Kiedyś dogonimy Paryż

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książki Magdaleny Kołosowskiej,

które ukazały się w Wydawnictwie Replika:

Tęcza nad jeziorem

Saga LEPSZE JUTRO

Słońce za horyzontem

Pod niebieskim księżycem

Za ostatnią gwiazdą


Copyright © Magdalena Kołosowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Maria Buczkowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2021

eISBN 978-83-66790-81-0

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Można odejść od swoich miłości, lecz niepodobna zapomnieć, że się kochało.

Jerzy Andrzejewski

OD AUTORKI

Kiedy na jednym ze spotkań zapytano mnie, czy mam w planach napisanie książki, która opowiadałaby historię kobiety po czterdziestce, nie przyznałam się, że już takową zaczęłam. Odpowiedziałam: „Na pewno kiedyś”. Nie lubię zapeszać, opowiadać o planach, ponieważ jestem świadoma tego, jak szybko mogą ulec zmianie.

Historię Zośki, Danki i Irminy zaczęłam pisać już dawno, ale utknęłam w punkcie, z którego nijak nie potrafiłam ruszyć. I nie pomagały pytania ani zachęty ze strony moich przyjaciół. W międzyczasie na świecie pojawiały się moje kolejne „córki”, a dziewczyny czekały.

I nagle sytuacja, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy, dobitnie pokazała, jak bardzo nasze życie toczy się w sieci. Nikogo nie dziwią zawierane tam przyjaźnie, rozmowy, zwierzenia czy wyznania. Można nawet pracować, siedząc w kuchni przy stole.

W tych nowych warunkach wróciłam do pomysłu kontynuacji losów internetowych przyjaciółek.

Z tego miejsca chciałabym podziękować wszystkim, dzięki którym powstała ta książka. Moim przyjaciołom i znajomym, zarówno tym z „reala”, jak i internetowym. Dziękuję, że mogłam wykorzystać fragmenty naszych rozmów i wpleść je w tę historię.

Dziękuję za inspirację i za wsparcie!

Dziękuję Magdzie, która dzielnie poskramiała Zośkę i próbowała utrzymać ją w ryzach, oraz pani Kasi i całemu Wydawnictwu za zaufanie!

I dziękuję moim, Drogim Czytelniczkom oraz Czytelnikom, bo to dzięki Wam powstają coraz to nowe historie!

PROLOG

ZAMOŚĆ

Danka

– Kur… – wymsknęło mi się, kiedy kredka, zamiast pokornie podążyć za ręką i nadać oku pożądany wygląd, w ostatniej chwili postanowiła zmienić kierunek i zwiedzić policzek. I teraz patrzyłam na cudną krechę zdobiącą pół mojej twarzy, zupełnie jakbym makijaż na Halloween robiła, a nie szła do pracy. – …wa – dokończyłam, bo przecież nie o kurach myślałam. Wzięłam wacik, nasączyłam go płynem i docisnęłam do policzka. Poczułam, jak resztka zimnej cieczy spływa mi po twarzy… po cudnie zrobionej twarzy. – Faken! – wrzasnęłam, mimo że wcale nie chciałam. Spojrzałam na swoje odbicie. No dobra, chciałam. Chciałam tak powiedzieć, bo miałam już dość! Od prawie godziny zawłaszczałam łazienkę dla siebie i co? Teraz miało się popsuć?

– Danusia – usłyszałam niemal w tej samej chwili głos męża. Skrzywiłam się. Moja wolność w jedynej łazience w mieszkaniu dobiegała końca. Poprawiłam szybko makijaż, słysząc pukanie do drzwi. – Danusiu, wyjdź już, proszę.

– Pięć minut! – zawołałam, pociągając tuszem rzęsy.

– Nie! Natychmiast! – Głos mojego męża stawał się coraz bardziej zdecydowany. – Daję ci każdego ranka wystarczająco dużo czasu na to twoje robienie twarzy, ale ja też potrzebuję tam wejść od czasu do czasu. – Usłyszałam, jak mocuje się z klamką. – Danka! – Już wiedziałam, że mój czas się skończył. Zawsze tak było. Najpierw delikatnie, „Danusiu”, a potem sru! „Danka”!

– Wychodzę, wychodzę. – Rozpyliłam w powietrzu moje ulubione perfumy, po czym przeszłam przez pachnącą mgiełkę. Diabelnie mocne i jeszcze bardziej diabelnie drogie. Fundowane każdego miesiąca przez mojego ślubnego, o czym zresztą nie do końca miał pojęcie. Tak się bowiem umówiliśmy, że z każdej jego wypłaty otrzymywałam stałą „pensję” na prowadzenie domu. Na co dokładnie szły jego pieniądze, nie wnikał; najważniejsze, aby miał ugotowane, uprane i uprasowane. Kiedy i przez kogo, to było nieistotne.

– Danka! – Głos męża wcale nie był już miły. Zrozumiałam, że brakło mi dwóch minut, a wiedziałam doskonale, jaki on jest.

– Już! – krzyknęłam, jednocześnie otwierając drzwi i niemal wpadając na Janusza. Jego wzrok informował, że sekundy dzieliły mnie od apokalipsy, którą niechybnie zafundowałby mi bez wahania.

– Nareszcie. – Wepchnął się do środka, nie zważając na mnie. – Wyprowadź Sabę!

– Co mam zrobić? – Stanęłam jak wryta i z niedowierzaniem odwróciłam głowę. Drzwi jednak wykonały przed moim nosem artystyczny dyg i nim skończyłam zdanie, usłyszałam, jak Janusz zamyka je od środka.

– Wyprowadź Sabę!

Czyli jednak się nie pomyliłam. Saba, słysząc swoje imię, natychmiast znalazła się przy mnie i z wywieszonym jęzorem ocierała się o kolana.

– Nie wyszedłeś z nią? – Nieco podniosłam głos. – Janusz, przecież spóźnię się do pracy!

– Mówiłem ci, że kończę raport. Poza tym nie mam czasu, za godzinę spotkam się z klientem. – Ostatnie słowo zagłuszył plusk wody.

Miałam ochotę krzyczeć! Znowu! Znowu! Znowu! Po raz kolejny postawił mnie pod ścianą bez prawa wyboru, a przecież wiedział, że aby zdążyć, powinnam za kwadrans wyjść z domu. Spacer z Sabą, śniadanie… No jak nic się spóźnię! A on sobie prysznic bierze!

– Saba – nachyliłam się do uszu mojego biszkoptowego kundelka, przypominającego labradora – wychodzimy na pięć minut, rozumiesz? – Sięgnęłam po smycz. – Żadnego biegania, żadnych wygłupów. Jak pańcia wróci z pracy, to wtedy tak, ale teraz szybkie siusiu i wracamy.

Otworzyłam drzwi, w ostatniej chwili łapiąc za klucze. Saba prowadziła mnie na smyczy i musiałam bardzo na siebie uważać. Zawsze w takich momentach cieszyłam się, że mieszkam zaledwie na pierwszym piętrze, w innym wypadku już dawno pogubiłabym nogi na tych eleganckich lastrykowych schodach.

Byłam zła. Mało powiedziane, byłam wściekła! Wściekła na Janusza, że po raz kolejny zlekceważył wcześniejsze ustalenia i postawił mnie w takiej sytuacji. Doskonale przecież zdawał sobie sprawę, że nie mogę przed pracą wyprowadzać Saby, bo po prostu nie mam czasu, poza tym umawialiśmy się, że rano to on się nią zajmuje. Tylko rano. Ale nie! On ma gdzieś ustalenia, zwłaszcza ustalenia ze mną, i robi sobie, co chce.

Janusza poznałam sto lat temu, zaraz po dość dramatycznym rozstaniu z moją wielką miłością. Sławek był tym jedynym, szalenie go kochałam i z radością zgodziłam się zostać jego żoną; potem z werwą przygotowywałam się na ten szczególny dzień. Wszystko miało być idealnie. I było. Do czasu. Cudna, na miarę szyta kiecka, elegancki garnitur, przystrojony kościół, dorożka, która nas wiozła do ślubu, setka gości, nawet pogoda. Jechałam do kościoła podekscytowana. Sławek siedział milczący, nawet na mnie nie patrzył. Przed wejściem wzięłam go za rękę – drżała jak nigdy wcześniej. Spojrzałam na niego, ale umknął wzrokiem. Kiedy wreszcie nadszedł moment zaślubin, podeszliśmy do księdza, ten związał nasze dłonie stułą i rozpoczął ceremonię. Sławek drżał jak osika; tak bardzo, że i ja poczułam niepokój. Gdy padło pytanie: „Czy ty, Sławomirze, bierzesz sobie Danutę za żonę?”, mój narzeczony dość długo się nie odzywał. Nawet na mnie nie patrzył. W końcu podniósł wzrok i usłyszałam: „Nie”. Nogi zrobiły mi się jak z waty, miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Otworzyłam usta, ale nie byłam w stanie nic powiedzieć. A Sławek popatrzył na mnie długo i wnikliwie i odszedł. Nie powiedział nawet „przepraszam”. Zostawił mnie zdruzgotaną, zszokowaną, zaskoczoną, ze zwisającą z dłoni stułą, w towarzystwie setki gości. Ślubu nie było, wesela nie było. Dwa miesiące później poznałam Janusza. Kiedy po kilku tygodniach zapytał, czy nie chciałabym za niego wyjść, pozwoliłam sobie założyć na palec obrączkę, i to jak najszybciej.

Pół roku po tym, jak porzucił mnie Sławek, zostałam mężatką.

Janusz był cierpliwy, wydawał mi się idealnym kandydatem. Dobrze zarabiał, dbał o mnie i dom, ucieszył się, kiedy w rok po ślubie pojawił się na świecie nasz syn. W miarę upływu czasu zrozumiałam, że tak jak mój mąż był dla mnie kimś „zamiast”, tak i ja byłam tym samym dla niego. Wiem, że wcześniej kochał, wiem, że został porzucony. A potem spotkał mnie.

Nasze doświadczenia sprawiły, że to małżeństwo trwało, mimo że nas coraz mniej łączyło. W końcu w życiu mojego męża zaczęły się pojawiać inne kobiety. Nawet się z tym nie krył. Wzięłam go kiedyś na rozmowę, zaraz po tym, jak przypadkiem poznałam jego aktualną kochankę.

– Mężu – zaczęłam wówczas twardo, specjalnie zwracając się do niego w ten sposób – skoro twój temperament jest tak duży, że nie jestem w stanie cię zadowolić, mam tylko jedną prośbę: nie obrażaj mnie. Jeśli już musisz spotykać się z kimś na boku, to chociaż wybierz sobie ładniejszą ode mnie, taką, żebym patrzyła na nią z zazdrością, a nie jakiegoś człekopodobnego maszkarona.

 

Janusz się nie odezwał, ale od tamtej pory, a minęło już ponad dziesięć lat, nigdy nie widziałam żadnej jego kochanki. Pozostały mi jedynie domysły.

– Saba! – krzyknęłam, czując, że psina ze wszystkich sił chce się zerwać ze smyczy i pobiegać. Nie mogłam na to pozwolić, po pierwsze nie było czasu, a po drugie, i najistotniejsze, miałam na sobie wyjściowe buty na obcasie oraz spódniczkę. – Saba, wracamy! Chodź! – Szarpnęłam mocno, czując, że psica nie ma na to ochoty. I jeszcze raz. I jeszcze… I… gruchnęłam siedzeniem o trawę, bo zamiast spodziewanego oporu, Saba w jednej sekundzie zmieniła zamiary i z impetem rzuciła się na mnie. Na nic się zdały moje protesty. Jej radość w jednej chwili pozbawiła mnie twarzy – tej zrobionej, nad którą męczyłam się godzinę! W dodatku moje włosy wyglądały, jakby stado bocianów chciało sobie zrobić tam gniazdo.

– Saba… – jęknęłam.

– Nic pani nie jest? – dotarło do mnie i prócz Sabinych kudłów zobaczyłam sympatyczną twarz młodego człowieka.

– Nie, nie – zaprzeczyłam od razu.

– Pomogę pani wstać. – Zanim zdążyłam zaprotestować, poczułam, jak młodzieniec obejmuje mą smukłą kibić i stawia mnie na nogi. Spojrzałam na niego, westchnęłam i omal się nie zakochałam. Jednak przypomniałam sobie, że wyglądam jak siedem nieszczęść i największą przyjemność, jaką mogę mu zrobić, to zejść z oczu, a nie się zakochiwać. Ale nie zeszłam.

– Dziękuję – powiedziałam za to najsłodszym z tonów, specjalnie przedłużając pobyt w jego objęciach. Nasze oczy się spotkały, uśmiechnęły do siebie i kiedy już, już myślałam, że czeka nas wspólna przyszłość, poczułam, jak jego dłoń wciska się w moją.

– Pani psinka!

Aaa, ratunku! To ja tu patrzę w te jego śliczne oczy, a ten mi wciska smycz? Jestem do niczego… Stara, brzydka, nieatrakcyjna. Oczywiście, że nieatrakcyjna! Nie podobałam mu się! Przecież Saba tak mi wylizała twarz, że teraz mogę tylko straszyć.

– A, tak, rzeczywiście… – W moim głosie słychać było zawód, mimo to nieznajomy wciąż się do mnie uśmiechał. Pewnie taki grzeczny. – Saba! Wracamy! – krzyknęłam, zrezygnowana, na psicę, spoglądając jednocześnie na zegarek. – Praca! – wrzasnęłam, mając gdzieś słodki ton. – Dziękuję panu bardzo! – rzuciłam jeszcze za siebie. Zostawiłam młodzieńca i ruszyłam najszybciej, jak mogłam, w biegu podciągając spódnicę. Saba, ucieszona takim obrotem sprawy, biegła tuż obok mnie i wyraźnie widziałam, jak jej się morda śmieje.

WROCŁAW

Irmina

Wyłączyłam szybko budzik, jakbym resztką świadomości zarejestrowała, że przecież to mój wolny dzień i wcale nie muszę się tak śpieszyć. Przekręciłam się na drugi bok, z satysfakcją myśląc o godzinach spędzonych na leniuchowaniu. Należały mi się. Ostatnich dwóch tygodni nie pamiętałam, setek przejechanych kilometrów i wyjazdu do Estonii. Byłam zmęczona, wypompowana i nikt nie zdołałby mnie namówić na aktywny dzień. Miałam zamiar odespać, zrelaksować się i zafundować sobie nicnierobienie do wieczora.

– Śpisz? – usłyszałam głos mojego mężczyzny. – Imka, śpisz? – Poczułam na policzku jego ciepły oddech, a potem łaskoczącą mnie brodę i pocałunek. Uśmiechnęłam się, ale nie otworzyłam oczu.

– Śpię.

– Wcale nie. – Wsunął mi dłoń pod koszulkę i delikatnie połaskotał. Skrzywiłam się z zamkniętymi oczami. – Wcale nie śpisz. Udajesz. – Kolejny pocałunek, tym razem w płatek ucha. – Otwórz oczy.

– Irek, ja mam dzisiaj wolny dzień, pierwszy od niemal trzech tygodni. Nie każ mi otwierać oczu, chcę sobie podrzemać – powiedziałam cicho.

– Ale ja chcę, żebyś otworzyła – nie ustępował. – Mam coś dla ciebie. No, otwórz… – Był coraz bardziej zdecydowany. I co rusz mnie całował.

Uległam.

– Otworzyłam. I co? – zapytałam, poprawiając włosy.

– Kocham cię.

– Słucham? – Chyba się przesłyszałam. – I dlatego mnie obudziłeś? – Usiadłam, opierając się o zagłówek.

– To mało? Kocham cię i chciałbym, żebyś wiedziała. – Irek zachowywał się dość nerwowo.

– Ależ wiem.

Nachyliłam się i go pocałowałam. Między naszymi ustami zmaterializowało się aksamitne pudełeczko.

– Wyjdź za mnie. Proszę… Zostaniesz moja żoną?

– Irek – jęknęłam zaskoczona. Za każdym razem, gdy mi się oświadczał, byłam zaskoczona. A robił to nieprzerwanie od lat dziesięciu. A ja od tych dziesięciu lat skutecznie odmawiałam.

– Jedno słowo. – Uniósł moją brodę, by móc patrzeć w oczy. – Powiedz tak.

Otworzył pudełeczko i zobaczyłam prześliczny złoty pierścionek. Co jak co, ale, skubaniec, miał gust, a to cacko było kolejnym w kolekcji, która rozrosła się w ciągu tych dziesięciu lat. Uniósł moją prawą dłoń, pocałował, a potem delikatnie wsunął pierścionek na serdeczny palec.

– Ale… ja już jestem twoją żoną. I nikt ani nic tego nie zmieni. – Musnęłam jego zaciśnięte usta.

– Imka… chciałbym to mieć na piśmie. Chciałbym, abyśmy to uregulowali, abyś nosiła moje nazwisko…

– Irek – zaprotestowałam stanowczo – przecież…

W ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie mogłam mu tego znowu powiedzieć. Zrobiłam to raz, wiedział więc i był świadomy, że nie zmienię nazwiska, bo moje nazwisko to moja firma. Koniec, kropka.

Westchnęłam, zrezygnowana. Kwestia ewentualnego powtórnego zamążpójścia była bardziej skomplikowana, niż się wszystkim wydawało. Po rozwodzie z Martinem, który kosztował mnie załamanie nerwowe i trzyletnią terapię, postanowiłam wykorzystać umiejętności dyplomowanego coacha oraz całe swoje prawnicze doświadczenie i rozpocząć praktykę jako szkoleniowiec. Na początku musiałam pokonać wiele problemów, ale byłam uparta, zdeterminowana i miałam odpowiednią motywację w postaci dwójki dzieci; Alex ledwie skończył siedem lat, a Amelia pięć. I tak z dnia na dzień, z roku na rok, powoli budowałam swoją pozycję i zyskiwałam klientów. Stworzyłam firmę, a z nazwiska zrobiłam markę. Nie byłam do niego specjalnie przywiązana, w końcu brzmiało obco i za każdym razem przypominało mi byłego męża, ale to nie miało znaczenia. Każdy w branży kojarzył Irminę Neumayer, nikt natomiast Irminy Cieślak. Dla Irka nasz ślub oznaczałby taką właśnie zmianę. Chciał wymazać ostatni ślad po moim byłym mężu za pomocą jednego podpisu w urzędzie i mieć żonę, która będzie nosiła jego nazwisko. A ja się na to nie mogłam zgodzić.

Westchnęłam po raz kolejny. To wszystko wcale nie było takie proste. Irek chciał mieć żonę, chciał mieć papier na to, że jestem jego, ale jednocześnie żądał ode mnie ofiary, której nie mogłam złożyć. Zbyt ciężko pracowałam na swoją zawodową pozycję, by jednym podpisem to wszystko skomplikować.

Ale jednocześnie kochałam go bardzo, najbardziej na świecie, i nie wyobrażałam sobie bez niego życia i – cholera – chciałam być jego żoną, tylko absolutnie nie wiedziałam, w jaki sposób pogodzić ze sobą ogień i wodę – jego, a także moje oczekiwania.

– Nie chcesz, tak?

– Kochanie, proszę cię, nie zamierzasz się chyba kłócić od rana, co? Przecież zgodziłam się za ciebie wyjść, nie pamiętasz?

Nachyliłam się, by go pocałować, ale odsunął głowę.

– Powiedziałaś „kiedyś”, a to nie to samo…

Otworzyłam usta, by odpowiedzieć, ale zrezygnowałam. W ciągu tych wspólnych dziesięciu lat Irek oświadczał mi się przynajmniej raz w roku i za każdym razem moja odpowiedź brzmiała tak samo: kiedyś. I wcale nie wynikało to z niechęci, aby zostać jego żoną, nie! Kochałam go, był moją pierwszą, młodzieńczą miłością. Odnaleźliśmy się po latach, wyszło niemal jak w tej piosence: „mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach”. On skończył akurat swoje nieudane małżeństwo, ja od kilku lat byłam wolna. Było nam razem dobrze, ale ślub…?

Do tej pory jego oświadczyny zawsze poprzedzała rozmowa, pytanie rzucone niby żartem, jakaś aluzja. A dzisiaj nic, kompletne zaskoczenie. Nic nie wskazywało na to, że znów spróbuje. Zawsze twierdził, że rozumie. Dlaczego więc akurat teraz się obraził, skoro za każdym razem otrzymywał dokładnie taką samą odpowiedź?

Spojrzałam na niego raz i drugi, i zrozumiałam.

– Byłeś u mamy? – zapytałam cicho, pewna odpowiedzi.

Nie odezwał się, ale po kilku chwilach skinął głową. No tak, jego mama.

Moja prawie teściowa nie uznawała naszego wolnego związku i nie akceptowała rozwodu syna. Jako jedna z niewielu osób działała na mojego prawie męża depresyjnie. Jednym zdaniem potrafiła wytrącić go z równowagi na długie godziny. I właśnie z tego powodu jej nie odwiedzałam. Z wzajemnością. Dla niej nie istniałam. A jeśli już, to w formie wrzodu na tyłku, zakażenia i czegoś tam jeszcze. I pewnie byłam ucieleśnieniem zła, bo gdyby nie ja, jej synek nie zostawiłby przecież żony z dzieckiem. Niestety zapominała dodać że jej synek przez kilka lat znosił podwójne życie żony i że rozstali się, bo oboje tak uzgodnili.

– Znowu pytała, czy coś z tym wreszcie zrobimy – usłyszałam. „Z tym”, czyli z naszym związkiem, konkubinatem, układem. Nazywała to, jak chciała.

– Ale tu nie trzeba nic robić. – Przysunęłam się do Irka. – Jesteśmy razem, kochamy się. Ja ciebie bardzo. – Wtuliłam się w niego, niemal wymagając, by mnie objął. Zrobił to od razu.

– Ja ciebie też. – Pocałował mnie we włosy.

– Dla mnie jesteś mężem, najlepszym. Nie potrzebuję papierka, który by to potwierdzał.

– Ale ja chciałbym, żebyśmy byli prawdziwym małżeństwem, z papierkiem. Wyjdź za mnie – poprosił, unosząc moją dłoń do ust.

– Zrobię to. Kiedyś za ciebie wyjdę.

Ledwie to powiedziałam, Irek wstał i szybkim krokiem opuścił sypialnię. Minutę później usłyszałam zgrzyt klucza w drzwiach.

PIOTRKÓW TRYBUNALSKI

niedziela, 20 maja

9.54

Zosia

Halo! Dziewczyny? Jesteście? Muszę Wam to powiedzieć, bo jeszcze sama nie wierzę! Mam dom! To znaczy mam mieć, czy jakoś tak. W każdym razie przeprowadzam się. A przynajmniej taki mam zamiar. Jaram się!

Hmm…

Szkoda, że Was teraz nie ma. Do potem. Kocham Was.

Dwa lata wcześniej…

– Nie!

Uniosłam głowę i spojrzałam na byłego męża, który w to krótkie słowo włożył niesamowicie dużo energii. I złości. Nie zaskoczył mnie tym wybuchem, wręcz przeciwnie, byłam pewna, że zareaguje w ten sposób, i wiedziałam, że muszę się teraz wykazać nie lada sprytem, jeśli chcę dopiąć swego.

Obróciłam nieznacznie głowę na lewo. Obok mnie siedział mój adwokat, starszy pan, który równie dobrze mógłby być moim ojcem. W tej chwili patrzył na mojego eksa, mrużąc oczy, jakby próbował złapać właściwą ostrość. Uśmiechał się przy tym lekko, drażniąc tym pełnomocniczkę przeciwnej strony. Kiedy się dowiedziałam, że Cezarego będzie reprezentować kobieta, w ogóle się nie zdziwiłam. Nina Jakaś-Tam, dwojga nazwisk, z których jedno było bardziej fikuśne od drugiego; zapamiętałam tylko, że oba reprezentowały rody prawnicze niemalże z dziada pradziada. Miałam jednak nadzieję, że moja sprawa nie będzie ciągnęła się w nieskończoność, zapewniając pani adwokat życie na wysokim poziomie.

– Panie mecenasie – odezwała się, wstając. – Proszę uświadomić swojej klientce, że jej żądania są niedorzeczne.

Mój adwokat przez chwilę bawił się wiecznym piórem, kręcąc skuwką.

– Ależ moja droga pani mecenas. – Również wstał i odsunął krzesło. Znali się nawzajem doskonale, mogli bez namysłu wymienić swoje wady i zalety, ulubione powiedzonka i potrawy. Teraz jednak zachowywali się niezwykle profesjonalnie. – Żądań mojej klientki w żaden sposób nie można nazwać niedorzecznymi. Po prostu chce możliwie sprawiedliwie podzielić się z pani klientem tym, co wypracowali wspólnie przez te wszystkie lata.

– Panie mecenasie, w tym związku to mój klient harował jak wół i utrzymywał rodzinę, a po rozstaniu wziął na siebie odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi, które pani Rogalska podrzuciła mu dość niefrasobliwie…

Wstałam, zdenerwowana.

– Wypraszam sobie! – zaczęłam podniesionym głosem, mimo że poczułam na sobie spojrzenia zarówno prawników, jak i byłego męża. – Czy ja jestem jakąś kukułką, żebym musiała podrzucać dzieci? Nikomu ich nie podrzuciłam, proszę przestać w ten sposób mówić! Nie życzę sobie! Moje córki mieszkają w swoim rodzinnym domu ze swoim biologicznym ojcem, a nie z kimś obcym, żeby nie było niejasności. Z tego, co mi wiadomo, Cezary – spojrzałam na eksa – ma pełne prawa rodzicielskie. Nie rozumiem więc, czemu to pani przeszkadza? Może w łeb wzięła linia obrony, czy jak to się nazywa?

 

– Pani Zosiu. – Mecenas położył mi dłoń na ramieniu, próbując w ten sposób dać do zrozumienia, bym już nic więcej nie mówiła.

Przez chwilę milczeliśmy. Ten króciutki czas jednak wystarczył, żebym zrozumiała, że to spotkanie to droga donikąd i że tę sprawę trzeba załatwić w inny sposób.

– Chciałabym porozmawiać z mężem – oświadczyłam twardo.

– Chyba pani żartuje? – nie wytrzymała prawniczka.

– To nie jest dobry pomysł – dodał adwokat.

– Doskonały. I mówię całkowicie poważnie. Cezary – zwróciłam się do byłego. – Co ty na to? Możemy porozmawiać?

Kilka minut później, gdy adwokaci opuścili pokój, rzucając po drodze złowieszcze spojrzenia, straciłam całą werwę i nawet zaczęłam żałować, że poprosiłam go o rozmowę. Mój były mąż zgodził się zadziwiająco szybko. I choć nie ukrywał zaskoczenia, był ciekaw, co takiego wymyśliłam.

– O czym chciałaś porozmawiać?

Pytanie nie zabrzmiało zachęcająco i, jeśli dobrze odczytałam intencje Cezarego, zapytał dla świętego spokoju, bo nie zamierzał zmieniać zdania.

– O podziale naszego majątku – odpowiedziałam spokojnie.

Parsknął śmiechem.

– Jakiego „naszego majątku”?

– Ojej, bądź poważny, proszę!

– W takim razie ty też.

– Co ja też?

– Bądź poważna.

– Jestem. Chcę się dogadać.

– Kobieto! Ty to nazywasz chęcią dogadania się? Ty mnie szantażujesz! Zażyczyłaś sobie, bym ci kupił dom! – niemal wrzasnął. – Naprawdę uważasz, że to fair? Przecież powiedziałem, że w miarę możliwości cię spłacę, robiłem ci przelewy. Myślisz, że śpię na pieniądzach?

Nie odpowiedziałam od razu. Cierpliwie poczekałam, aż ujdzie z niego złość.

– Posłuchaj – zaczęłam po chwili – naprawdę chcę się dogadać. Męczą mnie te ciągłe spotkania, z których nic nie wynika. I wkurza mnie, że pracuję właściwie na honorarium adwokata. Chcę to mieć już za sobą. Ustalmy coś. Nie chcę, żebyś przelewał mi jakieś kwoty, bo w ten sposób nigdy się nie rozliczymy.

Cezary wzruszył ramionami, ale się nie odezwał.

– Przecież dobrze wiem, ile wart jest nasz dom, warsztat, komis…

– Na papierze wszystko wygląda inaczej.

– Ale przecież na jakiejś podstawie oszacowano wartość! To nie są moje wymysły, Cezary! Dostałam jedną trzecią swojej części. Pozostają jeszcze dwie trzecie, za które chcę, żebyś mi kupił dom. Albo zapłacił wszystko naraz, to sama kupię.

– Zośka – jęknął. – Jak chcesz, możesz to sobie wszystko wziąć, a mnie spłacić. Wcale się nie pogniewam.

– Po co mi twój warsztat i komis? Ogarnij się!

– Dopiero kupiłaś mieszkanie, po jaką cholerę ci dom?

– Mieszkanie jest małe.

– Rzeczywiście, a ty masz dziesięcioro dzieci – sarknął. – Sprzedaj mieszkanie i kup dom, dołożę ci.

Westchnęłam, zdając sobie sprawę, że nic nie wskóram.

– W porządku – powiedziałam w końcu. – Skoro nie możemy się dogadać, niech sąd zadecyduje. Dziękuję, że zechciałeś ze mną porozmawiać. – Wstałam i wyciągnęłam do niego rękę.

Nie czułam złości, raczej bezsilność. Po trzech latach od rozwodu w dalszym ciągu nie potrafiliśmy się porozumieć w kwestii podziału majątku. Owszem, kupiłam mieszkanie, bo byłam zmęczona wynajmowaniem klitki, która miała być na chwilę, i czekaniem na pieniądze od Cezarego. Ale musiałam wziąć na nie kredyt. Nie byłam zachwycona perspektywą spędzenia na ustalaniu szczegółów kolejnych miesięcy czy lat, ale wiedziałam jedno – nie zrezygnuję już z domu.

– Zośka, zaczekaj – usłyszałam, gdy otwierałam drzwi. W głosie Cezarego wyczułam pewnego rodzaju rezygnację. – Jaki to ma być dom?

***

Odłożyłam telefon. Miałam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z moimi internetowymi przyjaciółkami, ale najwidoczniej żadna z nich nie miała ochoty wchodzić na portal w niedzielę rano. Tak bardzo jednak chciałam im powiedzieć o tym, co się wydarzyło. A działo się sporo.

Wczoraj wróciłam z tygodniowych wakacji. Zważywszy, że na urlopie nie byłam od trzech lat, fakt ten zasługuje na odnotowanie. Moja serdeczna przyjaciółka, z którą znałam się już kilkanaście lat, odstąpiła mi swoje miejsce. Jej tata zmarł i musiała zrezygnować. No więc pojechałam do Chorwacji. Okolica zaciszna, widok z okna taki, że przez cały pobyt czułam się jak w raju. Nawet pogoda super, ani zbyt ciepło, ani zbyt zimno, dla mnie idealnie. Obawiałam się upałów, bo nie należę do ciepłolubów; preferuję długie zimowe wieczory. Nie przeszkadzają mi mróz ani deszcz. Lubię to. W lecie natomiast zaszywam się w domu i mogę całymi dniami nie wychodzić na zewnątrz. Nadrabiam dopiero wieczorem, kiedy powietrze staje się bardziej znośne. Na szczęście pracę mam taką, że mogę sobie na to pozwolić.

Odblokowałam telefon i spojrzałam na wyświetlacz w nadziei, że może jednak któraś odpisała, ale moje wiadomości miały status „dostarczono”; żadna ich jeszcze nie przeczytała.

Muszę być mniej niecierpliwa, westchnęłam, odkładając aparat. Walczę z tym od lat. Na pewno teraz jest lepiej, niż gdy byłam nastolatką i dawałam się wszystkim we znaki, przechodząc wyjątkowo burzliwie okres dojrzewania.

W czasach, gdy wychodziłam jeszcze na papierosa, jeden z moich znajomych, z którym przez kilka miesięcy pracowałam w tej samej firmie, powtarzał swoim niskim głosem: „Jesteś zbyt egzaltowana. Naucz się czekać. Zwolnij”. Filip był naszym handlowcem i ilekroć zjawiał się w biurze, razem paliliśmy. Od początku złapaliśmy kontakt. Kiedy przygotowywał oferty, konsultował się ze mną. Pomagałam mu robić wyceny, tworzyłam tabelki, analizowałam dane, kilka razy jeździliśmy razem do klientów. Po paru miesiącach zrezygnowałam jednak z tej pracy, potem firmę opuścił również Filip i od tamtej pory nie utrzymywaliśmy kontaktu. Może gdyby wszystko ułożyłoby się inaczej…

Poczułam ukłucie w boku. Nie wspominałam Filipa przez dobrych kilka lat. Dziwne, że zrobiłam to właśnie teraz. Spojrzałam na zegarek. Minęło kilka minut od czasu, gdy napisałam do dziewczyn, a mój telefon w dalszym ciągu milczał jak zaklęty. Otworzyłam aplikację – ani jedna nie odczytała wiadomości. No cóż, dowiedzą się później o moim nowym domu, zaśmiałam się do siebie.

Tak naprawdę sama nie wiedziałam zbyt wiele. Do mieszkania dotarłam wieczorem, na wpół żywa ze zmęczenia, ale zadowolona. Ledwie otworzyłam drzwi, gdy usłyszałam dźwięk telefonu. Rzuciłam pod nosem „cholera”, zobaczywszy numer, i po krótkim namyśle odebrałam.

– Cześć – rozległ się dobrze mi znany męski głos. Dzwonił Cezary. Pięć lat wcześniej rozwiedliśmy się po niemalże szesnastu latach małżeństwa, a ponieważ wciąż mieliśmy nierozwiązane sprawy, utrzymywaliśmy kontakt, choć trudno było mówić o jakiejś serdeczności. – Już wróciłaś?

– Właśnie weszłam do mieszkania.

– Miałabyś ochotę się spotkać?

Usiadłam z wrażenia.

– Spotkać? – powtórzyłam niczym echo. – Po co?

Cezary zaśmiał się radośnie, wyczuwając moje zdezorientowanie.

– To nie ma być randka – powiedział z wyraźną satysfakcją. – Mam dom.

– Przecież wiem – odparłam. Widocznie miałam problem ze zrozumieniem. Myślami wciąż byłam na wakacjach, na których ani razu nie pomyślałam o moim eks, ani o naszych sprawach, ani o domu. A zapewne powinnam.

– Zośka, zapomniałaś? Miałem kupić ci dom. No więc mam. Jest idealny i na pewno ci się spodoba. Powinniśmy umówić się na obejrzenie go, a potem na spotkanie u notariusza.

W tej chwili doznałam olśnienia, przypominając sobie powody, dla których wciąż jeszcze z nim rozmawiałam. Pięć lat wcześniej postanowiłam zakończyć nasze małżeństwo zaraz po tym, jak nakryłam go baraszkującego w łóżku, bynajmniej nie ze mną! Obiektem jego namiętności okazała się nasza sąsiadka, zdawałoby się, szczęśliwa mężatka i kobieta, o której wówczas myślałam, że jest moją przyjaciółką. Jakkolwiek rozwód przebiegł szybko, to podział majątku już niekoniecznie. Na Cezarego nieszczęście, który, gdy się ze mną żenił, był już właścicielem warsztatu, w szale przedślubnych przygotowań żadne z nas nie pomyślało o intercyzie i rozdzielności majątkowej. Pomysł co prawda wypłynął kilka lat później, gdy firma się rozwinęła, a obok warsztatu pojawił się komis, ale wtedy zaczęliśmy planować budowę domu i znów zapomnieliśmy o tym drobnym szczególe. I zapewne temat nie pojawiłby do tej pory, gdyby Cezary nie dał się złapać na zdradzie. Wiem, że pluł sobie w brodę, ale to już, używając słów moich córek, był ketchup po frytkach. Nie miałam litości i postanowiłam twardo walczyć o swoją połowę, nawet gdyby to oznaczało upadek jego firmy.

Ani on, ani ja nie chcieliśmy rezygnować z domu i dość długo trwaliśmy w impasie. Doszliśmy do porozumienia trzy lata później i choć nie było łatwo, uzgodniliśmy podział i na mocy orzeczenia sądu Cezary zatrzymał dom, warsztat i komis. W ramach spłaty część pieniędzy miał przelać na moje konto, a za resztę kupić mi dom. Dość dokładnie opisałam, jaki metraż i standard mnie interesują – oczywiście w granicach przypadającej mi części majątku. Cezary się zgodził, wnioskując jednocześnie o czas. Dałam mu więc dwa lata na zgromadzenie środków i zakup domu spełniającego moje oczekiwania; też chciałam w końcu zamknąć ten rozdział za sobą.