OdnalezionaTekst

Z serii: Seria Lena #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odnaleziona
Odnaleziona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Odnaleziona
Odnaleziona
Audiobook
Czyta Olga Nowicka
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pro­log

2  Część pierw­sza

3  Część druga

4  Część Trze­cia

5  Epi­log

6  Od autora

7  Podzię­ko­wa­nia

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 Mag­da­lena Sta­chula-Nie­ścio­ruk

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o., ul. Wiej­ska 19, 00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redak­cja: Kata­rzyna Woj­tas

Korekta: Dorota Biel­ska, Kata­rzyna Woj­tas, Edy­to­rial.com.pl, Iza­bela Jesio­łow­ska

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Pawel Pan­cza­kie­wicz//PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cia na okładce: Pexels

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN: 978-83-8177-658-5

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

KOCHA­NEJ CIOCI HANI

– SIL­NEJ, WRAŻ­LI­WEJ

I WSPA­NIA­ŁEJ KOBIE­CIE

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

Pro­log

Kopen­haga

Droga z Ting­bjerg w kie­runku cen­trum

Rower leżał na pobo­czu, tylne koło było wygięte do góry, łań­cuch przy­sy­pany żwi­rem, a wikli­nowy koszyk zwi­sał z wykrzy­wio­nej kie­row­nicy. Kie­rowca volvo zwol­nił, choć i tak jechał powoli, nie wię­cej niż trzy­dzie­ści na godzinę, bo wła­śnie wycho­dził z ostrego zakrętu. Kolor ramy roweru przy­cią­gnął jego uwagę, soczy­sta mięta. Znał się na bar­wach jak mało który męż­czy­zna, był pro­jek­tan­tem w jed­nym z naj­więk­szych kopen­ha­skich domów mody. Sty­lowa zie­leń ramy kon­tra­sto­wała z jaskrawą żół­cią w tle.

Jego serce na moment zamarło, włą­czył świa­tła awa­ryjne i zatrzy­mał samo­chód, w nie­bez­piecz­nym miej­scu, tuż za zakrę­tem. Wysko­czył z auta, drobne kro­ple desz­czu migo­tały w bla­sku włą­czo­nych reflek­to­rów, kiedy prze­bie­gał przed maską. Zatrzy­mał się przy rowe­rze i zastygł bez ruchu. Spod żół­tej pele­ryny wysta­wały nogi kobiety. Nie mylił się, pierw­sze wra­że­nie oka­zało się tym wła­ści­wym. Ktoś jest ranny i potrze­buje natych­mia­sto­wej pomocy. Nachy­lił się nad ofiarą wypadku, chwy­cił za ocie­ka­jącą desz­czem pele­rynę, prze­wró­cił kobietę na plecy.

Młoda i mar­twa twarz. Przy­szło mu na myśl, że kobieta musiała podo­bać się face­tom, cho­ciaż teraz nie­wiele zostało z jej atrak­cyj­no­ści.

Pęk­nięta czaszka, zasy­cha­jąca krew na skó­rze skroni i wło­sach – w jed­nej sekun­dzie zro­zu­miał, że jest już za późno. Nie­kon­tro­lo­wany cichy jęk wydo­był się z jego ust, wie­dział, że ten obraz pozo­sta­nie z nim na długo.

Zaczął kle­pać się po klatce pier­sio­wej w poszu­ki­wa­niu tele­fonu komór­ko­wego, po chwili wyjął smart­fon z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza. Już miał wybrać numer alar­mowy, gdy nagły impuls zablo­ko­wał ruch jego palca po wyświe­tla­czu.

A jeśli mu nie uwie­rzą? Jeśli poli­cja uzna, że to on potrą­cił kobietę? Nie powi­nien się w to mie­szać. Jej nikt już nie pomoże, a jemu może tylko zaszko­dzić. Jest znaną i wpły­wową osobą, nie potrze­buje pro­ble­mów, wizyt na poli­cji, zeznań w sądzie. Jeżeli teraz odje­dzie, nikt się nie dowie, że tu był, a za dwa­dzie­ścia minut zaszyje się w swoim przy­tul­nym apar­ta­men­cie w cen­trum Kopen­hagi. Mógł słu­chać muzyki, być sku­pio­nym na dro­dze, nie patrzeć na boki, poza tym się ściem­nia, dosłow­nie za kilka chwil zapad­nie zmrok, widocz­ność jest utrud­niona. Nie jest spo­strze­gaw­czą osobą, siąpi deszcz, po pro­stu nie zauwa­żył roweru ani ciała kobiety na pobo­czu. Jutro rano ma lot do Nowego Jorku, fashion week, na który cze­kał od wielu tygo­dni. Kto wie, czy zezna­nia w spra­wie wypadku nie zatrzy­mają go w kraju, a na to nie może sobie pozwo­lić. To nie jego sprawa, ktoś, kto potrą­cił kobietę, uciekł z miej­sca wypadku, za to grozi wię­zie­nie, ale on nie ma z tym nic wspól­nego.

Pośpiesz­nym kro­kiem wró­cił do samo­chodu, wyłą­czył świa­tła awa­ryjne i ruszył przed sie­bie. Naj­pierw powoli, a potem coraz szyb­ciej. Co chwilę zer­kał we wsteczne lusterko, jakby się bał, że nagle ktoś pojawi się za nim. Na szczę­ście nikt nie jechał, być może kolejny kie­rowca, tak jak on kilka minut wcze­śniej, z cie­ka­wo­ści zatrzy­mał się przy kobie­cie, a poza tym to mało uczęsz­czana droga.

To spo­strze­że­nie spra­wiło, że nie­po­kój znów dorwał mu się do gar­dła. To nie mógł być wypa­dek. Wycho­dząc z ostrego zakrętu, nie jedzie się szybko, mało praw­do­po­dobne, żeby śmier­tel­nie potrą­cić rowe­rzy­stę, co naj­wy­żej lekko zra­nić. Oczy­wi­ście bywają wyjątki, ale jakiś wewnętrzny głos pod­po­wia­dał mu, że ktoś celowo to zro­bił. Wje­chał w kobietę, bo chciał ją zabić. Być może jego pod­świa­do­mość zare­je­stro­wała drobny szcze­gół, ulotne wra­że­nie, które jasno wska­zy­wało na mor­der­stwo, a nie nie­szczę­śliwy wypa­dek? Teraz nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, nazwać po imie­niu, ale czuł, że w tam­tym miej­scu zda­rzyło się coś złego.

Naci­snął pedał gazu, nie chciał już wra­cać myślami do mar­twej kobiety, tylko jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu. Wziąć cie­płą kąpiel i zapaść się w miękki fotel z kie­lisz­kiem bour­bona w dłoni. Jutro o tej porze będzie wysoko, w prze­stwo­rzach nad Oce­anem Atlan­tyc­kim, z dala od Kopen­hagi i przy­ziem­nych spraw.

Z prze­ciw­nej strony nad­jeż­dżała biała fur­go­netka. Poczuł, że się poci. Był dobrych kilka kilo­me­trów od miej­sca zda­rze­nia, po dro­dze minął parę zjaz­dów. Kie­rowca busa jechał szybko, wąt­pliwe, żeby zwró­cił na niego uwagę. Poza tym wcale nie musi kie­ro­wać się w tamtą stronę i natra­fić za kilka minut na mar­twą dziew­czynę na pobo­czu. I, do cho­lery, prze­cież jest nie­winny, dla­czego mar­twi się, że ktoś go widział, oskarży o mor­der­stwo lub nie­udzie­le­nie pomocy?

Skrę­cił w kie­runku swo­jego osie­dla, starł pot z czoła, wyłą­czył ogrze­wa­nie, się­gnął po pilota i otwo­rzył bramę do pod­ziem­nego garażu. A jeśli ta kobieta jesz­cze żyła, a jego tele­fon mógł jej pomóc? To nie­moż­liwe, prze­cież widział jej twarz, była mar­twa. Po co wybrał tamtą drogę, teraz ma tylko przez to wyrzuty sumie­nia. Wie­dział, że nie zagłu­szy ich lampka naj­lep­szego trunku. Zapar­ko­wał samo­chód, wyłą­czył sil­nik i wysia­da­jąc z auta, zauwa­żył, że do butów ma poprzy­kle­jane liście. Wdep­nął w nie tam, w miej­scu mor­der­stwa. Zro­biło mu się nie­do­brze. Może liście trzy­mają się na lep­kiej i gęstej krwi tam­tej kobiety?

Odru­chowo zaczął wycie­rać buty o kratkę kana­li­za­cyjną, by pozbyć się brudu. A jeśli zosta­wił ślady pode­szew swo­ich butów na innych liściach, odci­ski pal­ców na pele­ry­nie denatki? Musi się uspo­koić, nie ma nic wspól­nego z tam­tym zda­rze­niem, nie jest winny jej śmierci. Pada­jący deszcz zmyje ślady jego obec­no­ści, może być spo­kojny. Cho­ciaż rusza­jąc w stronę windy, wie­dział, że ten wie­czór nie będzie nale­żał do łatwych. I wszystko przez nie­zna­jomą dziew­czynę, kobietę, która dzi­siaj nie wróci do domu, któ­rej ktoś nie­ba­wem zacznie szu­kać, a może nawet już szuka. Jesz­cze dziś wie­czo­rem, naj­póź­niej jutro, zosta­nie odna­le­ziona, a świat jej bli­skich legnie w gru­zach.

Kim była? Dla­czego ktoś ją zabił? I kim jest mor­derca? Pyta­nia bez odpo­wie­dzi były czymś, czego nie zno­sił, za to one uwiel­biały jego. Wie­dział, że nie zazna spo­koju, dopóki nie pozna prawdy.

Część pierw­sza

Część pierw­sza

Przed zabój­stwem

Lena

Lena

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Sia­dam na łóżku z biją­cym ser­cem. Kręci mi się w gło­wie, pokój przed moimi oczami wiruje, coś mnie zbu­dziło, jakiś hałas. Dźwięk tłu­czo­nego szkła? Ktoś roz­bił szybę i wtar­gnął do domu?

Gwał­tow­nie pod­ry­wam się z pościeli, serce wali z zawrotną pręd­ko­ścią, krew pul­suje w uszach, znów zawrót głowy, za szybko wsta­łam, przy­trzy­muję się szafy, żeby nie upaść. Łapię rów­no­wagę i na koszulę nocną zarzu­cam szla­frok leżący na fotelu. Pasek wypadł ze szlu­fek, ale nie mam czasu się po niego schy­lać. Powin­nam ucie­kać. Głos w mojej gło­wie łomo­cze z coraz więk­szą siłą. Zna­leźli mnie, wie­dzia­łam, że kie­dyś to nastąpi. Ni­gdy i ni­gdzie nie będę bez­pieczna. Ukra­dli mi przy­szłość i nic tego nie zmieni.

 

Drzwi do mojego pokoju nie mają zamknię­cia, a nawet gdyby, dla nich to żadna prze­szkoda. Pod­bie­gam do okna i odsła­niam rolety. Świta. Blade pro­mie­nie słońca muskają fasadę kamie­nicy po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Mój pokój znaj­duje się na zaadap­to­wa­nym pod­da­szu, nie uda mi się tędy uciec. To już koniec. Jak w ogóle byłam w sta­nie choć przez chwilę myśleć, że mogę spać spo­koj­nie po tym, co się zda­rzyło? Prze­kli­nam sie­bie za naiw­ność. Ucie­kać! Powin­nam się na tym teraz sku­pić. Ale jak i dokąd? Może się scho­wać? W sza­fie, pod łóż­kiem, na bal­ko­nie?

W popło­chu roz­glą­dam się po pokoju, z kory­ta­rza dobiega odgłos prze­su­wa­nego po pod­ło­dze szkła. Żad­nych roz­mów, kro­ków, nikt po mnie nie idzie? Otwie­ram drzwi i wyglą­dam na kory­tarz. Szur, szur, szur, tępy odgłos docho­dzący z dołu, spo­kojny, wręcz nie­na­tu­ral­nie powolny. Na pal­cach pod­cho­dzę do szczytu scho­dów i widzę kawałki szkła na deskach, a potem sły­szę pochli­py­wa­nie. Cichy szloch. A więc to nie oni? Nie ma tu nikogo oprócz mnie i pani Sary?

Zbie­gam po scho­dach i dostrze­gam ją na środku salonu, sie­dzi na swoim wózku inwa­lidz­kim i w ręku ści­ska trzo­nek mio­tły.

– I na doda­tek jesz­cze cie­bie zbu­dzi­łam – mówi, pod­no­sząc na mnie wzrok.

– Pani Saro, co się stało? – pytam, kuca­jąc przed nią.

Chwy­tam za jej dło­nie, są zimne i pomarsz­czone.

– Roz­bi­łam wazon – mówi. – Ten po pra­babce Larsa, to był Hol­me­ga­ard – dodaje, spo­glą­da­jąc na mnie smutno. Przy­wo­łuje naj­star­szą hutę szkła w Danii, sły­nącą z wyso­kiej jako­ści przed­mio­tów o ponad­cza­so­wej i ele­ganc­kiej for­mie, już kil­ku­krot­nie opo­wia­dała mi histo­rię tego wazonu. – Ale nie­zdara ze mnie. Ręce się trzęsą, a chcia­łam sło­necz­niki wsta­wić do wody, wczo­raj wie­czo­rem Søren przy­niósł.

Ma na myśli sąsiada spod szóstki. Eme­ry­to­wa­nego pro­fe­sora nauk spo­łecz­nych, wie­lo­let­niego przy­ja­ciela pani Sary i jej męża Larsa. Pani Sara uważa, że sło­necz­niki są naj­pięk­niej­szymi kwia­tami na świe­cie, gdy tylko jedne uschną, w wazo­nie poja­wiają się kolejne.

– Są jak słońce, nie znam osoby, która nie uśmie­cha się na ich widok.

Mówi tak za każ­dym razem, gdy układa z nich świeży bukiet i sta­wia w swoim ulu­bio­nym wazo­nie, któ­rego kolo­rowe frag­menty leżą teraz pod moimi gołymi sto­pami.

– Pro­szę mi to dać. – Biorę od niej zmiotkę i pochy­lam się nad roz­bi­tym wazo­nem.

– Włóż kap­cie – prosi. – Jesz­cze wdep­niesz w odła­mek szkła.

Posłusz­nie wbie­gam do swo­jego pokoju i wsu­wam na nogi klapki.

– Wobec sta­ro­ści czło­wiek jest taki bez­radny – mówi, kiedy znów jestem na dole.

Pani Sara z natury jest pogodną osobą, rzadko kiedy bywa smutna czy przy­gnę­biona, ale cza­sem jakieś wyda­rze­nie zakłóca jej życiowy zen i potrze­buje kilku godzin, by znów wró­cić do dobrej formy. Mówi wtedy, jak ważne jest życiowe hygge. Sły­sza­łam o tym ter­mi­nie, ale nie sądzi­łam, że naprawdę tak czę­sto to słowo jest wypo­wia­dane w Danii. Pani Sara wła­ści­wie w każ­dej sytu­acji wtrąca je do naszych roz­mów, spraw­nie zastę­pu­jąc nim kilka pol­skich przy­miot­ni­ków, jak „przy­jemny”, „przy­tulny”, „uro­kliwy”, teraz też roz­wo­dzi się na ten temat. Zasty­gam z mio­tłą w dłoni i zer­kam na nią, zasta­na­wia­jąc się, co by zro­biła, gdyby była na moim miej­scu. Czy w mojej sytu­acji też umia­łaby odna­leźć hygge?

A może zary­zy­ko­wać i zdo­być się na szcze­rość wobec niej? Przy­znać się, co zro­bi­łam, z jakiego powodu kilka mie­sięcy temu przy­je­cha­łam do Danii i zdra­dzić, dla­czego muszę się ukry­wać? Zrzu­cić z sie­bie ten cały cię­żar, wyga­dać się… Tylko czy ona potra­fi­łaby mnie zro­zu­mieć?

– Smu­cisz się? – pyta nagle. – Z powodu tego wazonu?

– Nie – pro­te­stuję, pod­no­sząc się z kolan.

Emo­cje wyryte na mojej twa­rzy nie mają nic wspól­nego ze zbi­tym wazo­nem, chcia­ła­bym mieć tylko takie pro­blemy.

– Na targu sta­roci kupimy nowy. – Uśmie­cham się, wyrzu­ca­jąc zawar­tość szu­felki do kubła na śmieci.

Mój puls zwol­nił, na­dal jestem bez­pieczna, ukryta w domu sta­ruszki w cen­trum Kopen­hagi. Tu, w jej obec­no­ści, nic mi nie grozi, mogę się uspo­koić. Odkła­dam szu­felkę do szafki w przed­po­koju i ruszam w stronę kuchni.

W pomiesz­cze­niu czuć zapach ryby i cebuli, które wczo­raj pani Sara jadła na kola­cję. Pod­cho­dzę do okna i otwie­ram je na oścież, wpusz­cza­jąc rześ­kie powie­trze do miesz­ka­nia. Opłu­kuję ręce nad zle­wem i się­gam po płó­cienną szmatkę z napi­sem po duń­sku: hav en god dag zna­czą­cym: miłego dnia. Mimo że pobudka była nie­przy­jemna, to będzie dobry dzień, obie­cuję sobie w myślach.

– Zro­bię nam śnia­da­nie, a potem pój­dziemy na spa­cer – mówię, wyj­mu­jąc pie­czywo z chle­baka. – Zapo­wiada się piękny dzień, trzeba to wyko­rzy­stać.

– Ser­nik i kawa – wtó­ruje mi star­sza pani, poja­wia­jąc się w progu.

– I to mi się podoba.

Odwra­cam się w jej stronę. Sze­roki uśmiech na jej twa­rzy spra­wia, że od razu czuję się lepiej. Doce­niam każdą chwilę spę­dzoną w obec­no­ści tej weso­łej sta­ruszki, choć nawet przez moment nie potra­fię zapo­mnieć, dla­czego tu się zna­la­złam. Nie można przejść do porządku dzien­nego nad tym, że zabiło się czło­wieka.

Emil

Emil

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Szpi­tal, w któ­rym pra­cuję, jest jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w Danii, numer jeden w Kopen­ha­dze. Oku­li­styka na świa­to­wym pozio­mie, coś, o czym w Pol­sce mogłem tylko poma­rzyć. Zespół leka­rzy i pie­lę­gnia­rek to mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wi­sko, nie czuję się więc tu obco. Każdy ma ten sam pro­blem – adap­ta­cja, trud­no­ści języ­kowe i życie z dala od swo­jego kraju. Wynaj­muję miesz­ka­nie nie­całe dzie­sięć minut pie­szo od szpi­tala. Nie­wiel­kie stu­dio z wido­kiem na kanał Sor­ten­dams. Gustowne, przy­tulne i jasne. Jak więk­szość miesz­kań­ców, po Kopen­ha­dze poru­szam się rowe­rem.

Prze­pro­wadzka do Danii, na którą zde­cy­do­wa­łem się pod wpły­wem impulsu – była reak­cją na pro­po­zy­cję, zło­żoną mi przez Mar­tina, mojego kolegę z Sofii, także leka­rza oku­li­stę – oka­zała się śmia­łym kro­kiem w kie­runku zmian w moim życiu. Chcia­łem, aby nastą­pił moment zwrotny i nie cho­dziło tylko o wyż­sze zarobki czy lep­sze moż­li­wo­ści w pod­no­sze­niu kwa­li­fi­ka­cji zawo­do­wych, lecz także otwar­cie na nowo w kwe­stiach oso­bi­stych. Marazm, w jakim żyłem, spra­wiał, że gnu­śnia­łem. Celowe wpro­wa­dze­nie bała­ganu do poukła­da­nego życia cza­sem ma sens. Zale­żało mi, aby podob­nym do sie­bie dniom nadać nowy kolo­ryt.

A przede wszyst­kim chcia­łem zapo­mnieć o Lenie. Dziew­czy­nie, która nagle znik­nęła z mojego życia. Z dnia na dzień, bez słowa poże­gna­nia, wyja­śnie­nia, zosta­wia­jąc pustkę w moim sercu, swoje oso­bi­ste rze­czy w naszym miesz­ka­niu i całą masę pytań bez odpo­wie­dzi. Jed­nak przy­jeż­dża­jąc tu kilka mie­sięcy temu, nie sądzi­łem, że tak szybko spo­tkam nową kobietę, z którą zacznę ukła­dać sobie życie.

Młoda pie­lę­gniarka, także Polka, była spra­gniona zmian i potrze­bo­wała seksu rów­nie mocno jak ja. Do łóżka poszli­śmy na dru­giej randce, a potem pozwo­li­łem jej wpa­dać do mnie, kiedy tylko miała na to ochotę. Od ponad trzech mie­sięcy jeste­śmy parą, nie zde­cy­do­wa­li­śmy się zamiesz­kać razem, choć to byłoby finan­sowo naj­lep­szym roz­wią­za­niem, zwa­żyw­szy na fakt, że i tak więk­szość czasu spę­dzamy w kli­nice. Ostat­nio nawet kilka razy o tym wspo­mniała, ale nie pod­ją­łem wątku. Uwa­żam, że jest za wcze­śnie na jakie­kol­wiek dekla­ra­cje, a wspólne miesz­ka­nie jest pew­nego rodzaju gra­nicz­nym punk­tem, począt­kiem nowego etapu, na który mamy jesz­cze czas. Dzi­siaj to ona zapro­siła mnie do sie­bie na kola­cję, zapewne ze śnia­da­niem. Z chę­cią pozwolę jej zająć się sobą.

Wycho­dzę z kli­niki kilka minut po osiem­na­stej i od razu dzwo­nię do niej.

– Cześć, kotku – odzywa się, a w oddali sły­szę, jak coś skwier­czy na patelni.

– Robisz steki? – pytam.

– Jak zawsze – kwi­tuje. – Dobrze wysma­żone dla mnie i krwi­ste dla cie­bie. Możesz kupić wino, czer­wone wytrawne, w tym skle­pie na rogu mojej ulicy?

– Jasne – mówię, przy­ci­ska­jąc tele­fon uchem do ramie­nia, a ręką wpi­suję kod w zapię­ciu od roweru.

Odpi­nam go, cho­wam zabez­pie­cze­nie do ple­caka, cały czas słu­cha­jąc jej wywodu na temat naszego kil­ku­dnio­wego wspól­nego wyjazdu do Pol­ski. Pra­cuję zbyt krótko, by móc pozwo­lić sobie na peł­no­wy­mia­rowy urlop tak jak ona, ale trzy lub cztery dni mam w pla­nach.

– Zatrzy­ma­li­by­śmy się w Mię­dzyz­dro­jach – cią­gnie.

Brzę­kają jakieś naczy­nia, z kranu leje się woda. Nie lubię, gdy włą­cza gło­śne mówie­nie, zazwy­czaj pro­szę, aby prze­rzu­ciła się na słu­chawkę, ale teraz nie robię tego, i tak mam zamiar za chwilę skoń­czyć roz­mowę.

– A potem wpadł­byś do mnie do Szcze­cina – rzuca. – Poznał­byś moją rodzinę.

– Poga­damy o tym, jak przy­jadę – prze­ry­wam jej. – Wsia­dam wła­śnie na rower.

Żegnam się i cho­wam tele­fon do kie­szeni spodni. Nie podoba mi się plan wizyty w jej rodzin­nym domu. Niby nic, ale tak jak w przy­padku wspól­nego zamiesz­ka­nia, to także pew­nego rodzaju linia gra­niczna, nie­pi­sana dekla­ra­cja, że coś dla sie­bie zna­czymy, mamy wobec sie­bie poważne plany i niech dowie­dzą się o naszym ist­nie­niu nasi bli­scy. Nie mam ochoty pozna­wać jej rodziny. Nie na tym eta­pie związku, nie teraz.

Zarzu­cam ple­cak na ramiona i wjeż­dżam na Sor­te­dam Dosse­ring, drogę bie­gnącą wzdłuż kanału. Wrze­sień jest wyjąt­kowo cie­pły, choć co kilka dni nie­spo­dzie­wa­nie nad mia­stem prze­cho­dzi ogromna zlewa. Duń­ska pogoda nie jest tak bez­na­dziejna, jak można by się spo­dzie­wać, być może zmie­nię zda­nie, gdy przyj­dzie desz­czowa jesień, ale jak do tej pory nie mogę narze­kać.

Jesz­cze nie wiem, jak długo zostanę w Danii, kon­trakt ze szpi­ta­lem pod­pi­sa­łem na trzy lata, z moż­li­wo­ścią skró­ce­nia lub prze­dłu­że­nia pobytu; to dość ela­styczna forma zatrud­nie­nia, która jest mi na rękę. Od paź­dzier­nika wraz z Mar­ti­nem mamy w pla­nach zapi­sać się na inten­sywny kurs duń­skiego. Obec­nie znam tylko pod­sta­wowe zwroty, a język brzmi niczym beł­kot nawie­dzo­nego przez złe duchy czło­wieka. Czarno widzę moje suk­cesy w tej kwe­stii, ale dam sobie i duń­skiemu szansę.

Prze­jeż­dżam trasą rowe­rową na drugą stronę kanału i staję na czer­wo­nym świe­tle. Ruch jest duży, popo­łu­dniowe godziny szczytu, w słu­chaw­kach przy­jem­nie gra Miles Davis, gdy nagle dziew­czyna po prze­ciw­nej stro­nie ulicy przy­kuwa moją uwagę. Dosłow­nie świat na moment zamiera, jeste­śmy tylko ona i ja. Auta jeż­dżące w jedną i drugą stronę sta­no­wią jedy­nie tło dla spek­ta­klu, który odgrywa się przed moimi oczami. Nie ma wąt­pli­wo­ści, nie mogę się mylić, to ona, Lena. Pew­nego dnia wyszła i już nie wró­ciła, a teraz idzie chod­ni­kiem po dru­giej stro­nie ulicy, zwin­nie prze­my­ka­jąc pomię­dzy kału­żami po wczo­raj­szej zle­wie. Włosy wirują na wie­trze i choć nie widzę jej twa­rzy, nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, to Lena.

Jak to w ogóle moż­liwe? Co ona tutaj robi? Może jed­nak się mylę i to tylko podobna do niej dziew­czyna? Ale ten sam krok, syl­wetka. Nagle się odwraca, jakby wyczuła, że ktoś jej się przy­gląda. Dosko­nale widzę jej twarz, Lena Roma­now­ska, dziew­czyna, w któ­rej powoli zaczy­na­łem się zako­chi­wać i która nie dała nam szansy, aby­śmy spraw­dzili, czy to, co się mię­dzy nami dzieje, jest praw­dziwe. Muszę ją zatrzy­mać, poznać odpo­wie­dzi na te wszyst­kie pyta­nia, które nie opusz­czały mnie przez dłu­gie tygo­dnie.

– Lena! – krzy­czę. – Lena!

Jed­nak szum jadą­cych aut i gwar ulicy nie pozwa­lają moim sło­wom dotrzeć do niej. Wyj­muję pośpiesz­nie tele­fon z kie­szeni i robię zdję­cie. Nie zła­pa­łem ostro­ści, syl­wetka dziew­czyny uchwy­cona jest w ruchu, ale nie mam wąt­pli­wo­ści. To Lena. Nie­świa­doma tego, że ją obser­wuję, scho­dzi do sta­cji metra Østerport, zni­ka­jąc mi z oczu.

– Szlag – klnę pod nosem.

Nie może mi teraz uciec, nie, gdy ją odna­la­złem. Ner­wowo podry­guję nogą, wście­kły, że czer­wone świa­tło wciąż świeci. Gdy wresz­cie zmie­nia się na zie­lone, ruszam, prze­ci­nam ulicę i zeska­kuję z roweru. W pierw­szej chwili mam zamiar rzu­cić go i pobiec za Leną na sta­cję metra, ale roz­są­dek zwy­cięża. Nie chciał­bym, aby ktoś ukradł mi mój nowy naby­tek. Choć mówią, że tutaj nikt rowe­rów nie krad­nie, wolę nie ryzy­ko­wać. Pośpiesz­nie przy­ku­wam go do sto­jaka i pusz­czam się bie­giem w dół. Roz­glą­dam się na boki, ale ni­gdzie jej nie widzę. Nie mam karty do metra, nie mogę prze­kro­czyć bra­mek, pod­bie­gam do auto­matu z bile­tami i wtedy znów ją zauwa­żam. Nie widzi mnie, wsia­dła już do wago­nika, stoi oparta o okno i szuka cze­goś w torebce. Drzwi zamy­kają się i kolejka odjeż­dża wraz z nią.

 

– Kurwa – klnę gło­śno.

Prze­chod­nie zer­kają na mnie, a wypy­chane przez kolejkę powie­trze połyka kolejne słowa wście­kło­ści wydo­by­wa­jące się z moich ust. Ucie­kła mi, nie udało mi się jej dogo­nić, ale jed­nego jestem pewien, to ona. I jak­kol­wiek brzmi to nie­wia­ry­god­nie, Lena ukrywa się w Kopen­ha­dze. A ja zro­bię wszystko, by ją odna­leźć.