Za ostatnią gwiazdą

Tekst
Z serii: Lepsze jutro #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O! Cześć – powiedziałam zaskoczona. – To znaczy… dzień dobry… Przepraszam… – Język plątał mi się, jakbym była pijana.

– Po prostu tego nie dotykaj – powtórzył tym samym tonem. – To są oryginały.

– Naprawdę? – Nie uwierzyłam od razu. – Skąd wiesz? – Mówiłam cicho; lokal był pusty, miał doskonałą akustykę.

Nieznajomy odwrócił się w moim kierunku, zniżył głowę i spojrzał prosto w moje oczy.

– Namalowałem je – wyznał konspiracyjnym szeptem, uśmiechając się lekko. I wówczas zdałam sobie sprawę, że blefował. Odetchnęłam z ulgą.

– Naprawdę udało ci się mnie nastraszyć! – powiedziałam rozbawiona. Absolutnie nie wyglądał na malarza, a przynajmniej nie tak, jak w moim mniemaniu powinien wyglądać malarz. Nie pasowały do niego farby i sztalugi.

Zerknęłam na zegarek.

– Jesteś umówiona? – zapytał.

– Za dwie minuty mam tutaj rozmowę kwalifikacyjną – powiedziałam zgodnie z prawdą. I nie dodałam, że tak naprawdę nie potrzebuję żadnej pracy, a przyszłam dlatego, że Kaja się uparła. Na dodatek miała to być moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w życiu.

Nieznajomy wyprostował się gwałtownie.

– W takim razie nie przeszkadzam, powodzenia. – Dopiero teraz zauważyłam, że miał ze sobą plecak. Wyglądał jak turysta.

Nie zdążyłam podziękować, bo drzwi zamknęły się za nim z hukiem. Niemal w tym samym momencie usłyszałam stuk obcasów. Ktoś właśnie szedł w moim kierunku, energicznie i zdecydowanie stawiając kroki. Po chwili zobaczyłam właścicielkę szpilek, szczupłą kobietę ubraną w szare spodnie, białą bluzkę i kamizelkę. Do kompletu brakowało jedynie marynarki. Krótkie, niemal czarne włosy zaczesała do tyłu, odsłaniając czoło.

– Dzień dobry. Pani do mnie?– Miała piskliwy, nieprzyjemny głos.

– Nazywam się Kamila Krzyżanowska, byłam umówiona na rozmowę w sprawie pracy.

– Aa… tak, rzeczywiście. Proszę za mną.

Bez słowa się odwróciła i nie oglądając się za siebie, poprowadziła mnie do małego gabinetu. Pomieszczenie miało może kilka metrów kwadratowych i było pozbawione okna. Na szczęście klimatyzacja działała.

– Proszę usiąść. – Wskazała mi krzesło, a sama usiadła w skórzanym fotelu ustawionym za biurkiem. Miałam wrażenie, że czuła się na tym miejscu jak królowa. – Przypomni mi pani swoje nazwisko? – zapytała, nie patrząc na mnie.

– Kamila Krzyżanowska.

– A tak, rzeczywiście.

Spod sterty papierów leżących na biurku wyciągnęła moje CV, które przesłałam tydzień wcześniej. Siedząc teraz przed nieznajomą i patrząc na nią, zastanawiałam się, po co to zrobiłam? I zaraz sobie odpowiedziałam. Kaja. I wrześniowy wypad.

– Studiuje pani psychologię?

– Tak – odparłam zaskoczona. Bardziej spodziewałam się kwestii w stylu „proszę mi coś o sobie opowiedzieć” albo „dlaczego gastronomia?”

– Angielski biegły? – Kobieta spojrzała na mnie, unosząc brew. Jakby fakt, że dobrze go znałam, był czymś niezwykłym. A przecież znajomość angielskiego była warunkiem koniecznym, więc nie powinna się dziwić. Chyba że chciała się upewnić.

– Tak.

– Rosyjski? – zapytała z wyraźnym zaskoczeniem w głosie. Nie rozumiałam tego zdziwienia. To był język jak każdy inny. Jedni uczyli się chińskiego, inni francuskiego, a ja rosyjskiego.

– Tak – powiedziałam, próbując ukryć rozdrażnienie. Nie tak wyobrażałam sobie rozmowę o pracę. – Jeszcze hiszpański w stopniu komunikatywnym – uprzedziłam następne pytanie.

Kobieta się zaśmiała.

– Pani Kamilo, proszę mi wybaczyć te pytania o języki, ale to tak naprawdę jest podstawowe kryterium – wyjaśniła. – Może się pani nauczyć menu i obsługi, lecz języka… – Rozłożyła ręce. – Mamy bardzo dużo zagranicznych gości, niemal połowa klientów to cudzoziemcy, w sezonie nawet dwa razy tyle, i musimy o nich zadbać. So… – przeszła na angielski. – Tell me something about yourself.

Nie wiedziałam, jakich informacji ode mnie oczekuje, więc opowiedziałam jej o swoich zainteresowaniach, studiach i tym, co chciałabym robić po ich ukończeniu. A na pytanie, dlaczego chcę pracować, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na lipiec i sierpień nie mam żadnych planów wakacyjnych i mogę ten czas wykorzystać na pracę, tym bardziej że planowałam wyjazd z przyjaciółmi we wrześniu.

Kobieta płynnie przeszła na rosyjski i po kilku minutach wróciła do polskiego.

– Podoba mi się pani, pani Kamilo – przyznała. – Zapraszam jutro, zaczniemy szkolenie.

Nie wierzyłam w to, co usłyszałam.

– Mam tę pracę? – zapytałam.

Nieznajoma się uśmiechnęła.

– Oczywiście. Na razie musi się pani nauczyć menu i wszystkich zasad, jakie tu obowiązują, więc będę panią wpisywać na zmiany w tygodniu. Mamy wówczas nieco mniejszy ruch, zatem będzie łatwiej i pani, i nam. Kwestie finansowe, etat i tym podobne omówimy jutro. – Zawiesiła głos. – Proszę przyjść, powiedzmy, na jedenastą. Porozmawiamy o szczegółach, zapozna się pani z naszą ofertą, zobaczy, jak pracujemy. Jeśli nie będzie przeszkód, podpiszemy umowę. Czy takie rozwiązanie pani odpowiada?

Słuchałam jej zaskoczona. To w taki sposób dostawało się pracę?

– O… oczywiście – zająknęłam się.

– Bardzo się cieszę. – Podeszła do mnie. – Zapraszam jutro o jedenastej. – Podała mi dłoń i przytrzymała w uścisku dłużej, niż powinna. – Zdaje się, że się nie przedstawiłam? – zapytała, pochylając głowę w moją stronę. Była wyższa ode mnie. Uśmiechała się samymi ustami i nie wzbudzała zaufania. Była zimna i oschła. Podejrzewałam, że nawet nie miała ochoty mówić dalej. – Nazywam się Tatiana Robakiewicz, jestem współwłaścicielką i menadżerką tej restauracji. Witam na pokładzie. Mów mi po imieniu, tutaj wszyscy jesteśmy na „ty” – skwitowała.

Zrozumiałam, że tymi słowami zakończyła moją rekrutację. Jeszcze chwilę na nią patrzyłam, ale gdy uniosła głowę znad dokumentów, dygnęłam, jakbym była służącą w pańskim dworze, i wyszłam, mówiąc „do widzenia”.

Na zewnątrz odetchnęłam głęboko, a zaraz potem zaczęłam się śmiać sama do siebie. To wszystko okazało się prostsze, niż myślałam. Miałam pracę! Musiałam natychmiast zadzwonić do Kai. Wybrałam numer, ale beznamiętny żeński głos poinformował mnie, że „abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon”. Cholera! Napisałam jej krótkiego SMS-a, iż mam tę pracę, i dodałam, że czekam na kontakt. Byłam pewna, że zadzwoni, jak tylko będzie mogła.

– Udało się? – usłyszałam nagle i zobaczyłam przed sobą nieznajomego z plecakiem, którego spotkałam w restauracji przed rozmową. Zjawił się znikąd. Drgnęłam, chowając telefon do torebki.

– Udało się? – powtórzyłam.

– Twoja rozmowa – przypomniał mi. – Udała się?

– Tak, dziękuję – odpowiedziałam zaskoczona jego obecnością. Chyba na mnie nie czekał?

– Trzymałem kciuki. – Spojrzał zalotnie.

– I tak ci nie wierzę, ale to miłe – roześmiałam się. Dlaczego miałby trzymać za mnie kciuki? Poprawiłam sukienkę, którą bawił się wiatr.

– To może dla uczczenia twojej nowej pracy dasz się zaprosić na kawę? – zapytał.

Nie wierzyłam własnym uszom. Zapraszał mnie na kawę, a kompletnie się nie znaliśmy! Na dodatek uśmiechał się, jakby o niczym innym nie marzył!

Był z pewnością kilka lat ode mnie starszy, co od razu rzucało się w oczy. Bliżej mu było do trzydziestki niż do dwudziestki. Absolutnie nie w moim guście: wysoki, dobrze zbudowany, z wyraźnie rysującym się brzuszkiem. Typ misia, podczas gdy ja wolałam mięśniaków.

Od ukończenia liceum byłam singielką i nie rozpaczałam z tego powodu. Nie szukałam nikogo na siłę, nie goniłam za facetami. Wychodziłam z założenia, że ten właściwy pojawi się w odpowiednim momencie. Zresztą związek, mąż bądź partner czy dzieci nie były teraz moimi priorytetami. Miałam sprawdzoną paczkę przyjaciół, nie potrzebowałam tak zwanej drugiej połówki.

Patrzyłam na nieznajomego; dobrze mi się z nim rozmawiało, może nie jak z najlepszym kolegą, ale było całkiem przyjemnie. Zgodziłam się; i tak nie miałam nic w planach, a od kawy chyba jeszcze nikt nie umarł.

– Mateusz. – Wyciągnął dłoń w moim kierunku.

– Kamila.

Rozmawiając, poszliśmy do maleńkiej kawiarenki dwie ulice dalej, usiedliśmy przy stoliku w głębi schowanym tak, by nikt nam nie przeszkadzał. Zupełnie jakbyśmy mieli zamiar spiskować!

– Co robisz poza tym, że pracujesz jako kelnerka? – zapytał Mateusz, odkładając plecak na wolne krzesło.

Niewinne z pozoru pytanie obudziło moją czujność.

– Nie mówiłam ci, że chodzi o pracę kelnerki… – zaczęłam powoli, przypatrując mu się uważnie.

– Szukałaś pracy w restauracji… Chyba nie w kuchni? – zawahał się. Ta chwila niepewności w jego wykonaniu mi wystarczyła.

Zaśmiałam się.

– Masz rację. Nie w kuchni… Rzeczywiście chodzi o pracę kelnerki – powiedziałam. – Raczej weekendową.

– Raczej?

Do naszego stolika podeszła kelnerka. Złożyłam zamówienie na dużą, miętową frappe. Był to mój ulubiony napój na upalne dni. Mateusz przyglądał mi się przez chwilę, po czym zamówił to samo.

– Nie potrzebuję pracy na pełen etat – odpowiedziałam na jego pytanie. – Jeszcze nie. Studiuję. To znaczy teraz mam wakacje… Ojej, a tak w ogóle to mam strasznie dużo wolnego czasu… – Sama nie wiem, dlaczego nagle zaczęłam się jąkać i brakowało mi słów. Na dodatek czułam, jak przyspiesza mi puls, i byłam pewna, że zaczynam tak reagować na chłopaka.

Mój Boże! W życiu na żadnego nie reagowałam w ten sposób! Nie miałam ich jednak wielu, bo nie należałam do zbyt kochliwych. Wcale nie czułam się z tym źle i w odróżnieniu od niektórych znajomych nie narzucałam się nikomu. Miałam dwie starsze siostry, obserwowałam je, przyglądałam się ich związkom i dochodziłam do wniosku, iż wcale nie muszę się spieszyć. Czasami Olga rzucała, że jestem zbyt zasadnicza i zimna, że odpycham chłopaków, ale nie widziałam powodu, by zmieniać swoje zachowanie. Moi rówieśnicy byli zbyt dziecinni, by traktować ich poważnie.

 

Reakcja mojego ciała na Mateusza mnie zaskoczyła. Nigdy dotąd żaden chłopak ani mężczyzna nie sprawił, że czułam się jak teraz. Na dodatek wydawało mi się, iż Mateusz zdaje sobie sprawę z mojego samopoczucia. Lekko uniósł usta w uśmiechu, powoli przesunął dłoń w moim kierunku, a ja, widząc to wszystko, nie tylko nic nie zrobiłam, ale wręcz mu na to pozwoliłam. Zaskakiwałam sama siebie.

– Co studiujesz?

– Psychologię. Jestem właśnie po sesji, wszystkie egzaminy zdałam i mam spokój do października – przyznałam się, dopiero po niewczasie zdając sobie sprawę, że nie musiałam być aż tak szczegółowa. Było wielce prawdopodobne, że jego to nic nie obchodzi. Jednak coś kazało mi kontynuować. – A ty? Czym się zajmujesz? Studiujesz?

Wyglądał na starszego ode mnie i nie byłam pewna, czy pytanie o studia jest na miejscu. Jego reakcja upewniła mnie w przekonaniu, że ten etap ma już dawno za sobą.

– Niestety, nie.

– O! Fajnie masz! – To była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy. – Dziękuję – zwróciłam się do kelnerki podającej kawę. Zauważyłam, że ta uważnie przypatruje się Mateuszowi i delikatnie się uśmiecha. Niewątpliwie go podrywała. Czy ja też będę się tak zachowywać? – Ona cię podrywała! – szepnęłam konspiracyjnie, gdy odeszła, zalotnie kręcąc biodrami. Powstrzymywałam się od śmiechu.

– Raczej nie miała szans – odparł, przybierając ten sam ton. I zaraz dodał. – Nie mój typ. – Upił łyk kawy. – Czyli praca na weekend? – Wrócił pytaniem do początku naszej rozmowy.

– Zdecydowanie. To mi w zupełności wystarczy. W sumie to nie muszę pracować, ale nie chcę być gorsza od sióstr. – Pociągnęłam zimną kawę.

Mateusz się zaśmiał.

– Jak to?

Wzruszyłam ramionami. Rozmowa z nim zaczynała sprawiać mi przyjemność. Cieszyłam się, że dałam się zaprosić.

– Mam dwie starsze siostry. Od kiedy skończyły liceum, zawsze czymś się zajmowały.

– Opowiedz mi o nich – poprosił.

Zaskoczył mnie. Nie sądziłam, że będzie chciał słuchać o mojej rodzinie.

– Karolina jest ode mnie starsza o piętnaście lat… – zaczęłam. – Pracuje w banku. Kinga… Dziesięć lat starsza… Jest dziennikarką radiową, wiesz? Są cudowne. A ja… No cóż… – uśmiechnęłam się. – Przez całą ciążę moja mama była pewna, że będę chłopcem. Wyobrażasz sobie? Wymyśliła sobie Kamila. Tata do dziś się dziwi, dlaczego tak się stało, bo przy dwóch poprzednich ciążach bezbłędnie określiła płeć. A w moim przypadku się uparła. Pewnie dlatego, że mieli tak długą przerwę, a ja byłam totalną wpadką, choć oboje temu zaprzeczają. Tak czy inaczej, jestem… – uśmiechnęłam się. – Wyobrażasz sobie minę mojej mamy, gdy na porodówce powiedzieli, że ma córkę? Miała pretensje do położnej i lekarza, bo przecież miał być chłopak! Jakby byli temu winni! Na szczęście ochłonęła. Ale zostałam Kamilą. A ty?

– Ja nie zostałem Kamilą! – odparł, krztusząc się ze śmiechu.

– To wiem!

– Jestem jedynakiem – powiedział, gdy się trochę uspokoił. – Rodzice dość długo nie mogli mieć dzieci, więc kiedy w końcu mama zaszła w ciążę, było jej tak absolutnie wszystko jedno, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka, że przygotowała się na obydwie te ewentualności. W razie gdybym miał się okazać oszałamiającą, długonogą blondynką, miałem być Martą. A tak, to zostałem Mateuszem Stanisławem. Po ojcu – wyjaśnił. – To znaczy Stanisław po ojcu…

Tym razem to ja się roześmiałam. Bawiłam się doskonale.

– Czemu psychologia? – zapytał, zmieniając temat, kiedy przestaliśmy się śmiać.

To było jedno z tych pytań, na które nie miałam krótkiej odpowiedzi.

– Bo nie lubię wyścigu szczurów, bo cenię sobie niezależność i nie znoszę, kiedy ktoś wciąż mi powtarza, co powinnam robić. – Odsunęłam krzesło i poprawiłam się na nim. – Poza tym… fascynuje mnie to. Chciałabym zostać psychologiem sądowym, badać różne patologie, zachowania antyspołeczne. – Spojrzałam na niego. – Chciałabym zostać profilerem. To jest dokładnie to, czym chciałabym się zajmować.

Nie byłam pewna, ile z tego mojego wywodu zrozumiał. Z reguły kiedy ktoś zadał mi takie pytanie i usłyszał moją odpowiedź, kończył rozmowę i zmieniał temat. Nikt nie lubił słuchać o patologiach, bez względu na to, czego dotyczyły, a ja mogłam rozmawiać o tym godzinami.

– Naprawdę? – zapytał wyraźnie zainteresowany.

I tym mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się. Sądziłam, że zachowa się jak większość. Wpatrywałam się w niego, jakbym analizowała jego wygląd. Ale nie on mnie interesował. Zastanawiałam się, dlaczego zapytał? I czy to akurat był najlepszy temat na to nasze spotkanie? Z drugiej strony dziwnie nie miałam ochoty o tym rozmawiać. Nie dzisiaj.

– Umówmy się, że opowiem ci o tym następnym razem – zaproponowałam w końcu. Zupełnie jakbyśmy mieli przed sobą jakiś „następny raz”.

Uśmiechnął się, przysuwając się do mnie.

– Nie chcesz, żebym poznał twoje wszystkie odchylenia od normy? – Puścił do mnie oko.

Odpowiedziałam mu uśmiechem.

– No cóż… każdy ma jakieś… – Zerknęłam na niego zalotnie. Czułam, że coś mnie do niego ciągnie i nie pozwala skończyć tego spotkania.

– Zgadza się – przyznał.

– A jakie jest twoje?

Spojrzał na mnie pytająco.

– Odchylenie. Jakie masz odchylenie od normy?

– Aa… Na pewno gotowanie.

– Poważnie? – Spodziewałam się wszystkiego, ale na pewno nie czegoś tak prostego. Gotowanie. Phi! Też mi odchylenie!

– Zobaczysz – powiedział zadziwiająco poważnie. Miałam wrażenie, jakby mi coś obiecywał albo… groził.

Kiedy zapadło milczenie, zorientowałam się, że brakuje mi jego głosu. Chciałam, aby do mnie mówił cokolwiek, i zastanawiałam się, jak tego dokonał? W jaki sposób rozbudził we mnie uczucie, którego nie potrafiłam nazwać? Przecież nawet mi się nie podobał!

– Naprawdę nie masz planów na wakacje? – zapytał w końcu. Niemal odetchnęłam z ulgą. Pytał, a więc była szansa na kontynuowanie rozmowy. Ucieszyłam się.

– Tak naprawdę to mam, ale dopiero na wrzesień. Wcześniej nie planowałam, bo nie byłam pewna, jak uda mi się sesja – przyznałam się. – A potem umówiłam się z przyjaciółmi, że wyjedziemy we wrześniu. Nie określiliśmy jeszcze kierunku. Ale bez względu na to, dokąd się wybierzemy, jest coś, co chciałabym na pewno zrobić. – Zawiesiłam głos. – Chciałabym pojechać w te wakacje do Gdańska. – Spojrzałam na Mateusza. – Oczywiście, jeśli będę miała kilka dni wolnego… – dodałam, uśmiechając się szeroko.

– Czemu akurat do Gdańska? – Miałam wrażenie, że patrzył na mnie z podziwem, jakby nie rozumiał, dlaczego wyjazd na polskie Wybrzeże był szczytem moich marzeń.

– Bo kocham to miasto. Od zawsze, od pierwszego razu – mówiłam zaaferowana. Nie potrafiłam wyjaśnić dlaczego. – A Jarmark Dominikański po prostu uwielbiam. Byłeś kiedyś w tym czasie w Gdańsku?

Pokręcił głową.

– Naprawdę? – Wydawało mi się to niemożliwe. – O raju… Żałuj. Wyobraź sobie – pociągnęłam łyk kawy. Ostatni, bowiem w szklance zobaczyłam dno. – Tysiące ludzi, tysiące sprzedających. Towar taki, że mieni się w oczach. Wszędzie bursztyny, cudeńka. I ten klimat… Wszystko urządzone na starówce. Widziałeś gdańską starówkę?

– Nie widziałem. Przecież nie byłem w Gdańsku.

Zareagowałam śmiechem.

– Jak to? Przecież to obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek w podstawówce!

– Być może w mojej też, ale moich rodziców raczej nie było stać na takie szaleństwa – przyznał z lekkim zawstydzeniem. – A kiedy mnie już było stać, wolałem jechać dokądkolwiek, byle dalej i bardziej egzotycznie.

– Nie wiesz, co straciłeś – powiedziałam pewnie. – Nasze morze ma swój klimat i uwielbiam je mimo kapryśnej pogody. Jezu, zachód słońca… – Rozmarzyłam się. – Mogłabym godzinami siedzieć na plaży i patrzeć, jak ognista kula zanurza się w wodzie… A księżyc w czasie pełni odbijający się w falach… – Nawet nie zauważyłam, że się wzruszyłam i oczy mi zalśniły. – Jestem stuknięta – powiedziałam w końcu, ukradkiem ocierając oczy. – Przepraszam.

Opuściłam głowę, żałując, że wypiłam już kawę i nie miałam za bardzo czym się zająć. Mateusz mnie obserwował, czułam jego wzrok na sobie. Nie odważyłam się podnieść oczu.

Nagle jego krzesło nieprzyjemnie zaskrzypiało.

– Chodź – powiedział, podnosząc się energicznie i biorąc mnie za rękę.

– Dokąd? – zapytałam zdezorientowana, ale posłusznie wstałam. Od dotyku przeszedł mnie dreszcz, po ciele rozlało się przyjemne ciepło.

– Zaufaj mi, proszę – powiedział tylko, pociągając mnie za sobą.

Wyszliśmy na zewnątrz, trzymając się za ręce, a potem pobiegliśmy, mimo że z nieba lał się niesamowity żar, a na mieście było mnóstwo ludzi.

Zatrzymaliśmy się na parkingu nieopodal restauracji.

– Wsiadaj. – Otworzył przede mną drzwiczki srebrnego golfa.

Zastygłam w bezruchu. W pierwszej chwili chciałam powiedzieć „nie”. Kiedy jednak spojrzałam na Mateusza i zobaczyłam jego szeroki uśmiech oraz zmarszczki mimiczne w kącikach oczu, wiedziałam, że decyzja została przeze mnie już dawno podjęta.

– Zamierzasz mnie porwać? – zażartowałam, wsiadając do środka.

– Tak. – Zamknął drzwi i szybko znalazł się na siedzeniu kierowcy. Wprawnym ruchem wsunął kluczyki do stacyjki i przekręcił, uruchamiając silnik. Usłyszałam cichutkie szemranie. – Nie zapytasz, dokąd jedziemy? – zapytał, poważniejąc.

– Nie – odparłam, a następnie ustawiłam najniższą temperaturę w klimatyzacji. – Prosiłeś, bym ci zaufała.

Była to najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam. Nigdy nikomu nie zaufałam po dwóch godzinach znajomości! Zastanawiałam się, dlaczego w tym przypadku jest inaczej?

Uniósł moją dłoń do ust i pocałował z namaszczeniem. Zarumieniłam się jak pensjonarka. I mimo że paliła mnie od środka ciekawość, obiecałam sobie, że nie będę zadawać żadnych pytań. Jednak w końcu nie wytrzymałam, widząc tablicę jasno informującą, w jakim kierunku zmierzaliśmy.

– Ty chyba nie zamierzasz jechać do Gdańska?! – krzyknęłam. Nie wierzyłam własnym oczom, w głowie miałam mętlik, myśli kłębiły się jak szalone. Postradał zmysły, jeśli rzeczywiście wiózł mnie do Gdańska!

Zaśmiał się, ale był to śmiech szczęśliwego człowieka.

– Podobno zachód słońca nad morzem jest najpiękniejszy… – zaczął, ale przerwałam mu kuksańcem w bok. – No co?

– Jesteś wariatem? Powinieneś się leczyć! Chłopie, czy ty w ogóle pomyślałeś, co robisz?

– Pomyślałem. Chcę zobaczyć zachód słońca nad morzem.

– Nie mówisz poważnie? – Miałam nadzieję, że to tylko żart, ale widząc jego minę, zrozumiałam, że mówi jak najbardziej poważnie. Spojrzałam na zegarek i na szybkościomierz. Mieliśmy mnóstwo czasu, jednak dopadły mnie wątpliwości.

– Zawróć – poprosiłam, spoglądając na niego.

Jeszcze nic się nie stało, mogliśmy wrócić do Warszawy i pożegnać się, a nie zmierzać w kierunku morza, aby nad jego brzegiem oglądać zachód słońca.

A jeśli… W głowie pojawiły się nagle czarne myśli.

Mateusz odwrócił głowę i długo na mnie patrzył.

– Boisz się mnie? – zapytał, jakby czytał w moich myślach.

– Nie znam cię.

– Ani ja ciebie – zripostował. – Jeśli naprawdę chcesz wrócić, powiedz, zawrócę najszybciej, jak to możliwe – powiedział poważnie po chwili.

Milczałam, zastanawiając się nad tym, co usłyszałam. Mogłam wrócić. Mogłam podjąć decyzję.

Otworzyłam usta.

A jeśli nie będę miała już drugiej szansy, aby go poznać?

– Jedźmy – powiedziałam, zaskakując i jego, i siebie. Obdarzył mnie uśmiechem i jeszcze raz pocałował w dłoń.

Oparłam głowę wygodnie o zagłówek, lekko przechylając ją w kierunku Mateusza. Facet, o istnieniu którego jeszcze rano nie miałam pojęcia, nagle stał się kimś ważnym. Wystarczyło jedno słowo, a pozwoliłam się grzecznie zapakować do samochodu, nie pytając o szczegóły. „Zaufaj mi”, brzmiało mi w uszach. Ufałam, wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy.

Fajny facet.

Przesunęłam rękę na zagłówek, palce delikatnie i powoli wędrowały po jego szyi.

Poczułam, jakbyśmy znali się całe życie.

– Prosisz się o kłopoty – powiedział cicho.

– Trudno – skwitowałam równie cicho, nie przerywając pieszczoty.

Przez całą drogę do Gdańska prawie nie rozmawialiśmy. Czułam jednak, że z każdym kolejnym kilometrem stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Mateusz był szalony jak ja; uwielbiałam takie spontaniczne niespodzianki i choć nie przyznałam tego głośno, zachwycił mnie jego pomysł. Obserwowałam go, w ogóle tego nie kryjąc, a on nie miał nic przeciwko. Od czasu do czasu uśmiechał się do mnie szeroko.

 

– Jaką muzykę lubisz? – zapytał, gdy zbliżaliśmy się do Gdańska. Dotąd słuchaliśmy radia.

– Hmm… Czy ja wiem? Każdą, nie mam ulubionego gatunku. Może oprócz disco polo – zastrzegłam od razu. – No wiesz, nie kręcą mnie „majteczki w kropeczki…”

– Naprawdę? Nasza narodowa muzyka nie wzbudza w tobie entuzjazmu? – zgrywał się, wkładając płytę do odtwarzacza. – A co cię kręci? Jeśli nie majteczki…

– Świntuszymy? – zapytałam bez żenady.

– Troszeczkę – przyznał.

Nabrałam powietrza i otworzyłam usta, chcąc odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie mogłam mu powiedzieć, nie mogłam przyznać się temu niemal nieznajomemu mężczyźnie do swoich pragnień, choćbym przy nim miała nie wiadomo jakie ciarki.

– Być może kiedyś ci odpowiem – powiedziałam w końcu, pozostawiając jego pytanie bez odpowiedzi.

Za nic nie chciałam kontynuować tematu i nie dlatego, że peszyła mnie rozmowa o bieliźnie. Uznałam, iż na tak osobiste zwierzenia jest po prostu zbyt wcześnie. Nie dałam jednak po sobie poznać, że nie mam doświadczenia. Zarumieniłam się, wyobrażając sobie Mateusza w bokserkach, mój oddech przyspieszył. Musiałam się uspokoić. Wzięłam do ręki puste pudełko po płycie; z głośników popłynęły pierwsze nuty.

– Wow – westchnęłam cichutko. – Muzyka filmowa?

Nie spodziewałam się. Jakieś rockowe kawałki, może blues, ale to? Przez kilka minut wewnątrz auta panowała niemal absolutna cisza przerywana jedynie dźwiękami. Wzruszyłam się. Zawsze się wzruszałam, gdy słuchałam muzyki, która mi się podobała.

Tuż przed Gdańskiem Mateusz zatrzymał samochód na stacji benzynowej.

– Dobrze, teraz twoja kolej – powiedział, wysiadając.

– Jak to moja kolej?

– Nie znam Gdańska. Zawieź nas nad morze.

– Oszalałeś? – To pytanie zadałam mu po raz kolejny tego dnia. – Przecież masz nawigację! Wpisz sobie w ten ekranik adres i prowadź!

Ale Mateusz otwierał już drzwi od mojej strony, zapraszając mnie do wyjścia.

– Wybacz – powiedział. – Musisz mi pomóc. Naprawdę nigdy w życiu tu nie byłem. Nie wiem, jak dojechać nad morze. – Próbował grać przekonująco, ale iskierki w oczach zdradzały jego prawdziwe samopoczucie. Widziałam, że doskonale się bawił.

– Najlepiej na północ – rzuciłam sarkastycznie, wychodząc. Nie spodziewałam się, że przejmę stery.

– Nie marudź.

– Nie marudź, nie marudź – zaczęłam go przedrzeźniać, zmieniając miejsce i zapinając pasy. – Najpierw porywa z Warszawy, obiecując zachód słońca nad morzem, a potem każe się nad to morze zawieźć. Facet! – mówiłam głośno, rozbawiając Mateusza do łez.

– Obiecuję ci, że po raz pierwszy i ostatni. – Uniósł dwa palce.

– Mam nadzieję – mruknęłam, włączając się do ruchu. Nie przyznałam się, ale uwielbiałam prowadzić. I choć prawo jazdy odebrałam ledwie ponad rok temu, to na swoim koncie miałam już przejechanych ładnych parę tysięcy kilometrów. Nie bałam się. Rodzina żartowała, że urodziłam się do razu z GPS-em, nigdy nie zabłądziłam, a tata zawsze powtarzał, że taki szczególny zmysł trafia się raz na milion.

Gdańsk znałam, więc z dotarciem nad morze nie było problemów. Cudem znalazłam miejsce na zatłoczonym parkingu. Wyłączyłam silnik.

– Jesteśmy – oznajmiłam. Zerknęłam na niebo; słońce dostojnie przesuwało się po nieboskłonie, zwiastując rychły zachód. – Chodźmy. – Tym razem to ja przejęłam inicjatywę. Mateusz posłusznie wyszedł z samochodu. Ciekawie rozglądając się dookoła, chłonął nowe dla siebie otoczenie. Zdjęłam buty i podeszłam do niego.

– No chodź… Przywitasz się z morzem. – Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Wziął ją w swoją rękę.

Na plaży było jeszcze sporo osób, wiele z nich spacerowało brzegiem morza, pozwalając, by fale obmywały ich stopy; niektórzy siedzieli objęci, jeszcze inni leżeli, zaklinając zachodzące słońce, by zostawiło swój ślad na ich ciele.

Mając pod stopami ciepły piasek, poczułam się jak dziecko, jakbym wróciła do domu. Z lubością zanurzałam w nim bose stopy, skakałam, cieszyłam się ciepłą wodą. Co rusz ochlapywałam rozbawionego Mateusza. Już od wieków z nikim tak dobrze się nie bawiłam. Cieszyłam się, że przyjechaliśmy, że pozwoliłam mu na odrobinę szaleństwa.

Na tej plaży miałam swoje ulubione miejsce, którego nikt nie znał. Odkryłam je całe lata temu. Było to ustronne zacisze, gdzie wydma tworzyła zatoczkę, wcinając się głęboko w ląd. Wystarczyło tylko wejść do wody i obejść wzgórek, by znaleźć się w innym świecie. Cichym, spokojnym, pozbawionym plażowiczów. Nie dochodziły tu żadne odgłosy, jakby nagle wszyscy zapadli się pod ziemię. Tylko szum morza i krzyk mew. Wyżej, zaraz za ogrodzeniem, rosła sosna; jej zwisające nad piachem korzenie tworzyły niemal parasol.

Znalazłszy się w końcu w tym miejscu, usiadłam, pociągając za sobą chłopaka.

Tafla morza drgała niczym poruszana delikatnym podmuchem, tańczyła w rytm niesłyszalnej muzyki. Słońce dotknęło wody. Wielka ognista kula roztaczająca wokół pomarańczowo-czerwone światło rozpoczęła swój codzienny rytuał.

– Pięknie, prawda? – zapytałam cicho. Mateusz przytaknął, patrząc w tę samą stronę. Przysunął się bliżej. – Kilka lat temu znalazłam to miejsce. Być może dla kogoś też jest ważne, ale kiedy tu jestem, należy tylko do mnie. Czy ty wiesz, ile ja tu godzin przesiedziałam? Kiedyś czekałam na zaćmienie księżyca… – zaśmiałam się, opuszczając głowę. – Usnęłam. Rodzice mnie szukali, a ja spałam. Kiedy się znalazłam, dostałam zakaz oddalania się od nich. – Spojrzałam na niego z błyskiem w oku. – I tak nie posłuchałam.

Nie powiedziałam mu, że rodzice odchodzili od zmysłów, że w poszukiwania zostały zaangażowane wszystkie służby i dopiero pies ratownik doprowadził ich do mnie. Nie dodałam, że miałam wtedy osiem lat.

Słońce niemal skryło się za widnokręgiem, pokrywając wodę złocistą farbą.

Zadrżałam.

– Zimno ci? – Mateusz od razu usiadł za mną, przytulając i obejmując mnie ramionami. Swoje dłonie splótł z moimi. Czułam bijące od niego ciepło, a jednak drżałam.

– Dzięki – szepnęłam. – Popatrz, czyż to nie jest piękne?

– Rzeczywiście, urzekające – odrzekł zapatrzony w horyzont. – Kiedy byłem dzieckiem, bałem się zachodu słońca.

Odwróciłam się zaskoczona.

– Dlaczego?

– Moja mama opowiadała mi zawsze na dobranoc bajkę o słońcu – zaśmiał się. – Nie wiem, dlaczego ci o tym mówię. To głupie.

– Nie, wcale nie, opowiedz! – poprosiłam.

Spojrzał na mnie zaskoczony i uśmiechnął się.

– Dobrze, ale pamiętaj, że sama chciałaś. – Na chwilę zawiesił głos, jakby czekając na mój sprzeciw. Ja jednak chciałam usłyszeć tę historię. – Bajka była o złodzieju słońca oraz o tym, jak słońce przed nim uciekało i chowało się na niebie, za chmurami, za gwiazdami. Strasznie to przeżywałem; bałem się, że ono kiedyś rzeczywiście schowa się albo spadnie za horyzont i się nie odnajdzie. Dlatego zawsze po zachodzie patrzyłem w niebo i szukałem gwiazd, próbując zgadnąć, za którą się schowało.

– Zgadywałeś?

– Nie. Mama mówiła, że słońce zawsze chowa się za ostatnią gwiazdą, a ja nie wiedziałem, która jest ostatnia. – Pokręcił głową. – Nie wiem, dlaczego ci o tym mówię.

Patrzyłam, jak zmieszany opuszcza głowę, poczułam, że mocniej mnie do siebie przyciąga i opiera brodę na moim ramieniu. Ze wszystkich sił starałam się nie drżeć, nie pokazywać mu, że jego bliskość działa na mnie w ten sposób. Było to dla mnie nowe, nieoczekiwane doświadczenie. Słuchałam go i myślałam tylko o tym, aby mnie pocałował. Kiedy zadzwonił telefon, spojrzałam na wyświetlacz i odrzuciłam połączenie. Nie miałam teraz ochoty na rozmowę z Karo, ale ona nie dawała za wygraną. W końcu skapitulowałam.

– Odbiorę – powiedziałam cicho. – To moja siostra.

Mateusz skinął głową, rozluźniając oplatające mnie ramiona. Wstałam, by porozmawiać z Karoliną.

Kiedy skończyłam, podeszłam do niego.