Dom z dwiema wieżamiTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla Mai i Piotra



1
Legendy

EDEK WYPALA papierosa do połowy i daje mu zgasnąć. Potem małymi nożyczkami, które nosi w kieszeni, odcina spaloną końcówkę i niedopałek wsuwa do blaszanego pudełka. Edek we wszystkim jest oszczędny. Pachnie zastałym dymem z papierosów i starą skórą. Edek porusza się ostrożnie. Tak jakby tkwiła w nim napięta sprężyna, gotowa wyrwać się z gniazda, rozedrzeć mu pierś, gdy tylko zrobi jakiś szybki ruch. Jest bardzo chudy i nosi za duże ubrania. Mówi się o nim wujek Edek.

To Edek odprowadza mnie do szkoły. Idziemy długą ulicą wzdłuż parku, on trzyma mnie za rękę. Właściwie to nie szkoła, tylko stół w mieszkaniu pani Rozmuskiej, gdzie czwórka sześciolatków uczy się alfabetu. Lubię Edka, bo nie jest zamieszany w moje wychowanie. Edkowi nie trzeba niczym imponować. Można tylko słuchać, jak opowiada – o mamutach, o Napoleonie, o Atlantydzie lub czymś innym, o czym gdzieś przeczytał. Edek nie mówi nigdy, co sam myśli, mówi tylko jak jest. Lubię Edka, bo nikt inny go nie lubi. Mama jest wciąż na niego zła, tata mówi do niego „panie Edku”, tym samym tonem, jakim zwraca się do dozorcy.


Edek przychodzi rano i znika wieczorem. Gdy nie odbiera mnie od pani Rozmuskiej, wystaje w kolejkach.

To, że ma jedno oko nieruchome, nie jest niczym dziwnym. Pełno ich wszędzie, ludzi z pustymi rękawami marynarek, tylko z połową twarzy, bez nosa lub szczęki. Ci bez nóg siedzą przytwierdzeni do klozetowych desek na kółkach. Gdy posuwają się do przodu, odpychając drewnianymi klockami, wyglądają, jakby wiosłowali. Niewidomych są trzy rodzaje. Dwa czarne kwadraty na opasce oznaczają, że widzą wszystko jako cienie. Pewna stara kobieta z sąsiedztwa wygląda tak, jakby napięta struna fortepianowa wgniotła jej oko, policzek i wargi. To nie jest blizna, tylko bardzo ostra bruzda. Tak niezwykła, że łamię zakaz wypytywania o kalectwa. „Od szabli”, szepcze tata, „chyba od kozackiej”. Jemu samemu brak kawałka czaszki. Nie widać tego, lecz gdy dotknie się jego skroni, jest tam całkiem miękka.

Mogły pochodzić z tej samej huty w Hessen, a może nawet być odlane tego samego dnia, te dwa odłamki, które w odstępie czterech dni, 13 i 17 września 1939 roku, chybiając celu, niemal otarły się o dwa mózgi. To dziwna myśl, że długi łańcuch zdarzeń, prowadzący do moich narodzin, zostałby zerwany, gdyby pewien niemiecki robotnik spartaczył zapalnik. Gdyby Oskar nie został ranny i wzięty do niewoli, nie przeżyłby najpewniej wojny. A gdyby mimo wszystko przeżył, w jego szpitalu nie zjawiłaby się młoda kobieta szukająca pomocy dla swojego brata.


Ile się dowiedział? Ona przyjeżdża w sukience z pokrzywy, z pożyczoną walizką z tektury. Podróż trwa dobę. Świeczki w przedziale wysysają cały tlen, więc gdy wysiada rano, jest oszołomiona. Ponieważ idzie od stacji, musi najpierw przejść przez sklepioną bramę, ostatnią resztkę szpitalnego muru, zburzonego na polecenie człowieka, którego za chwilę spotka. Myślę, że na sekundę się tam zatrzymuje. Przed nią biegnie aleja wysadzana starymi lipami. Jest maj. Pierwsza wiosna po wojnie.

Aby dojść do budynku dyrekcji, musi skręcić w lewo i minąć Drzewo, które będzie moim. Prowadzą ją do jakiejś salki i proszą, aby zaczekała. Ogląda półki z książkami i popiersia przedstawiające, jak przypuszcza, ojców psychiatrii. Po chwili drzwi się otwierają i ukazuje się wysoki mężczyzna w lekarskim kitlu.

Lubię tę scenę. Mężczyzna przystaje w drzwiach. Rozumiem go. Ona zmieszana otwiera torebkę, udaje, że szuka puderniczki. Dopiero wtedy on podchodzi, przedstawia się, zaprasza ją do swego gabinetu. Gabinet duży, umeblowany po spartańsku, bez firanek, ona aż dziwi się, że jej się tu podoba. Myślę, że wieje lekki wiatr, słoneczne światło gra w koronie mego drzewa.

Czy przyszła w swojej własnej sprawie? Nie, chodzi o brata.

Ona siedzi w głębokim fotelu, on za czarnym biurkiem. Jest zdenerwowana. Właściwie nie wolno szukać opieki zdrowotnej poza własnym województwem. Ale słyszała, że ten szpital jest najlepszy. Mówi o swoim bracie. Jego lękach i wybuchach agresji. On zapisuje, zadaje pytania. A jak się czuje ona sama? Zdaje się bardzo smutna?

Ona udaje, że nie słyszała pytania. Opowiada, jak brata zasypało po wybuchu bomby. Kiedy on pyta, jak przeżyła wojnę, ogarnia ją strach. Mówi, że chce tylko pomocy dla brata. On nie naciska. Ona dalej mówi o bracie, ale głos jej się łamie, usiłuje oddychać głęboko, lecz to nie pomaga. Tryska z niej strumień słów i po raz pierwszy od pięciu lat wymawia swoje prawdziwe imię.

On nic nie mówi, wstaje, obchodzi fotel i kładzie dłonie na jej głowie. Teraz ona nie może go widzieć. I tylko mówi, woła, skamle jak ranne zwierzę.

Kiedy się budzi, na dworze jest już ciemno. Jest w gabinecie sama, skulona w tym samym fotelu. Na stoliku-wózku stoi taca z posiłkiem i wazon z kwiatami.

Czterdzieści lat później, gdy jego już nie ma, ona pisze list miłosny do nieba. Dlaczego pozwoliłeś mi zapomnieć, kim jestem? Kiedy to czytam, uświadamiam sobie, że ten majowy dzień w 1946 roku, to musiał być pierwszy i ostatni raz, gdy ona opowiadała. Przez dwie godziny, może trzy, a potem już nigdy więcej. Czy dlatego, że naprawdę chciała zapomnieć? Dlaczego mnie nie pytałeś – czytam w tym liście między wierszami – i to ja muszę odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ cały jestem z tego milczenia.

Gdy imploduje ono dwadzieścia lat później, na wszystko jest już za późno. On nie rozumie jej rozpaczy. Przeraża go jej desperacja. Ona czuje się opuszczona.


Chcę go bronić. Przecież nie myślał starzeć się przy niej. Dałaby mu dziesięć lat, a potem by ją uwolnił – jeśli Tanatos nie okazałby się szybszy. Miałby wtedy lat siedemdziesiąt, a ona czterdzieści. Był bez pamięci zakochany, bez dwóch zdań. Lecz zdawał sobie sprawę z tego, co natura z nimi zrobi. To znaczy: jego natura. Nie czekałby, aż ona zacznie go żałować albo zdradzać, umiałby w porę odejść. Myślę, że dał jej dyskretnie odczuć, że jego roszczenia wobec niej są czasowo ograniczone. Mniej dyskretne, chociaż logiczne, było to, że nie chciał mieć dzieci. Miał już dwoje, w jej wieku.

Co mam powiedzieć? Rozumiem cię, tato. Chcesz ją mieć tylko dla siebie przez ten czas, który ci został. Tonem lekarza informujesz, jak ciąża zmienia kobiece kształty. Mówisz, że nie poradzi sobie ze studiami medycznymi, jednocześnie wychowując dziecko. Nie chcesz sprowadzać na świat dzieci, które stracą ojca najpóźniej jako nastolatki. Wtedy ona wyjeżdża.

A potem? Tęsknisz za jej śmiechem, sposobem, w jaki przechyla głowę, wydmuchując dym, za jej bystrością, głodem życia, jej oczami… Ale najbardziej… czy mylę się, zgadując, że pociąga cię ryzyko? Jest coś żywiołowego w tej kobiecie, która przed chwilą wyszła z piekła, o połowę młodszej od ciebie, ale o wiele bardziej doświadczonej, która należy do źle widzianego sortu ludzi, która powinna była już po stokroć umrzeć, a która żąda od ciebie wszystkiego, a jak nie, to cześć.

Myślę, że zanim wyjechała, doszło do scysji między wami. I wtedy zobaczyłeś tę przemianę, wybuch straszliwej energii.

Wysyłasz listy, nie dostajesz odpowiedzi. Wtedy jedziesz do niej. To ile ma ich być, tych dzieci, które ona koniecznie chce mieć. „Pięcioro”, odpowiada ona, śmieje się i przechyla głowę jak zalotna pensjonarka. To z ciebie się tak śmieje, słynnego doktora. Nie sądzę, aby jakaś kobieta śmiała się tak przedtem. Nie w taki sposób.

Z niepojętych przyczyn wyrażenie „dziecko miłości” jest zarezerwowane dla owoców działań spontanicznych. Uważam, że lepiej pasuje do dzieci spłodzonych niechętnie, w akcie ofiary na rzecz miłości. Urodziłem się w marcu 1951 roku.

Teraz wiem o nich więcej, niż oni wiedzieli o sobie nawzajem. Tę historię opowiadam dla nich. „Kto mnie usprawiedliwi”, pytał Oskar w swoim ostatnim liście. „Powiedz, że postąpiłam słusznie”, prosiły oczy mamy w ciągu jej ostatnich lat.



PISZĘ PO SZWEDZKU. Gdybym w wieku lat siedemnastu nie był tak zadufany w sobie, pisałbym po norwesku. Lub nie pisałbym wcale. Stałbym się kimś innym.

Piszę po szwedzku, ponieważ wiosną 1969 roku zdaje mi się, że Henryk Ibsen jest szwedzkim pisarzem. Gdyby był przy tym tata, utarłby mi nosa. On sporo wie o Ibsenie. Ale mama nie. W jej głowie nie ma miejsca na nieprzydatną wiedzę. Mama jest psychiatrą, ale ja już uważam, że jestem bardziej oczytany. Mówię więc: „na przykład Ibsen”.

I to rozstrzyga sprawę. Nazajutrz ubiegamy się o azyl w Szwecji: ja, mama, babcia i moi młodsi bracia.

Właściwie chcemy się dostać do Francji. Ale chodzą słuchy, że na odpowiedź każą długo czekać, a czas nagli. Już z nas zrobiono bezpaństwowców i musimy wyjechać z kraju przed upływem sześćdziesięciu dni. Gdy mama proponuje Amerykę, mówię nie: „Ameryka jest wulgarna”. Forsuję Szwecję, gdzie można sobie dobrze żyć ze ścinania tulipanów. A mama, która nie wie nawet takich rzeczy, kontruje Szwajcarią, bo tam przynajmniej mówią po francusku. Nie trafia mi do przekonania. Nie słyszałem o żadnym szwajcarskim pisarzu, to najwyraźniej jakiś marny kraj. No tak, rzuca mama z przekąsem, za to szwedzkich znasz całą masę. I tak, z powodu mego „na przykład Henryk Ibsen”, decydujemy się na Szwecję.


Nie chcę wierzyć, że wszystko to było wyłącznie dziełem przypadku. Ale jeżeli były to istotnie zbiegi okoliczności – to podszyte głębszym sensem. Jak siedemnastolatek w Polsce, wielbiącej USA, wpada na koncept, że dobry smak wymaga, aby ubiegać się o azyl w innym kraju?

Często mam poczucie, jakbym żył o wiele dłużej niż żyłem naprawdę. Jakbym urodził się półtora wieku temu, ale potem, na skutek jakiejś tajemniczej choroby, zapomniał większość z tego, co zdarzyło się przez pierwsze sto lat. Pamiętam jednak, jak tańczę z kobietami ostrzyżonymi na chłopczycę, w sukienkach o prostym kroju, sięgających ledwie za kolana, pamiętam ich ekstrawaganckie kapelusiki i papierosy w długich szklanych lufkach. To muszą być flamy mego ojca, trzydzieści lat przed moim urodzeniem.

 

Śni mi się, że upuszczam krew z jakiegoś mężczyzny. Półleży na pryczy, wysoki i krzepki, z ogoloną głową, jak więzień. Najpierw opróżniam jego lewą stronę. Potem zabieram się za prawą. On pojękuje, bo to boli. Niestety, mówię, to konieczne. Nie mówię jednak, że właściwie chodzi mi o jego pamięć, która płynie w żyłach. Kiedy już jestem gotów, została z niego tylko biała skóra, którą można rozwiesić na sznurze, a ja mam całą balię krwi. Po co mi ona?


Człowiek powinien wiedzieć, dlaczego robi tak, a nie inaczej. Skręca na prawo, wąską drogą, zamiast w lewo, podejmuje rzuconą rękawicę albo uznaje, że go to nie obchodzi. Człowiek ma przecież moralność?

Jedyne, na czym można polegać, to niesmak. Potrafię wprawić w zakłopotanie moje towarzystwo, wstając ni stąd, ni zowąd i wychodząc w trakcie przyjęcia. Wystarczy jakiś ton czy uśmiech. Potem nie umiem wytłumaczyć, co to było, tak jak nie umiałbym opisać jakiegoś zapachu. Przez pewien czas podejrzewałem nawet, że to faktycznie mógł być zapach. Jeżeli strach ma swoją woń, to może podłość też wydziela jakieś molekuły? Myślałem, że mój nos może zatrzymał się na tym etapie, kiedy człowiek potrafił jeszcze zwietrzyć zagrożenie. Aż kiedyś tej samej repulsji doznałem na dźwięk głosu. Dochodził z radia. Słyszałem go wcześniej. Zwiastował złe zamiary.

Co gorsza, prawie nigdy się nie mylę. Ów nieznajomy na przyjęciu w wydawnictwie, którego świątobliwy uśmiech alarmuje mój gadzi mózg, już wkrótce okazuje się Jagonem lub Tartuffem.

Obawiam się, że nie za wiele we mnie moralności. Po fakcie umiem znaleźć wyjaśnienie, czemu zrobiłem tak, a nie inaczej. Ale nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że zrobiłem to świadomie, kiedy uczucie było pierwsze. „Judasz!”, ostrzega sieć neuronów, albo: „Scarpia!”. Pięknie byłoby mieć moralność – logiczną, gładką, konsekwentną. Ale tymczasem muszę wierzyć, że to legendy i zapachy, i wszystkie rzeczy i zdarzenia, które chciano przede mną ukryć, sterują moim tak i nie.

Wszystko w tej książce jest prawdziwe, ale w nic nie trzeba wierzyć.


JAK MAM GO NAZYWAĆ? Synowie mówili do niego tatusiu – po szwedzku brzmiałoby to „pappa”. Lecz nigdy o nim, nawet dzisiaj. Zawsze jest ojcem. Polszczyzna zarezerwowała pewne słowa dla relacji z dziećmi; „Ingmar Bergman nienawidził swego taty” brzmi komicznie. Nie chcę brzmieć śmiesznie, nawet po polsku. Lecz jak mam pisać ja, który nigdy nie myślałem o nim „tatuś”? Chociaż był tatą. Jednak najbardziej był Oskarem. W wieku dwudziestu lat czyta De Profundis Oskara Wilde’a. Kiedy ma lat dwadzieścia siedem, bałamuci rosyjskiego stupajkę, każąc mu wpisać do paszportu Oskar przed Stanisławem.

Na grupowych zdjęciach nie muszę szukać Oskara. Wystarczy omieść grupę wzrokiem, szukając tego, co odstaje. Jeżeli wszyscy są w marynarkach, on jest w lekarskim kitlu. Jeżeli wszyscy są w kitlach, on się odwraca w inną stronę. Albo ma nogę założoną na nogę, kiedy inni ściskają kolana. Nawet na zdjęciu z obozu jenieckiego udaje mu się umieścić prawą dłoń na klamrze pasa w sposób przyciągający wzrok, wyłamujący się z szeregu.

Oskar jest osobny. Wokół niego tworzy się wolna przestrzeń. Nie da się myśleć o nim jako części jakiejś grupy. On się nie integruje. Odstawałby nawet w czwórce bez sternika. Wątpię, czy umiałby wiosłować w takt. Przypuszczalnie sam pomysł zdawałby mu się podejrzany.

Jak mam nazywać ją, która nosiła trzy imiona i przynajmniej pięć nazwisk? Przychodzi na świat jako Lila, chowa się najpierw w Elżbiecie, potem w Elisabeth. Ale dla Oskara zawsze była Izą. To piękny dźwięk, chyba najchętniej była Izą. Ale ja muszę pisać Lila, to imię jej losu, i najwyraźniej też mojego.

Tak mogłaby się zacząć ta historia o nich dwojgu. Moi rodzice nie chcą być swoimi imionami. Ale kiedy to sobie uświadamiam, już jest za późno na pytania.



NA POCZĄTKU BYŁ STRACH. W środku dnia zapada mrok. Próbowano podobno pocieszać mnie empirycznie. Ktoś wyprowadza mnie z domu i pokazuje, że słońce ciągle jest na niebie, to tylko nasze okna zasłonięto płatem czarnej tkaniny. Moje pierwsze wspomnienie można więc datować na marzec 1953, śmierć Józefa Stalina.

Także w drugim wspomnieniu w pokoju jest ciemno, rozjaśnia go jedynie słaby odblask księżyca na tapecie. Ktoś leży w innym łóżku, ktoś, kogo nie znam. Może to mój przyrodni brat, który wkrótce ma umrzeć, a może ktoś z gości. Z jego gardła dobywa się straszliwy dźwięk, mokre rzężenie, czasem trzy razy z rzędu, potem przerwa, jakby przestał oddychać. Przy każdym dźwięku wydawanym przez mężczyznę z drugiej strony pokoju słychać pobrzękiwanie. To szklanka, która drży, wibruje, wędruje po półce za każdym oddechem. Leżę tam i czekam, aż spadnie.

Trzecie wspomnienie: za naszym oknem stoi drzewo. Jego pień rozszerza się ku ziemi jak kloszowa spódnica. Wyobrażam sobie, że jeśli wezmę dobry rozbieg, to wbiegnę szybko po pniu, aby od razu, z głową w dół, zbiec po pierwszej gałęzi tworzącej sklepienie. Tylko muszę nauczyć się szybciej biegać. Wiem, że drzewo na mnie zaczeka. Jest moim przyjacielem.

W centrum małego miasta Kościan mieści się wielki szpital, przemianowany przez mojego ojca na sanatorium. Mieszkamy w dużym dyrektorskim apartamencie, w budynku z dwiema wieżami. Pawilony z czerwonej cegły, które tata nazywa willami, noszą imiona pionierów psychiatrii: Philippe’a Pinela, który w XIX wieku usunął z domu wariatów kajdany i jako pierwszy opisał schizofrenię; Johna Conolly’ego, który próbował usunąć także kaftany bezpieczeństwa; neurologa Władimira Biechtieriewa i Hermanna Simona, który uważał, że sztuka pomaga w terapii. Tylko że o tym wszystkim jeszcze nie mam pojęcia. Do dzisiaj nie wiem, czy to dobrze dorastać w domu dla psychicznie chorych. Nie mam z czym porównać.

Pamiętam wielki park, drzewo i pelerynę. Uwielbiam ją, chociaż jest moim wrogiem. Ma deseń w drobną kratkę – śliska i szeleszcząca. Tkanina zmienia kolor w słońcu i robi się tak miękka, że spływa między palcami. Dotykam rzeczy i wącham je. Tak jakby moje ciało było gotowe urodzić się ślepe. Już nie pamiętam, czy mój miś był brunatny i czy miał oczy. Pamiętam za to trochę duszny zapach i chropowatość pod palcami. Moja peleryna pachnie ładnie, ale życzy mi źle.

Ze schodów da się zejść, lecz kiedy chcemy wejść z powrotem, ja i osoba, z którą byłem w parku, z góry przeczuwam, co mnie czeka. Przydeptuję pelerynę. W polszczyźnie nie ma na to słowa, lecz szwedzkie handlöst (dosłownie: „bez rąk”) świetnie oddaje, co się dzieje. Przez ułamek sekundy, gdy tracę równowagę, trzepię rękami o materiał, a stopa, którą wyrzucam do przodu, szarpie mój namiot jeszcze raz.

To wszystko. Odkrycie ruchu falowego i siły odśrodkowej, drzewo i peleryna. Rodziców w tych wspomnieniach nie ma. Jest mglisty obraz kobiety, która prowadza mnie po parku, ale to nie mama.

Do tego szpitalnego parku i do domu, w którym mieszkałem przez pięć pierwszych lat, dość wiele razy powracałem. Na próżno. Nie pojawia się żadna twarz, żadne uczucie czy zdarzenie. Nawet żaden zapach.

Ale są fotografie. Ja w objęciach mamy, ja na kolanach taty. Musiały zostać zrobione przy tej samej okazji. Mam może ze dwa lata, loczki, pulchne kształty, i jestem histerycznie radosny. Na innych zdjęciach jestem sam albo z obcymi ludźmi – i elegancko wystrojony. Wyglądam, jakbym pozował. Maciuś w fotelu czyta „Problemy”. Maciuś w parku – w ręku ma inne czasopismo. Spojrzenie w obiektyw. Świadome. Musiał to robić zawodowy fotograf.

Pierwsza rzecz, jaką pamiętam z mamą, to że próbuje się mnie pozbyć. Musi być rok 1956, mam pięć lat. Podchodzimy szeroką ulicą do niskiego budynku. Jak Izaak w drodze na górę Moria, nie przeczuwam, co mnie czeka. Wewnątrz jest długi korytarz. Po lewej stronie ciągnie się szereg okien oświetlających ścianę i to straszne, co tam wisi. Potem pamiętam tylko przerażenie. Nie przypominam sobie, żebym krzyczał, prawdopodobnie stężałem w bezruchu. Dziecko dwojga psychiatrów już rozumie, że katatonia działa lepiej niż spazmatyczne szlochy. Po paru minutach jesteśmy na ulicy. Dalszych prób umieszczenia mnie w przedszkolu poniechano. Do dziś nie rozumiem, dlaczego widok pięćdziesięciu worków na buty, powieszonych rzędem, przejął mnie taką grozą.

To było już po przenosinach do Poznania, kiedy miałem iść do szkoły, gdy zobaczyłem, jak rodzice bawią się ze swymi dziećmi. Wynika z tego, że w parku, który przez pięć pierwszych lat był moim światem, nie było innych dzieci.

Jasne, że nie, przecież to był szpital psychiatryczny. Nie przypominam sobie, aby to odkrycie sprawiło mi ból. Pomyślałem pewnie, że to jacyś dziwni dorośli, skoro tak się zniżają. Dziecko to było coś nieforemnego i nieobliczalnego, istota zła i samolubna. Dorośli słusznie unikali tych niegotowych ludzi.

Tak myślałem do chwili, kiedy ukończyłem siedem lat.



Ty mały idioto, mówi mama Adama. Adam się śmieje, a ja czuję ukłucie w sercu. Idziemy wzdłuż długiego muru, po drodze ze szkoły. Adam coś opowiada, jak zwykle z zapałem. „Ty mały idioto” – moja mama nigdy tak nie mówi. Zawsze mówi serio. Gdyby nazwała mnie idiotą, byłoby to w złości. A nigdy tak, wesoło, pobłażliwie i czule. Mam siedem lat i jestem niewierny. Kocham się w mamie Adama. Chcę ją całować, chcę, by czochrała moje włosy na wpół bezwiednie, jak robi z Adamem. A już najbardziej pragnę, by nazywała mnie idiotą. Albo czymkolwiek: robakiem, głąbem kapuścianym, wszystko jedno, byle właśnie tym tonem.

Mamy nie bawią moje wygłupy. Widać to po niewielkim skrzywieniu kącika jej ust. Zazdroszczę Adamowi tak, że to aż boli.

Jestem dzieckiem wytęsknionym. Mama potrafi, tknięta złym przeczuciem, przerwać podróż i wrócić pierwszym pociągiem do domu, aby dowiedzieć się od mojej opiekunki, że tego ranka o mało co nie utopiłem się w kałuży. Kiedy rozchodzą się pogłoski, że sklepowe mleko jest niepewne, mama kupuje na wsi krowę, która po przejściu odpowiednich badań wnosi swój udział do produkcji mojej kaszki. Bańki z mlekiem dostarcza nam podobno specjalnie opłacany woźnica. Jestem stanowczo dzieckiem hołubionym. A w podzięce marzę o tym, by zaadoptowała mnie mama Adama i nazywała idiotą.

Pięćdziesiąt lat później Adam jest równie namiętnym gawędziarzem, jak wtedy, gdy był ośmiolatkiem – światowej sławy specjalistą od starożytnego Rzymu, i duszą każdej wesołej kompanii. Jak od niechcenia pisze sześćsetstronicową historię Rzymu, z której dziś uczą się włoscy studenci. Ja zaś borykam się z każdym wyrażeniem, nie ufam językowi i zatruwam otoczenie swoją melancholią.

Chyba dopiero w czwartej klasie, kiedy przeprowadziliśmy się do dzielnicy robotniczej, dotarło do mnie, że nie tylko Adam ma taką mamę. Świat zdawał się roić od mam. Wołały swoje pociechy przez okna, odbierały je po szkole, przekomarzały się z nimi i targały je za włosy na ulicy. Pachniały kapustą i potem, i wodą kolońską, chodziły z siatkami na zakupy. Przez małe okna mieszkań w suterynie można było widzieć, jak tam na dole robią obiad. Mama z siatkami nie chodziła. Siedziała za zamkniętymi drzwiami i nie wolno było jej przeszkadzać. „Uwaga, Yeti!”, ostrzegał napis na drzwiach. Dużo mówiło się w owym czasie o człowieku śniegu, Yetim, ponieważ Hillary rzekomo widział małpoluda w trakcie podejścia na Everest. Gdy wiele lat później opowiedziałem o tej tabliczce terapeucie, parsknął śmiechem. Chyba nie zapłaciłem za tę sesję.

Tak, zazdrościłem chłopcom targanym przez mamy za włosy i wyzywanym od idiotów. Nieco później, gdy zrozumiałem, że to też się zdarza, zazdrościłem tym, którzy w czasie ferii wyjeżdżali gdzieś razem z rodzicami. Chociaż nie wpadło mi nigdy do głowy, by oczekiwać czegoś takiego dla siebie. Nie przypominam sobie nawet skrytych marzeń o takiej intymności. Przypuszczalnie sam pomysł napawał mnie lękiem. Jeden jedyny raz wybraliśmy się w podróż razem, tylko ona i ja. Ona – spięta i zirytowana, jak zwykle bywa z kimś, kogo się nie zna. Nazywało się to, że chce mi pokazać piękny Kraków i kopalnię soli w Wieliczce. Ale to były zasłony dymne. Celem podróży był Oświęcim.


Kiedy przychodzi sobotni wieczór, babcia zdaje relację z tego, jak my, jej wnuki, sprawowaliśmy się w ciągu tygodnia. Potem ten, który był najgrzeczniejszy, prowadzi marsz – trzy okrążenia wokół stołu. Nagroda zwycięzcy to przywilej noszenia czapki taty podczas tej parady.

 

Ten zaszczyt liczy się podwójnie, ponieważ czapka jest zakazana: to rogatywka, nad daszkiem ma orła w koronie. Polscy żołnierze mają teraz czapki bez rogów, orły bez korony. Czapki okrągłe jak patelnie, choć nie tak wielkie jak sowieckie.

Bordowy aksamitny otok znaczy, że tata jest lekarzem. Srebrny galon na daszku, że jest oficerem. Trzy gwiazdki, że ma stopień kapitana. Nad daszkiem biegnie pasek, który można odpiąć i założyć sobie pod brodę. Wygląda to dziwnie. Ale robi się tak tylko wtedy, kiedy się pełni uroczystą wartę.

Zbyt często tak się składa, że to najmłodszy brat prowadzi rundę honorową. Ma na imię Jarema, na pamiątkę słynnego rezuna, pogromcy chłopskiego powstania. On jest babcinym oczkiem w głowie i wzorem dziecięcych cnót. Jarema nie za wiele może widzieć w rogatywce opadającej mu na oczy, ale zawczasu musiał odmierzyć kroki, bo stół okrąża tam, gdzie trzeba.

Ile mam lat, kiedy odkrywam, że czapka nie jest prawdziwa?

Jest taka czysta, na daszku nie ma ani zadrapania. Nie ma jej na wojennych zdjęciach taty, gdzie albo jest z gołą głową, albo w furażerce. Jego kapelusze zawsze pod denkiem mają wszyty firmowy znak kapelusznika. Jedwabne metki wyszywane srebrną nitką. Podnieca mnie ich dotykanie. Lecz w oficerskiej rogatywce nie ma nic. Fachowiec, który dał się namówić na ten zakazany wzór, wolał nie podpisywać swojego występku.

Rogatywką nie wolno się bawić, ona jest trochę święta. Piętnaście lat później, kiedy pozostał mu tylko rok życia, każe się sfotografować i wysyła zdjęcie swoim synom w Szwecji. W tej czapce, z dwoma palcami przy daszku. Ostatni salut.


Gdy zdarzy mi się popełnić jakieś głupstwo, mama się złości i wyzywa mnie od nicponiów. Natomiast Oskar mówi tylko, że Maćko nigdy by tak nie postąpił – a to bardziej boli. Na imię mam Maciej na cześć owego Maćka – tego, co w lipcu 1410, odziany w stal i pióropusze, pokonał armię krzyżacką w bitwie pod Grunwaldem. Wszyscy wiedzą, że Maćko jest straszliwy w boju, lecz poza tym – do rany przyłóż. To postać z powieści pana Sienkiewicza. Ale Oskar wyjmuje grubą księgę o kruchych stronicach i tam, w spisie polskich rodów rycerskich, czyta nam o trzech braciach Bielawskich herbu Zaremba, którzy brali udział w tej bitwie i w podzięce za zwycięstwo erygowali kościół.

Nasz herb jest wspaniały. Czarny lew z wyciągniętym językiem i rozcapierzonymi pazurami staje dęba nad zamkowym murem. Nad nim rycerski hełm w koronie, zwieńczony takim samym lwem. Na srebrnym pucharku, który jest moim podarunkiem chrzestnym, ten mur zamkowy jest z korala. Czasami wolno mi zapieczętować list taty. Oskar ściąga swój sygnet z wyrytym herbem, a ja mogę chuchnąć na niego i wcisnąć złoto w grudkę czerwonej lawy. Wdychać woń stopionego laku to czuć się wybrańcem.

Tata nie mówi nigdy, że ci z herbem są lepsi od innych, tylko że nam nie wolno go pokalać. Trzeba być wielkodusznym wobec słabych i hardym wobec możnych, walczyć z otwartą przyłbicą, dotrzymywać słowa i szanować damy. Noblesse oblige, potrafi westchnąć tata, kiedy w tramwaju ustępuje miejsca dużo młodszej kobiecie. Noblesse oblige, słyszę, kiedy wygląda na to, że chcę pozwolić babci wynieść kubeł ze śmieciami.

Lecz w książkach ci herbowi są cenieni wyżej. Nawet ten najuboższy jest zawsze więcej wart od jakiegoś bogatego kramarza. Kupiec mówi „wasza wielmożność pozwoli”, ściąga czapkę i kłania się do samej ziemi. To wielki zaszczyt dla niego, móc udzielić gościny jego łaskawości. Kupcowi oczywiście wstyd, że sprzedaje drogo to, co kupił tanio, jak jakiś Żyd. Herbowi nigdy tak nie robią, dla nich liczy się tylko honor; grosze niech ściubią ludzie małego ducha. Jedynie u Balzaca ci herbowi żenią się czasem dla pieniędzy, ale to przecież Francja.

W polskich książkach herbowi nie zawsze są dobrzy. Książę, na cześć którego Jarema dostał swoje imię, nabija ludzi na pal, ale wyłącznie za najgorsze wykroczenia. Bywają gwałtowni, porywczy i okrutni, ale prawie żaden z nich nie jest podły. Chyba że nosi imię Zygfryd albo Ulrich i szwargocze po niemiecku.

Herb pomaga. O ile ciężko jest bez przerwy – z racji pochodzenia – musieć zmywać naczynia i usługiwać mamie, o tyle kompensuje to z nawiązką znudzona mina, jaką przybieram, gdy kolega z klasy chwali się, że mają auto. Samochód może kupić sobie każdy. Lecz tego, co ja mam, nie można dostać za pieniądze. Nie mówię tego, bo herbowi nigdy się nie przechwalają, nawet samochodami.

Nie muszą. Każdy wie, że to herbowi stoczyli wszystkie wojny i napisali wszystkie książki. „Autor urodził się w 1505 roku, w zamożnej rodzinie szlacheckiej”, można przeczytać o tych dawnych, a o tych nowych, że „autor urodził się w roku 1897, w zubożałej rodzinie szlacheckiej”. W szkolnych podręcznikach piszą, że wszyscy ludzie rodzą się równi, ale każdy słyszy, że „rycerski” brzmi lepiej niż „chamski”. Wieśniacy są okrutni, głupi i zapici, i ledwie umieją się wysławiać, tak wynika z najpopularniejszych szlagierów. Mieszkamy w „rzeczypospolitej ludowej”, w której „wieśniak” jest wyzwiskiem.

W domu nie mówi się nigdy o pieniądzach. Nie przy dzieciach. Pięćdziesiąt lat później, w archiwum, ściska mnie za gardło. Kiedy zaczynam szkołę i mogę porównać, nie zdaje mi się, byśmy byli biedniejsi od innych. Mieszkamy wśród pięknych orzechowych mebli, Księstwo Warszawskie, polski rodzaj empire’u, choć nie tak wystawny. Na zdjęciach z tych lat pięciolatek ubrany jest w niebieski aksamit i białe getry, mama nosi futro. Ale jesteśmy już bez grosza. Doktor Oskar Bielawski, były dyrektor szpitala, zalega z opłatą rachunków w wysokości dwóch rocznych pensji, komornik już wycenił jego biurko i obrazy. Widzę, że dostał z łaski etat w jakiejś przychodni, ale teraz rozważa się zakaz prowadzenia prywatnej praktyki. Oficjalnie dlatego, że w Polsce lat pięćdziesiątych jest za wielu lekarzy. Prawdziwy powód jest zapisany niewprawnym charakterem pisma na marginesie tej decyzji: „Negatywnie nastawiony do nowego ustroju”.

Mama musi wiedzieć, że jej mąż, który kupuje jej naszyjniki z pereł, jednocześnie pożycza na jedzenie. Myślę, że ona protestuje, ale nie za bardzo. Ona także wie, że noblesse oblige.

Chyba już jestem nastolatkiem, gdy się dowiaduję, dlaczego musieliśmy opuścić jasne mieszkanie w przyszpitalnym parku i przeprowadzić się do ponurego budynku w Poznaniu, gdzie na schodach czuć uryną, a przy drzwiach są trzy dzwonki, jeden dla każdej rodziny. Ale dopiero czterdzieści lat później odkrywam w archiwum, że być może nie było to nieuniknione. Wiosną 1957 roku Oskar dostaje propozycję: Partia gotowa jest przymknąć oko na jego brak entuzjazmu dla osiągnięć psychiatrii radzieckiej. Może pozostać dyrektorem szpitala, który zbudował od podstaw. Pod warunkiem, że wyrzuci z pracy żonę.


POWINNI BYLI PRZEJŚĆ przez Oświęcim objęci. Ale idą każde osobno, jak dwoje obcych. Przed górą ściętych kobiecych włosów on płacze sam.

Przez całą tę podróż, kiedy matka ma pokazać synowi stary Kraków i kopalnię soli w Wieliczce, ściągam na siebie więcej krytycznych uwag niż zwykle. Kiedy coś powiem, to głupio lub nie w porę. Ale teraz zrobiło się gorzej. Już z rana, kiedy mamy iść na pociąg, ona zamyka się w sobie. Gdy przechodzimy pod napisem Arbeit macht frei, nie chcę być jej synem.

Mogliśmy przejść przez Oświęcim objęci i większość rzeczy potoczyłaby się inaczej. Gdybym nie był tak cholernie dobrze ułożony. Gdyby jakiś głos z góry powiedział: Zrób to! Krzyknij do niej, wśród hałd dziecięcych butów, okularów, prochów i popiołów, ponad głowami zaszokowanych szkolnych grup: „Dlaczego mi to robisz! Jestem tu, razem z tobą, w Oświęcimiu! Jestem twoim synem!”.

O, mamo… Zemdlałabyś, chlusnąłbym wodą z wiadra przeciwpożarowego, a kiedy doszłabyś do siebie, już byś się mnie więcej nie bała.

Dowiedziałbym się, dlaczego nie masz kuzynów i kuzynek, i że twoje prawdziwe imię to Lila. Kochałabyś mnie tak, jak kocha się wyzwoliciela.

Tak się nie dzieje. Jeszcze przez pięć lat udaje jej się ukryć przed dziećmi, że mają przeznaczenie. Jeszcze przez pięć lat on może w fantazjach ćwiczyć swoją rycerskość, traktując Żydów i Cyganów prawie jak równych sobie. A kiedy w 1968 roku nie dostaje się na studia, ona pozwala mu wierzyć, że najzwyczajniej nie zdał.