Lepsze jutro

Tekst
Z serii: Lepsze jutro #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Magdalena Kołosowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-66-9

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

OD AUTORKI

Skończywszy Karolinę, zastanawiałam się, co powinnam napisać w tym miejscu. Refleksje? Podziękowania? A może jedno i drugie?

„Lepsze jutro” jest formą zamkniętą w trzech tomach i po napisaniu pierwszego poczułam, jak wysoko powiesiłam sobie poprzeczkę. Trylogia jest dla mnie sprawdzianem, ale również cudowną przygodą pozwalającą na spędzanie z bohaterami więcej czasu. Mogę ich lepiej poznać, bardziej się z nimi zaprzyjaźnić. Wsłuchać się w nich i lepiej opisać ich historię.


W tym miejscu chciałabym podziękować:

Wydawnictwu Replika, bez którego siostry nie ujrzałyby światła dziennego; Magdzie Kawce za cudowną współpracę i cierpliwość, dzięki Tobie wiele się nauczyłam.


Szczególne podziękowania należą się CzytAśce, która jest moją patronką. Asiu, dziękuję Ci za to, że jesteś, za uwagi i za to, że wolisz kryminały! Dzięki temu Twoje opinie są dla mnie jeszcze cenniejsze.


I dziękuję Hani, Paulinie i Grażynie i wszystkim cudownym osobom, które wspierają mnie, motywują, recenzują i trzymają za mnie kciuki. Bez Was to wszystko nie byłoby możliwe!

Lepsze jutro jest jak horyzont: optymiści słusznie twierdzą, że mamy je w życiu wciąż przed sobą, pesymiści równie słusznie uważają, że nigdy tam nie dojdziemy.

Znalezione w sieci


Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.

To, co znane, przestaje być koszmarem. To, z czym umie się walczyć, nie jest już aż tak groźne.

Andrzej Sapkowski

Z piskiem opon zatrzymałam samochód na parkingu przed budynkiem, dziękując za wolne miejsce. Właściwie to nawet nie wiedziałam, że coś takiego potrafię, jeszcze nigdy nie hamowałam w ten sposób, ale spieszyłam się. I tak musiałam jeszcze dojść kawałek do właściwej klatki. Byłam niecierpliwa, jak najszybciej chciałam wysiąść, porozmawiać z siostrą, dowiedzieć się, w jaki sposób zakończyło się jej wczorajsze spotkanie z mężem. Jak bardzo żałowałam, że nie mogłam na nim być! Wciąż myślałam o Kindze i denerwowałam się niemalże jak ona przed tym spotkaniem. Tak bardzo chciałam, aby nie popełniła żadnego błędu, a mówiąc wprost, najbardziej obawiałam się, że moja siostra zechce wrócić do męża!

Spojrzałam na zegarek. Miałam nadzieję, że dałam jej wystarczająco dużo czasu, choć gdyby to ode mnie zależało, przyjechałabym dużo wcześniej, ale z samego rana odstawiałam dzieciaki na wyjazd na zimowisko.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Gdyby nie siostra i jej pomoc, a tak naprawdę całkowite sfinansowanie im dwóch tygodni w górach, moje dzieci zapewne siedziałyby w Warszawie przez całe ferie. Marzyłam o tym, by mieć takie zaplecze finansowe jak Kinga, by choć raz nie martwić się o pieniądze i spełniać swoje małe kaprysy. I to wcale nie byłyby od razu jakieś wypasione samochody czy dom o stu pokojach. Wystarczyłaby świadomość, że jeśli chcę sobie kupić buty, to kupuję, a jeśli mam ochotę spędzić czas w teatrze, nic nie stoi na przeszkodzie. Bez dokładnego oglądania każdej złotówki, bez tego ciągłego strachu – czy aby na pewno wystarczy do pierwszego. Chciałabym wiedzieć, że mogę sobie planować ferie i wakacje bez obawy, że coś po drodze się stanie. Nigdy nie miałam takiego poczucia bezpieczeństwa.

Zatrzymałam się przed właściwymi drzwiami, przypominając sobie, ile to razy na początku gubiłam się i nie wiedziałam, w jaki sposób dostać się do środka. Teraz trafiałam z zamkniętymi oczami. Nacisnęłam guzik z numerem mieszkania. Cisza. Spróbowałam jeszcze raz. Znowu nic. Wcisnęłam kod. Rzadko się do tego uciekałam, pomimo że to Kinga mi go dała i upoważniła do swobodnego wchodzenia do jej domu. Korzystałam z tego przywileju jedynie w wyjątkowych sytuacjach, takich jak ta. Otworzyłam drzwi i natychmiast znalazłam się w innym świecie. Kinga mieszkała w tym budynku od ponad dwóch lat, a ja wciąż nie wierzyłam, że tak może wyglądać blok. W porównaniu z tym, w którym ja miałam mieszkanie, tutaj wszystko ociekało luksusem. I za każdym razem, gdy się tu znajdowałam, czułam się niezręcznie. Hol był jasny i przestronny, utrzymany w szaro-beżowej kolorystyce, gdzieniegdzie zaakcentowany ciemniejszymi detalami. Ilekroć tu wchodziłam, mój wzrok padał na logo firmy i nazwę budynku.

– Dzień dobry. – Ochroniarz przywitał mnie z uśmiechem. Znaliśmy się dobrze z widzenia.

– Dzień dobry – odpowiedziałam. Już dawno przestałam tłumaczyć się, po co przyszłam i do kogo, ale na początku zachowywałam się czasem jak petentka w urzędzie i grzecznie czekałam, aż zostanę obsłużona.

Skierowałam się do właściwej windy.

Kinga mieszkała na szóstym piętrze, miała narożne mieszkanie w zachodnim skrzydle, jak czasami żartowała. Mieszkanie, którego niewątpliwym atutem były trzy tarasy i skosy w salonie i gabinecie. Na tarasach przylegających do sypialni stały meble z palet, a całość otaczały tuje w doniczkach. Jak ja jej zazdrościłam tego metrażu, tego mieszkania, luksusu i widoku.

Pamiętałam doskonale, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam urządzone lokum siostry. Wcześniej byłam tam raz, zaraz po tym, jak je kupili. Stan deweloperski nie dawał wyobrażenia, jak to wszystko może wyglądać, a ja, zupełnie pozbawiona zmysłu przestrzennego, miałam problem, by wyobrazić sobie to, co Kinga zaplanowała. Gdyby nie rozrysowane wizualizacje, w żaden sposób bym jej nie pomogła, ponieważ Kinga, nie zważając na mój brak wyobraźni, pokazywała mi plany i radziła się w kwestiach rozwiązań. Efekt był oszałamiający.

– Jezu… – Nie mogłam się opanować, gdy przekroczyłam próg. – Boże… umarłam i jestem w niebie. – Dotykałam ozdobnych tynków na ścianie, przypominałam sobie projekty i porównywałam efekt końcowy. – Kinga, jak ja ci zazdroszczę! Przecież ja przez trzy życia się czegoś takiego nie dorobię! – Kinga uśmiechała się delikatnie. – Ale ślicznie. – Weszłam do salonu. – Jesteś szczęściarą!

– Dzięki – odparła rozbawiona.

– Ja wiedziałam, że to mieszkanie mnie powali, ale to… to mnie po prostu przerosło – przyznałam, siadając w fotelu. – Jest ślicznie – powtórzyłam, patrząc dookoła. – Po prostu inny świat… Jak z amerykańskiej telenoweli – zażartowałam.

Ale to nie był film, tylko życie. I świat, o jakim ja mogłam tylko pomarzyć.

Drzwi windy rozsunęły się niemal bezszelestnie i wyszłam na pusty korytarz. Kilka kroków i stałam przed wejściem do mieszkania.

Nacisnęłam dzwonek.

Zwykle Kinga szybko otwierała, teraz jednak odpowiedziała mi cisza. Po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że coś się stało. Zadzwoniłam po raz drugi i byłam już pewna, że mojej siostry nie ma w domu. Jęknęłam zrezygnowana i wyciągnęłam telefon.

– Hej, siostra – powiedziałam radośnie do aparatu. – Gdzie jesteś? Dzwonię i dzwonię….

– Nie ma mnie w domu.

Wczoraj miała spotkać się z Karolem. Czyżby spędziła z nim noc…? To niemożliwe, przecież nie dałaby się tak przekabacić. A może spotkali się, porozmawiali i doszli do wniosku, że ten rozwód był nieprzemyślanym posunięciem i warto by spróbować jeszcze raz?

Aż się otrząsnęłam, miałam nadzieję, że ponosi mnie wyobraźnia.

– O której będziesz? – zapytałam.

– Eee… Karo… – Kinga brzmiała dziwnie, jakby nie mogła mówić, co czyniło coraz bardziej prawdopodobną wersję, o której przed momentem myślałam. Była z Karolem!

– Co jest, Kinga? Co się wczoraj wydarzyło? Spotkałaś się z Karolem? Coś poszło nie tak? – Zarzuciłam ją pytaniami.

– Karo…. – szepnęła. – Może nie teraz…. Nie mam czasu….

– Ale… co się stało? – Byłam przerażona. Kinga nie zachowywała się w ten sposób. Może rzeczywiście straciła rozum?

Moje rozmyślania i czarnowidztwo przerwał męski głos.

– Dzień dobry, Karo. Przeszkadzasz nam.

– Marek?

W eterze i on, i Karol mieli podobne głosy. Modliłam się, żeby to był Marek. Gdyby wróciła do Karola po tym, jak ją potraktował, pomyślałabym, że jest niespełna rozumu.

– Marek – usłyszałam w odpowiedzi. – Kinga zadzwoni później… Teraz nam przeszkadzasz.

– O… yyy….

– Miło było, cześć. – Rozłączył się.

„Miło było, cześć”. Marek i Kinga. Razem. I przeszkadzam im. Zrezygnowana opuściłam rękę, telefon wsunęłam do kieszeni kurtki. Spojrzałam na drzwi prowadzące do mieszkania Kingi, mając nadzieję, że ją jednak zobaczę. Martwiłam się; gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj, ale w jej życiu zbyt wiele się działo, aby przechodziła przez to sama. Świadomość, że była z Markiem, wcale mnie nie uspokajała. Cholera jasna, co ona tam robiła? Jakieś sprawy rozwodowe? Coś się wczoraj stało? Może coś nowego z Karolem?

 

Pytania powodowały tylko większy niepokój, a brak odpowiedzi sprawiał, że byłam cały czas podenerwowana. Mimo wcześniejszej pewności sama już nie wiedziałam, co by mnie bardziej zmartwiło: spotkanie mojej siostry z mężem czy też jej przebywanie z Markiem.

Na początku Karol wydawał się wymarzonym partnerem, miał dobrą pracę, dzięki której mógł zapewnić żonie dostatnie życie, był wykształcony, pożądany i – wydawało się – wpatrzony w Kingę jak w obrazek. Widziałam jednak rysy na tym obrazku, może dlatego, że moje własne małżeństwo posypało się jak domek z kart. Nie ufałam mu i podchodziłam do niego z rezerwą, uważając go za narcyza. Ale był mężem mojej siostry i szanowałam jej wybór, tym bardziej że od początku byłam we wszystko wtajemniczona.

Wsiadłam do windy i kilkanaście sekund później znalazłam się na dole. Nie mogłam przestać myśleć o młodszej siostrze. Był we mnie niepokój i przeczucie, że coś się stało. Coś nieoczekiwanego i jednocześnie ważnego. Coś, czego nie potrafiłam nazwać, a jednocześnie nie dawało mi spokoju. Stojąc przy samochodzie, raz jeszcze spojrzałam w górę, ale na szóstym piętrze nic się nie zmieniło, a służbowy samochód Kingi nadal stał na parkingu.

Mimo że płonęłam z ciekawości, musiałam odłożyć pytania na potem. Westchnęłam, wzruszając ramionami. Zapewne razem z Markiem omawiają sprawy związane z rozwodem i chcą maksymalnie wykorzystać spotkanie.

Wsiadłam do swojego auta.

Nagle poczułam się zdezorientowana, zupełnie jakby runął mój plan „A”, a ja nie miałam w zanadrzu planu „B”. Tak bardzo chciałam się dowiedzieć, w jaki sposób przebiegło spotkanie Kingi z Karolem, że nie mogłam się skupić, i dlatego oprócz wizyty u siostry nic więcej na dziś nie zaplanowałam. Od dwóch dni, od kiedy Kinga przyszła do mnie i przyznała, że boi się tego spotkania, bałam się razem z nią. Mimo to próbowałam grać twardą i pocieszałam ją na każdym kroku. Wiedziałam, że tego potrzebuje.

Poprzedni rok zakończył się dla nas całkowitym przemeblowaniem życia, zarówno Kinga, jak i ja złożyłyśmy pozwy rozwodowe, tylko że dla niej zakończenie małżeństwa było szokiem, dla mnie naturalną koleją rzeczy. Miałam Marcina, choć jeszcze pół roku wcześniej nie byłam tego świadoma, bo choć znałam go od dawna, wcale nie zaiskrzyło od razu. Żeby z nim być, chciałam być wolną kobietą. I będę. Jeśli Rafał nie zmieni zdania i zgodzi się od razu na rozwód. Miałam nadzieję, że nie będzie robił problemów, choć nie byłam pewna na sto procent. Rafał był nieprzewidywalny, niestabilny emocjonalnie, a gdy dodało się do tego jeszcze jego problem z alkoholem, wychodziła mieszanka wybuchowa. I z taką mieszanką, bombą dosłownie, mieszkałam pod jednym dachem przez kilkanaście lat. Kiedy wreszcie powiedziałam „dość”, nie próbował nawet ukryć zdziwienia, ale nie protestował. Wyprowadził się do rodziców niemalże bez słowa. Nie sądziłam więc, aby chciał teraz protestować.

Byliśmy w separacji od kilku miesięcy, doskonale pamiętałam tamten dzień, bo w moim odczuciu to wtedy narodziłam się ponownie.

KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Telefon rozbrzmiał dokładnie o trzynastej trzynaście, a nieznajomy numer na wyświetlaczu absolutnie nic mi nie mówił. Obracałam aparat kilka chwil, zastanawiając się, czy odbierać, w końcu zrezygnowałam i go wyciszyłam. Już wystarczająco niezręcznie czułam się z powodu tego jednego dźwięku. Zanim jednak go schowałam, zadzwonił ponownie, wyświetlając ten sam numer. To już nie mogła być pomyłka. Rozejrzałam się wokół, sprawdzając, czy nikt nie patrzy, nie lubiłam być obserwowana i podsłuchiwana. Nacisnęłam „odbierz”.

– Karolka, to ja. – Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, w słuchawce rozległ się przerażony, niemal błagalny głos mojego męża. Słuchałam jak sparaliżowana. Rafał wczoraj wyszedł do pracy i nie wrócił do domu. Zadzwonił wieczorem i głosem wskazującym na spożycie oświadczył, że będzie późno. Dla mnie była to kropka nad „i”, namacalny dowód, że nałóg jest wciąż silniejszy i żadne obietnice tego nie zmienią. To nie był pierwszy taki przypadek, ostatnio zdarzało mu się to przynajmniej raz na dwa tygodnie, czasami częściej, ale do tej pory zawsze w końcu wracał do domu cały i zdrowy. I najczęściej na kacu. Noc spędzał u swoich rodziców, doskonale zdając sobie sprawę, że gdyby wrócił w takim stanie, to byłby koniec naszego małżeństwa.

– Doprawdy? – rzuciłam wściekle. – Po co dzwonisz? – Wcale nie kryłam złości. Miałam już serdecznie dosyć jego kłamstw, znikania z domu, picia i późniejszego przepraszania. Miałam dość takiego życia. Miałam dosyć mojego własnego męża, w którym kilkanaście lat wcześniej zakochałam się do szaleństwa. Już nawet się nie starałam okazywać mu szacunku, w moich oczach stracił go już dawno, wraz z godnością. W tej chwili był dla mnie zapijaczonym wrakiem człowieka. A teraz marzyłam jedynie o tym, aby znaleźć sposób na pozbycie się go z mojego życia. Był zakażeniem, wrzodem na tyłku i przyczyną wszystkich moich problemów. I niestety był też ojcem moich dzieci. Kilkanaście lat wcześniej wydawało mi się, że jest kandydatem idealnym, teraz częściej się go wstydziłam i robiłam wszystko, aby dzieci jak najrzadziej były świadkami jego podłych dni.

– Karolcia, kochanie – usłyszałam go znowu. – Przyjedź, słoneczko, po mnie. Nie mam kasy, a muszę wrócić do domu…

– Chyba pomyliłeś numer – powiedziałam coraz bardziej wściekła.

– Musisz po mnie przyjechać! – W głosie Rafała usłyszałam panikę.

– Nie muszę! – odparowałam szybko.

– Kotek, jestem na Kolskiej. Musisz po mnie przyjechać.

– Gdzie?

– Na Kolskiej – powtórzył. Próbowałam przypomnieć sobie kto z jego znajomych mógł mieszkać na Kolskiej, ale nikt nie przychodził mi do głowy.

– U kogo…? – zaczęłam, ale Rafał przerwał mi niecierpliwie, jakby chciał to już mieć za sobą.

– W izbie wytrzeźwień…

Po tych słowach z odrazą się rozłączyłam. Jeszcze się nie zdarzyło, aby mój mąż spędzał noc na wytrzeźwiałce! Jezu, taki wstyd!

Patrzyłam na aparat i walczyłam ze sobą. Zadzwonić? Pojechać? Nie miałam zamiaru pokazywać mu, że jestem na każde zawołanie, dawno z tego wyrosłam, więc coraz bardziej oddalałam od siebie opcję numer dwa.

Telefon zadzwonił jeszcze raz, ale zignorowałam go, a potem umilkł.

Izba wytrzeźwień dotychczas była mi znana jedynie z prasy i telewizji. Nawet nie znałam nikogo, kto by tam trafił. A teraz mój własny mąż… Czułam, jak czerwienię się aż po czubki uszu. Rozejrzałam się wokół. Miałam wrażenie, że każdy wiedział już o Rafale, że zza tych opuszczonych oczu i odwróconych głów dochodzą mnie szepty i śmiechy. Boże! Jak bardzo wstydziłam się być jego żoną!

Izba wytrzeźwień!

W ciągu piętnastu lat naszego małżeństwa zdążyłam się już przyzwyczaić do jego przeróżnych wyskoków, które miały miejsce po alkoholu, bo Rafał miał słabą głowę. I do nałogu, któremu nie potrafił powiedzieć „nie”. Ale miałam coraz mniej sił i chęci, by mu pomagać. Z dnia na dzień coraz bardziej przekonywałam się, że nasz związek okazał się niewypałem, coraz mniej było w nim uczucia, szacunku i jakiegokolwiek zrozumienia. Musiałam zapomnieć o swoich potrzebach, marzeniach, a skoncentrować się na tym, aby nasze – moje i dzieci – życie nie zamieniło się w horror. Naprawdę, nieważne okazały się później większe mieszkanie, nowy samochód czy domek z ogródkiem. Wśród moich priorytetów te sprawy zajmowały dalsze miejsca.

Rafał pił od zawsze, tylko ja nie chciałam tego widzieć, bo kochałam go pierwszą miłością i zachłystywałam się tym jak zimną wodą w upalny dzień. Kochaliśmy się, spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę, a potem szukaliśmy jakiegoś ustronnego, spokojnego miejsca i uprawialiśmy seks. Długo, oj, wtedy bardzo długo. Po narodzinach Sary, córeczki, na którą czekał, nie trzeźwiał przez tydzień; nie rozumiałam tego, ale wszyscy twierdzili, że w ten sposób okazuje swoją radość. Zdobyłam się na wielkoduszność i starałam się zrozumieć, tłumaczyć jego późne powroty na rauszu, tym bardziej że potem bardzo się starał.

Po pięciu latach małżeństwa chciałam uciec, ale zrezygnowałam, nie wiem nawet czemu. A potem tak się z mężem godziłam, że zaszłam w ciążę. Urodził się Olek, Rafał spuchł z dumy. I przestał pić. Na całe trzy lata!

A potem to już była równia pochyła, coraz niżej. Coraz mniej w naszym małżeństwie było miłości, aż w końcu po prostu wygasła. Nie kochałam go. Tolerowałam, choć nawet z tym było coraz bardziej krucho. Po prostu mieszkaliśmy razem.

Naprawdę miał tupet, dzwoniąc i prosząc, bym po niego przyjechała! Jeszcze czego! Nie interesowało mnie, w jaki sposób dostanie się do domu.

Spojrzałam na zegarek. Trzynasta pięćdziesiąt jeden. Minęło już ponad pół godziny od jego telefonu, a ja czułam się coraz bardziej zdenerwowana. Nie mogłam się skupić na niczym, trzęsły mi się ręce, obraz na monitorze rozmywał się. Gdyby nie Rafał, wszystko byłoby okej. Gdyby nie on, moje życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Musiałam coś zrobić. Nie mogłam trwać w tym związku i znosić jego kolejnych wyskoków, tolerować coraz to nowego przekraczania granic. Byłam tym wszystkim zmęczona. Chciałam wreszcie normalnie żyć, a nie odbierać męża z izby wytrzeźwień.

Patrzyłam na swoje koleżanki, przywoływałam w myślach swoją młodszą siostrę. Żadna nigdy nie miała takich problemów. I ja też nie chciałam. Wzięłam do ręki telefon i wybrałam numer.

– Cześć, mamo – odezwałam się, gdy odebrała. Potrzebowałam jej pomocy, bo w głowie pojawił mi się pewien plan. I byłam zdeterminowana, aby go zrealizować. Teraz albo nigdy!

– Karolka, dzień dobry!

– Mam prośbę, mamo.

– Cóż się takiego stało?

– Zajęłabyś się Sarą i Olusiem? Muszę coś pilnie załatwić po pracy.

– Ależ oczywiście, ale…

– Sara kończy za pół godziny i odbierze Olka. Zadzwonię do niej, żeby pojechali do ciebie, dobrze?

– No nie wiem, czy Sara tak szybko się zgodzi… – Mama wyraziła zwątpienie. Też nie byłam pewna. Moja czternastoletnia córka uważała się za całkowicie dorosłą i twierdziła, że nie potrzebuje niańki i doskonale daje sobie radę sama w domu. Ona być może i tak, ale co do Olka, nie byłabym taka pewna.

– Będzie musiała – powiedziałam stanowczo. – Zaraz do niej napiszę.

– To napisz, że dziadek po nich pojedzie. Co się będą włóczyć sami po mieście.

– Mamo, to tylko siedem przystanków – przypomniałam jej.

– Wiem. I nadal uważam, że nie powinni sami jeździć. To są jeszcze dzieci. Ojciec po nich pojedzie, koniec kropka.

W duchu przyznałam mamie rację. Nie zamierzałam się z nią kłócić, więc zgodziłam się na rozwiązanie, które zaproponowała.

Miałam plan. Musiałam porozmawiać z Rafałem bez świadków. Dlatego potrzebowałam pomocy mamy.

Napisałam szybko do Sary. Wiedziałam, że ma jeszcze lekcje, więc nie dzwoniłam, ale odpowiedź dostałam niemal natychmiast. Zgodnie z oczekiwaniami nie była zbyt zachwycona, ale nie stroiła też fochów. Zgodziła się i tak szybciej, niż się spodziewałam. Mogłam teraz skupić się na przygotowaniu do rozmowy z Rafałem.

– Karolina! – Głos przełożonego wyrwał mnie z zamyślenia. Uniosłam głowę zdezorientowana. Nade mną stał mój szef we własnej osobie, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedziałam, co robić.

Kiedy nieco ponad rok wcześniej byłam zatrudniana w tym banku, jednym z etapów rekrutacji była rozmowa z przełożonym. Wówczas mogłam go poznać i od razu zrobił na mnie duże wrażenie. Elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty. Później przekonałam się, że do tej listy cech mogłabym dorzucić przynajmniej jeszcze kilka: wymagający, dokładny, systematyczny. U niego wszystko musiało chodzić jak w zegarku.

Skoro przyszedł do mnie, to nie wróżyło niczego dobrego.

– Słucham. – Wstałam od razu. Zawsze czułam się niezręcznie, siedząc, gdy ktoś do mnie mówił.

– Usiądź – zaśmiał się Marcin, opierając się o róg mojego biurka i zakładając ręce na piersi. – Nie wymagam, żeby stawać przede mną na baczność. – Wbił we mnie niebieskie oczy. Zakłopotana usiadłam i opuściłam głowę. Mimo że był moim przełożonym, nie miałam z nim zbyt często do czynienia. Naszym działem kierowała koordynatorka i to ona składała mu raporty w każdy poniedziałek. – Potrzebuję na cito ten raport, który miałaś przygotować dla Gosi.

Raport.

Patrzyłam na Marcina i przez głowę z prędkością światła przemykały mi przeróżne myśli, ale żadna nie dotyczyła owego raportu. Gosia poprosiła mnie wczoraj o przygotowanie go, nie określiła terminu, a ja… No cóż, jeszcze godzinę wcześniej siedziałam nad nim i byłam na dobrej drodze do skończenia, ale wydarzenia, które później miały miejsce – telefon Rafała i moja rozmowa z mamą – tak mnie wytrąciły z równowagi, że palcem dalej nie ruszyłam.

 

– Yyy, wybacz, ale nie jest jeszcze gotowy, potrzebuję jeszcze trochę czasu – wydusiłam z siebie, czerwieniąc się jak nastolatka i jednocześnie zastanawiając się, dlaczego pofatygował się osobiście. Były telefony, mógł zadzwonić. Ewentualnie napisać maila. Takie wizyty nie były normalne, to do niego się chodziło.

Pokręcił głową.

– Jest mi potrzebny na wczoraj – powiedział dobitnie. Skurczyłam się w swoim fotelu. – Możesz mi pokazać, co udało ci się zrobić? – Zerknął na monitor, który ział czernią. Położyłam palce na klawiaturze, chcąc go odblokować, ale trzęsły mi się jak liście osiki. – Czemu się tak denerwujesz? – usłyszałam pytanie Marcina. – Spokojnie. – Położył swoją dłoń na mojej. – Nie gryzę przecież.

– Wiem, przepraszam. – Odblokowałam komputer, po czym weszłam w folder, w którym miałam zapisane rozpoczęte zestawienie. Otworzyłam je, żeby Marcin mógł zobaczyć efekty mojej pracy. Nachylił się i dość długo studiował to, co znajdowało się na ekranie monitora, a potem rozejrzał się i sięgnął po wolny fotel Gosi, przysuwając go do mojego biurka.

– Mogę? – zapytał, wskazując na myszkę.

– Oczywiście. – Odsunęłam się od biurka, pozwalając mu pracować i łapiąc po drodze zaskoczone spojrzenie moich współpracowniczek. Wzruszyłam ramionami.

Kilka minut później wstał, odstawił fotel na miejsce i uśmiechnął się do mnie.

– Stanowczo jesteś dla siebie zbyt surowa – powiedział lekko. – Prześlij mi, proszę, to wszystko na maila, na razie to mi wystarczy. Kiedy planujesz skończyć?

– Dzisiaj – powiedziałam bez zastanowienia. – Prześlę ci to przed końcem pracy.

– Okej. – Spojrzał na zegarek. – Pracujesz do…?

– Siedemnastej.

– Super. W takim razie czekam przed piątą na gotowy raport.

Kiedy wyszedł, od razu wzięłam się do pracy. Miałam niezbyt dużo czasu, a danych, które musiałam wprowadzić i przeanalizować, dość sporo.

– No, no. – Ciszę przerwała w końcu Nina. – Sam szef we własnej osobie… No, no… – powtórzyła.

– Jak dla mnie mógłby przychodzić codziennie – westchnęła Ada. – Albo nawet postawić tutaj swoje biurko – rozmarzyła się. Zerknęłam na nią z ukosa i uśmiechnęłam się. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że Marcin był obiektem westchnień i marzeń prawie każdej kobiety w naszej firmie i tak naprawdę wcale się nie dziwiłam. Mnie też się podobał. Był wysoki, przystojny, ujmujący. Miał w sobie coś takiego, że skupiał uwagę, a jego głos hipnotyzował. I za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, żałowałam, że mój mąż wygląda dokładnie odwrotnie. Kiedyś powiedziałabym o nim, że był przystojny, teraz – zgarbiony, z lekką nadwagą i poszarzałą twarzą – wyglądał na przynajmniej dziesięć lat starszego niż był, a nie miał jeszcze czterdziestki.

– Zapewne obok twojego? – zapytałam, choć z góry znałam odpowiedź.

– Karo, ale ty jesteś… – skwasiła się Ada. – Nawet pomarzyć nie pozwolisz.

Zaśmiałam się.

– Możesz marzyć, ile chcesz – pozwoliłam łaskawie.

– Dziewczyny… ale prawda, że Marcin jest takim ciachem do schrupania, co? – ciągnęła wątek. – Ile ja bym dała, żeby zwrócił na mnie uwagę…

– On jest żonaty – zauważyłam.

– Rozwiedziony – sprostowała Nina.

Było mi wszystko jedno.

– Opowiedz coś o nim, Ninka – poprosiła Ada. Pracowała z nami od kilku zaledwie miesięcy, a rozmowy takie jak ta nie odbywały się w naszym pokoju zbyt często. Rzadko pozwalałyśmy sobie na jakiekolwiek komentarze pod adresem Marcina, głównie ze względu na Gosię, która nie tolerowała ploteczek i kilka razy dała nam jasno do zrozumienia, co o tym myśli.

– Nic nie będę mówić. – Nina postawiła sprawę jasno.

– A to prawda, że on z tą Bogną z księgowości…? – Ada nie dawała za wygraną. Rzeczywiście, kilka tygodni wcześniej pojawiły się takie plotki. Nie było to jednak nic nowego, w końcu wcześniej takie same krążyły na temat Marcina i jego sekretarki.

– Daj spokój. – Nina próbowała zakończyć temat. – To jest nasz szef. Jego życie prywatne nie powinno nas interesować. Ani z kim się umawia, ani z kim śpi, ani z kim się bzyka.

– Nina! – Spojrzałam zaskoczona na koleżankę. Po raz pierwszy słyszałam z jej ust takie słowa.

– A ja wam mówię, że chętnie bym sprawdziła, jaki on jest – dodała rozmarzona Ada. – Wyobrażacie sobie? Facet, który tak wygląda, musi być w te klocki po prostu obłędny…

– Nie dla psa kiełbasa, jak mawiała moja babcia. Koniec tematu!

– Ej, Ninka, a dlaczego koniec? – zainteresowała się nagle Ada. – Czyżbyś miała coś na sumieniu, co? Podoba ci się…

– Zwariowałaś!

– A może jesteś zazdrosna?

– O co? O Marcina?

– Na pewno też masz fantazje z nim w roli głównej – nie ustępowała Ada.

– Przestań! – Nina była zdenerwowana. – Posuwasz się za daleko!

– Dziewczyny… – zaczęłam. Chciałam je prosić, aby już przestały. Próbowałam skończyć raport, a ich rozmowa skutecznie mnie rozpraszała.

– Uuu, Karolka postanowiła pozostać niewzruszona – zażartowała Ada.

– Oczywiście – odpowiedziałam od razu. – Nie interesuje mnie Marcin. Mam męża – dodałam z uśmiechem i machnęłam im przed oczami prawą dłonią, gdzie dumnie prezentowała się obrączka. Na szczęście żadna z nich nie znała Rafała i nie miała pojęcia o moich małżeńskich problemach. Nauczyłam się już dawno nie dzielić swoim prywatnym życiem ze współpracownikami, co tylko wychodziło mi na dobre. Doskonale wiedziałam, jak bardzo okrutne potrafią być plotki, jak osoba niemająca pojęcia o prawdziwych powodach kryzysów czy problemów może zranić. Nauczyłam się tego i teraz robiłam wszystko, aby nikt nie miał nade mną takiej władzy, aby nikt nie wykorzystywał wiadomości o mnie do swoich celów.

– I co z tego? – usłyszałam ciche pytanie Ady. – Ja też mam. – Mrugnęła do mnie.

Nie odpowiedziałam. Wróciłam do swojej pracy. Pół godziny później skończyłam raport, zapisałam go, po czym wysłałam do Marcina. Udało się.

Punkt siedemnasta wyłączyłam komputer i wstałam od biurka. Myślami i tak byłam już w domu. Zastanawiałam się, czy Rafał dotarł już do mieszkania, czy znowu coś stanęło mu na drodze. Przyzwyczaił mnie do swojej beztroski i nieliczenia się z nami. Miał gdzieś mnie i dzieci. Kiedy zaczynał pić, liczyło się tylko to. Jeszcze niedawno potrafił przyjść skruszony, przeprosić, przynieść kwiaty, a potem niezdarnie próbował sprawić, bym zapomniała o tym, co było. Przez kilka chwil był miłym, kochanym człowiekiem. Tak było kiedyś, gdy jeszcze zależało mu na czymś innym niż kolejny kieliszek. Im dłużej trwała jego przygoda z alkoholem, tym rzadziej się to zdarzało. W końcu nawet kiedy nie pił, nie próbował ukrywać agresji. Nie zależało mu, więc dlaczego powinno zależeć mi? Nie miałam już sił, by z tym walczyć, by mu pomagać. W ciągu tych wszystkich lat odrzucał moją pomoc za każdym razem, nie pozwalał zaprowadzić się do lekarza bądź na terapię, nie chciał słuchać ani moich próśb, ani gróźb. Zobojętniałam. Nie wzruszało mnie już to, że nie miał jak wrócić do domu. Był dorosły, powinien dać sobie radę. Zamierzałam z nim poważnie porozmawiać, zastanawiałam się jedynie, czy mój mąż będzie w stanie w takiej rozmowie uczestniczyć. Miałam naprawdę dość jego zachowania, jego ciągłego picia i odmierzania czasu od imprezy do imprezy.

Wyszłam z banku podenerwowana. Ktoś coś do mnie mówił, ale nie zwracałam na nic uwagi. Dopiero gdy wyszłam na zewnątrz i poczułam czyjąś rękę ściskającą mnie za łokieć, odwróciłam głowę.

– Marcin – zauważyłam zaskoczona.

– To ja – odparł, uśmiechając się do mnie. – Mówię do ciebie i mówię, a ty nic.

– Naprawdę? Przepraszam, zamyśliłam się – przyznałam się. – Coś pilnego?

Stałam naprzeciwko niego, czekając na odpowiedź, a w środku drżałam z niecierpliwości. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Dziwiło mnie to, że Marcin wyszedł z pracy o takiej „normalnej” godzinie. W firmie zyskał opinię nocnego marka ze względu na późne wychodzenie, mimo nienormowanego czasu pracy.

– Nie. Chciałem ci podziękować za raport.

– Och. – Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Podziękować za raport?

– Świetna robota.

– Dzię… dziękuję… – bąknęłam.

– Widać, że to lubisz, że dobrze się w tym czujesz, wyciągnęłaś trafne wnioski. Nie myślałaś o aplikowaniu do naszego nowego programu? – zapytał, zaskakując mnie całkowicie. Oczywiście wiedziałam, że powstał program mający na celu wprowadzenie nowych rozwiązań według zasady, aby i wilk był syty, i owca cała, czyli by apetyt na ryzyko został zrównoważony przez cele banku. Wiązało się to bezpośrednio z wprowadzeniem nowych produktów na rynek i promocji naszego banku jako najbardziej przyjaznego przedsiębiorcom. Byliśmy na topie, ale przecież nic nie stało na przeszkodzie, by wciąż podnosić sobie poprzeczkę. Każdego roku bank był honorowany jakimiś wyróżnieniami. Ostatnio dostał Złotego Bankiera za najlepszą ofertę kredytu samochodowego. A teraz program, o którym wspominał Marcin, miał na celu udoskonalenie tego produktu i poszerzenie go o nowe opcje. I nad tym miał pracować ów zespół. Podejrzewałam, że na początku praca będzie polegała na tworzeniu tysiąca danych i analizowaniu ich pod wieloma kątami, że będą to godziny spędzone nad tabelkami i wykresami. Nie byłam zainteresowana.