81:1. Opowieści z Wysp OwczychTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Na okład­ce wy­ko­rzy­sta­no ob­raz Fri­mo­da Jo­en­se­na Skil­na­ður (Roz­sta­nie) © by FIN­N­LE­IF DUR­HU­US

Fo­to­gra­fia Au­to­rów © by MAR­CIN WAP­NIAR­SKI

Fo­to­gra­fie w środ­ku tomu:

1. – © by KA­TRIN SVA­BO BECH

2., 4., 7. – © by MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI

3., 5. – foto z ar­chi­wum ga­ze­ty „SO­SIA­LU­RIN”

6. – © by MAR­CIN MI­CHAL­SKI

Co­py­ri­ght © by MAR­CIN MI­CHAL­SKI i MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI, 2011

Re­dak­cja JU­STY­NA WO­DZI­SŁAW­SKA

Ad­iu­sta­cja ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK

Ko­rek­ty ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK, MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-303-6

Spis treści

  Mapa

  Przypadek Jóhanny Vang

  Liczby

  Lądowanie

  Pierwsza noc

  Jak zdezorientować Włocha

  Lindo, pokonaj Duńczyków!

  Mr. Tamburine Man

  Mæncypantka

  Gwiazdy

  900 mil samotnej żeglugi

  Lądowa dziewczyna

  Koltur: samotności, sprawdzam cię!

  Głos z pobocza szosy numer 40

  Jepetto

  101 rzeczy do zrobienia przed śmiercią

  Latające samochody

  Wyznania palownika

  Listonosz Karl

  Víkar

  Farerski sprawdzian

  Właściwy adres

  Podróże Hanusa

  Historia pewnej choroby

  81:1

  Chirurg

  Czy to już historia, czy jeszcze nie?

  Niedzielny spacer

  Badziewiada

  Galoty Andrzeja Stretowicza

  Ani słowa kłamstwa

  Nogi do góry

  Pomoc koleżeńska

  Zglobalizowany

  Pozdrowienia z tunelu

  Pocztówka ze stolicy

  Hotel Agnieszka. Telenowela rodzinna

  ð ð ð

  Esemes

  Dzień, w którym pojawił się internet

  Boże, pobłogosław rower

  Portrety za mgłą

  Piegi Europy

  Do tych skał umocowano świat

  Podziękowania

  Bibliografia

  Przypisy


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przypadek Jóhanny Vang

Li­piec 1989 roku, Ma­dryt. Skwar na po­ste­run­ku po­li­cji przy Pla­za May­or to­pił Jó­han­nie gumę w te­ni­sów­kach. Nie­przy­zwy­cza­jo­na do wy­so­kich tem­pe­ra­tur osiem­na­sto­let­nia Fa­rer­ka przy­po­mi­na­ła roz­mra­ża­ne w pie­kar­ni­ku cia­sto.

Zdą­ży­ła już za­po­mnieć o lo­dach cze­ko­la­do­wych i pchlim tar­gu, gdzie prze­bie­ra­ła w pocz­tów­kach, znacz­kach, sko­ro­do­wa­nych mo­ne­tach z kró­lem Ja­nem Ka­ro­lem i książ­kach za pięć pe­set.

Od­wie­dzi­ła też Pa­łac Spra­wie­dli­wo­ści i Mu­zeum Pra­do. Jed­nak to nie ru­do­po­ma­rań­czo­we ale­go­rie Ty­cja­na, płót­na Goi, a na­wet Ze­sła­nie Du­cha Świę­te­go El Gre­ca po­ru­szy­ły ją naj­bar­dziej. Przy­glą­da­ła się bo­daj Sied­miu grze­chom głów­nym Bo­scha, kie­dy do­zna­ła przy­kre­go olśnie­nia: zgu­bi­ła pasz­port.

– No, więc jak się se­ño­ri­ta na­zy­wa i skąd jest? – py­tał znie­cier­pli­wio­ny prze­dłu­ża­ją­cym się prze­słu­cha­niem po­ste­run­ko­wy. Męż­czy­zna koń­czył wła­śnie dy­żur i jed­ną nogą był już w domu, w po­łu­dnio­wej dziel­ni­cy Ma­dry­tu, przy bu­tel­ce ciem­nej al­ham­bry. Szu­rał ner­wo­wo ko­niusz­ka­mi pal­ców po kla­wia­tu­rze ma­szy­ny do pi­sa­nia.

– Po­wta­rzam po raz trze­ci, na­zy­wam się Jó­han­na Vang i je­stem tu­ryst­ką z Wysp Owczych!

– Niech se­ño­ri­ta so­bie nie żar­tu­je. Nig­dy nie sły­sza­łem o ta­kim pań­stwie!

– Wy­spy Owcze są au­to­no­mią pod ju­rys­dyk­cją duń­ską. Znaj­dzie je pan w trój­ką­cie mię­dzy Szko­cją, Is­lan­dią a Skan­dy­na­wią – ri­po­sto­wa­ła rze­czo­wo Fa­rer­ka.

– W ta­kim ra­zie niech se­ño­ri­ta po­ka­że je na ma­pie. – Pro­to­kó­lant się­gnął do szu­fla­dy i roz­ło­żył mapę na biur­ku.

Po­ste­run­ko­wy nie wie­rzył sło­wom Jó­han­ny. Wziął ją za jesz­cze jed­ną wa­ka­cyj­ną ucie­ki­nier­kę, któ­ra robi so­bie żar­ty z po­li­cji. Mógł też za­su­ge­ro­wać się jej nie­nor­dyc­ką, po­łu­dnio­wą uro­dą. Pod­czas dwu­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Hisz­pa­nii Jó­han­na zła­pa­ła opa­le­ni­znę. Ciem­ne oczy i dłu­gie kru­czo­czar­ne wło­sy mia­ła od za­wsze.

– Coś dłu­go se­ño­ri­ta szu­ka tych Wysp Owczych – nie re­zy­gno­wał z uszczy­pli­wo­ści funk­cjo­na­riusz. – A może skoń­czy wresz­cie tę ma­ska­ra­dę i po­wie, skąd jest? Z Por­tu­ga­lii, mam ra­cję?

Jó­han­nę ogar­nę­ła bez­sil­ność. Zo­rien­to­wa­ła się, że geo­po­li­tycz­na mapa Eu­ro­py, spo­rzą­dzo­na jesz­cze w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, mu­sia­ła być kre­ślo­na przez dy­le­tan­tów. Nie po­kwa­pi­li się od­no­to­wać osiem­na­stu mi­nia­tu­ro­wych kro­pek na pół­no­cy Atlan­ty­ku, sta­no­wią­cych ar­chi­pe­lag Wysp Owczych. W wy­ni­ku przy­kre­go nie­do­pa­trze­nia z mapy świa­ta wy­pa­ro­wa­ło 47 787 Fa­re­rów i 78 563 owce.

„Ko­niec XX wie­ku, a Eu­ro­pa wciąż nic o nas nie wie. Frid­tjof Nan­sen pew­nie prze­wra­ca się w gro­bie” – po­my­śla­ła Jó­han­na. Te­raz od udo­wod­nie­nia wła­snej toż­sa­mo­ści miał za­le­żeć jej po­wrót (przez Ko­pen­ha­gę) do domu. Sa­mo­lot star­to­wał wie­czo­rem.

 

Do­cho­dzi­ła pięt­na­sta, kie­dy po­li­cjant spoj­rzał na nią wy­mow­nie, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Je­śli za­raz stąd nie znik­niesz, to ci sama Mał­go­rza­ta II nie po­mo­że”. Jó­han­na wy­szła bez sło­wa.

*

Uda­ła się na lot­ni­sko, gdzie snu­ła się bez celu przez do­brą go­dzi­nę. Ogar­nął ją strach (spra­wa po­wro­tu wciąż była nie­roz­wią­za­na), a ze stra­chu zro­dzi­ła się złość (wciąż nie mo­gła po­go­dzić się z igno­ran­cją ma­dryc­kie­go po­li­cjan­ta). Nie­chęć do po­ste­run­ko­we­go prze­nio­sła szyb­ko na po­zo­sta­łych oby­wa­te­li kon­ty­nen­tal­nej Eu­ro­py. Ona i jej fa­rer­scy przy­ja­cie­le od­by­li prze­cież tu­zi­ny roz­mów świad­czą­cych o bra­ku świa­do­mo­ści geo­gra­ficz­nej Hisz­pa­nów, Fran­cu­zów, Wło­chów, Niem­ców, Ro­sjan czy Po­la­ków.

– Skąd je­steś?

– Z Wysp Owczych.

– A po­waż­nie to skąd?

Albo:

– Skąd je­steś?

– Z Wysp Owczych.

– Taka to ma raj, słoń­ce przez 365 dni w roku!

Albo:

– Skąd je­steś?

– Z Wysp Owczych.

– To gdzieś za Nową Ze­lan­dią czy może już na Księ­ży­cu?

Jó­han­na, jak zna­ko­mi­ta więk­szość Fa­re­rów, po­tra­fi­ła w mig wska­zać na ma­pie Pol­skę i każ­dy inny za­ką­tek Eu­ro­py. Bez­błęd­nie przy­kła­da­ła pa­lec do kon­tu­rów Bel­gra­du, Bu­da­pesz­tu, Ber­li­na, Bu­ka­resz­tu i każ­dej in­nej me­tro­po­lii na „b”. Sły­sza­ła też o Gdań­sku, Gdy­ni i Szcze­ci­nie – mia­stach, w któ­rych fa­rer­scy ma­ry­na­rze i biz­nes­me­ni zbi­ja­ją pie­nią­dze na atlan­tyc­kim ło­so­siu i dor­szu.

„Dla­cze­go więc Eu­ro­pa nie może od­pła­cić mi się po­dob­ną wie­dzą?” – za­sta­na­wia­ła się w zło­ści.

Na­gle, jak zda­rza się tyl­ko w baj­kach, wy­rósł przed nią po­staw­ny, bro­da­ty męż­czy­zna. Uśmiech­nął się do­bro­tli­wie i spy­tał, jak może za­ra­dzić tak skwa­szo­nej mi­nie.

Męż­czy­zna – o czym Jó­han­na do­wie­dzia­ła się z ga­zet kil­ka lat póź­niej – był Nor­we­giem i pra­co­wał dla In­ter­po­lu. Wró­cił z nią na po­ste­ru­nek po­li­cji, gdzie prze­ko­nał funk­cjo­na­riu­szy, by spo­rzą­dzi­li pro­to­kół o za­gi­nię­ciu pasz­por­tu, po­trzeb­ny do wy­sta­wie­nia za­stęp­czych pa­pie­rów. Jó­han­na nie pa­mię­ta już, ja­kich ar­gu­men­tów użył Nor­weg. Za­pa­mię­ta­ła jed­nak pe­wien ob­ra­zek: funk­cjo­na­riu­sze po­ru­sza­li się przy nim jak kel­ne­rzy przy do­stoj­nym go­ściu. Po dwóch kwa­dran­sach spra­wa była za­ła­twio­na.

Fa­rer­ka nie zna na­zwi­ska męż­czy­zny, któ­ry jej po­mógł. Nie spo­tka­li się już nig­dy. Kil­ka lat póź­niej roz­po­zna­ła go na zdję­ciu w fa­rer­skiej ga­ze­cie. Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła kan­dy­da­tów do ty­tu­łu Nor­we­ga Roku.

Liczby

Dro­ga z Øra­vik do Fám­jin wije się przez pust­ko­wie i przy­po­mi­na po­rzu­co­ną w mchu ska­kan­kę. Dla stu dzie­się­ciu miesz­kań­ców Fám­jin to wła­ści­wie je­dy­ny szlak ku cy­wi­li­za­cji. Dla trzy­dzie­stu sied­miu osób ży­ją­cych w Øra­vik szo­sa nie ma aż ta­kie­go zna­cze­nia, bo ich osa­dę przy­pię­to do głów­nej nit­ki Sum­ba-Tvøroy­ri i gdy­by nie mu­sie­li od cza­su do cza­su od­wie­dzić w Fám­jin ro­dzi­ny lub zwo­do­wać ło­dzi, to te dzie­więć ki­lo­me­trów gład­kie­go as­fal­tu zu­peł­nie by ich nie ob­cho­dzi­ło i mo­gło­by pro­wa­dzić rów­nie do­brze do­ni­kąd. Nie­któ­rzy twier­dzą zresz­tą, że pro­wa­dzi do­ni­kąd, ale ich mą­dro­ści pusz­cza się mimo uszu.

W Fám­jin na­wet tu­ry­sta ma co ro­bić: może na­kar­mić su­cha­rem błą­ka­ją­ce­go się psa, po­ma­chać do ba­wią­cych się na most­ku dzie­ci, po­wą­chać ob­dra­pa­ne drzwi szo­py ry­bac­kiej, sfo­to­gra­fo­wać w go­dzi­nę z ha­kiem roz­rzu­co­ne po roz­le­głej do­li­nie za­bu­do­wa­nia, na­zbie­rać do wia­der tro­chę ka­mie­ni z pla­ży, a przede wszyst­kim iść do ko­ścio­ła, by obej­rzeć naj­cen­niej­sze płót­no w kra­ju – ory­gi­nał fla­gi na­ro­do­wej z 1919 roku1. We­dle obie­go­wej opi­nii osa­da sły­nie z naj­bar­dziej zmien­nej po­go­dy na ca­łym ar­chi­pe­la­gu.

Na Wy­spach Owczych jest sto dzie­więt­na­ście miej­sco­wo­ści. Do czter­dzie­stu czte­rech pro­wa­dzi tyl­ko jed­na dro­ga, przez co z lotu pta­ka wy­glą­da­ją jak prze­trą­co­ne drze­wa – z wą­tły­mi pnia­mi wy­lo­tó­wek i kil­ko­ma ga­łąz­ka­mi śle­pych ulic. W sze­ściu in­nych osa­dach szo­sy są w ogó­le zbęd­ne, po­nie­waż lu­dzie sku­pi­li się w jed­nym miej­scu da­nej wy­spy i nie po­trze­bu­ją po niej po­dró­żo­wać. My­ki­nes, Nól­soy, Skúvoy, He­stur, Kol­tur i Stó­ra Dímun. Ko­lo­nie cha­ty­nek i do­mów jak szka­tu­ły, gdzie moż­na co naj­wy­żej uru­cho­mić mały trak­tor, prze­je­chać sla­lo­mem mię­dzy al­ta­ną są­sia­da, skła­dzi­kiem na olej opa­ło­wy i za­im­pro­wi­zo­wa­nym skle­pem, po czym trze­ba za­wra­cać, bo nic da­lej nie ma. Na Stó­ra Dímun i Kol­tur nie ma na­wet są­sia­dów.

Wy­spy Owcze: 463 ki­lo­me­try dróg pu­blicz­nych, z cze­go pra­wie 42 w 19 tu­ne­lach.

30 453 po­jaz­dy.

Ob­li­cze­nia wła­sne: 44 za­krę­ty na dzie­wię­cio­ki­lo­me­tro­wym szla­ku mię­dzy Fám­jin i Øra­vik.

Sprze­ciw czło­wie­ka:

– Nie­straw­nie dużo liczb.

I uza­sad­nio­ne py­ta­nie:

– Dla­cze­go ra­chu­jesz? Czy to, że na Fa­ro­jach jest osiem kwia­ciar­ni i sie­dem skle­pów mo­no­po­lo­wych nie ozna­cza tyl­ko i wy­łącz­nie tego, że w ośmiu miej­scach mo­żesz ku­pić ko­le­żan­ce bu­kiet, a do sied­miu lu­dzie gna­ją przed week­en­dem, żeby w so­bot­nią noc mieć więk­szą śmia­łość?

W Fám­jin. 25 kwiet­nia 1940 roku, czter­na­ście dni po za­ję­ciu Da­nii przez hi­tle­row­skie Niem­cy, fla­gę Wysp Owczych uznał – jako pierw­szy – rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii. Na cześć tego wy­da­rze­nia 25 kwiet­nia Fa­re­ro­wie ob­cho­dzą Dzień Fla­gi Na­ro­do­wej.

W pol­skim wy­da­niu Eu­ro­py Nor­ma­na Da­vie­sa za­miesz­czo­no in­for­ma­cję o tym, że fa­rer­ski ar­chi­pe­lag skła­da się z osiem­dzie­się­ciu wysp. Na­wet gdy­by za­li­czyć do nich wy­sta­ją­ce gdzie­nieg­dzie z oce­anu blo­ki skal­ne – przy­po­mi­na­ją­ce­go wiel­kie­go pie­ro­ga Tin­dhól­mur, owło­sio­ne­go Ka­pi­li­na przy Nól­soy lub wy­nu­rzo­ną ni­czym po­twór z Loch Ness ska­łę Sum­biar­ste­inur, na­wet gdy­by do­li­czyć jesz­cze osa­mot­nio­ną i upior­ną Roc­kall, o któ­rą Wy­spy Owcze spie­ra­ją się z Wiel­ką Bry­ta­nią, Is­lan­dią i Ir­lan­dią – nie uzbie­ra się choć­by po­ło­wa tego.

– Dla­cze­go więc nie po­dzie­lić się rze­tel­nie spraw­dzo­ny­mi in­for­ma­cja­mi o czter­dzie­stu czte­rech bi­blio­te­kach, trzech sta­cjach ra­dio­wych i jed­nej dru­ży­nie ko­szy­ków­ki? – od­bi­jam pi­łecz­kę na stro­nę py­ta­ją­ce­go.

Pa­tro­nu­ją mi sło­wa, któ­ry­mi Mel­chior Wań­ko­wicz pod­su­mo­wał w Tędy i owę­dy swe wy­stą­pie­nie na zjeź­dzie de­le­ga­tów Pen-Clu­bów w Chi­ca­go: „Z gęby ro­bi­łem ka­ta­pul­tę zie­ją­cą cy­fra­mi”.

Do wy­li­cza­nia włą­czy­li się inni.

Jon­hard, fi­lo­log, współ­au­tor naj­więk­sze­go słow­ni­ka fa­rer­sko-an­giel­skie­go (osiem­dzie­siąt ty­się­cy ha­seł), wła­ści­ciel wy­daw­nic­twa Spro­tin:

– Przej­rza­łem słow­nik sy­no­ni­mów i oka­zu­je się, że w ję­zy­ku fa­rer­skim ist­nie­je oko­ło dwu­stu pięć­dzie­się­ciu wy­ra­zów na okre­śle­nie desz­czu. Jesz­cze le­piej jest z wia­trem – pra­wie trzy­sta pięć­dzie­siąt słów.

Sun­ni­va, pra­cow­nicz­ka biu­ra Fa­rer­skie­go Związ­ku Pił­ki Noż­nej:

– Na ar­chi­pe­la­gu są dwa­dzie­ścia trzy peł­no­wy­mia­ro­we bo­iska: trzy tra­wia­ste i dwa­dzie­ścia wy­ło­żo­nych sztucz­ną mu­ra­wą. Fut­bol tre­nu­je re­gu­lar­nie co dzie­wią­ty Fa­rer.

Niels Jákup, dy­rek­tor ge­ne­ral­ny wy­daw­nic­twa li­te­ra­tu­ry dzie­cię­cej i mło­dzie­żo­wej z Tór­shavn:

– Rocz­nie po­wsta­je nie wię­cej niż dzie­sięć fa­rer­skich ksią­żek dla dzie­ci i mło­dzie­ży, dla­te­go ba­zu­je­my na tłu­ma­cze­niach. Wy­da­je­my tak­że ko­mik­sy i wła­sne cza­so­pi­smo „Strok”. Naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szy się Har­ry Pot­ter. Nie spro­wa­dza­my man­gi, po­nie­waż ma zni­ko­mą war­tość edu­ka­cyj­ną.

Si­mo­na, Urząd Sta­ty­stycz­ny Wysp Owczych:

– W 2008 roku w na­szym kra­ju uro­dzi­ły się 664 oso­by, zmar­ło 377. Za­war­to 187 ślu­bów ko­ściel­nych i 71 cy­wil­nych. Roz­wio­dły się 52 pary. Po resz­tę in­for­ma­cji za­pra­szam na na­szą stro­nę in­ter­ne­to­wą, uak­tu­al­nia­my tak czę­sto, jak to po­trzeb­ne.

W po­ło­wie wrze­śnia 2009 roku na por­ta­lu wy­tłusz­czo­no: „ Po raz pierw­szy w dziej ach prze­kro­czy­li­śmy ba­rie­rę 49 ty­się­cy miesz­kań­ców! We­dług spi­su z 1 sierp­nia 2009 na Wy­spach Owczych żyje 49 006 lu­dzi. Za mie­siąc po­pu­la­cja praw­do­po­dob­nie spad­nie, po­nie­waż wie­le osób wy­jeż­dża stu­dio­wać za gra­ni­cę. Po­wro­tu do obec­ne­go po­zio­mu moż­na spo­dzie­wać się ewen­tu­al­nie na prze­ło­mie roku”.

Ey­ðfinn, me­ne­dżer pro­jek­tów fir­my bu­dow­la­nej Ar­ti­con, w od­po­wie­dzi na e-mail: „Sza­now­ny pa­nie, ko­ściół Ve­stur­kir­kjan w Tór­shavn po­zo­sta­je naj­wyż­szym bu­dyn­kiem w kra­ju. Wznie­sio­na przez nas ostat­nio świą­ty­nia w Hoy­vík w szczy­to­wym punk­cie ma 32,9 me­tra, czy­li jest o osiem me­trów niż­sza”

Ste­in­bjørn, pi­sarz:

– Pra­wie każ­dy fa­rer­ski li­te­rat i au­tor pu­bli­ka­cji na­uko­wych na­le­ży do Sto­wa­rzy­sze­nia Pi­sa­rzy Fa­rer­skich. Licz­ba człon­ków oscy­lu­je wo­kół set­ki.

Sig­mar, eme­ryt, dzie­li się ob­ser­wa­cją z nie­dziel­ne­go spa­ce­ru na dwo­rzec pro­mo­wy w Tór­shavn:

– Smy­ril przy­pły­nął z Su­ðu­roy pla­no­wo. Z po­kła­du zje­cha­ło sto pięć­dzie­siąt sie­dem sa­mo­cho­dów.

He­dvig, szwedz­ka stu­dent­ka uni­wer­sy­te­tu w Tór­shavn, ka­te­dra li­te­ra­tu­ry i ję­zy­ka:

– Na roku jest nas sze­ścio­ro, przed­mio­ty wy­kła­da czte­rech pro­fe­so­rów. Wy­dział li­czy czter­dzie­ści pięć osób.

Przed­szko­lan­ka z San­da­vágur:

– Co ósmy miesz­ka­niec osa­dy jest przed­szko­la­kiem. Set­ką dzie­ci opie­ku­je się dwa­dzie­ścia pięć ko­biet i trzech męż­czyzn.

Wia­do­mo­ści te­le­wi­zyj­ne Da­gur & Vika, 1 lu­te­go 2008 roku, ko­re­spon­dent w por­cie Skála­vík na tle si­ne­go nie­ba i wy­rzu­co­ne­go na be­ton ku­tra:

– Przed wczo­raj­szym sztor­mem cu­mo­wa­ło tu oko­ło pięt­na­stu ło­dzi. Dziś więk­szość z nich jest pod wodą, jak pań­stwo wi­dzą, zo­sta­ły dwie, z cze­go jed­na jest wła­ści­wie kom­plet­nie znisz­czo­na.

Bał­wan ule­pio­ny przez uczniów dzie­sią­tej kla­sy szko­ły w Tór­shavn miał gu­zi­ki z cia­stek, sznu­ro­wa­ne bu­cio­ry wiel­ko­ści sto­łu i czte­ry me­try wzro­stu. Dru­gie­go dnia mar­ca 2002 roku, trzy dni po na­ro­dzi­nach, nie zo­sta­ła z nie­go na­wet pla­ma. Kil­ka­na­ście dni póź­niej, kie­dy znów spadł śnieg, dzie­cia­ki ze szko­ły w Klak­svík przy­nio­sły dra­bi­nę na plac przed pły­wal­nią i zbu­do­wa­ły bał­wa­na o dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sze­go. Ich wer­sja po­zba­wio­na była mar­chew­ko­we­go nosa.

Bro­da ko­le­żan­ki wbi­ła się chłop­cu w ło­pat­kę, z ba­gaż­ni­ka wy­sta­wa­ły mu ko­la­na i czu­pry­na, a je­den nie­ostroż­ny ruch skoń­czył­by się upad­kiem na pod­ło­gę, ale ru­dzie­lec ani my­ślał na­rze­kać. Na­za­jutrz mógł zo­ba­czyć sie­bie i przy­ja­ciół ze szko­ły na zdję­ciu w ga­ze­cie, z ad­no­ta­cją: „29 ochot­ni­ków zmie­ści­ło się do ci­tro­ena ber­lin­go za­par­ko­wa­ne­go w hali spor­to­wej w San­da­vágur”. Hap­pe­ning zor­ga­ni­zo­wa­no w maju 2000 roku.

She­ila z Tron­gi­svágur nie le­pi­ła żad­ne­go z bał­wa­nów i nie sie­dzia­ła za­kli­no­wa­na w ci­tro­enie, za to je­sie­nią 2004 roku oka­za­ło się, że jest wła­ści­ciel­ką naj­dłuż­szych wło­sów na Wy­spach Owczych. Mia­ły wte­dy 147 cen­ty­me­trów.

Co siód­my Fa­rer na­zy­wa się Jo­en­sen, Han­sen lub Ja­cob­sen. W 2009 roku na ar­chi­pe­la­gu miesz­ka­ło 7020 osób o ta­kich na­zwi­skach.

W li­sto­pa­dzie 2009 roku na po­let­ku w Vágur wy­ko­pa­no re­kor­do­wo du­że­go ziem­nia­ka. 22 cm dłu­go­ści, 1025 gram.

Imi­gran­ci na Wy­spach Owczych w 2009 roku (li­sta uwzględ­nia cu­dzo­ziem­ców spo­za Skan­dy­na­wii, któ­rzy otrzy­ma­li co naj­mniej trzy­mie­sięcz­ne po­zwo­le­nie na po­byt i za­trud­nie­nie): 62 Bry­tyj­czy­ków, 19 Ru­mu­nów, 15 Po­la­ków, 14 osób z Afry­ki, po 12 z Taj­lan­dii i Fi­li­pin, po 11 oby­wa­te­li USA i Hisz­pa­nii.

W la­tach 2000-2009: 407 Bry­tyj­czy­ków, 212 Po­la­ków, 141 Ame­ry­ka­nów.

 

Fa­re­ro­wie na emi­gra­cji: 1702 oso­by w Da­nii, 118 w Nor­we­gii, po 66 na Is­lan­dii i w Szwe­cji, 61 w Wiel­kiej Bry­ta­nii, 37 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, 35 na Gren­lan­dii, 12 w Au­stra­lii, 10 w Ka­na­dzie, 7 we Fran­cji (w głów­nej księ­gar­ni w Tór­shavn moż­na ku­pić al­ma­nach z nu­me­ra­mi te­le­fo­nów i ad­re­sa­mi za­miesz­ka­nia wszyst­kich Fa­re­rów na ob­czyź­nie).

Trzy­na­stu męż­czyzn prze­bie­gło na go­la­sa po pla­ży pod­czas mu­zycz­ne­go G! Fe­sti­va­lu 2009 (je­den z roz­ne­gli­żo­wa­ną dziew­czy­ną na ple­cach).

W dwóch je­dy­nych lum­pek­sach w kra­ju: wy­tar­ta kan­gur­ka pił­kar­skiej dru­ży­ny nsí Ru­na­vík za dwa­dzie­ścia pięć ko­ron (oko­ło pięt­na­stu zło­tych), skła­dan­ka fa­rer­skie­go roc­ka sprzed dzie­wię­ciu lat (naj­lep­szy utwór: Z-free Tað er bara ein ve­gur til frel­su) za pięć ko­ron, jed­no­pal­cza­ste rę­ka­wicz­ki za trzy­dzie­ści, cza­pa z nie­prze­ma­kal­nej weł­ny owcy z San­dvík za szes­na­ście. Chleb w pie­kar­ni – osiem­na­ście ko­ron. Go­dzi­na w prze­twór­ni – stoi osiem ko­ron brut­to.


Wie­ża z trzy­dzie­stu skrzy­nek, G! Fe­sti­val 2009

foto Ka­trin Sva­bo Bech

850 ton ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych wy­ko­rzy­sta­nych przy bu­do­wie tu­ne­lu łą­czą­ce­go pod oce­anem wy­spy Vágar i Strey­moy.

2033 Fa­rer­ki gim­na­sty­ku­ją­ce się i bie­gną­ce na pięć ki­lo­me­trów pod­czas fe­sty­nu ko­bie­ce­go mie­sięcz­ni­ka „Kvin­na”.

3,5 mi­lio­na pta­ków la­tem (nu­rzy­ki smacz­niej­sze od ful­ma­rów).

77 nu­me­rów li­te­rac­ko-kul­tu­ral­ne­go cza­so­pi­sma „Va­rðin” od pierw­sze­go wy­da­nia w 1921 roku.

5 ko­biet i 15 męż­czyzn za­ra­żo­nych wi­ru­sem HIV.

10 drew­nia­nych ko­ścio­łów.

270 śmier­tel­nych ofiar wy­pad­ków dro­go­wych od roku 1928.

Bjar­ti – je­dy­ny kie­row­ca au­to­bu­su li­nii 506.

221 942 pa­sa­że­rów na lot­ni­sku Vágar w 2008 roku. 219 329 rok wcze­śniej.

4000 ksią­żek w ję­zy­ku fa­rer­skim opu­bli­ko­wa­nych do roku 2000 (po­ło­wa po roku 1970, pierw­sza książ­ka w 1822, au­tor­stwa pa­sto­ra i bo­ta­ni­ka Han­sa Chri­stia­na Lyng­bye, zbiór bal­lad o Si­gur­dzie, mor­der­cy Faf­ni­ra, ty­tuł ory­gi­nal­ny: Færøske Kvæder om Si­gurd Fof­ners­ba­ne og hans Æt).

Pięć sy­gna­li­za­cji świetl­nych, czte­ry blo­ki miesz­kal­ne, dwa zde­chłe koty na po­bo­czu dro­gi w trak­cie mar­szu ze Ski­pa­nes do Ri­tu­vík 2 li­sto­pa­da 2007 roku.

Wy­spy Owcze to kraj o naj­wyż­szym wskaź­ni­ku dziet­no­ści w Eu­ro­pie. Na jed­ną mat­kę przy­pa­da tu śred­nio 2,44 dziec­ka2. W ofer­cie fir­my Bli­ka z Tór­shavn zna­leźć moż­na sze­ścio­oso­bo­we wóz­ki-au­to­bu­sy.

Na Wy­spach Owczych nie ma: twa­ro­gu, tro­lej­bu­sów, re­ni­fe­rów, ba­se­nów geo­ter­mal­nych (jak na są­sied­niej Is­lan­dii), ho­ke­ja na lo­dzie, sank­tu­ariów, Dnia Dziec­ka, se­ma­fo­rów, ba­rów mlecz­nych, sa­dów man­da­ryn­ko­wych, bur­de­li, fa­bry­ki sa­mo­cho­dów, pe­lar­go­nii, la­tryn, sza­ma­nów, me­cze­tów, sy­na­gog, warsz­ta­tów pli­so­wa­nia spód­nic, tar­ta­ków, za­kła­dów kok­so­che­micz­nych, kla­pek Ku­bo­ta, pla­ne­ta­rium, re­wi­den­tów ko­le­jo­wych, pla­ży na­tu­ry­stów, bry­czek, dy­li­żan­sów, ujęć wody oli­go­ceń­skiej, psze­ni­cy, lo­ko­mo­tyw, skocz­ków nar­ciar­skich, bia­tlo­ni­stów, bobu, pła­zów (z wy­jąt­kiem żab na Nól­soy), Dnia Wal­ki na Po­dusz­ki, wie­wió­rek, ma­cie­rzan­ki, pio­łu­nu, wiel­kie­go zder­za­cza ha­dro­nów, fa­rer­skich gier kom­pu­te­ro­wych, pi­se­mek z go­li­zną (choć przez chwi­lę uka­zy­wał się fry­wol­ny mę­ski ma­ga­zyn „Д), zoo, ty­pów we fle­kach na po­ma­rań­czo­wą stro­nę, me­tra, ko­lei li­no­wej, wie­żow­ców, bo­cia­nów, ja­gód, ra­ftin­gu, oscyp­ków, ika­ru­sów, wierz­bo­wych pisz­cza­łek, kir­ku­tów, ske­le­to­ni­stów, cy­pry­sów, izb wy­trzeź­wień, ulot­ka­rzy, za­ko­nów, tram­wa­jów, wy­stę­pów drag qu­een, zbrod­nia­rzy wo­jen­nych (choć w 1923 roku za­grał tu w pił­kę Re­in­hard Hey­drich3), ma­ków, ka­te­dry an­tro­po­lo­gii, kro­kie­tów z ka­pu­stą i grzy­ba­mi, ko­mi­nia­rzy, wind typu pa­ter­no­ster, ta­bli­czek: „Uwa­ga, zły pies!” McDo­nal­da, Ikei, Piz­za Hut, mu­zeum na­parst­ków, squ­atów, mał­pich ga­jów, ligi pił­ki wod­nej, brzu­cho­mów­ców, fa­rer­skich Hells An­gels, pi­ja­ków pod skle­pa­mi, dre­zyn, loży ma­soń­skiej, jeży, skar­bu na koń­cu tę­czy, kra­jo­we­go re­je­stru dłu­gów, fa­sol­ki szpa­ra­go­wej i, we­dług mo­ich ob­ser­wa­cji, ru­cho­mych scho­dów, choć miesz­ka­ją­ca na Owcach od dwu­dzie­stu lat Agniesz­ka Jo­han­ne­sen twier­dzi, że są w któ­rymś urzę­dzie w Tór­shavn.

W śla­do­wych ilo­ściach wy­stę­pu­ją: an­ty­kwa­ria­ty, flash moby, zni­cze na gro­bach, ta­tu­ato­rzy, pety na uli­cy, ra­pe­rzy, ksyw­ki, ogni­ska, sla­my po­etyc­kie, le­ża­ki.

– Jana, jak wy so­bie ra­dzi­cie bez twa­ro­gu i Dnia Dziec­ka? – py­tam zna­jo­mą z Mi­ðvágur.

– A jak wy w Pol­sce bez pie­czo­nych ma­sko­nu­rów i Ova­ste­vny?