Ród – odważył się wreszcie Offa. – Chujowy jak barszcz!

Vesper nabrał powietrza w płuca, nie dopuścili go jednak do głosu, sypiąc zdaniami jeden przez drugiego:

– Jasne, sytuacja była, jaka była. Wiadomo, że nie mogliśmy się podzielić, żeby nocarze pomagali swoim, a renegaci swoim. Już prościej się powystrzelać tutaj. Mniej szkody i hałasu. Ale nie może, no nie może tak być! Żaden z nas tego na dłużej nie wytrzyma!

Znów chciał coś powiedzieć, przerwali mu jednak:

– Tak, jasne, wiesz coś o tym, byłeś po obu stronach i tak dalej. Ale nigdy nie musiałeś zabijać swoich!

– Prawie rozwaliłem Alacera, z dziką przyjemnością – udało mu się wreszcie przedrzeć przez harmider. – W ostatniej chwili Ultor go obronił. I paru renegatów też mam na sumieniu. Pamiętacie rekrutację?

– To była inna sytuacja. To się nie liczy.

Schował twarz w dłoniach.

– Więc co niby mam robić? – wybuchnął. Uniósł głowę, perorując na cały głos: – Nie wiecie, prawda? Zresztą gówno was to obchodzi! Mam tak robić, żeby było dobrze, a wy żebyście sobie rączek bratnią krwią nie ubrudzili!

– Od tego jesteś Lordem!

– Moje zadanie to dbać o równowagę! – odparował wściekle. – Pamiętacie? Tego się nie da zrobić bez...

– A o jaką równowagę zadbaliśmy dzisiaj?!

Zaplótł ręce na piersiach, skrzyżował nogi. Bardziej zamkniętej pozycji nie mógłby już przyjąć.

– Dzisiaj po prostu zadbaliśmy o swoje przetrwanie jako Ród – rzucił z goryczą. – Przepraszam, że to tak mało.

Przyszła Aranea, stanęła w drzwiach.

– Daj spokój, Vesper – powiedziała z miażdżącą pogardą w głosie. – Jaki Ród? Jedyne, co tu widzę, to dość przypadkową zbieraninę policjantów i złodziei. Pełną roszczeń i wymagań. Wciąż lojalną wobec swoich poprzednich Rodów. Wyłazisz ze skóry, żeby pozbierać to wszystko do kupy, a ci i tak mają to gdzieś. Daj sobie z nimi spokój.

Zapadła cisza.

– Możemy siedzieć tu, u Winorośli, do końca świata i jeden dzień dłużej. – Wzruszyła ramionami. – Aż przyjdzie Ukryty i pozamiata. Poprzydziela z powrotem nocarzy do nocarzy, renegatów do renegatów i tak dalej. – Uśmiechnęła się paskudnie. – Wtedy będziecie się mogli, moi drodzy, z czystym sumieniem powystrzelać! Już się umówcie, który zdejmie którego, żeby było bardziej malowniczo!

– To nie o to chodzi... – odezwał się z urazą Res, ale przerwała mu z jadem w głosie:

– Więc o co? Najmij się może do któregoś z Rodów niebojowych, jeśli chcesz działać wyłącznie pokojowo! Kto wie, może cię przyjmą? Skoro tak bardzo boisz się robić to, co tutaj do ciebie należy?

– Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą – przyznał milczący dotąd Celer.

– Zaakceptujecie rzeczywistość albo nie – oświadczyła wciąż surowym tonem. – Wasz wybór. I tak, wiem coś o tym. Zabiłam niejednego ze swoich. I przykro mi: wciąż ośmielam się żyć!

Nie odpowiedzieli.

– Jeśli macie takie życzenie, możemy przemianować nazwę Rodu z Nieistniejących na Wyjątkowo Wredne Skurwiele – powiedział Vesper spokojnie. Wstał. – Przykro mi, ale lepiej nie będzie. Zacznijcie się przyzwyczajać do tej myśli. Kto się nie czuje na siłach, może zacząć negocjować z innymi Rodami w sprawie przeniesienia. Puszczę bez żalu, obiecuję.

Wyszedł, pozostawiając za sobą milczenie ciężkie niczym ołów.


– Kuzynie? – Ignis zajrzał do pokoju Vespera, zapukawszy wprzód uprzejmie. – Przepraszam najmocniej, ale pańscy przyjaciele orzekli, że dziś nie mają ochoty na zabawę. Może pan zamierza się przyłączyć?

Nikt wstał z fotela, w którym przeżuwał gorzkie myśli.

– I owszem, chętnie!

W dupie mam ich wszystkich, pomyślał gniewnie. W dupie! Schlam się do nieprzytomności i będę pieprzył cały dzień, aż do wieczora, tutejsze dziwki, pojedynczo i grupowo. Nie ma sensu wysilać się na bycie jakimś Lordem. Po prostu nie ma sensu.

– Proszę za mną! – Ignis wymknął się zręcznie i czekał na korytarzu. Gdy tylko Vesper dołączył do niego, zaszemrał konfidencjonalnym szeptem: – Nasza Pani rozkazała przygotować dla pana coś specjalnego!

Nikt rozszerzył wargi w udawanej nadziei.

– Mianowicie?

Winorośl uśmiechnął się zagadkowo. Ruszył przed siebie, skręcając w dotychczas nieznane Vesperowi korytarze. Wreszcie przystanął przed jakimiś drzwiami i rzekł:

– Ciemność.

– O? – Vesper przechylił głowę z zaciekawieniem.

– Ciemność, w której nie istnieją słońce ani gwiazdy – ciągnął tamten. – Nasza Pani stwierdziła, że na pewno pan zrozumie.

– Zobaczymy. – Vesper uśmiechnął się blado.

Ignis położył mu dłoń na ramieniu.

– Nie trzeba się tak wszystkim przejmować – oznajmił lekko. – Czasem trzeba po prostu wziąć od życia to, co daje. Rzucić się w nie jak w przepaść. Jak w ciemność. Po prostu tak.

Otworzył drzwi.

– Proszę!

Vesper przestąpił próg.

Drzwi zamknęły się za nim natychmiast, a on nie widział nic.

Poczuł dotyk rąk.

Zaczęły zdejmować z niego ubranie, gdy stał, wciąż zaskoczony. Poczuł na ustach chłodny dotyk szkła, zapach wypełnił nozdrza obietnicą rozkoszy.

Sięgnął językiem, posmakował, a wtedy ktoś uniósł kieliszek do góry i pozwolił mu pić. Znajomy żar zaczął rozlewać się po ciele.

Miękkie, ciepłe dłonie muskały go wszędzie, rozpinały koszulę, zdejmowały spodnie. Wciąż nie widział nic.

Stał nagi, zalewany deszczem czułego dotyku. Dłonie pochwyciły go, poprowadziły przed siebie, wciąż po omacku, po grubym, puszystym dywanie.

Wyciągnął ręce do przodu, asekurując się bezwiednie, i natrafił niespodziewanie na pełne, jędrne piersi o sterczących sutkach. Zatrzymał się, zaczął je pieścić zachłannie.

Jakieś usta poszukały jego ust, przywarły do nich w długim, namiętnym pocałunku. Oderwały się, znów poczuł na wargach dotyk szkła. Opróżnił więc kolejny kieliszek, coraz gorliwiej błogosławiąc narastającą ulgę.

Ręce pociągnęły go w dół, nakazały położyć się na czymś gładkim i miękkim. Opadł posłusznie i leżał na wznak, czując, jak wodzą po nim coraz śmielsze usta. Ile mogłoby ich być? Kilkanaście? Kilkadziesiąt? Nie wiedział. Dłonie znów dotknęły kuszących piersi, zacisnęły się na nich w zachwycie.

Jakaś ręka chwyciła jego dłoń, przesunęła wzdłuż gładkiego ciała, skierowała do wygolonego łona. Zanurzył w nim palce, słysząc w podziękowaniu jęk rozkoszy.

Odsunął natarczywe usta niecierpliwym ruchem, oburącz pochwycił biodra tej, która poddała mu się tak szczodrze, przyciągnął do siebie i wszedł w nią. Zafalowała nad nim rytmicznymi ruchami, aż zaczął jęczeć z niebywałej rozkoszy. Uciekła wtedy, wymknęła mu się, pozostawiając dyszącego w niespełnieniu, a na jej miejsce nadeszła inna, ofiarowując mu się również tylko na chwilę. Spróbował ją zatrzymać, nie pozwolić na odwrót, ale wtedy przytrzymały go nieustępliwe ręce, pchnęły z powrotem na posłanie.

Któraś z nich wymierzyła mu nagle siarczysty policzek.

Zawrzał gniewem, chciał się zerwać, nieoczekiwanie jednak dla siebie samego poddał się, zrezygnował z oporu. Ból się rozpłynął, zamienił w niespodziewaną przyjemność.

Przyjął pokornie kolejne biodra. Kiedy i ta z dziewczyn odeszła, odmawiając mu swego ciała równie nieoczekiwanie, jak go nim obdarzyła, nie oponował już. Leżał posłusznie i czekał, co przyniesie ciemność.

Czyjeś wargi powędrowały wzdłuż jego członka. Rozsunięto mu nogi, Winorośl uklękła między nimi i zaczęła go pieścić z mistrzostwem, jakiego nie zaznał nigdy dotąd. Szczupłe, długie, zwinne palce dotykały go dokładnie w miejscu, w którym pragnął być dotknięty, pełne wargi wraz z językiem, to ssące delikatnie, to tańczące po jego męskości, sprawiły, że znów zaczął jęczeć w uniesieniu. Wyciągnął dłoń, przesunął palce w podzięce po długich, jedwabistych włosach, szybko jednak przechwycono jego rękę, znów podsuwając do pieszczenia kolejną pierś.