Jutro przypłynie królowa

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Raz czy dwa gra­ni­ca opa­dów prze­bie­gła po­środ­ku Adam­stown. Jed­ni cie­szy­li się na­peł­nio­ny­mi becz­ka­mi, inni wy­cią­ga­li wia­dra, pro­si­li o wodę. Nie zro­zu­mie tej mo­dli­twy ten, kto nie wy­bie­rał desz­czów­ki z dna ło­dzi, kto nie mu­siał pa­trzeć z za­schnię­ty­mi usta­mi, jak umie­ra ogród, naj­waż­niej­szy ży­wi­ciel.

Na Pit­ca­irn jada się dwa razy. Oko­ło po­łu­dnia śnia­da­nie, obia­do­ko­la­cję zwy­kle póź­nym wie­czo­rem, kie­dy pra­ca skoń­czo­na i moż­na ga­pić się na pal­ce u stóp przy bu­tel­ce piwa z No­wej Ze­lan­dii. Na sto­le drób, pie­czo­ne ziem­nia­ki i cy­tru­sy. Na ana­na­sy mówi się „jabł­ka”. A ja­bło­nie tu­taj nie ro­sną.

Bu­dzą się o siód­mej. Lu roz­pa­la ogień pod ko­tłem, dłu­go myje ręce, po­tem idzie do uli. Miód z jego pa­sie­ki tra­fia na stół kró­lo­wej Elż­bie­ty II.

– Po­dob­no lubi mój miód. Wię­cej w li­ście nie na­pi­sa­ła – opo­wia­da Lu. – Trzy­mam ten list w szu­fla­dzie, pod klu­czem. ­Cza­sem wy­cią­gnę i czy­tam na po­lep­sze­nie na­stro­ju wszyst­kie czte­ry zda­nia po dwa razy. I po ci­chu, bo lu­dzie nie­na­wi­dzą kró­lo­wej.

Cho­dzi do psz­czół trzy–czte­ry razy w ty­go­dniu. Kar­mi je cu­krem, do­glą­da. Miód z Pit­ca­irn jest naj­czyst­szy, naj­słod­szy. Lu mówi, że do­brze robi na ner­wy.


Wie­czo­ra­mi, kie­dy po­koń­czy co pil­niej­sze pra­ce, sia­da w fo­te­lu nad książ­ką, po kil­ku stro­nach za­sy­pia na sie­dzą­co. I tak co­dzien­nie, do so­bo­ty. So­bo­ta jest dniem wol­nym od pra­cy. Pię­cio­ro wy­spia­rzy uczest­ni­czy w na­bo­żeń­stwie. Resz­ta od­wró­ci­ła się od pa­sto­ra, ale nikt nie chce po­wie­dzieć dla­cze­go. Wy­spa zo­sta­ła za­dwen­ty­zo­wa­na w 1890 roku. Nie ma dru­gie­go Ko­ścio­ła, nie ma in­nej re­li­gii. Tyl­ko Ad­wen­ty­ści Dnia Siód­me­go.

Lu zo­sta­je w domu, a wier­ni spo­ty­ka­ją się w mu­ro­wa­nym bu­dyn­ku przy pla­cu Głów­nym. Fa­sa­da jest po­bie­lo­na wap­nem. Ktoś przy­ci­snął dziew­czy­nę do muru ko­ścio­ła, po­tem wo­ła­li za nią: „Bla­da dupo, wróć!”.

Pa­stor Mey­ers mówi, że nic nie sły­szał, że lu­dzie mu nie opo­wia­da­ją. Tęgi, po sześć­dzie­siąt­ce, źle zno­si tro­pi­kal­ny upał. Oży­wia się, gdy te­mat scho­dzi na psz­czo­ły. Twier­dzi, że miód z jego pa­sie­ki tak­że jest naj­słod­szy.

– Pa­sto­rze, czy wie­rzy pan, że lu­dzie mają z na­tu­ry do­bre in­ten­cje?

– My, ad­wen­ty­ści, po­strze­ga­my ży­cie ziem­skie jako czas wiel­kie­go boju mię­dzy Bo­giem a sza­ta­nem. Raz czło­wie­ko­wi pod­po­wia­da Bóg, raz szep­cze sza­tan. Waż­ne, by zdą­żyć umrzeć przy Chry­stu­sie, bo tyl­ko On daje zba­wie­nie i nie­śmier­tel­ność.

– Czy Pit­ca­ir­neń­czy­cy są re­li­gij­ni?

Wy­mow­ne spoj­rze­nie pa­sto­ra.

Py­tam da­lej:

– Po­dob­no wy­zna­ją jed­ną z fun­da­men­tal­nych dok­tryn ad­wen­ty­stów: pie­kła nie ma.

Mil­cze­nie. Pa­stor, za­miast mó­wić, pod­ty­ka mi bro­szu­rę: „Ta­jem­ni­ca wy­spy Pit­ca­irn – hi­sto­ria oca­le­nia pierw­szych osad­ni­ków, któ­rzy w porę otwo­rzy­li ser­ca na Bi­blię”.

„Dzie­wię­ciu bun­tow­ni­kom uda­ło się ujść przed po­ści­giem i do­trzeć do wy­spy Pit­ca­irn, gdzie się osie­dli­li. Tu jed­nak­że zwy­rod­nie­li do tego stop­nia, że za­cho­wy­wa­li się go­rzej od naj­więk­szych dzi­ku­sów, za­mie­nia­jąc wy­spę w ist­ne pie­kło. Przy­czy­ną tego zwy­rod­nie­nia była pro­duk­cja al­ko­ho­lu, któ­ry pę­dzi­li z pew­nych ziół i ko­rze­ni ro­ślin. Bi­ja­ty­ki i kłót­nie były na po­rząd­ku dzien­nym. Za­bój­stwa i cho­ro­by prze­trze­bi­ły lud­ność, tak iż w koń­cu po­zo­stał z bia­łych tyl­ko je­den męż­czy­zna, Alek­san­der Smith, a z kra­jow­ców kil­ka­dzie­siąt ko­biet z nie­let­ni­mi dzieć­mi. […] W skrzyn­ce jed­ne­go ze zmar­łych bun­tow­ni­ków zna­le­zio­no Bi­blię. Smith za­brał zna­le­zio­ną książ­kę do sie­bie i za­czął pil­nie czy­tać. Co naj­waż­niej­sze, wie­rzył on Sło­wu Bo­że­mu i za­czął za­sto­so­wy­wać w ży­ciu co­dzien­nym na­uki w nim za­war­te. Cała nie­szczę­sna prze­szłość oży­ła na­gle w pa­mię­ci Smi­tha, wy­wo­łu­jąc wy­rzu­ty su­mie­nia. Po­sta­no­wił na­pra­wić, co się jesz­cze dało. Za­czął tedy gro­ma­dzić ko­bie­ty i dzie­ci, któ­re jesz­cze po­zo­sta­ły przy ży­ciu, i na­uczać je prawd chrze­ści­jań­skich. […] Lud­ność wy­spy zo­sta­ła schry­stia­ni­zo­wa­na i rząd an­giel­ski nie miał już wię­cej po­wo­du do kon­ty­nu­owa­nia ak­cji kar­nej. Na wy­spie nie było już wa­ria­tów, pi­ja­ków i zbrod­nia­rzy”.

– A gdzie znaj­dę Kre­ty­na, pa­sto­rze?

– Kre­ty­na?

– Żył tu upo­śle­dzo­ny chło­pak, miał na imię Kre­tyn. Wiem, że uro­dził się nie­do­ro­zwi­nię­ty. Jak go oj­ciec z mat­ką zo­ba­czy­li, to go od razu na­zwa­li Kre­tyn.

– Na na­szej wy­spie nie ma upo­śle­dzo­nych.

* * *

Ve­ro­ni­ka pró­bu­je żar­to­wać, ale na jej twa­rzy wi­dać na­pię­cie.

– Po­zna­łam faj­ną dziew­czy­nę, cię­ła się no­żem. Mó­wi­ła: „Na mo­ich rę­kach moż­na grać w kół­ko i krzy­żyk”.

– Gdzie ją po­zna­łaś?

– Nie­waż­ne. Mam zwa­rio­wa­nych przy­ja­ciół. Same świ­ry. Inna, Judy, nig­dy nie pła­ci­ła za drin­ki w Blue Ba­rze. Nie piła dużo. Za­ma­wia­ła dwa, trzy, a po­tem pro­wo­ko­wa­ła bar­ma­na: „Mogę cię ze­rżnąć. Je­den drink, jed­no rżnię­cie”. Ro­zu­miesz? Nie, że da się rżnąć, ale że ona ze­rżnie. Im­po­no­wa­ła mi.

– By­li­śmy w Blue Ba­rze.

– No i?

– Tam się pła­ci przy od­bio­rze.

– Co chcesz po­wie­dzieć?

– Nic. Bil­ly też tam przy­cho­dził?

– Bil­ly to zu­peł­nie inna hi­sto­ria. Był stu­den­tem me­dy­cy­ny, sy­nem le­ka­rzy, u nich ja­da­ło się wspól­nie i za­wsze o tej sa­mej po­rze. Bil­ly był nud­ny do po­rzy­ga­nia.

– Rzu­cił cię?

– Ja go rzu­ci­łam. Mnie po pro­stu wzru­sza­ją ci pięk­ni mło­dzi chłop­cy, ucze­sa­ni, po­chy­la­ją­cy się nade mną, współ­czu­ją­cy. Ksią­żę­ta w ka­brio­le­tach, my­ślą, że mnie na­pra­wią, po­skła­da­ją. Od­sy­łam ich na drze­wo po dwóch spo­tka­niach. Z Bil­lym by­łam tro­chę dłu­żej. Zo­bacz, to jego zdję­cie.

– Po­każ rękę.

– Co?

– Bli­zny. Gra­łaś w kół­ko i krzy­żyk?

– Od­pieprz się.

– Nie ma żad­nej Judy, praw­da?

– Idź już. Wła­ści­wie nie wiem, dla­cze­go zgo­dzi­łam się na roz­mo­wę. Idź już.

– Jak so­bie ży­czysz.

– Zo­stań! Za­pa­rzę her­ba­tę. Na sto­le stoi szka­tuł­ka z brą­zo­wym cu­krem. Na­pi­jesz się her­ba­ty? Je­stem taka głu­pia.

* * *

Po­łu­dnie, lu­dzie roz­pierz­chli się po do­mach. Mil­cze­nie prze­ry­wa­ne jest be­cze­niem kóz, miau­cze­niem ko­tów. Na jed­no ludz­kie sło­wo koza za­me­czy sto razy. Cały ten bez­ruch wpra­wia w otę­pie­nie.

Przy­błą­kał się ko­zioł, wo­ła­ją go Kidd. Słoń­ce grze­je mu ku­dły, ocie­ra ko­py­to o ko­py­to, gapi się – głu­pio, za­do­wo­lo­ny.

Lu mówi, że daw­no nie wi­dział szczę­śli­we­go czło­wie­ka. I że oczy ta­kie­go czło­wie­ka błysz­czą. Po­wsta­ją wo­kół nich drob­ne zmarszcz­ki. Ką­ci­ki ust są lek­ko unie­sio­ne. Czło­wiek szczę­śli­wy wy­ko­nu­je spon­ta­nicz­ne ru­chy, bez więk­sze­go sen­su i celu. Cza­sem na­wet ska­cze, klasz­cze, tań­czy, daje upust emo­cjom. Naj­le­piej wi­dać to u dzie­ci oraz idio­tów.

Wy­spia­rze nie oka­zu­ją emo­cji, a kie­dy już się śmie­ją, ro­bią to na wy­rost, ner­wo­wo. O! Szczur ucie­ka przed ko­tem! Sal­wy śmie­chu. Moe do­stał de­ską w ryj! Śmiech. Wszyst­ko to dziw­ne: cia­ło nie od­chy­la się w tył, nie drży. Ktoś po­wie­dział, że od pit­ca­ir­neń­skie­go śmie­chu nie­da­le­ko do hi­ste­rii. Kie­dy wy­spia­rze się smu­cą, marsz­czą brwi. Zmarszcz­ki po­przecz­ne two­rzą się nie na ca­łej sze­ro­ko­ści, ale w środ­ko­wej czę­ści czo­ła, jak to bywa przy zdzi­wie­niu. Czło­wie­ka smut­ne­go po­znasz po zmarszcz­kach na środ­ku czo­ła.

Ga­nek przed ru­de­rą: ko­bie­ta pie­cze ba­na­ny na ka­mien­nym pie­cu. Ma za­mglo­ne oczy i zmarszcz­ki na środ­ku czo­ła. Tuż obok męż­czy­zna, chy­ba jej mąż, szlach­tu­je kozę, za­raz za­wie­si ją nad ogniem. Pierw­szy piec po­ja­wił się na wy­spie w 1921 roku.

– Po­dob­no słu­żył wszyst­kim przez czter­dzie­ści lat – opo­wia­da Lu z roz­rzew­nie­niem, z ja­kim czło­wiek wspo­mi­na coś, co nie wró­ci.

– Zja­da­cie kozy, ale nig­dy ich nie do­icie. Dla­cze­go?

– Z za­nie­dba­nia. Nie­do­jo­na koza tra­ci po­karm.

– Ma­cie aż tyle po­ży­wie­nia?

– Nam już się ni­cze­go nie chce.

Kid­do­wi jesz­cze się chce. Sika so­bie w pysk.

– Fe­ro­mon na sa­mi­ce – tłu­ma­czy Lu. Zmarszcz­ki na środ­ku czo­ła.

Więk­szość kóz zdzi­cza­ła, po­szła sa­mo­pas, ucie­kła od czło­wie­ka do dżun­gli. Nie­strzy­żo­ne, przy­po­mi­na­ją mon­stra.

* * *

Prze­glą­dam kro­ni­ki z Przy­sta­ni. Za­pi­su­ją każ­dy sta­tek, każ­dy jacht, któ­ry za­wi­nął na wy­spę. Pro­wa­dzą je od dwu­stu lat, ale do dziś nie zbu­do­wa­li por­tu.

14 czerw­ca 1921:

„Wy­spę wi­zy­tu­ją sir Ce­cil Ro­dwell, wy­so­ki ko­mi­sarz bry­tyj­ski, za­rząd­ca wysp za­chod­nie­go Pa­cy­fi­ku wraz z żoną. Ko­bie­ta jest pierw­szą An­giel­ką, któ­ra sta­nę­ła na Pit­ca­irn”.

10 sierp­nia 1921:

„Przy­pły­nął bry­tyj­ski pa­ro­wiec Ri­mu­ta­ka. Ka­pi­tan Hem­ming po­da­ro­wał nam kart­kę pocz­to­wą z al­fa­be­tem Mor­se’a. Wuj Fi­sher, ku­zyn Per­cy i ja, An­drew, od­ry­so­wa­li­śmy ko­pie i wy­mie­ni­li­śmy sy­gna­ły z dwóch krań­ców Dro­gi Głów­nej. Po­wtó­rzy­li­śmy to na od­da­lo­nych o pół­to­ra ki­lo­me­tra wierz­choł­kach gór. Od tej pory na­szym ce­lem sta­ło się ścią­ga­nie stat­ków, któ­re mo­gły­by za­bie­rać pocz­tę. Była noc, kie­dy na­wią­za­li­śmy pierw­szy kon­takt – ka­pi­tan zgo­dził się za­brać li­sty. Wia­do­mość o na­szych prak­ty­kach do­tar­ła do fir­my Mar­co­ni. Po kil­ku mie­sią­cach przy­sła­li nam krysz­ta­ło­wy od­bior­nik na su­che ba­te­rie. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzie­li­śmy, jak je pod­łą­czyć. Po­mógł nam do­pie­ro ka­pi­tan Ca­me­ron ze stat­ku Re­mu­era. Kil­ka dni póź­niej na­wią­za­li­śmy po­łą­cze­nie z frach­tow­cem Co­rin­thia. Lu­dzie ze­bra­li owo­ce na han­del. Tej nocy nie mo­głem za­snąć”.

 

22 paź­dzier­ni­ka 1928:

„Przy­pły­nął Ar­nold Hare, spo­krew­nio­ny z pa­sto­rem. Od­sprze­dał nam dwa sil­ni­ki sa­mo­cho­do­we. Je­den po­słu­żył za mo­tor do ło­dzi, to pierw­sza łódź mo­to­ro­wa na Pit­ca­irn. Dru­gi po­pra­wił pra­cę ra­dio­od­bior­ni­ka. Sy­gnał do­cie­ra już na od­le­głość dwu­stu czter­dzie­stu ki­lo­me­trów. Pe­wien ma­ry­narz z An­glii po­wie­dział, że mój sy­gnał przy­po­mi­na dźwięk mał­py szcza­ją­cej na bę­ben”.

24 grud­nia 1940 roku:

„Pit­ca­ir­neń­czy­cy po­da­ro­wa­li bry­tyj­skim we­te­ra­nom wo­jen­nym trzy­sta czter­dzie­ści czte­ry la­ski z drze­wa po­ma­rań­czo­we­go”.

19 mar­ca 1943 roku:

„Pit­ca­ir­neń­czy­cy po­na­wia­ją za­pro­sze­nie skie­ro­wa­ne do sie­rot po bry­tyj­skich żoł­nier­zach, a do An­glii wy­sy­ła­ją ko­lej­ną par­tię la­sek”.

* * *

Dla dzie­ci na Pit­ca­irn każ­dy kraj to wy­spa. Świat to dzie­siąt­ki wysp po­roz­rzu­ca­nych po oce­anie. Mapa jest jak świę­ta księ­ga – trak­tu­je o rze­czach abs­trak­cyj­nych i trze­ba brać ją na wia­rę. Kie­dy po­wiesz dziec­ku, że ist­nie­ją lądy ty­siąc razy więk­sze od Pit­ca­irn, to przy­ło­ży dło­nie do ust i za­pisz­czy w za­dzi­wie­niu. Na wy­spie żyje dzie­się­cio­ro dzie­ci z dwóch mał­żeństw. W je­dy­nej szko­le, w do­li­nie Pu­lau, jest sie­dem ła­wek: dla czwor­ga Wat­kin­sów i troj­ga Nel­so­nów; naj­młod­sza Abi­ga­il ma sześć lat, naj­star­szy Ru­fus – trzy­na­ście. Jest tyl­ko jed­na kla­sa i jed­na na­uczy­ciel­ka. Na kor­ko­wej ta­bli­cy wy­druk z fo­to­gra­fia­mi sze­ścior­ga do­ro­słych. Pod­pi­sa­ny: „Lu­dzie, któ­rym ufa­my”. Jed­no z pierw­szych py­tań, ja­kie usły­sza­łem od dziec­ka na Pit­ca­irn, to: „Komu ufasz?”.

Star­szy­zna ubo­le­wa, że z każ­dym dzie­się­cio­le­ciem po­pu­la­cja spa­da, a wy­spie gro­zi wy­lud­nie­nie. Ko­bie­ty nie chcą ro­dzić. A dzie­ci to prze­cież wła­dza. Kto ma dużo dzie­ci, zo­sta­je bur­mi­strzem i rzą­dzi wy­spą.

Wy­bo­ry od­by­wa­ją się co trzy lata w wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Bur­mi­strzem może zo­stać tyl­ko uro­dzo­ny na Pit­ca­irn. Gło­su­ją peł­no­let­ni miesz­kań­cy, osta­tecz­nie o zwy­cię­stwie de­cy­du­je naj­bliż­sza ro­dzi­na. Wy­bra­ny za­rzą­dza fi­nan­sa­mi i wy­da­je dy­rek­ty­wy. Do­ra­dza mu dzie­wię­cio­oso­bo­wa rada, ale to bur­mistrz po­dej­mu­je wią­żą­ce de­cy­zje: w po­bli­żu czy­je­go domu zbu­do­wać dro­gę, jak roz­dy­spo­no­wy­wać bry­tyj­skie pie­nią­dze.

– Jest też sę­dzią – tłu­ma­czy Don­na. – Pro­wa­dził­by re­jestr skarg i roz­strzy­gał­by spo­ry mię­dzy wy­spia­rza­mi, gdy­by ist­nia­ły. O po­waż­nych prze­stęp­stwach po­wi­nien po­wia­do­mić pro­ku­ra­tu­rę w No­wej Ze­lan­dii. W jego kom­pe­ten­cjach leży też na­kła­da­nie grzy­wien.

Ale żeby móc ich ka­rać, lu­dzie mu­szą wie­dzieć, cze­go im nie wol­no. Co ja­kiś czas od­by­wa się za­tem pu­blicz­ny od­czyt praw na pla­cu Głów­nym:

Je­śli pies za­gry­zie udo­mo­wio­ną kozę, to opie­kun psa uisz­cza grzyw­nę. Po­ło­wę prze­ka­zu­je wła­ści­cie­lo­wi kozy, po­ło­wę temu, kto wska­zał psa.

Je­śli dziec­ko za­bi­je kota, zo­sta­je pod­da­ne ka­rze cie­le­snej. Do­ro­sły za to samo prze­wi­nie­nie uisz­cza grzyw­nę. Musi też sa­mo­dziel­nie wy­ła­pać dwa­dzie­ścia szczu­rów.

Każ­dy wy­spiarz może ubie­gać się o zie­mię pod upra­wę. Może też wy­ciąć tyle drzew, ile jest po­trzeb­ne do bu­do­wy domu. Nad­wyż­kę na­le­ży prze­ka­zać na­stęp­ne­mu, kto ze­chce wy­bu­do­wać dom. Bu­dy­nek musi po­wstać w cią­gu trzech lat od dnia ścię­cia. In­a­czej zie­mia i drew­no zo­sta­ną ode­bra­ne.

Za­bra­nia się ści­na­nia drzew, je­śli za­le­ga­ją za­pa­sy drew­na.

Kura, któ­ra prze­do­sta­nie się na cu­dzą zie­mię, może być od­strze­lo­na. Wła­ści­ciel zie­mi może ubie­gać się o zwrot amu­ni­cji u wła­ści­cie­la kury.

Każ­dy, kto han­dlu­je ze stat­ka­mi bez zgo­dy prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Wy­spy, pod­le­ga ka­rze grzyw­ny. Za­kup al­ko­ho­lu jest su­ro­wo za­bro­nio­ny, chy­ba że do ce­lów me­dycz­nych.

Ko­bie­tom nie wol­no wcho­dzić na po­kład stat­ków bez opie­ki. Musi im to­wa­rzy­szyć czte­rech męż­czyzn.

– Pra­wo jest sta­re i mar­twe – mówi Lu. – Ale bur­mistrz Edward „Cia­stecz­ko” Wat­kins uwiel­bia przy­po­mi­nać o spra­wie­dli­wo­ści. Wy­grał z Don­ną dwo­ma gło­sa­mi.

* * *

Spoj­rzy i wy­da­je się, że wie o to­bie wszyst­ko. Zmie­niam ba­te­rię w apa­ra­cie, na co Don­na mówi:

– Wi­dzia­łam, jak zdję­cie za­bi­ło czło­wie­ka.

Po­tem od­wra­ca wzrok, po­rząd­ku­je świst­ki, po­roz­rzu­ca­ne kart­ki. Nie­któ­re prze­kre­ślo­ne czer­wo­nym fla­ma­strem, pod­pi­sa­ne: OD­RZU­CO­NO. Ta jest na wierz­chu:

„Na­zy­wam się Ri­chard Bud­dy (imię i na­zwi­sko zmie­nio­ne), mam pięć­dzie­siąt sie­dem lat, miesz­kam w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. Je­stem sto­la­rzem, ad­wen­ty­stą.

Tak się ży­cie uło­ży­ło, że nie mam żony ani dzie­ci. Je­stem sa­mot­ny. Od­kąd pa­mię­tam, pra­gną­łem żyć w ko­mu­nie, po­śród szczę­śli­wych, re­li­gij­nych lu­dzi. W koń­cu do­wie­dzia­łem się o Wa­szym ist­nie­niu. Wie­rzy­my w jed­ne­go Boga, wy­zna­je­my te same n a j l e p s z e za­sa­dy. My­ślę, że mógł­bym się przy­dać. Po­tra­fię cięż­ko pra­co­wać, nie mam na­ło­gów. Chciał­bym zna­leźć dom na Pit­ca­irn. Pro­szę o zgo­dę na przy­jazd. W za­łącz­ni­ku prze­sy­łam ży­cio­rys.

Z sza­cun­kiem, R.B.”

Czer­wo­ny fla­ma­ster – OD­RZU­CO­NO.

– Ży­cio­rys na jed­ną stro­nę? Za krót­ki jak na pięć­dzie­siąt sie­dem lat ży­cia – zby­wa mnie Don­na. Jest szorst­ka, mówi oszczęd­nie, naj­czę­ściej za­im­ka­mi: mój, twój, ktoś, coś, nig­dy.

– Do­sta­je­my ty­sią­ce po­dob­nych li­stów – Lu ła­go­dzi ton Don­ny. – Od ty­się­cy Eu­ro­pej­czy­ków i Ame­ry­ka­nów go­to­wych zre­zy­gno­wać z do­tych­cza­so­we­go ży­cia od za­raz. Lgną do nas za­gu­bie­ni. Lu­dzie, któ­rym brak toż­sa­mo­ści. My­ślę, że Pit­ca­irn to coś w ro­dza­ju ich ostat­niej szan­sy.

* * *

Sad man­da­ryn­ko­wy wy­rósł z kil­ku pe­stek, wy­plu­tych bez go­spo­dar­skich za­mia­rów. Piął się ku gó­rze, aż stał się ra­jem.

Owo­ce roz­mia­rem do­rów­nu­ją po­ma­rań­czom, mają gład­ką skó­rę, in­ten­syw­ny ko­lor i aro­mat. Z li­ści wy­twa­rza się olej­ki za­pa­cho­we, moż­na przy­cup­nąć pod drze­wem i wdy­chać; przy­jem­nie krę­ci się w gło­wie.

Miąższ jest nie­wy­mow­nie słod­ki, je­den owoc daje uczu­cie sy­to­ści. Ro­sną tu set­ki drzew, na każ­dym kopy man­da­ry­nek. Mo­gły­by wy­ży­wić jesz­cze trzy osa­dy, gdy­by tyl­ko po­wsta­ły.

Drze­wa oka­la ogród kwia­to­wy – wie­lo­barw­ny, roz­wi­chrzo­ny, jak­by ma­lar­ka bry­zga­ła far­ba­mi. Wie­le kwia­tów jest jesz­cze nie­na­zwa­nych, nie­zna­nych na­uce, choć­by ten o bor­do­wych pła­tach w kształ­cie kro­pel, z ala­ba­stro­wym nek­tar­ni­kiem i szy­puł­ką o nie­zna­nym gdzie in­dziej od­cie­niu zie­le­ni, tak neo­no­wej, błysz­czą­cej.

Co za­kręt to ude­rze­nie obu­chem: ko­lo­nie drzew ba­na­no­wych, man­go­wych i grejp­fru­to­wych, po zie­mi tur­la­ją się po­ma­rań­cze. W ścież­kach wy­żło­bie­nia; kie­dy spad­nie deszcz, słod­ka woda pły­nie w bruz­dach, owa­dy milk­ną, z kry­jó­wek wy­cho­dzą zwie­rzę­ta i spo­koj­nie zmie­rza­ją do wo­do­po­jów.

Czło­wiek z ze­wnątrz za­chły­stu­je się tym bo­gac­twem.

– Lu, dla­cze­go tu nie ma lu­dzi?

* * *

Fo­to­gra­fia: trzy Pit­ca­ir­nen­ki na­śla­du­ją mą­dre mał­py – „nie wi­dzę, nie sły­szę, nie mó­wię”.

* * *

– Wiesz, że kie­dyś drze­wa man­da­ryn­ko­we były wspól­ne? – Lu marsz­czy czo­ło, jak­by zo­ba­czył coś nie­przy­jem­ne­go. – Wy­star­czy­ło pójść i na­zry­wać. Kie­dyś wszyst­ko było wspól­ne…

Za­trzy­mu­je­my się U Psz­czół. Będą czte­ry lata, jak od­ku­pił od Ha­sting­sa dwa­dzie­ścia uli.

– …w so­bo­ty or­ga­ni­zo­wa­li­śmy przy­ję­cia. Lau­ra pie­kła chleb, Pen­nie du­si­ła kur­cza­ki na mle­ku ko­ko­so­wym. Zbie­ra­li­śmy się wszy­scy, każ­dy tar­gał krze­sło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kie­dyś na­praw­dę by­li­śmy wspól­no­tą. W sierp­niu ob­cho­dzi­li­śmy Świę­to Me­la­sy. Ści­na­li­śmy trzci­nę cu­kro­wą, kru­szy­li­śmy w mły­nie, a sok prze­le­wa­li­śmy do do­nic. Po­tem go­to­wa­li­śmy wy­war na otwar­tym ogniu, w sze­ściu wan­nach. Trze­ba było uwa­żać: go­to­wa­ny zbyt krót­ko mógł sfer­men­to­wać. Zbyt dłu­go, mógł ulec kry­sta­li­za­cji. Po­wi­nien wyjść gę­sty, ciem­no­brą­zo­wy sy­rop. Dzie­cia­ki za nim prze­pa­da­ły, a nam było miło pa­trzeć…

– Na­karm kozy, bo uciek­ną – prze­ry­wa Don­na. Lu mówi da­lej:

– …a na Dzień Bo­un­ty cze­ka­ło się cały rok, bar­dziej niż na Boże Na­ro­dze­nie. Bu­do­wa­li­śmy imi­ta­cję okrę­tu, któ­rym przy­pły­nę­li bun­tow­ni­cy. Ka­dłub z ło­dzi ry­bac­kiej, ża­gle z kar­to­nu. Wszy­scy po­ma­ga­li, star­szy­zna i mło­dzi, ko­bie­ty i męż­czyź­ni; ty­go­dnie mo­zol­nej dłu­ba­ni­ny. Tak, by na 23 stycz­nia nasz mo­del był go­to­wy, żeby spu­ścić go do za­to­ki. Wte­dy szli­śmy na ryby, wra­ca­li­śmy z peł­ną siat­ką, czter­dzie­ści kilo, star­cza­ło dla wszyst­kich. Sma­ży­li­śmy te ryby na wspól­nym ogniu, po po­łu­dniu była uczta. Każ­dy coś przy­no­sił: ar­bu­zy, cia­sto chle­bo­we, man­da­ryn­ki. Wszy­scy rzu­ca­li się na plac­ki ba­na­no­we Pen­nie. Wie­czo­rem scho­dzi­li­śmy do za­to­ki pod­pa­lić łódź. Sta­li­śmy ob­ję­ci, w mil­cze­niu, wpa­try­wa­li­śmy się, jak pło­nie. Łódź była sym­bo­lem bry­tyj­skiej oku­pa­cji.

Lu robi pau­zę.

– Dziś każ­dy ma swo­je drze­wa man­da­ryn­ko­we. Wie­le drzew zo­sta­ło za­tru­tych.

Don­na wcho­dzi mu w sło­wo, w jej to­nie po­brzmie­wa pre­ten­sja:

– Jadę po At­kin­sa. Ko­la­cja o dwu­dzie­stej.

– Kim jest At­kins? – py­tam. Lu uda­je, że nie sły­szy.

2

– Jest At­kins? – py­tam Don­nę.

– Prze­cież za­wsze jest.

* * *

Na sto­le je­den ta­lerz, jed­na fi­li­żan­ka.

At­kins miał po­pa­pra­ne ży­cie. Tak mówi ro­dzi­na. Kie­dyś był naj­lep­szym po­ła­wia­czem. Te­raz jest sta­ry i tyl­ko stru­ga w ­drew­nie.

Mo­del Bo­un­ty kosz­tu­je dwa­dzie­ścia do­la­rów; sprze­da trzy, cza­sem czte­ry w mie­sią­cu.

Przed do­mem trzy gro­by, na krzy­żach wy­ry­te imio­na: Pixy, Dixy i Zulu.

– Czy­je to gro­by? – py­tam At­kin­sa.

– Ko­tów có­rek.

– A gdzie cór­ki?

* * *

– Zde­chł­by z gło­du, gdy­by nie li­tość Don­ny – opo­wia­da Wy­spiarz. – Sta­ry sto­łu­je się u niej dzień w dzień, od dzie­się­ciu lat. Przez ten czas nie ode­zwał się sło­wem do Lu, choć ten za­bie­gał o po­praw­ne sto­sun­ki. At­kins trak­tu­je go jak gów­no. Don­na wie­le razy pro­si­ła męża, żeby zro­zu­miał i nie zwra­cał uwa­gi na At­kin­sa. Lu ko­cha żonę, więc mil­czy. Sta­ry jest jej wu­jem. Don­na ma wo­bec nie­go zo­bo­wią­za­nie.


– Ja­kie zo­bo­wią­za­nie?

– A nig­dy nie po­wie­dzia­ła.

* * *

– At­kins jest sa­mot­ny. Jego cór­ki opu­ści­ły wy­spę – tłu­ma­czy Don­na, a w jej gło­sie sły­chać ura­zę do có­rek wuja. – Po ich wy­jeź­dzie wy­raź­nie przy­gasł. Jak mu pę­kła szy­ba w przed­sion­ku, to nie wsta­wił no­wej.

Ru­de­ra, mysi za­pach; trzy sy­pial­nie i pa­ka­me­ra. W po­wie­trzu siwy pro­szek, wy­tar­te ka­mie­nie słu­żą za ta­bo­re­ty; na środ­ku sofa z roz­war­tą skrzy­nią na po­ściel: brud­ne prze­ście­ra­dła po­śród czy­stych. W ką­cie stoi ze­gar wa­ha­dło­wy. Nie bije. Na ścia­nie ka­len­darz z 1999 roku – co się wy­da­rzy­ło tam­te­go czerw­ca?

Nie­swo­jo. Na ni­czym nie usią­dziesz – ter­mi­ty już daw­no zżar­ły krze­sła. Wy­ła­ma­na igła w sin­ge­rze – nic nie uszy­jesz. Pu­ste słoi­ki na pod­ło­dze – kie­dyś sma­żył kon­fi­tu­ry. Pocz­tów­ka z No­wej Ze­lan­dii, za­pi­sa­na drżą­cą ręką: „Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, oj­cze”.

 

Wy­spiar­ka:

– Pa­mię­tam z mło­do­ści, że At­kins ba­wił się z młod­szą Ma­di­son w ka­ru­ze­lę. Trzy­mał moc­no za ręce, ob­ra­cał w po­wie­trzu. To było nad prze­pa­ścią. W każ­dej chwi­li mógł pu­ścić, ale cór­ka pa­trzy­ła na nie­go z uf­no­ścią.

Wy­spiarz:

– At­kins żyje, jak­by się nie bał. Lubi opo­wia­dać o pit­ca­ir­neń­skim sty­lu ży­cia. Za­py­taj go.

* * *

Zna­czą­ce sło­wa wy­po­wia­da­ją szyb­ko, zda­niom to­wa­rzy­szą ner­wo­we ru­chy gło­wy; czy ktoś nie idzie, nie bie­rze na cel. To są za­wsze krót­kie zda­nia. Cha­otycz­ne, nie­do­po­wie­dzia­ne.

Wie­czo­ra­mi spi­su­ję wszyst­ko, co uda mi się spa­mię­tać. Roz­mów nie na­gry­wam, dla bez­pie­czeń­stwa. Co usły­szę, to po­wta­rzam, cały dzień – cza­sem są to trud­ne sło­wa. Jak za­po­mnę, to do­py­tu­ję, a oni spo­glą­da­ją po­dejrz­li­wie. Moją sy­pial­nię od sy­pial­ni Don­ny dzie­li kar­to­no­wa ścia­na, moż­na ją prze­bić wi­del­cem. Dla­te­go le­d­wo mu­skam kla­wia­tu­rę, a tekst za­pi­su­ję do pli­ku „Po­tom­ko­wie dziel­nych bun­tow­ni­ków z Bo­un­ty”.

Więk­szość wy­spia­rzy nie chce ze mną roz­ma­wiać, bo kon­se­kwen­cje roz­mów z ob­cy­mi mogą być po­waż­ne. Może dojść do sa­mo­są­du. Do­wie­dzia­łem się, że kil­ko­ro Pit­ca­ir­neń­czy­ków oba­wia się przy­pad­ko­wej śmier­ci. Tu rzą­dzą męż­czyź­ni szyb­kich ­de­cy­zji, tacy, któ­rzy się nie za­wa­ha­ją. Mó­wią na nich Chłop­cy.

Sto­ją na stra­ży ta­jem­ni­cy, bu­du­ją strach. Kto zła­mie ci­szę, ten Ju­dasz. Ten skoń­czy mar­nie. Na Pit­ca­irn nie­któ­re in­for­ma­cje są jak za­wlecz­ki gra­na­tów.

* * *

Su­chy, wy­chu­dzo­ny; pla­my wą­tro­bo­we na dło­niach. Dwa razy py­tam o cór­ki, a on mil­czy. Jed­no­cze­śnie nie spusz­cza ze mnie wzro­ku. Ma prze­ni­kli­we, wo­jow­ni­cze spoj­rze­nie, stoi wy­gię­ty do przo­du. Za­uwa­żam, że utrzy­ma­nie po­sta­wy bo­jo­wej kosz­tu­je At­kin­sa zbyt wie­le. Trzę­sie się, więc zmie­niam te­mat.

– Dla­cze­go nie roz­ma­wiasz z Lu?

– Bo to Ju­dasz. Nie jest jed­nym z nas.

– Od trzy­na­stu lat jest mę­żem two­jej sio­strze­ni­cy.

– Źle wy­bra­ła.

* * *

Ze wszyst­kich istot ży­wych Lu naj­bar­dziej lubi psz­czo­ły. Mówi, że choć są za­mknię­te w ulu, two­rzą spra­wie­dli­wą ko­mu­nę. I że pra­ca przy ulach od­ry­wa go od t r u d n y c h w s p o m n i e ń. Wię­cej nie po­wie. Od­kąd jest Ju­da­szem, jego ży­cie bar­dzo się zmie­ni­ło.

Gro­zi­li mu na­wet śmier­cią.

Don­na ma aler­gię na psz­czo­ły. Uką­sze­nie mo­gło­by spo­wo­do­wać za­paść, ale py­łek psz­cze­li wy­mie­sza­ny z mio­dem le­czy jej dusz­no­ści.

– Ży­cie na wy­spie – mówi Don­na – jest bar­dziej za­wi­łe niż mój sto­su­nek do psz­czół.

To jej ku­zy­ni stra­szy­li Lu.

– Za wro­gów miał też mat­kę Don­ny i jej bra­ta Buc­ka, a to stu­ki­lo­wy ol­brzym, mógł­by za­bić – opo­wia­da Wy­spiarz. – Ka­za­li Don­nie wy­bie­rać. Albo trzy­ma z mat­ką i bra­tem, albo z mę­żem. Na pew­no żyła w ogrom­nym na­pię­ciu. Co się wte­dy dzia­ło w jej gło­wie? Nig­dy tego nie wy­ja­wi­ła. – Męż­czy­zna bie­rze głęb­szy od­dech. – Ale pew­ne jest, że bra­ła to na chłod­no, spra­wia­ła wra­że­nie nie­po­ru­szo­nej. To było nie­ludz­kie. Inny by uciekł albo ­sko­czył z Kli­fu Skąd Spadł Dan. A ona wy­bra­ła trze­cie roz­wią­za­nie.

Me­dio­wa­ła mię­dzy mę­żem a swo­ją ro­dzi­ną. Nie od­stę­po­wa­ła Lu na krok, była go­to­wa od­dać za nie­go ży­cie: „Pil­nuj się mnie, nie wy­chodź po zmro­ku, nie gaś sil­ni­ka”. Jed­no­cze­śnie cho­dzi­ła do bra­ta i ku­zy­nów. Gdy ją wy­rzu­ca­li za drzwi, to wra­ca­ła. Jak ku­kuł­ka w ze­ga­rze. Prze­ko­ny­wa­ła, że jej mąż jest nie Ju­da­szem, tyl­ko zu­peł­nie zwy­czaj­nym Prze­chrztą. I że wy­cho­wa go tak, by się przy­dał wspól­no­cie.

– To było upo­ka­rza­ją­ce, dla nie­go i dla niej. Lu się na­wet cięż­ko po­cho­ro­wał. To były dla nich apo­ka­lip­tycz­ne mie­sią­ce.

Wy­spiar­ka:

– Oni się bar­dzo ko­cha­ją. My­ślę, że mi­łość ich obro­ni­ła. Inne związ­ki się roz­le­cia­ły, wie­le ro­dzin nie prze­trwa­ło pró­by.

Wy­spiar­ka jest jesz­cze mło­da, ale cia­ło zruj­no­wa­ne, cera jak kora. Mówi o woj­nie, ale woj­ny nie było. Pół ży­cia drę­twia­ły jej dło­nie. Od­kąd do­sta­ła le­kar­stwa, nie umie się na­dzi­wić, że, ot tak, moż­na prze­pla­tać wi­kli­nę. Boi się mó­wić; może pójść na po­tę­pie­nie, a wte­dy ukrę­ci sznur. Ścia­ny mają uszy, każ­dy wszyst­ko wie. Kto z kim roz­ma­wia, prze­ciw komu; gdzie śpi, kto krad­nie, z czy­ich ga­łę­zi zry­wa owo­ce i czy to już jest ma­te­riał na szan­taż. Gieł­da in­tryg i po­mó­wień. Każ­dy szu­ka cze­goś na in­nych. Na przy­szłość, na han­del, w obro­nie wła­snej. Żona na męża. Brat na bra­ta. Dla­te­go wy­spia­rze żyją w nie­ustan­nym na­pię­ciu, w czuj­no­ści, by obro­nić się przed in­try­gą. Ktoś może za­gro­zić. Ju­tro, za rok, za pięć lat.

* * *

– Lu, dla­cze­go gro­żo­no ci śmier­cią?

– Nikt nig­dy nie gro­ził mi śmier­cią.

* * *

Wy­spia­rze mó­wią, że wspól­no­ta jest mo­no­li­tem, ale lu­dzie łą­czą się tu w pod­gro­ma­dy. Z At­kin­sem na przy­kład trzy­ma Buck, brat Don­ny. A Buc­ka po­pie­ra pół wy­spy.

Resz­ta ukry­wa swo­ją nie­na­wiść do obu.

Buck jest do­brze po pięć­dzie­siąt­ce: wy­so­ki, ma­syw­ny, gło­wa wpusz­czo­na w umię­śnio­ne ra­mio­na. Ten czło­wiek ma re­pu­ta­cję dzi­kie­go – mó­wią jed­ni. Praw­dzi­wy przy­wód­ca i ora­tor – uwa­ża­ją dru­dzy.

Te­raz Buc­ka nie ma. Po­pły­nął na ope­ra­cję ser­ca. Wró­ci za dzie­sięć dni albo trzy mie­sią­ce. Spo­tka­li­śmy się w por­cie w Man­ga­re­vie, scho­dził ze stat­ku, na któ­ry cze­ka­łem. Lu­dzie wi­ta­li go z sza­cun­kiem przy­na­leż­nym wład­cy. Kie­dy pod­sze­dłem, po­dał mi rękę, ale na­wet przez chwi­lę nie spoj­rzał w moją stro­nę; dwu­krot­nie prze­mil­czał moje „How are you?”. Krzą­tał się za to ner­wo­wo, błą­dził wzro­kiem. Nie­któ­rzy wy­spia­rze mó­wią, że osza­lał.

Hank, siwy męż­czy­zna o szla­chet­nym spoj­rze­niu, da­rzy jed­nak Buc­ka uzna­niem. Hank li­czy mi­lio­ny, tak jak inni li­czą jed­no­do­la­rów­ki. W No­wej Ze­lan­dii zbu­do­wał kon­sor­cjum fi­nan­so­we, ku­po­wał i sprze­da­wał spół­ki. Na Pit­ca­irn po­sta­wił pię­tro­wy dom. Chciał­by na wy­spie skoń­czyć ży­cie. Te­raz mówi:

– Buck jest naj­lep­szym go­spo­da­rzem i nie­for­mal­nym li­de­rem, na­wet bur­mistrz słu­cha jego po­le­ceń. Nikt nie po­tra­fił za­dbać o wy­spę tak jak Buck. Są nie­ste­ty lu­dzie, któ­rzy nie po­tra­fią tego do­ce­nić.

Han­ka też stra­szy­li.

Każ­de­go dnia sły­szę coś no­we­go, coś, co prze­czy wszyst­kie­mu, co do tej pory po­wie­dzie­li. Komu wie­rzyć? Dusz­no. Pit­ca­ir­neń­czy­cy są jak wie­lo­po­ko­le­nio­wa ro­dzi­na zmu­szo­na żyć w przy­cia­snym miesz­ka­niu – knu­ją i zwal­cza­ją się po ci­chu.

* * *

– Lu­dzie mó­wią róż­ne rze­czy – za­ga­du­je mnie Lu, szorst­ko. – Mó­wią, że za bar­dzo się in­te­re­su­jesz…

Cze­kam na prąd, a po­tem wy­sy­łam ma­ila do Pol­ski: „Ko­cha­ni, mam się do­brze, a wy­spa pięk­niej­sza niż na ob­raz­kach”.

Sieć dzia­ła ka­pry­śnie, byle mżaw­ka prze­ry­wa po­łą­cze­nie. Ktoś mi po­wie­dział, że Rada Wy­spy ma wgląd w treść pocz­ty elek­tro­nicz­nej. I że ki­lo­metr na pół­noc jest Klif Skąd Spadł Dan, a da­lej jesz­cze dru­gi – Gdzie Zgi­nął Dick.

* * *

At­kins opo­wia­da o pit­ca­ir­neń­skim sty­lu ży­cia:

– Jak mi zdro­wie po­zwa­la­ło, to sze­dłem na ryby. Mia­łem krze­pę, więc wra­ca­łem z czter­dzie­sto­ma ki­lo­gra­ma­mi. Ko­bie­tom to im­po­no­wa­ło. Od­kąd pa­mię­tam, lu­bi­łem pod­pa­try­wać ko­bie­ty. Pła­wi­ły się w za­to­ce. Za­to­ka wrzy­na się w głąb lądu, brzeg oka­la­ją pal­my. Cia­ło przy­jem­nie wgnia­ta się w cie­pły pia­sek, moż­na się od­prę­żyć, roz­łu­pać ko­kos i na­wil­żyć usta. Tyl­ko idio­ta tego nie do­ce­ni.

– Cór­ki nie do­ce­ni­ły?

– One mają swo­je ży­cie, nie kon­tak­tu­je­my się. Niech tak bę­dzie do śmier­ci.

* * *

Noce są ci­che, a dni po­zor­nie spo­koj­ne. Mówi się: „Byle do wie­czo­ra” albo: „Zdro­wych snów”. Po zmierz­chu osa­da nie­ru­cho­mie­je, milk­nie, a męż­czyź­ni wra­ca­ją do żon, kar­nie, jak do za­gro­dy. Je­śli wie­rzyć Wy­spiar­ce, to ko­rzą się przed ich pier­sia­mi, uda­mi słusz­nej wiel­ko­ści, przed su­ro­wym spoj­rze­niem. Dzi­wacz­na to musi być od­mia­na ról: ko­bie­ta na stoł­ku, męż­czy­zna w par­te­rze. Tu, na Pit­ca­irn, opo­wia­da Wy­spiar­ka, męż­czyź­ni są kimś in­nym za dnia, kimś in­nym w nocy, gdy nie trze­ba prę­żyć mu­sku­łów. Ży­wo­ty spię­tych. Jak­by nie mie­li sił uda­wać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?