Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Mai i Pio­tra

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1.

Le­gen­dy

EDEK WY­PA­LA pa­pie­ro­sa do po­ło­wy i daje mu zga­snąć. Po­tem ma­ły­mi no­życz­ka­mi, któ­re nosi w kie­sze­ni, od­ci­na spa­lo­ną koń­ców­kę i nie­do­pa­łek wsu­wa do bla­sza­ne­go pu­deł­ka. Edek we wszyst­kim jest oszczęd­ny. Pach­nie za­sta­łym dy­mem z pa­pie­ro­sów i sta­rą skó­rą. Edek po­ru­sza się ostroż­nie. Tak jak­by tkwi­ła w nim na­pię­ta sprę­ży­na, go­to­wa wy­rwać się z gniaz­da, ro­ze­drzeć mu pierś, gdy tyl­ko zro­bi ja­kiś szyb­ki ruch. Jest bar­dzo chu­dy i nosi za duże ubra­nia. Mówi się o nim wu­jek Edek.

To Edek od­pro­wa­dza mnie do szko­ły. Idzie­my dłu­gą uli­cą wzdłuż par­ku, on trzy­ma mnie za rękę. Wła­ści­wie to nie szko­ła, tyl­ko stół w miesz­ka­niu pani Roz­mu­skiej, gdzie czwór­ka sze­ścio­lat­ków uczy się al­fa­be­tu. Lu­bię Edka, bo nie jest za­mie­sza­ny w moje wy­cho­wa­nie. Ed­ko­wi nie trze­ba ni­czym im­po­no­wać. Moż­na tyl­ko słu­chać, jak opo­wia­da – o ma­mu­tach, o Na­po­le­onie, o Atlan­ty­dzie lub czymś in­nym, o czym gdzieś prze­czy­tał. Edek nie mówi ni­g­dy, co sam my­śli, mówi tyl­ko jak jest. Lu­bię Edka, bo nikt inny go nie lubi. Mama jest wciąż na nie­go zła, tata mówi do nie­go „pa­nie Edku”, tym sa­mym to­nem, ja­kim zwra­ca się do do­zor­cy.

Edek przy­cho­dzi rano i zni­ka wie­czo­rem. Gdy nie od­bie­ra mnie od pani Roz­mu­skiej, wy­sta­je w ko­lej­kach.

To, że ma jed­no oko nie­ru­cho­me, nie jest ni­czym dziw­nym. Peł­no ich wszę­dzie, lu­dzi z pu­sty­mi rę­ka­wa­mi ma­ry­na­rek, tyl­ko z po­ło­wą twa­rzy, bez nosa lub szczę­ki. Ci bez nóg sie­dzą przy­twier­dze­ni do klo­ze­to­wych de­sek na kół­kach. Gdy po­su­wa­ją się do przo­du, od­py­cha­jąc drew­nia­ny­mi kloc­ka­mi, wy­glą­da­ją, jak­by wio­sło­wa­li. Nie­wi­do­mych są trzy ro­dza­je. Dwa czar­ne kwa­dra­ty na opa­sce ozna­cza­ją, że wi­dzą wszyst­ko jako cie­nie. Pew­na sta­ra ko­bie­ta z są­siedz­twa wy­glą­da tak, jak­by na­pię­ta stru­na for­te­pia­no­wa wgnio­tła jej oko, po­li­czek i war­gi. To nie jest bli­zna, tyl­ko bar­dzo ostra bruz­da. Tak nie­zwy­kła, że ła­mię za­kaz wy­py­ty­wa­nia o ka­lec­twa. „Od sza­bli”, szep­cze tata, „chy­ba od ko­zac­kiej”. Jemu sa­me­mu brak ka­wał­ka czasz­ki. Nie wi­dać tego, lecz gdy do­tknie się jego skro­ni, jest tam cał­kiem mięk­ka.

Mo­gły po­cho­dzić z tej sa­mej huty w Hes­sen, a może na­wet być od­la­ne tego sa­me­go dnia, te dwa odłam­ki, któ­re w od­stę­pie czte­rech dni, 13 i 17 wrze­śnia 1939 roku, chy­bia­jąc celu, nie­mal otar­ły się o dwa mó­zgi. To dziw­na myśl, że dłu­gi łań­cuch zda­rzeń, pro­wa­dzą­cy do mo­ich na­ro­dzin, zo­stał­by ze­rwa­ny, gdy­by pe­wien nie­miec­ki ro­bot­nik spar­ta­czył za­pal­nik. Gdy­by Oskar nie zo­stał ran­ny i wzię­ty do nie­wo­li, nie prze­żył­by naj­pew­niej woj­ny. A gdy­by mimo wszyst­ko prze­żył, w jego szpi­ta­lu nie zja­wi­ła­by się mło­da ko­bie­ta szu­ka­ją­ca po­mo­cy dla swo­je­go bra­ta.

Ile się do­wie­dział? Ona przy­jeż­dża w su­kien­ce z po­krzy­wy, z po­ży­czo­ną wa­liz­ką z tek­tu­ry. Po­dróż trwa dobę. Świecz­ki w prze­dzia­le wy­sy­sa­ją cały tlen, więc gdy wy­sia­da rano, jest oszo­ło­mio­na. Po­nie­waż idzie od sta­cji, musi naj­pierw przejść przez skle­pio­ną bra­mę, ostat­nią reszt­kę szpi­tal­ne­go muru, zbu­rzo­ne­go na po­le­ce­nie czło­wie­ka, któ­re­go za chwi­lę spo­tka. My­ślę, że na se­kun­dę się tam za­trzy­mu­je. Przed nią bie­gnie ale­ja wy­sa­dza­na sta­ry­mi li­pa­mi. Jest maj. Pierw­sza wio­sna po woj­nie.

Aby dojść do bu­dyn­ku dy­rek­cji, musi skrę­cić w lewo i mi­nąć Drze­wo, któ­re bę­dzie moim. Pro­wa­dzą ją do ja­kiejś sal­ki i pro­szą, aby za­cze­ka­ła. Oglą­da pół­ki z książ­ka­mi i po­pier­sia przed­sta­wia­ją­ce, jak przy­pusz­cza, oj­ców psy­chia­trii. Po chwi­li drzwi się otwie­ra­ją i uka­zu­je się wy­so­ki męż­czy­zna w le­kar­skim ki­tlu.

Lu­bię tę sce­nę. Męż­czy­zna przy­sta­je w drzwiach. Ro­zu­miem go. Ona zmie­sza­na otwie­ra to­reb­kę, uda­je, że szu­ka pu­der­nicz­ki. Do­pie­ro wte­dy on pod­cho­dzi, przed­sta­wia się, za­pra­sza ją do swe­go ga­bi­ne­tu. Ga­bi­net duży, ume­blo­wa­ny po spar­tań­sku, bez fi­ra­nek, ona aż dzi­wi się, że jej się tu po­do­ba. My­ślę, że wie­je lek­ki wiatr, sło­necz­ne świa­tło gra w ko­ro­nie mego drze­wa.

Czy przy­szła w swo­jej wła­snej spra­wie? Nie, cho­dzi o bra­ta.

Ona sie­dzi w głę­bo­kim fo­te­lu, on za czar­nym biur­kiem. Jest zde­ner­wo­wa­na. Wła­ści­wie nie wol­no szu­kać opie­ki zdro­wot­nej poza wła­snym wo­je­wódz­twem. Ale sły­sza­ła, że ten szpi­tal jest naj­lep­szy. Mówi o swo­im bra­cie. Jego lę­kach i wy­bu­chach agre­sji. On za­pi­su­je, za­da­je py­ta­nia. A jak się czu­je ona sama? Zda­je się bar­dzo smut­na?

Ona uda­je, że nie sły­sza­ła py­ta­nia. Opo­wia­da, jak bra­ta za­sy­pa­ło po wy­bu­chu bom­by. Kie­dy on pyta, jak prze­ży­ła woj­nę, ogar­nia ją strach. Mówi, że chce tyl­ko po­mo­cy dla bra­ta. On nie na­ci­ska. Ona da­lej mówi o bra­cie, ale głos jej się ła­mie, usi­łu­je od­dy­chać głę­bo­ko, lecz to nie po­ma­ga. Try­ska z niej stru­mień słów i po raz pierw­szy od pię­ciu lat wy­ma­wia swo­je praw­dzi­we imię.

On nic nie mówi, wsta­je, ob­cho­dzi fo­tel i kła­dzie dło­nie na jej gło­wie. Te­raz ona nie może go wi­dzieć. I tyl­ko mówi, woła, skam­le jak ran­ne zwie­rzę.

Kie­dy się bu­dzi, na dwo­rze jest już ciem­no. Jest w ga­bi­ne­cie sama, sku­lo­na w tym sa­mym fo­te­lu. Na sto­li­ku-wóz­ku stoi taca z po­sił­kiem i wa­zon z kwia­ta­mi.

Czter­dzie­ści lat póź­niej, gdy jego już nie ma, ona pi­sze list mi­ło­sny do nie­ba. Dla­cze­go po­zwo­li­łeś mi za­po­mnieć, kim je­stem? Kie­dy to czy­tam, uświa­da­miam so­bie, że ten ma­jo­wy dzień w 1946 roku, to mu­siał być pierw­szy i ostat­ni raz, gdy ona opo­wia­da­ła. Przez dwie go­dzi­ny, może trzy, a po­tem już ni­g­dy wię­cej. Czy dla­te­go, że na­praw­dę chcia­ła za­po­mnieć? Dla­cze­go mnie nie py­ta­łeś – czy­tam w tym li­ście mię­dzy wier­sza­mi – i to ja mu­szę od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, po­nie­waż cały je­stem z tego mil­cze­nia.

Gdy im­plo­du­je ono dwa­dzie­ścia lat póź­niej, na wszyst­ko jest już za póź­no. On nie ro­zu­mie jej roz­pa­czy. Prze­ra­ża go jej de­spe­ra­cja. Ona czu­je się opusz­czo­na.

Chcę go bro­nić. Prze­cież nie my­ślał sta­rzeć się przy niej. Da­ła­by mu dzie­sięć lat, a po­tem by ją uwol­nił – je­śli Ta­na­tos nie oka­zał­by się szyb­szy. Miał­by wte­dy lat sie­dem­dzie­siąt, a ona czter­dzie­ści. Był bez pa­mię­ci za­ko­cha­ny, bez dwóch zdań. Lecz zda­wał so­bie spra­wę z tego, co na­tu­ra z nimi zro­bi. To zna­czy: jego na­tu­ra. Nie cze­kał­by, aż ona za­cznie go ża­ło­wać albo zdra­dzać, umiał­by w porę odejść. My­ślę, że dał jej dys­kret­nie od­czuć, że jego rosz­cze­nia wo­bec niej są cza­so­wo ogra­ni­czo­ne. Mniej dys­kret­ne, cho­ciaż lo­gicz­ne, było to, że nie chciał mieć dzie­ci. Miał już dwo­je, w jej wie­ku.

Co mam po­wie­dzieć? Ro­zu­miem cię, tato. Chcesz ją mieć tyl­ko dla sie­bie przez ten czas, któ­ry ci zo­stał. To­nem le­ka­rza in­for­mu­jesz, jak cią­ża zmie­nia ko­bie­ce kształ­ty. Mó­wisz, że nie po­ra­dzi so­bie ze stu­dia­mi me­dycz­ny­mi, jed­no­cze­śnie wy­cho­wu­jąc dziec­ko. Nie chcesz spro­wa­dzać na świat dzie­ci, któ­re stra­cą ojca naj­póź­niej jako na­sto­lat­ki. Wte­dy ona wy­jeż­dża.

A po­tem? Tę­sk­nisz za jej śmie­chem, spo­so­bem, w jaki prze­chy­la gło­wę, wy­dmu­chu­jąc dym, za jej by­stro­ścią, gło­dem ży­cia, jej ocza­mi... Ale naj­bar­dziej... czy mylę się, zga­du­jąc, że po­cią­ga cię ry­zy­ko? Jest coś ży­wio­ło­we­go w tej ko­bie­cie, któ­ra przed chwi­lą wy­szła z pie­kła, o po­ło­wę młod­szej od cie­bie, ale o wie­le bar­dziej do­świad­czo­nej, któ­ra na­le­ży do źle wi­dzia­ne­go sor­tu lu­dzi, któ­ra po­win­na była już po sto­kroć umrzeć, a któ­ra żąda od cie­bie wszyst­kie­go, a jak nie, to cześć.

My­ślę, że za­nim wy­je­cha­ła, do­szło do scy­sji mię­dzy wami. I wte­dy zo­ba­czy­łeś tę prze­mia­nę, wy­buch strasz­li­wej ener­gii.

Wy­sy­łasz li­sty, nie do­sta­jesz od­po­wie­dzi. Wte­dy je­dziesz do niej. To ile ma ich być, tych dzie­ci, któ­re ona ko­niecz­nie chce mieć. „Pię­cio­ro”, od­po­wia­da ona, śmie­je się i prze­chy­la gło­wę jak za­lot­na pen­sjo­nar­ka. To z cie­bie się tak śmie­je, słyn­ne­go dok­to­ra. Nie są­dzę, aby ja­kaś ko­bie­ta śmia­ła się tak przed­tem. Nie w taki spo­sób.

Z nie­po­ję­tych przy­czyn wy­ra­że­nie „dziec­ko mi­ło­ści” jest za­re­zer­wo­wa­ne dla owo­ców dzia­łań spon­ta­nicz­nych. Uwa­żam, że le­piej pa­su­je do dzie­ci spło­dzo­nych nie­chęt­nie, w ak­cie ofia­ry na rzecz mi­ło­ści. Uro­dzi­łem się w mar­cu 1951 roku.

Te­raz wiem o nich wię­cej, niż oni wie­dzie­li o so­bie na­wza­jem. Tę hi­sto­rię opo­wia­dam dla nich. „Kto mnie uspra­wie­dli­wi”, py­tał Oskar w swo­im ostat­nim li­ście. „Po­wiedz, że po­stą­pi­łam słusz­nie”, pro­si­ły oczy mamy w cią­gu jej ostat­nich lat.

PI­SZĘ PO SZWEDZ­KU. Gdy­bym w wie­ku lat sie­dem­na­stu nie był tak za­du­fa­ny w so­bie, pi­sał­bym po nor­we­sku. Lub nie pi­sał­bym wca­le. Stał­bym się kimś in­nym.

Pi­szę po szwedz­ku, po­nie­waż wio­sną 1969 roku zda­je mi się, że Hen­ryk Ib­sen jest szwedz­kim pi­sa­rzem. Gdy­by był przy tym tata, utarł­by mi nosa. On spo­ro wie o Ib­se­nie. Ale mama nie. W jej gło­wie nie ma miej­sca na nie­przy­dat­ną wie­dzę. Mama jest psy­chia­trą, ale ja już uwa­żam, że je­stem bar­dziej oczy­ta­ny. Mó­wię więc: „na przy­kład Ib­sen”.

 

I to roz­strzy­ga spra­wę. Na­za­jutrz ubie­ga­my się o azyl w Szwe­cji: ja, mama, bab­cia i moi młod­si bra­cia.

Wła­ści­wie chce­my się do­stać do Fran­cji. Ale cho­dzą słu­chy, że na od­po­wiedź każą dłu­go cze­kać, a czas na­gli. Już z nas zro­bio­no bez­pań­stwow­ców i mu­si­my wy­je­chać z kra­ju przed upły­wem sześć­dzie­się­ciu dni. Gdy mama pro­po­nu­je Ame­ry­kę, mó­wię nie: „Ame­ry­ka jest wul­gar­na”. For­su­ję Szwe­cję, gdzie moż­na so­bie do­brze żyć ze ści­na­nia tu­li­pa­nów. A mama, któ­ra nie wie na­wet ta­kich rze­czy, kontr­uje Szwaj­ca­rią, bo tam przy­naj­mniej mó­wią po fran­cu­sku. Nie tra­fia mi do prze­ko­na­nia. Nie sły­sza­łem o żad­nym szwaj­car­skim pi­sa­rzu, to naj­wy­raź­niej ja­kiś mar­ny kraj. No tak, rzu­ca mama z prze­ką­sem, za to szwedz­kich znasz całą masę. I tak, z po­wo­du mego „na przy­kład Hen­ryk Ib­sen”, de­cy­du­je­my się na Szwe­cję.

Nie chcę wie­rzyć, że wszyst­ko to było wy­łącz­nie dzie­łem przy­pad­ku. Ale je­że­li były to istot­nie zbie­gi oko­licz­no­ści – to pod­szy­te głęb­szym sen­sem. Jak sie­dem­na­sto­la­tek w Pol­sce, wiel­bią­cej USA, wpa­da na kon­cept, że do­bry smak wy­ma­ga, aby ubie­gać się o azyl w in­nym kra­ju?

Czę­sto mam po­czu­cie, jak­bym żył o wie­le dłu­żej niż ży­łem na­praw­dę. Jak­bym uro­dził się pół­to­ra wie­ku temu, ale po­tem, na sku­tek ja­kiejś ta­jem­ni­czej cho­ro­by, za­po­mniał więk­szość z tego, co zda­rzy­ło się przez pierw­sze sto lat. Pa­mię­tam jed­nak, jak tań­czę z ko­bie­ta­mi ostrzy­żo­ny­mi na chłop­czy­cę, w su­kien­kach o pro­stym kro­ju, się­ga­ją­cych le­d­wie za ko­la­na, pa­mię­tam ich eks­tra­wa­ganc­kie ka­pe­lu­si­ki i pa­pie­ro­sy w dłu­gich szkla­nych luf­kach. To mu­szą być fla­my mego ojca, trzy­dzie­ści lat przed moim uro­dze­niem.

Śni mi się, że upusz­czam krew z ja­kie­goś męż­czy­zny. Pół­le­ży na pry­czy, wy­so­ki i krzep­ki, z ogo­lo­ną gło­wą, jak wię­zień. Naj­pierw opróż­niam jego lewą stro­nę. Po­tem za­bie­ram się za pra­wą. On po­ję­ku­je, bo to boli. Nie­ste­ty, mó­wię, to ko­niecz­ne. Nie mó­wię jed­nak, że wła­ści­wie cho­dzi mi o jego pa­mięć, któ­ra pły­nie w ży­łach. Kie­dy już je­stem go­tów, zo­sta­ła z nie­go tyl­ko bia­ła skó­ra, któ­rą moż­na roz­wie­sić na sznu­rze, a ja mam całą ba­lię krwi. Po co mi ona?

Czło­wiek po­wi­nien wie­dzieć, dla­cze­go robi tak, a nie ina­czej. Skrę­ca na pra­wo, wą­ską dro­gą, za­miast w lewo, po­dej­mu­je rzu­co­ną rę­ka­wi­cę albo uzna­je, że go to nie ob­cho­dzi. Czło­wiek ma prze­cież mo­ral­ność?

Je­dy­ne, na czym moż­na po­le­gać, to nie­smak. Po­tra­fię wpra­wić w za­kło­po­ta­nie moje to­wa­rzy­stwo, wsta­jąc ni stąd, ni zo­wąd i wy­cho­dząc w trak­cie przy­ję­cia. Wy­star­czy ja­kiś ton czy uśmiech. Po­tem nie umiem wy­tłu­ma­czyć, co to było, tak jak nie umiał­bym opi­sać ja­kie­goś za­pa­chu. Przez pe­wien czas po­dej­rze­wa­łem na­wet, że to fak­tycz­nie mógł być za­pach. Je­że­li strach ma swo­ją woń, to może pod­łość też wy­dzie­la ja­kieś mo­le­ku­ły? My­śla­łem, że mój nos może za­trzy­mał się na tym eta­pie, kie­dy czło­wiek po­tra­fił jesz­cze zwie­trzyć za­gro­że­nie. Aż kie­dyś tej sa­mej re­pul­sji do­zna­łem na dźwięk gło­su. Do­cho­dził z ra­dia. Sły­sza­łem go wcze­śniej. Zwia­sto­wał złe za­mia­ry.

Co gor­sza, pra­wie ni­g­dy się nie mylę. Ów nie­zna­jo­my na przy­ję­ciu w wy­daw­nic­twie, któ­re­go świą­to­bli­wy uśmiech alar­mu­je mój ga­dzi mózg, już wkrót­ce oka­zu­je się Ja­go­nem lub Tar­tuf­fem.

Oba­wiam się, że nie za wie­le we mnie mo­ral­no­ści. Po fak­cie umiem zna­leźć wy­ja­śnie­nie, cze­mu zro­bi­łem tak, a nie ina­czej. Ale nie mogę z czy­stym ser­cem po­wie­dzieć, że zro­bi­łem to świa­do­mie, kie­dy uczu­cie było pierw­sze. „Ju­dasz!”, ostrze­ga sieć neu­ro­nów, albo: „Scar­pia!”. Pięk­nie by­ło­by mieć mo­ral­ność – lo­gicz­ną, gład­ką, kon­se­kwent­ną. Ale tym­cza­sem mu­szę wie­rzyć, że to le­gen­dy i za­pa­chy, i wszyst­kie rze­czy i zda­rze­nia, któ­re chcia­no przede mną ukryć, ste­ru­ją moim tak i nie.

Wszyst­ko w tej książ­ce jest praw­dzi­we, ale w nic nie trze­ba wie­rzyć.

JAK MAM GO NA­ZY­WAĆ? Sy­no­wie mó­wi­li do nie­go ta­tu­siu – po szwedz­ku brzmia­ło­by to „pap­pa”. Lecz ni­g­dy o nim, na­wet dzi­siaj. Za­wsze jest oj­cem. Pol­sz­czy­zna za­re­zer­wo­wa­ła pew­ne sło­wa dla re­la­cji z dzieć­mi; „In­g­mar Berg­man nie­na­wi­dził swe­go taty” brzmi ko­micz­nie. Nie chcę brzmieć śmiesz­nie, na­wet po pol­sku. Lecz jak mam pi­sać ja, któ­ry ni­g­dy nie my­śla­łem o nim „ta­tuś”? Cho­ciaż był tatą. Jed­nak naj­bar­dziej był Oska­rem. W wie­ku dwu­dzie­stu lat czy­ta De Pro­fun­dis Oska­ra Wil­de’a. Kie­dy ma lat dwa­dzie­ścia sie­dem, ba­ła­mu­ci ro­syj­skie­go stu­paj­kę, ka­żąc mu wpi­sać do pasz­por­tu Oskar przed Sta­ni­sła­wem.

Na gru­po­wych zdję­ciach nie mu­szę szu­kać Oska­ra. Wy­star­czy omieść gru­pę wzro­kiem, szu­ka­jąc tego, co od­sta­je. Je­że­li wszy­scy są w ma­ry­nar­kach, on jest w le­kar­skim ki­tlu. Je­że­li wszy­scy są w ki­tlach, on się od­wra­ca w inną stro­nę. Albo ma nogę za­ło­żo­ną na nogę, kie­dy inni ści­ska­ją ko­la­na. Na­wet na zdję­ciu z obo­zu je­niec­kie­go uda­je mu się umie­ścić pra­wą dłoń na klam­rze pasa w spo­sób przy­cią­ga­ją­cy wzrok, wy­ła­mu­ją­cy się z sze­re­gu.

Oskar jest osob­ny. Wo­kół nie­go two­rzy się wol­na prze­strzeń. Nie da się my­śleć o nim jako czę­ści ja­kiejś gru­py. On się nie in­te­gru­je. Od­sta­wał­by na­wet w czwór­ce bez ster­ni­ka. Wąt­pię, czy umiał­by wio­sło­wać w takt. Przy­pusz­czal­nie sam po­mysł zda­wał­by mu się po­dej­rza­ny.

Jak mam na­zy­wać ją, któ­ra no­si­ła trzy imio­na i przy­naj­mniej pięć na­zwisk? Przy­cho­dzi na świat jako Lila, cho­wa się naj­pierw w Elż­bie­cie, po­tem w Eli­sa­beth. Ale dla Oska­ra za­wsze była Izą. To pięk­ny dźwięk, chy­ba naj­chęt­niej była Izą. Ale ja mu­szę pi­sać Lila, to imię jej losu, i naj­wy­raź­niej też mo­je­go.

Tak mo­gła­by się za­cząć ta hi­sto­ria o nich dwoj­gu. Moi ro­dzi­ce nie chcą być swo­imi imio­na­mi. Ale kie­dy to so­bie uświa­da­miam, już jest za póź­no na py­ta­nia.

NA PO­CZĄT­KU BYŁ STRACH. W środ­ku dnia za­pa­da mrok. Pró­bo­wa­no po­dob­no po­cie­szać mnie em­pi­rycz­nie. Ktoś wy­pro­wa­dza mnie z domu i po­ka­zu­je, że słoń­ce cią­gle jest na nie­bie, to tyl­ko na­sze okna za­sło­nię­to pła­tem czar­nej tka­ni­ny. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie moż­na więc da­to­wać na ma­rzec 1953, śmierć Jó­ze­fa Sta­li­na.

Tak­że w dru­gim wspo­mnie­niu w po­ko­ju jest ciem­no, roz­ja­śnia go je­dy­nie sła­by od­blask księ­ży­ca na ta­pe­cie. Ktoś leży w in­nym łóż­ku, ktoś, kogo nie znam. Może to mój przy­rod­ni brat, któ­ry wkrót­ce ma umrzeć, a może ktoś z go­ści. Z jego gar­dła do­by­wa się strasz­li­wy dźwięk, mo­kre rzę­że­nie, cza­sem trzy razy z rzę­du, po­tem prze­rwa, jak­by prze­stał od­dy­chać. Przy każ­dym dźwię­ku wy­da­wa­nym przez męż­czy­znę z dru­giej stro­ny po­ko­ju sły­chać po­brzę­ki­wa­nie. To szklan­ka, któ­ra drży, wi­bru­je, wę­dru­je po pół­ce za każ­dym od­de­chem. Leżę tam i cze­kam, aż spad­nie.

Trze­cie wspo­mnie­nie: za na­szym oknem stoi drze­wo. Jego pień roz­sze­rza się ku zie­mi jak klo­szo­wa spód­ni­ca. Wy­obra­żam so­bie, że je­śli we­zmę do­bry roz­bieg, to wbie­gnę szyb­ko po pniu, aby od razu, z gło­wą w dół, zbiec po pierw­szej ga­łę­zi two­rzą­cej skle­pie­nie. Tyl­ko mu­szę na­uczyć się szyb­ciej bie­gać. Wiem, że drze­wo na mnie za­cze­ka. Jest moim przy­ja­cie­lem.

W cen­trum ma­łe­go mia­sta Ko­ścian mie­ści się wiel­ki szpi­tal, prze­mia­no­wa­ny przez mo­je­go ojca na sa­na­to­rium. Miesz­ka­my w du­żym dy­rek­tor­skim apar­ta­men­cie, w bu­dyn­ku z dwie­ma wie­ża­mi. Pa­wi­lo­ny z czer­wo­nej ce­gły, któ­re tata na­zy­wa wil­la­mi, no­szą imio­na pio­nie­rów psy­chia­trii: Phi­lip­pe’a Pi­ne­la, któ­ry w XIX wie­ku usu­nął z domu wa­ria­tów kaj­da­ny i jako pierw­szy opi­sał schi­zo­fre­nię; Joh­na Co­nol­ly’ego, któ­ry pró­bo­wał usu­nąć tak­że ka­fta­ny bez­pie­czeń­stwa; neu­ro­lo­ga Wła­di­mi­ra Biech­tie­rie­wa i Her­man­na Si­mo­na, któ­ry uwa­żał, że sztu­ka po­ma­ga w te­ra­pii. Tyl­ko że o tym wszyst­kim jesz­cze nie mam po­ję­cia. Do dzi­siaj nie wiem, czy to do­brze do­ra­stać w domu dla psy­chicz­nie cho­rych. Nie mam z czym po­rów­nać.

Pa­mię­tam wiel­ki park, drze­wo i pe­le­ry­nę. Uwiel­biam ją, cho­ciaż jest moim wro­giem. Ma de­seń w drob­ną krat­kę – śli­ska i sze­lesz­czą­ca. Tka­ni­na zmie­nia ko­lor w słoń­cu i robi się tak mięk­ka, że spły­wa mię­dzy pal­ca­mi. Do­ty­kam rze­czy i wą­cham je. Tak jak­by moje cia­ło było go­to­we uro­dzić się śle­pe. Już nie pa­mię­tam, czy mój miś był bru­nat­ny i czy miał oczy. Pa­mię­tam za to tro­chę dusz­ny za­pach i chro­po­wa­tość pod pal­ca­mi. Moja pe­le­ry­na pach­nie ład­nie, ale ży­czy mi źle.

Ze scho­dów da się zejść, lecz kie­dy chce­my wejść z pow­ro­tem, ja i oso­ba, z któ­rą by­łem w par­ku, z góry prze­czu­wam, co mnie cze­ka. Przy­dep­tu­ję pe­le­ry­nę. W pol­sz­czyź­nie nie ma na to sło­wa, lecz szwedz­kie han­dlöst (do­słow­nie: „bez rąk”) świet­nie od­da­je, co się dzie­je. Przez uła­mek se­kun­dy, gdy tra­cę rów­no­wa­gę, trze­pię rę­ka­mi o ma­te­riał, a sto­pa, któ­rą wy­rzu­cam do przo­du, szar­pie mój na­miot jesz­cze raz.

To wszyst­ko. Od­kry­cie ru­chu fa­lo­we­go i siły od­środ­ko­wej, drze­wo i pe­le­ry­na. Ro­dzi­ców w tych wspo­mnie­niach nie ma. Jest mgli­sty ob­raz ko­bie­ty, któ­ra pro­wa­dza mnie po par­ku, ale to nie mama.

Do tego szpi­tal­ne­go par­ku i do domu, w któ­rym miesz­ka­łem przez pięć pierw­szych lat, dość wie­le razy po­wra­ca­łem. Na próż­no. Nie po­ja­wia się żad­na twarz, żad­ne uczu­cie czy zda­rze­nie. Na­wet ża­den za­pach.

Ale są fo­to­gra­fie. Ja w ob­ję­ciach mamy, ja na ko­la­nach taty. Mu­sia­ły zo­stać zro­bio­ne przy tej sa­mej oka­zji. Mam może ze dwa lata, locz­ki, pulch­ne kształ­ty, i je­stem hi­ste­rycz­nie ra­do­sny. Na in­nych zdję­ciach je­stem sam albo z ob­cy­mi ludź­mi – i ele­ganc­ko wy­stro­jo­ny. Wy­glą­dam, jak­bym po­zo­wał. Ma­ciuś w fo­te­lu czy­ta „Pro­ble­my”. Ma­ciuś w par­ku – w ręku ma inne cza­so­pi­smo. Spoj­rze­nie w obiek­tyw. Świa­do­me. Mu­siał to ro­bić za­wo­do­wy fo­to­graf.

Pierw­sza rzecz, jaką pa­mię­tam z mamą, to że pró­bu­je się mnie po­zbyć. Musi być rok 1956, mam pięć lat. Pod­cho­dzi­my sze­ro­ką uli­cą do ni­skie­go bu­dyn­ku. Jak Iza­ak w dro­dze na górę Mo­ria, nie prze­czu­wam, co mnie cze­ka. We­wnątrz jest dłu­gi ko­ry­tarz. Po le­wej stro­nie cią­gnie się sze­reg okien oświe­tla­ją­cych ścia­nę i to strasz­ne, co tam wisi. Po­tem pa­mię­tam tyl­ko prze­ra­że­nie. Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym krzy­czał, praw­do­po­dob­nie stę­ża­łem w bez­ru­chu. Dziec­ko dwoj­ga psy­chia­trów już ro­zu­mie, że ka­ta­to­nia dzia­ła le­piej niż spa­zma­tycz­ne szlo­chy. Po paru mi­nu­tach je­ste­śmy na uli­cy. Dal­szych prób umiesz­cze­nia mnie w przed­szko­lu po­nie­cha­no. Do dziś nie ro­zu­miem, dla­cze­go wi­dok pięć­dzie­się­ciu wor­ków na buty, po­wie­szo­nych rzę­dem, prze­jął mnie taką gro­zą.

To było już po prze­no­si­nach do Po­zna­nia, kie­dy mia­łem iść do szko­ły, gdy zo­ba­czy­łem, jak ro­dzi­ce ba­wią się ze swy­mi dzieć­mi. Wy­ni­ka z tego, że w par­ku, któ­ry przez pięć pierw­szych lat był moim świa­tem, nie było in­nych dzie­ci.

Ja­sne, że nie, prze­cież to był szpi­tal psy­chia­trycz­ny. Nie przy­po­mi­nam so­bie, aby to od­kry­cie spra­wi­ło mi ból. Po­my­śla­łem pew­nie, że to ja­cyś dziw­ni do­ro­śli, sko­ro tak się zni­ża­ją. Dziec­ko to było coś nie­fo­rem­ne­go i nie­obli­czal­ne­go, isto­ta zła i sa­mo­lub­na. Do­ro­śli słusz­nie uni­ka­li tych nie­go­to­wych lu­dzi.

Tak my­śla­łem do chwi­li, kie­dy ukoń­czy­łem sie­dem lat.

Ty mały idio­to, mówi mama Ada­ma. Adam się śmie­je, a ja czu­ję ukłu­cie w ser­cu. Idzie­my wzdłuż dłu­gie­go muru, po dro­dze ze szko­ły. Adam coś opo­wia­da, jak zwy­kle z za­pa­łem. „Ty mały idio­to” – moja mama ni­g­dy tak nie mówi. Za­wsze mówi se­rio. Gdy­by na­zwa­ła mnie idio­tą, by­ło­by to w zło­ści. A ni­g­dy tak, we­so­ło, po­błaż­li­wie i czu­le. Mam sie­dem lat i je­stem nie­wier­ny. Ko­cham się w ma­mie Ada­ma. Chcę ją ca­ło­wać, chcę, by czo­chra­ła moje wło­sy na wpół bez­wied­nie, jak robi z Ada­mem. A już naj­bar­dziej pra­gnę, by na­zy­wa­ła mnie idio­tą. Albo czym­kol­wiek: ro­ba­kiem, głą­bem ka­pu­ścia­nym, wszyst­ko jed­no, byle wła­śnie tym to­nem.

 

Mamy nie ba­wią moje wy­głu­py. Wi­dać to po nie­wiel­kim skrzy­wie­niu ką­ci­ka jej ust. Za­zdrosz­czę Ada­mo­wi tak, że to aż boli.

Je­stem dziec­kiem wy­tę­sk­nio­nym. Mama po­tra­fi, tknię­ta złym prze­czu­ciem, prze­rwać po­dróż i wró­cić pierw­szym po­cią­giem do domu, aby do­wie­dzieć się od mo­jej opie­kun­ki, że tego ran­ka o mało co nie uto­pi­łem się w ka­łu­ży. Kie­dy roz­cho­dzą się po­gło­ski, że skle­po­we mle­ko jest nie­pew­ne, mama ku­pu­je na wsi kro­wę, któ­ra po przej­ściu od­po­wied­nich ba­dań wno­si swój udział do pro­duk­cji mo­jej kasz­ki. Bań­ki z mle­kiem do­star­cza nam po­dob­no spe­cjal­nie opła­ca­ny woź­ni­ca. Je­stem sta­now­czo dziec­kiem ho­łu­bio­nym. A w po­dzię­ce ma­rzę o tym, by za­adop­to­wa­ła mnie mama Ada­ma i na­zy­wa­ła idio­tą.

Pięć­dzie­siąt lat póź­niej Adam jest rów­nie na­mięt­nym ga­wę­dzia­rzem, jak wte­dy, gdy był ośmio­lat­kiem – świa­to­wej sła­wy spe­cja­li­stą od sta­ro­żyt­ne­go Rzy­mu, i du­szą każ­dej we­so­łej kom­pa­nii. Jak od nie­chce­nia pi­sze sześć­set­stro­ni­co­wą hi­sto­rię Rzy­mu, z któ­rej dziś uczą się wło­scy stu­den­ci. Ja zaś bo­ry­kam się z każ­dym wy­ra­że­niem, nie ufam ję­zy­ko­wi i za­tru­wam oto­cze­nie swo­ją me­lan­cho­lią.

Chy­ba do­pie­ro w czwar­tej kla­sie, kie­dy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do dziel­ni­cy ro­bot­ni­czej, do­tar­ło do mnie, że nie tyl­ko Adam ma taką mamę. Świat zda­wał się roić od mam. Wo­ła­ły swo­je po­cie­chy przez okna, od­bie­ra­ły je po szko­le, prze­ko­ma­rza­ły się z nimi i tar­ga­ły je za wło­sy na uli­cy. Pach­nia­ły ka­pu­stą i po­tem, i wodą ko­loń­ską, cho­dzi­ły z siat­ka­mi na za­ku­py. Przez małe okna miesz­kań w su­te­ry­nie moż­na było wi­dzieć, jak tam na dole ro­bią obiad. Mama z siat­ka­mi nie cho­dzi­ła. Sie­dzia­ła za za­mknię­ty­mi drzwia­mi i nie wol­no było jej prze­szka­dzać. „Uwa­ga, Yeti!”, ostrze­gał na­pis na drzwiach. Dużo mó­wi­ło się w owym cza­sie o czło­wie­ku śnie­gu, Yetim, po­nie­waż Hil­la­ry rze­ko­mo wi­dział mał­po­lu­da w trak­cie po­dej­ścia na Eve­rest. Gdy wie­le lat póź­niej opo­wie­dzia­łem o tej ta­blicz­ce te­ra­peu­cie, par­sk­nął śmie­chem. Chy­ba nie za­pła­ci­łem za tę se­sję.

Tak, za­zdro­ści­łem chłop­com tar­ga­nym przez mamy za wło­sy i wy­zy­wa­nym od idio­tów. Nie­co póź­niej, gdy zro­zu­mia­łem, że to też się zda­rza, za­zdro­ści­łem tym, któ­rzy w cza­sie fe­rii wy­jeż­dża­li gdzieś ra­zem z ro­dzi­ca­mi. Cho­ciaż nie wpa­dło mi ni­g­dy do gło­wy, by ocze­ki­wać cze­goś ta­kie­go dla sie­bie. Nie przy­po­mi­nam so­bie na­wet skry­tych ma­rzeń o ta­kiej in­tym­no­ści. Przy­pusz­czal­nie sam po­mysł na­pa­wał mnie lę­kiem. Je­den je­dy­ny raz wy­bra­li­śmy się w po­dróż ra­zem, tyl­ko ona i ja. Ona – spię­ta i zi­ry­to­wa­na, jak zwy­kle bywa z kimś, kogo się nie zna. Na­zy­wa­ło się to, że chce mi po­ka­zać pięk­ny Kra­ków i ko­pal­nię soli w Wie­licz­ce. Ale to były za­sło­ny dym­ne. Ce­lem po­dró­ży był Oświę­cim.

Kie­dy przy­cho­dzi so­bot­ni wie­czór, bab­cia zda­je re­la­cję z tego, jak my, jej wnu­ki, spra­wo­wa­li­śmy się w cią­gu ty­go­dnia. Po­tem ten, któ­ry był naj­grzecz­niej­szy, pro­wa­dzi marsz – trzy okrą­że­nia wo­kół sto­łu. Na­gro­da zwy­cięz­cy to przy­wi­lej no­sze­nia czap­ki taty pod­czas tej pa­ra­dy.

Ten za­szczyt li­czy się po­dwój­nie, po­nie­waż czap­ka jest za­ka­za­na: to ro­ga­tyw­ka, nad dasz­kiem ma orła w ko­ro­nie. Pol­scy żoł­nie­rze mają te­raz czap­ki bez ro­gów, orły bez ko­ro­ny. Czap­ki okrą­głe jak pa­tel­nie, choć nie tak wiel­kie jak so­wiec­kie.

Bor­do­wy ak­sa­mit­ny otok zna­czy, że tata jest le­ka­rzem. Srebr­ny ga­lon na dasz­ku, że jest ofi­ce­rem. Trzy gwiazd­ki, że ma sto­pień ka­pi­ta­na. Nad dasz­kiem bie­gnie pa­sek, któ­ry moż­na od­piąć i za­ło­żyć so­bie pod bro­dę. Wy­glą­da to dziw­nie. Ale robi się tak tyl­ko wte­dy, kie­dy się peł­ni uro­czy­stą war­tę.

Zbyt czę­sto tak się skła­da, że to naj­młod­szy brat pro­wa­dzi run­dę ho­no­ro­wą. Ma na imię Ja­re­ma, na pa­miąt­kę słyn­ne­go re­zu­na, po­grom­cy chłop­skie­go po­wsta­nia. On jest bab­ci­nym oczkiem w gło­wie i wzo­rem dzie­cię­cych cnót. Ja­re­ma nie za wie­le może wi­dzieć w ro­ga­tyw­ce opa­da­ją­cej mu na oczy, ale za­wcza­su mu­siał od­mie­rzyć kro­ki, bo stół okrą­ża tam, gdzie trze­ba.

Ile mam lat, kie­dy od­kry­wam, że czap­ka nie jest praw­dzi­wa?

Jest taka czy­sta, na dasz­ku nie ma ani za­dra­pa­nia. Nie ma jej na wo­jen­nych zdję­ciach taty, gdzie albo jest z gołą gło­wą, albo w fu­ra­żer­ce. Jego ka­pe­lu­sze za­wsze pod den­kiem mają wszy­ty fir­mo­wy znak ka­pe­lusz­ni­ka. Je­dwab­ne met­ki wy­szy­wa­ne srebr­ną nit­ką. Pod­nie­ca mnie ich do­ty­ka­nie. Lecz w ofi­cer­skiej ro­ga­tyw­ce nie ma nic. Fa­cho­wiec, któ­ry dał się na­mó­wić na ten za­ka­za­ny wzór, wo­lał nie pod­pi­sy­wać swo­je­go wy­stęp­ku.

Ro­ga­tyw­ką nie wol­no się ba­wić, ona jest tro­chę świę­ta. Pięt­na­ście lat póź­niej, kie­dy po­zo­stał mu tyl­ko rok ży­cia, każe się sfo­to­gra­fo­wać i wy­sy­ła zdję­cie swo­im sy­nom w Szwe­cji. W tej czap­ce, z dwo­ma pal­ca­mi przy dasz­ku. Ostat­ni sa­lut.

Gdy zda­rzy mi się po­peł­nić ja­kieś głup­stwo, mama się zło­ści i wy­zy­wa mnie od nic­po­niów. Na­to­miast Oskar mówi tyl­ko, że Mać­ko ni­g­dy by tak nie po­stą­pił – a to bar­dziej boli. Na imię mam Ma­ciej na cześć owe­go Mać­ka – tego, co w lip­cu 1410, odzia­ny w stal i pió­ro­pu­sze, po­ko­nał ar­mię krzy­żac­ką w bi­twie pod Grun­wal­dem. Wszy­scy wie­dzą, że Mać­ko jest strasz­li­wy w boju, lecz poza tym – do rany przy­łóż. To po­stać z po­wie­ści pana Sien­kie­wi­cza. Ale Oskar wyj­mu­je gru­bą księ­gę o kru­chych stro­ni­cach i tam, w spi­sie pol­skich ro­dów ry­cer­skich, czy­ta nam o trzech bra­ciach Bie­law­skich her­bu Za­rem­ba, któ­rzy bra­li udział w tej bi­twie i w po­dzię­ce za zwy­cię­stwo ery­go­wa­li ko­ściół.

Nasz herb jest wspa­nia­ły. Czar­ny lew z wy­cią­gnię­tym ję­zy­kiem i roz­ca­pie­rzo­ny­mi pa­zu­ra­mi sta­je dęba nad zam­ko­wym mu­rem. Nad nim ry­cer­ski hełm w ko­ro­nie, zwień­czo­ny ta­kim sa­mym lwem. Na srebr­nym pu­char­ku, któ­ry jest moim po­da­run­kiem chrzest­nym, ten mur zam­ko­wy jest z ko­ra­la. Cza­sa­mi wol­no mi za­pie­czę­to­wać list taty. Oskar ścią­ga swój sy­gnet z wy­ry­tym her­bem, a ja mogę chuch­nąć na nie­go i wci­snąć zło­to w grud­kę czer­wo­nej lawy. Wdy­chać woń sto­pio­ne­go laku to czuć się wy­brań­cem.

Tata nie mówi ni­g­dy, że ci z her­bem są lep­si od in­nych, tyl­ko że nam nie wol­no go po­ka­lać. Trze­ba być wiel­ko­dusz­nym wo­bec sła­bych i har­dym wo­bec moż­nych, wal­czyć z otwar­tą przy­łbi­cą, do­trzy­my­wać sło­wa i sza­no­wać damy. No­bles­se ob­li­ge, po­tra­fi wes­tchnąć tata, kie­dy w tram­wa­ju ustę­pu­je miej­sca dużo młod­szej ko­bie­cie. No­bles­se ob­li­ge, sły­szę, kie­dy wy­glą­da na to, że chcę po­zwo­lić bab­ci wy­nieść ku­beł ze śmie­cia­mi.

Lecz w książ­kach ci her­bo­wi są ce­nie­ni wy­żej. Na­wet ten naj­uboż­szy jest za­wsze wię­cej wart od ja­kie­goś bo­ga­te­go kra­ma­rza. Ku­piec mówi „wa­sza wiel­moż­ność po­zwo­li”, ścią­ga czap­kę i kła­nia się do sa­mej zie­mi. To wiel­ki za­szczyt dla nie­go, móc udzie­lić go­ści­ny jego ła­ska­wo­ści. Kup­co­wi oczy­wi­ście wstyd, że sprze­da­je dro­go to, co ku­pił ta­nio, jak ja­kiś Żyd. Her­bo­wi ni­g­dy tak nie ro­bią, dla nich li­czy się tyl­ko ho­nor; gro­sze niech ściu­bią lu­dzie ma­łe­go du­cha. Je­dy­nie u Bal­za­ca ci her­bo­wi że­nią się cza­sem dla pie­nię­dzy, ale to prze­cież Fran­cja.

W pol­skich książ­kach her­bo­wi nie za­wsze są do­brzy. Ksią­żę, na cześć któ­re­go Ja­re­ma do­stał swo­je imię, na­bi­ja lu­dzi na pal, ale wy­łącz­nie za naj­gor­sze wy­kro­cze­nia. By­wa­ją gwał­tow­ni, po­ryw­czy i okrut­ni, ale pra­wie ża­den z nich nie jest pod­ły. Chy­ba że nosi imię Zyg­fryd albo Ulrich i szwar­go­cze po nie­miec­ku.

Herb po­ma­ga. O ile cięż­ko jest bez prze­rwy – z ra­cji po­cho­dze­nia – mu­sieć zmy­wać na­czy­nia i usłu­gi­wać ma­mie, o tyle kom­pen­su­je to z na­wiąz­ką znu­dzo­na mina, jaką przy­bie­ram, gdy ko­le­ga z kla­sy chwa­li się, że mają auto. Sa­mo­chód może ku­pić so­bie każ­dy. Lecz tego, co ja mam, nie moż­na do­stać za pie­nią­dze. Nie mó­wię tego, bo her­bo­wi ni­g­dy się nie prze­chwa­la­ją, na­wet sa­mo­cho­da­mi.