Za ostatnią gwiazdąTekst

Z serii: Lepsze jutro #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Magdalena Kołosowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Maria Buczkowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66790-13-1

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

OD AUTORKI

Ostatni tom, ostatnie spotkanie z siostrami.


Kiedy wiosną ubiegłego roku zapadła decyzja o wydaniu „Lepszego jutra”, nie wiedziałam jeszcze, że tak trudno przyjdzie mi się z nimi rozstać. Spędziłam z moimi bohaterkami naprawdę dużo czasu i mam nadzieję, że i Wy polubiliście je jak ja i że kibicowaliście im w ich radościach i smutkach.


„Słońce za horyzontem” opowiadało o nowych możliwościach, „Pod niebieskim księżycem” o spełnianiu marzeń, a „Za ostatnią gwiazdą”?

Zapraszam do świata Kamili.


Zawsze w tym miejscu dziękuję Wydawnictwu Replika i Magdzie Kawce. Nie inaczej teraz. To, jak wyglądają siostry, jest również Ich zasługą.

Dziękuję!

Mam nadzieję, że nasze kolejne projekty będą równie udane.


Dziękuję patronom za to, że mnie wspierają, wysłuchują, dają tak potrzebną pozytywną energię.

Asia CzytAśka jest jedną z nich. Cudowna, fantastyczna miłośniczka kryminałów i Chmielewskiej. Asiu, dziękuję Ci, że zawsze mogę na Ciebie liczyć. Za Twoją mądrość, humor i pomoc. W czasie pisania Kamili – nieocenioną. Dziękuję Twojemu mężowi, Rafałowi, za wszystkie materiały i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Dzięki Wam to wszystko dało się poskładać w całość.

Dziękuję Hani, Joli, Grażynie i Agnieszce. Dziewczyny! Jestem dumna z tego, że Wasze blogi objęły patronatem Kamilę. Nie mogłam życzyć sobie lepszych!


I przede wszystkim dziękuję moim Córkom!

Marti i Melonku, wiem, że niełatwo mieć matkę-wariatkę, ale wszystko, co robię, robię dla Was. Jesteście sensem mojego życia i największą inspiracją.

Lepsze jutro jest jak horyzont: optymiści słusznie twierdzą, że mamy je w życiu wciąż przed sobą, pesymiści równie słusznie uważają, że nigdy tam nie dojdziemy.

Znalezione w sieci


Każdy sen, ten czarowny i piękny, zbyt długo śniony zamienia się w koszmar. A z takiego budzimy się z krzykiem.

Andrzej Sapkowski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Pierwsza szła mama. Sama. Za nią, w odległości dwóch kroków, szłyśmy my; Kinga, Karo z dziećmi i ja. Za nami Kubiakowie, wciąż jeszcze teściowie Kingi, oraz Marek, za nimi reszta rodziny i znajomych. Nieprzebrany tłum wijący się na wąskich alejkach cmentarza, a wśród nich moja paczka, moi przyjaciele, zaraz po rodzinie najbliżsi mi ludzie. Ich widok, ich obecność znaczyły dla mnie wiele, a mimo to unikałam ich wzroku i spuszczałam głowę, ilekroć któreś na mnie spojrzało. Nie chciałam żadnych kondolencji, wyrazów współczucia. Nie od nich. Byli, czułam ich obecność, a to znaczyło dla mnie więcej niż słowa.

Patrzyłam na to wszystko, jakbym była widzem na przedstawieniu; wiedziałam przecież, że mężczyzna w czerni niósł urnę z prochami mojego ojca, ale nie docierało do mnie, że to rzeczywiście koniec. Wciąż miałam nadzieję, że wrócę do domu, w którym będzie na mnie czekał ukochany tata, że się obudzę, a te wszystkie wydarzenia okażą się jedynie złym snem. Przecież tatuś nie mógł tak po prostu odejść! Jego życie nie mogło skończyć się w ten sposób!

Uniosłam głowę i rozejrzałam się wokół. Cieszyłam się, że założyłam okulary przeciwsłoneczne. Co prawda słońca nie było, ale spełniały swoją rolę, ukrywając moje oczy przed światem. Nie płakałam. Byłam zaskoczona tym, co się działo. Ile osób myślało tak jak ja?

Ostatni raz widziałam się z tatą w święta. Nie sądziłam, że nasza ówczesna rozmowa będzie ostatnią, tak jak złożone życzenia, wspólna Wigilia i świąteczny obiad. Nie byłam przygotowana na rzeczy ostateczne.

Gdybym wiedziała… gdybym skontaktowała się z nimi po świętach.

Przypomniałam sobie rozmowę z Karo, gdy zadzwoniła do mnie tydzień wcześniej i swoją obietnicę. Niespełnioną, ale…

Tata wiedział, że nie mogłam. O wszystkim opowiedziałam mu, kiedy leżałam w szpitalu. Poszłam wówczas do niego i przez całą noc siedziałam przy jego łóżku. Miałam wrażenie, że mnie uważnie słuchał, pomimo że był nieprzytomny.

A jeśli to przeze mnie?

Pomyślawszy o tym, zachwiałam się i byłabym upadła, gdyby nie czyjeś ramię.

– Dziękuję – szepnęłam i spojrzałam na osobę, która mi pomogła.

Ze zdumieniem zauważyłam, że obok był Marek i właśnie obejmował mnie ramieniem.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

– Tak. – Starałam się, aby jak najmniej osób zwracało na mnie uwagę. – Dziękuję.

– Na pewno?

– Nic mi nie jest – zapewniłam.

Odprowadziłam go wzrokiem. Wrócił do swojej mamy i podał jej ramię.

Och, jak ja zazdrościłam Kindze tego Marka! Bo już wiedziałam, wcale się nie kryli z tym, że coś ich łączyło. Nie kryli się przed nami, przed Karo, mamą i mną. Początkowo byłam zaskoczona, nawet przez myśl mi nie przeszło, że moja siostra może być zainteresowana bratem Karola. Że mogłaby być zainteresowana kimkolwiek po rozstaniu z mężem. I nigdy też nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że Marek mógłby być zainteresowany stabilizacją. A teraz, obserwując ich razem, widziałam, czułam i mogłam niemal dotknąć tego, co ich łączyło. Bo łączyło! Coś, co widać było w ich gestach, uśmiechach, spojrzeniach! Kiedyś wydawało mi się, że szczytem marzeń każdej kobiety jest mężczyzna taki jak Karol, ułożony, zorientowany na cel, konsekwentny, doskonale prowadzący swoją karierę. Tworzyli z Kingą parę doskonałą. Tak przynajmniej nam się wydawało. I im zapewne też. Do czasu. Ich pierwsza rozprawa rozwodowa została wyznaczona za nieco ponad trzy tygodnie, na ostatni wtorek lutego. Pierwsza i jedyna, bo Kinga zarzekała się, że wszystko już ustalili i orzeczenie rozwodu pozostaje formalnością.

Spojrzałam na siostrę.

Kiedyś uważałam, że wychodząc za Karola, wygrała los na loterii, ale teraz zazdrościłam jej Marka, bo wiedziałam, że w życiu są ważniejsze rzeczy niż sukces i kariera. I to właśnie Marek okazał się tym, który dawał jej to wszystko. Nawet jeśli byli tylko przyjaciółmi.

Jak to się stało, że w jej życiu wszystko wywróciło się do góry nogami?

I zaraz to samo pomyślałam o Karolinie i o sobie. Moja najstarsza siostra też czekała na swoją rozprawę rozwodową i miała termin wyznaczony na piątego kwietnia. Wyglądała na zmęczoną, pozbawioną radości życia. Zapewne częściowo za jej stan odpowiadała śmierć taty, ale coś jeszcze musiało się wydarzyć. I nie sądziłam, aby chodziło o Rafała. Nie byłam wtajemniczona we wszystko, ale obiło mi się o uszy, że przez jakiś czas spotykała się z kimś. Czasem potrafiły z Kingą mówić o czymś niemal szeptem, kiedy wydawało im się, że nie widzę. Nigdy jednak nie powiedziały wprost, że Karo kogoś ma. A ja nie dopytywałam. Byłam zajęta swoim życiem, zachłystywałam się szczęściem z powodu nieprzytomnego wręcz zakochania w Mateuszu. Teraz nie potrafiłam określić, co do niego czuję, i nie byłam pewna, czy mogę z nim w dalszym ciągu być. Bałam się. Moje życie nabrało rozpędu, działy się w nim rzeczy, których nie chciałam; i nigdy nie myślałam, że będą mnie dotyczyć. Byłam tym wszystkim zmęczona.

Podeszłam do Kingi i wsunęłam rękę pod jej ramię. Odwróciła się. Nie musiałyśmy nic mówić, porozumiewałyśmy się bez słów. Uśmiechnęła się do mnie i ścisnęła delikatnie moją dłoń.

Zatrzymaliśmy się przed kolumbarium.

Nie potrafiłam się skupić, dochodziły do mnie jakieś strzępy modlitw i słów księdza. Ogarnęło mnie dziwne przeczucie, którego nie mogłam się pozbyć. Zupełnie jakby coś miało się wydarzyć. Wkradł się we mnie niepokój i wciąż narastał.

Rozejrzałam się. W powodzi ludzkich głów nie dostrzegłam niczego niepokojącego, ale w momencie gdy chciałam odetchnąć z ulgą, wreszcie go zobaczyłam.

Nie widziałam Mateusza i nie rozmawiałam z nim od kilku dni. Ostatnio kontakt mieliśmy ze sobą w poniedziałek, kiedy zadzwonił do mnie, a ja w paru słowach zakończyłam nasz związek i powiedziałam, że wracam do mamy. Przyjął to z wyraźnym zaskoczeniem, jakby się nie spodziewał, co nie lada mnie zdziwiło. Spędziłam z nim ponad pół roku, a patrzyłam w tej chwili jak na nieznajomego. Nie potrafiłam z nim porozmawiać. I choć w ciągu ostatnich kilku dni niejednokrotnie próbował, w końcu zrozumiał, że nie jestem zainteresowana. Nie wiedział wszystkiego; o wielu rzeczach nie miał pojęcia, bo sama się dopiero dowiadywałam. Nie informowałam go o niczym, jakbym jednym gestem wykreśliła go ze swojego życia.

 

Nic nie potrafiłam na to poradzić, to było silniejsze ode mnie. Strach, niepewność, nieufność, zagubienie. Najbezpieczniej czułam się w towarzystwie mamy i sióstr; nie chciałam ryzykować, dopuszczać kogokolwiek do siebie, rozmawiać. I mimo że zdawałam sobie sprawę, iż Mateusz po prostu zasługiwał na szczerość, nie umiałam się przełamać. Dlatego nie cofnęłam swoich słów i pozwalałam mu wierzyć, że to, o czym mu powiedziałam kilka dni wcześniej, jest prawdą.

A teraz żegnał mojego ojca, stojąc w tłumie żałobników.

Od początku naszej znajomości podchodził do moich rodziców nieco sceptycznie. Rozmawiał z nimi, był miły, ale widziałam gołym okiem, że z całą pewnością się nie zaprzyjaźnią. Żałowałam tego, zwłaszcza ze względu na tatę. Po tym, jak wyjechał Karol, ulubiony zięć zarówno jego, jak i mamy, ojciec nie miał w rodzinie faceta, z którym mógłby sobie pogadać. Miałam nadzieję, że Mateusz stanie się dla niego niemal synem. Marzyłam, by sobie dyskutowali o męskich sprawach. Niestety nie zaiskrzyło. Moi rodzice pozostali dla niego obcymi ludźmi, z którymi nie chciał mieć bliższych kontaktów.

Spojrzał na mnie. Zadrżałam i Kinga to zauważyła.

– Co się stało? – zapytała.

Nie odpowiedziałam, patrząc wciąż w jeden punkt. Podążyła za moim wzrokiem.

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem – odpowiedziałam słabym głosem.

***

Wciąż było mi niedobrze, jakby fakt, że kilka minut wcześniej zwróciłam zawartość żołądka, nie miał żadnego znaczenia. Czułam w ustach dziwny posmak, moje mięśnie co rusz napinały się w odruchu wymiotnym, a ja wykasływałam z siebie żółć. Jakby tego było mało, miałam wrażenie, że tracę przytomność za każdym razem, gdy zamykam oczy. Z trudem łączyłam fakty i wydarzenia w sensowną całość. Byłam w szpitalu, przyszłam tu, ponieważ Karo dzwoniła do mnie jak oszalała, zapychając mi skrzynkę i informując, że tata jest chory.

Niestety nie pamiętałam nic więcej, zupełnie jakby ktoś wyciął mi akurat ten fragment pamięci. Bolała mnie głowa i brzuch, ledwie chodziłam i nie rozumiałam, jakim cudem krwawiłam, skoro okres skończył mi się pięć dni wcześniej.

– Słyszy mnie pani? – Nade mną nachyliła się młoda kobieta w białym kitlu. Skinęłam głową. – Nazywam się Anita Stelmach i jestem lekarzem. Jak się pani czuje?

– Niedobrze mi – powiedziałam cicho, obejmując się za brzuch i przyjmując pozycję embrionalną, jakby gwarantowała mi pozbycie się bólu.

– Rozumiem. – Zapisała coś w karcie. – Możemy porozmawiać? Czuje się pani na siłach?

– Tak.

– Czy może mi pani powiedzieć, jak się nazywa?

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Jak się nazywam?

– Tak.

– Kamila Krzyżanowska – odparłam, nie rozumiejąc, czemu to miało służyć.

– Pani Kamilo… proszę mi powiedzieć, czy oprócz tego, że jest pani niedobrze, coś panią boli? Musimy zrobić podstawowe badania, zaraz poproszę pielęgniarkę, żeby pobrała krew.

– Boli mnie brzuch. – Dotknęłam bolącego miejsca. – I krwawię – przyznałam się, zamykając oczy.

– Jest pani w ciąży?

– Nie, na pewno nie.

– Ma pani okres?

– Skończył mi się kilka dni temu.

Zauważyłam jej spojrzenie.

– Mogę zobaczyć? – zapytała, zakładając jednorazowe rękawiczki i zaciągając zasłonę. Zgodziłam się, po czym zawstydzona odwróciłam głowę. Miałam na sobie zbyt dużą szpitalną koszulę, leżałam bez bielizny z wielką podpaską między nogami. Moje ubranie zabrano, jak tylko trafiłam na odział. Było brudne i śmierdziało wymiocinami.

Anita uniosła mi koszulę. Jeśli wyglądałam tam tak, jak się czułam…

Delikatnie uciskała brzuch, dotykała wnętrza ud; nie miałam odwagi, by na nią spojrzeć.

– Pobierzemy materiał do badań, na razie krew i mocz – powiedziała w końcu, naciągając na mnie kołdrę. – Sprawdzimy, co może być przyczyną pani złego samopoczucia.

– Mam za sobą ciężki okres, to pewnie nerwy… – próbowałam się wytłumaczyć i sama znaleźć przyczynę. Ostatnio w moim życiu sporo się działo; nie dbałam o siebie należycie, byłam ciągle zdenerwowana, zarywałam noce i żyłam tak naprawdę dzięki kawie. Nie miałam jednak zamiaru tłumaczyć jej teraz, co robiłam przez ostatni miesiąc.

– Musimy to sprawdzić. – Lekarka spojrzała na mnie. Miała ładne, duże brązowe oczy i sympatyczną twarz. – Pani Kamilo… – zawahała się. – Kiedy miała pani ostatni stosunek?

– Słucham? – Byłam zaskoczona jej pytaniem.

– Proszę mi powiedzieć, kiedy odbyła pani ostatni stosunek? – Nie pytała, bardziej nalegała, abym udzieliła odpowiedzi.

– A co to ma wspólnego…?

– Wczoraj? – przerwała mi bezpardonowo.

– Nie. Trzy dni temu – odpowiedziałam po chwili.

Znowu zauważyłam to jej dziwne, niespokojne spojrzenie i przez myśl mi przeszło, że wyglądała tak, jakby nie chciała o wszystkim mówić.

– Rozumiem. – Zdjęła rękawiczki i wyrzuciła je do kosza. – Chciałabym, aby zbadał panią ginekolog – powiedziała.

– Ginekolog? Dlaczego?

– Pani krwawi.

– Tak, ale…

– Proszę się zgodzić – powiedziała zdecydowanie. – Zaraz poproszę o konsultacje. A siostra Bogusia – spojrzała na wchodzącą właśnie pielęgniarkę – pobierze materiał do badań.

Wiedziałam, że nie informują mnie o wszystkim; czułam się, jakbym była jakimś eksponatem muzealnym, który mieli prawo oglądać ze wszystkich stron i komentować, nie zwracając na mnie uwagi. I nikt nie patrzył mi w oczy, każdy uciekał wzrokiem gdzieś na sufit lub ściany, byle tylko nie patrzeć mi prosto w twarz. Chciało mi się płakać, tak bardzo się bałam. Przeczuwałam, że stało się coś złego; chciałam mieć przy sobie Karolinę, chciałam, aby trzymała mnie za rękę i dodawała otuchy, jak zawsze. I chciałam wreszcie wiedzieć, co mi jest!

Nie zadawałam pytań, gdy przyszła ginekolog, kobieta w średnim wieku, niezwykle delikatna. Raz tylko na mnie spojrzała i wyglądała wówczas, jakby chciała mnie przeprosić. Zadawała mało pytań i wciąż informowała, co w danym momencie robi. Zastanowiła mnie ilość badań, którym zostałam poddana; nie wiedziałam, czemu miały służyć pobranie wymazu oraz długie i dokładne oględziny mojego krocza.

Kiedy wyszła, zostałam sama. Leżałam na wznak i patrzyłam w sufit, próbując sobie przypomnieć wydarzenia z poprzedniego wieczoru i nocy, poszukać powodu, dla którego tu się znalazłam, ale w głowie miałam totalną pustkę. Nie pamiętałam niczego, co wydarzyło się poprzedniego dnia po porannej wizycie w spożywczaku.

Im dłużej myślałam, tym bardziej byłam sfrustrowana. Jeszcze nigdy nie miałam takiego zaćmienia. Przywoływałam w pamięci wszystko, co mogłoby mi pomóc, ale nie byłam przez to ani trochę pewniejsza i mądrzejsza. Kiedy zaczęłam płakać, poczułam się jeszcze gorzej, bo łzy uświadomiły mi beznadziejność sytuacji. Nie powinno mnie tu być, przyszłam zobaczyć się z ojcem, a tymczasem sama potrzebowałam leczenia. A jeśli to było coś poważnego? Może nie chcieli mi mówić?

– Pani Kamilo?

Otworzyłam oczy na dźwięk swojego imienia. Obok łóżka stała dobrze mi znana młoda lekarka. Widząc, że nie śpię, przysunęła krzesło i usiadła na nim. Westchnęła. Zanim ponownie się odezwała, przez dłuższy czas splatała dłonie i patrzyła w podłogę; najwyraźniej była zdenerwowana.

Usiadłam, opierając się o poduszkę i podciągając kołdrę niemal pod szyję.

– Pani Kamilo… – powtórzyła.

– Słucham?

Wstała i nerwowo zaczęła chodzić po sali.

– Pani doktor? – zapytałam drżącym głosem.

Usiadła.

– Pani Kamilo – zaczęła po raz trzeci. – Musimy porozmawiać.

– Czy coś już wiadomo?

– Tak, mam już wyniki badań. – Spojrzała na mnie.

– Co mi jest?

– Pani organizm jest wyczerpany, należy go nawodnić. Zaraz poproszę o podłączenie kroplówki.

– Tylko to? – zapytałam zaskoczona. Nie wydawało mi się to prawdopodobne.

– Nie. Nie tylko.

Milcząc, czekałam na dalszy ciąg.

– W moczu znaleźliśmy ślady pewnej substancji…

– Jakiej? – Zdziwiona czekałam na odpowiedź. Czyli jednak wyniki nie były dobre, bo skoro coś znaleźli, znaczyło to mniej więcej tyle, że teraz zapewne będą musieli mnie leczyć. Tylko ta substancja mi nie pasowała. Z reguły w organizmie nie ma substancji. Są bakterie czy grzyby.

Spojrzałam zaciekawiona na lekarkę.

– Rozmawiałam z pani siostrą i wiem, że nie ma pani żadnych nałogów – kontynuowała, jakby nie usłyszała mojego pytania.

– Nigdy nie miałam! – przerwałam jej zdenerwowana. Rozmawiała z moją siostrą! – Co to za substancja?!

– Kwas gamma-hydroksymasłowy.

– A co to takiego? – Po raz pierwszy słyszałam tę skomplikowaną nazwę.

– To narkotyk, mówiąc w skrócie.

W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Narkotyk? Skąd we mnie narkotyk? Siedziałam jak sparaliżowana. Nigdy w życiu nie zażywałam narkotyków. Nawet nie paliłam trawki.

– Czy pani coś pamięta z poprzedniego wieczoru? Nocy?

– Nie – odparłam słabym głosem. A widząc, w jaki sposób na mnie patrzy, dodałam: – Mam lukę w pamięci. Pamiętam, że rano byłam w sklepie, a potem… gdzieś poszłam, być może do restauracji. Dlaczego pani pyta? Czy ma to związek z tym… narkotykiem? – Spojrzałam na nią, a już po chwili znałam odpowiedź, mimo że nie powiedziała ani słowa.

– Kwas gamma-hydroksymasłowy, w skrócie GHB, to nazwa pigułki gwałtu – odezwała się cicho, jednocześnie biorąc moją dłoń w swoje.

Patrzyłam na nią zdumiona i nie byłam w stanie zareagować, jakby te słowa padły gdzieś obok i mnie nie dotyczyły. Bo co wspólnego ze mną mogła mieć taka pigułka? Nie spuszczałam wzroku z lekarki, jakbym chciała w ten sposób dowiedzieć się szczegółów i poznać odpowiedź na niezadane jeszcze pytanie. Milczałyśmy obydwie, a w mojej głowie trwała gonitwa myśli. Jeśli w moim organizmie znajdowały się ślady pigułki, to znaczyło tylko jedno. Nagle wszystko ułożyło się w sensowną całość!

Wyrwałam dłoń z jej uścisku, odwróciłam się i włożyłam do ust róg kołdry, aby nie było słychać mojego płaczu. Zostałam zgwałcona! Ktoś podał mi pigułkę i zgwałcił! To dlatego niczego nie pamiętałam, dlatego wszystko mnie bolało i krwawiłam.

– Pani Kamilo… bardzo pani współczuję i rozumiem…

– Z całą pewnością pani nie rozumie – przerwałam jej.

– Przepraszam.

Przez chwilę obie milczałyśmy i gdy myślałam, że zaraz wyjdzie, odezwała się ponownie.

– Musi pani wiedzieć, że zgłosiłam sprawę na policję.

– Słucham?

– To standardowa procedura. Mamy obowiązek zgłaszać każde takie przestępstwo. Zapewne będą chcieli z panią porozmawiać…

– Nie będę z nimi rozmawiać! Nie chcę…

– Oczywiście to pani decyzja, ale…

– Ja nic nie pamiętam! Nic! Rozumie mnie pani? O czym miałabym im opowiedzieć?! Co kupowałam w sklepie?! – krzyczałam.

– Rozumiem. – Wstała i odstawiła krzesło na miejsce. – Pani siostra czeka na korytarzu. Czy mogę ją poprosić?

Skinęłam głową.

***

Siedziałam w pustym, ciemnym pomieszczeniu. W rogu stała lampa dająca słabe światło. Nie poznawałam tego miejsca, rozglądałam się wokół, szukając znajomych szczegółów. Próbowałam coś powiedzieć, ale głos wiązł mi w gardle. Nie mogłam się nawet ruszyć.

Nagle poczułam, jak ktoś mnie dotyka. Ciemna, wysoka postać. Niczym cień z komiksów. Oplótł mnie i na całym ciele czułam jego ręce. Nie mogłam nic zrobić. Jedną dłonią zakrywał mi usta, drugą zdzierał ze mnie ubranie.

Tylko szybko, pomyślałam, zamykając oczy.

***

Mimo zgaszonych lamp w sali nie było ciemno, docierało tu światło z korytarza. Poznałam swoje szpitalne łóżko. Przypomniałam sobie, dlaczego się w nim znalazłam i co usłyszałam od lekarki. Nawet mój sen stał się teraz zrozumiały.

Patrzyłam tępym wzrokiem na sufit, jakbym tam spodziewała się znaleźć odpowiedzi, ale im dłużej to robiłam, tym bardziej byłam zdezorientowana. Myślałam o wszystkim, przypominałam sobie każdą, najdrobniejszą nawet rzecz, jaka wydarzyła się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ale za nic nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego wydarzyło się poprzedniej nocy.

Na szafce zawibrował telefon, rzucając niebieskawą poświatę na salę. Uniosłam go, spojrzałam na wyświetlacz i bezsilnie opadłam na poduszki.

Mateusz.

Nie potrafiłam opisać uczuć, jakie mi towarzyszyły w tej chwili, ale wiedziałam jedno: zadzwonił w złym momencie. Nie myślałam o nim. Byłam pewna, że bezpiecznie siedzi we Wrocławiu i nieprędko się ze mną skontaktuje, tym bardziej że…

 

Nie chciałam o tym myśleć.

Po kilku miesiącach nasz związek w niczym nie przypominał tego, czym był na początku. Nie omijały nas kryzysy, z którymi staraliśmy sobie dawać radę. Osiągnęliśmy stabilizację i czasem miałam wrażenie, że spędziłam z Mateuszem całe życie, i nie mogłam uwierzyć, iż rok wcześniej wcale go w nim nie było.

Telefon zamilkł i na wyświetlaczu pojawiła się informacja o nieodebranym połączeniu. Czułam się rozdarta, nie wiedziałam, co robić. Powinnam z nim porozmawiać, a nie potrafiłam. Jakby coś wstrzymywało mnie przed odebraniem połączenia. Tęskniłam, a jednocześnie nie chciałam go widzieć. Bałam się. Nie miał pojęcia, że leżę w szpitalu. W jaki sposób miałabym opowiedzieć o tym, co mnie spotkało? O gwałcie, którego nie pamiętałam? Sama się jeszcze z tym nie uporałam! Czułam się fatalnie z tą luką w pamięci.

Po raz ostatni rozmawiałam z Mateuszem w piątek, tuż przed jego wyjazdem do Wrocławia na targi gastronomiczne i szkolenie organizowane przez byłych finalistów MasterChefa. Początkowo namawiał mnie, abym z nim pojechała, ale ostatecznie się nie zgodziłam. Nie chciałam brać udziału w jakimś pseudoromantycznym wyjeździe i spędzać czas sama ze sobą. Byłam przekonana, że w natłoku zajęć Mateusz nie znajdzie chwili, aby poświęcić mi tyle uwagi, ile bym potrzebowała. Poza tym były sprawy, o których musiałam pomyśleć, i ten jego wyjazd wydawał się błogosławieństwem. Wiedziałam, że wszystko sobie odbijemy we Włoszech.

Telefon zawibrował po raz kolejny.

Długo na niego patrzyłam, w końcu przesunęłam zieloną słuchawkę, podejmując decyzję. Pomimo wszystko tęskniłam za Mateuszem, chciałam usłyszeć jego głos, poprosić, aby przyjechał, został ze mną, pomógł mi przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Byłam gotowa opowiedzieć mu o wszystkim.

– Hejka! – usłyszałam jego wesoły głos. Jakby wszystko między nami było w najlepszym porządku. Momentalnie w oczach stanęły mi łzy, a w gardle pojawiła się gula uniemożliwiająca mówienie. Tak bardzo chciałam się do niego odezwać, powiedzieć coś, cokolwiek! – Milka, jesteś tam? – Jak ja uwielbiałam, gdy mnie tak nazywał! Nikt, poza nim, tak się do mnie nie zwracał.

Odchrząknęłam.

– Jestem – powiedziałam słabym głosem.

– Aleś mnie nastraszyła! – Przerwał na chwilę. – Tęsknię za tobą. – Zniżył głos do szeptu, jakby chciał, aby to wyznanie zrobiło na mnie odpowiednie wrażenie. – Boże, jak mi ciebie brakuje!

Słuchałam go, a z oczu płynęły mi łzy i zaczynałam rozumieć, że za nic, za żadne skarby nie powinnam mu o niczym mówić! Do tej pory nie miałam przed nim tajemnic, ale teraz byłam coraz bardziej świadoma tego, że nie znajdę słów. Nie mogłam mu tak po prostu powiedzieć: „zostałam zgwałcona”. Zakryłam mikrofon, by nie słyszał, że pochlipuję. Musiałam znaleźć sposób, porozmawiać z nim, powiedzieć mu o wszystkim. Tylko jak?

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam pewna, że muszę go chronić najdłużej, jak to możliwe, przed poznaniem prawdy. Nie umiałam mu o wszystkim powiedzieć, przyznać się, poprosić, by wrócił. Zawiodłam go. Pozwoliłam, aby to się wydarzyło. Byłam pewna, że miałby do mnie żal. Kiedy to do mnie dotarło, nie mogłam utrzymać aparatu w trzęsących się dłoniach. W głowie kiełkowała uporczywa myśl i po chwili wiedziałam, co muszę zrobić, choć Bóg jeden wiedział, jak bardzo tego nie chciałam. Nie mogłam już być z Mateuszem. Nie po tym, co się stało. Nie chciałam słyszeć, że za mną tęskni, że mu mnie brakuje. Bałam się, iż robiłby to z litości, że gardziłby mną.

– Milka… czy ty mnie słuchasz? – usłyszałam jego zaniepokojony głos. Wytarłam nos.

– Jestem – powiedziałam cicho.

– Co się stało? Brzmisz jakoś inaczej… Wszystko w porządku? – Niemal widziałam go w tej chwili. Mogłam ze szczegółami opisać, jak wyglądał. I bolało mnie to jeszcze bardziej i jeszcze bardziej sobą gardziłam.

– Wszystko okej – powiedziałam, nabierając powietrza do płuc. Starałam się, aby mój głos nie drżał. Wyobraziłam sobie naszą dalszą rozmowę, w czasie której niczego nie ukrywam. Wiedziałam, jak by zareagował, znałam go. Nie umiałby się z tym pogodzić, nie potrafiłby kochać mnie i traktować jak wcześniej. Nie byłabym już jego małą Milką.

Mateusz nie zasługiwał na kogoś takiego. Nie potrzebował kobiety z takimi doświadczeniami. Na dodatek odurzonej, która niczego nie pamięta. Nie mogłam z nim rozmawiać, powinnam zakończyć połączenie jak najszybciej. Bez tłumaczeń. Bez skrupułów.

– Milka? – zapytał z niedowierzaniem. – Na pewno nic się nie stało? – Wyczuł to.

Westchnęłam, starając się nadać głosowi normalne brzmienie.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam.

Konsternacja po drugiej stronie. Nigdy tak z nim nie rozmawiałam, nie byłam tak obojętna. I nigdy nie zwracałam się do niego w ten sposób.

Nie pozwoliłam mu zbyt wiele mówić. Utwierdziwszy się w przekonaniu, że nie powinnam dopuścić, by się dowiedział, nie przyznałam się i nie powiedziałam o amnezji i pigułce gwałtu. Nie chciałam zapewnień, że mnie kocha i będzie ze mną; nie chciałam, aby kłamał. Najpierw sama musiałam wszystko zrozumieć i dowiedzieć się, kto mi to zrobił.

Okłamałam go. Z premedytacją, głosem pozbawionym uczuć oznajmiłam, że się wyprowadzam i z nami koniec. Nie szukałam na siłę powodu. Mogłam przecież napomknąć o Tatianie, o restauracji, a zamiast tego powiedziałam, że przemyślałam wszystko, że zbyt wiele się stało i muszę się zastanowić, co dalej. Przynajmniej w tym jednym nie kłamałam. Nie obchodziło mnie, iż był zupełnie zdezorientowany.

– Na litość boską, Kama! – wrzasnął, gdy po raz kolejny oświadczyłam, że nie chcę się z nim widzieć. – Co ty wymyśliłaś?

– To koniec – powiedziałam twardo i zdecydowanie, głucha na jego argumenty; w tej chwili była to jedyna dopuszczalna opcja. Nie mogłam postąpić inaczej! Nie byłabym w stanie spojrzeć mu w twarz, być z nim, kochać się z nim; nie po tym, co się stało.

***

Zatrzymałam się przed ciężkimi, rzeźbionymi drzwiami. Uliczka była tu cicha i spokojna, zupełnie niepodobna do sąsiedniej. Znajdowałam się w centrum stolicy, na starówce dwumilionowego miasta, a miałam wrażenie, że to głęboka prowincja. Jakbym znalazła się w innym święcie. Raz jeszcze spojrzałam na szyld. Dania Malowane. Słyszałam o tej restauracji, wiedziałam, że to lokal dla wymagających klientów od lat trzymający wysoki poziom, a mimo to postanowiłam przyjść, choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że odpowiednio zmotywowana przez przyjaciół postanowiłam spróbować. To w końcu Kaja trafiła na ogłoszenie i gdyby nie to, że od tygodnia pracowała w innej restauracji, sama wysłałaby CV.

Przyjaźniłyśmy się i byłyśmy niemal najlepszymi przyjaciółkami. Niemal, bo dotąd najbliższa mi była Olga, ale od jakiegoś czasu nasze stosunki uległy zmianie. I wcale nie dlatego, że przestałyśmy się lubić, pokłóciłyśmy się czy coś podobnego. Olgę dopadło życie, jak sama określała swoją sytuację. A raczej to jego oblicze, o którym nie chcemy pamiętać.

A ja coraz więcej czasu spędzałam z Kają.

– To jest idealna robota dla ciebie – powiedziała, zakreślając ogłoszenie zielonym markerem. Rzuciłam na nie okiem.

– No nie wiem. – Nie byłam pewna, czy miałam ochotę być kelnerką przez całe wakacje.

Ale tak się całą paczką umówiliśmy. Na czas wakacji każdy z nas miał pracę, o wyjeździe chcieliśmy pomyśleć we wrześniu. Mieliśmy nadzieję, że wówczas dołączy do nas i Olga, która właśnie straciła matkę.

– Proszę cię, nie marudź! Chciałaś pracować, prawda? Zobacz, co tu jest napisane: praca weekendowa lub na cały etat. Możesz wybrać. I dalej; elastyczne godziny pracy.

– No jasne, że elastyczne, przecież to restauracja, pewnie są zmiany.

– Ale marudzisz! Znajomość języka angielskiego, warunek konieczny. Ta oferta jest stworzona dla ciebie. Wysyłaj CV.

Wysłałam. I dość szybko otrzymałam odpowiedź z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną.

Wzięłam głęboki wdech, okulary przeciwsłoneczne wsunęłam we włosy. Poprawiłam nieznacznie ubranie, zastanawiając się, czy wybór zwiewnej, letniej sukienki był dobry. Czy nie lepiej bym się zaprezentowała ubrana bardziej oficjalnie?

– No, dalej… Uda ci się… – szepnęłam do siebie, próbując dodać sobie odwagi.

Wewnątrz panował chłód. Przyjemnie było znaleźć się w nim po godzinie spędzonej na upalnej ulicy. Z pietyzmem zamknęłam drzwi, nie pozwalając letniemu skwarowi na dostanie się do środka.

Moją uwagę od razu zwróciły obrazy wiszące na ścianach, większe i mniejsze szkice sygnowane nazwą i datą. Przyglądałam się im z zainteresowaniem. Dania Malowane. Jedzenie i sztuka. Przystanęłam, chcąc zobaczyć ich jak najwięcej. Zachwycona przyglądałam się ścianom, uniosłam dłoń, jakbym chciała dotykiem sprawdzić prawdziwość i oryginalność przedmiotów.

– Tego się nie dotyka! – usłyszałam nagle za sobą stanowczy głos. Zaskoczona odwróciłam głowę, a moje spojrzenie napotkało szmaragdowe oczy należące do wyższego ode mnie chłopaka obciętego niemal na łyso. Sprawiał wrażenie właściciela tych wszystkich cacuszek pedantycznie dbającego o właściwe ich wyeksponowanie.